Przy okazji recenzji „Moon” pisałem, iż 2009 był świetnym rokiem dla kina Science Fiction. Oto kolejny film, który udowadnia tę tezę. „Pandorum” jest obrazem na pograniczu Sci-Fi i horroru.
Na tajemniczym statku budzi się dwoje astronautów. Nie wiedzą, dlaczego tu są, gdzie jest reszta załogi i co ogólnie się stało, co doprowadziło ich do obecnego stanu. Z czasem przypominają sobie niektóre informacje, jednak idzie im to bardzo mozolnie… Tymczasem na statku jest ‘coś’. Coś, co nie jest do końca przyjaźnie nastawione… Mężczyznom odnaleźć się i przeżyć pomaga równie tajemnicza kobieta.
Nie jest to arcydzieło. Nie jest to film innowacyjny. Ale jest obraz, który w bardzo fajny sposób powiela już znane schematy, który potrafi zaciekawić i po prostu dobrze się go ogląda. Nie powiem, że od razu wiadomo jak się skończy, jednak z czasem się tego domyślamy.

Film potrafi lekko przestraszyć. Tak jak napisałem, jest on na pograniczu Science Fiction oraz horroru. Tak naprawdę oba te składniki zostały bardzo ładnie wyważone, przez co nie siedzimy cały czas jak na szpilkach, a i nie ma czasu na zrobienie herbaty (no chyba, że wciśniemy spację oglądając na komputerze, bądź w telewizji będą reklamy). Tak naprawdę mając do wyboru wiele, przeróżnych odmóżdżaczy, „Pandorum” jest w ścisłej czołówce tych dobrych w tymże gatunku. Zgrabne, wciągające i udane.

Bruce Willis ostatnimi czasy boryka się z pewnym problemem – nie wie, w czym ma grać. Albo sam wybiera tak źle filmy, albo ma bardzo niedobrego menadżera. „Surogaci” to kolejna pomyłka, w której aktora tej klasy nie powinno być. Ale jest…
Bohaterem „Nine” (nic mi nie mówicie o polskim tytule) jest Guido Contini (Daniel Day-Lewis), mega popularny reżyser, który ma poważne problemy nad stworzeniem nowego dzieła. Jego myśli nie są skupione na scenariuszu, a na kobietach, które skutecznie mącą mu w głowie: żona, Luisa Contini (Marion Cotillard); muza filmowa, Claudia (Nicole Kidman); duch matki, z którą reżyser rozmawia (Sophia Loren); ponętna kochanka, Carla (Penélope Cruz); projektantka kostiumów do filmów Guido oraz jego odwieczna przyjaciółka, Liliane La Fleur (Judi Dench); ideał kobiety, Saraghina (Stacy „Fergie” Ferguson) oraz dziennikarka, Stephanie (Kate Hudson). Każda z pań chciałaby kawałek Guido dla siebie. Każda z nich skutecznie miesza w jego życiu, przez co myśli on o wszystkim innym tylko nie scenariusz.
Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.
który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.
„



Jakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.
Ileż to już mieliśmy uosabiania zwierząt… Praktycznie prawie każde już rozmawiało, ratowało świat lub próbowało nas rozbawić (niektórym się udało, przeważnie tym od Pixara). Teraz przyszedł czas na świnki morskie. Będą ratować świat.
Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.