W czasie, kiedy wszystko jest remake’owane, sequel’owane, reebotowane czy ostatnio przerabiane na 3D trudno jest znaleźć film, który jest jedynym z powyższych, zachowuje poziom i ogląda się go miło. „Transformers 2” strasznie mnie zawiódł, „Oszukać przeznaczenie 4” znużyło, „Harry Potter VI” podobał się, jednak jest to ‘ale’. Przyszedł też czas, aby twórcy sięgnęli po sagę Star Trek – olbrzymi – można już nawet powiedzieć- kult, który liczy 10 filmów kinowych (z tym 11), kilkaset odcinków seriali, książki, komiksy… I chyba wstyd jest się przyznać, że nic z tego, o czym mówię nie widziałem. Na „Star Treka” z 2009 wybrałem się, bo stworzył go J. J. Abrams, pan, który ma na koncie serial „Zagubieni” czy film „Projekt: Monster”. Tak więc, jest to recenzja zupełnego laika w świecie Star Treka.
Akcja filmu rozgrywa się przed wszystkimi wydarzeniami, które poznaliśmy w 10 filmach kinowych i kilku seriach seriali. Poznajemy młodego Jamesa Kirka (Chris Pine), który zaciąga się na statek kosmiczny U. S. S. Enterprise. Tam na pokładzie jest już Spock (Zachary Quinto), pół-Wolkanin, pół-człowiek, który został wychowany bez emocji, a także inni, młodzi, rządni przygód ludzie. Ich zadaniem będzie pokonanie złego Nero (Eric Bana). Historia jest mocno pogmatwana, a filmie mamy podróże w czasie, alternatywne wersje zdarzeń czy widowiskowe pościgi międzyplanetarne.

Mój opis jedenastego „Star Treka” jest trochę koślawy, jednak w tym filmie dzieje się tak dużo, że nie sposób tego skrócić kilka zdań. Mocno zaskoczył mnie ten obraz sci-fi. Abrams przeszedł sam siebie, stworzył dziełko, jakiego pozazdrościć mogą mu najlepsi. Oglądając, czas leci bardzo szybko, historia wciąga, a po seansie czujemy satysfakcję. Świetne efekty specjalne, dobrze dobrana obsada, urokliwa muzyka, luz i lekkość filmu. Znów odniosę się do innego filmu widowiskowego z bieżącego roku – takie „Transformers 2”, mimo, że ma dużo więcej efektów, jest niesamowicie ciężkie i męczące w odbierze – nic takiego nie ma miejsca w „Star Treku”. Twórcy idealnie wyważyli ilość efektów, dialogów i akcji. Całość mija w oka mgnieniu.
Co prawda nie interesowałem się wcześniej sagą „Star Treka”, ale po obejrzeniu filmu Abramsa mam ochotę nadrobić zaległości i obejrzeć całą serię filmów kinowych. Czytałem, że z każdym filmem było coraz gorzej i mam niesamowitą chrapkę, aby samemu to ocenić. Również chciałbym się dowiedzieć i stwierdzić, czy jedenasty „Star Trek” mocno odbiega od poprzednich filmów i jak się to ma do osób (takich jak ja), które w ogóle nie miały do czynienia z tą sagą – dla mnie film był zrozumiały, wciągający i bardzo dobry – ciekaw jestem, jakby wyglądało moje zdanie, gdybym pozostałe 10 filmów widział przed seansem tegoż.

Na konto obrazu Abramsa spłynęło mnóstwo pieniędzy, to też kolejna część jest prawdopodobnie już tylko formalnością (chociaż, o dziwo, cisza na ten temat w mediach). Ja z przyjemnością obejrzałbym jeszcze z dwa tego filmy, o ile wyreżyseruje je J. J. Abrams i nie będzie przebierał w środkach, stworzy filmy dobre, godne kontynuacje i nie takie pustaki jak „Transformers 2” (ależ żem się przyczepił do tego filmu :F). Tak, więc, moim drodzy, jeśli jeszcze nie widzieliście nowego „Star Treka” to gorąco was zachęcam do jego obejrzenia.

„Transformers 2: Zemsta Upadłych” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku – również przeze mnie. Wielki hit z 2007 roku, „

Trzy lata temu premierę miał „
Gdy słyszę stwierdzenie „czwarta część filmu” mam złe skojarzenia. Wtórność, nijakość, schematy, odcinanie kuponów… Mało jest filmów, których czwarte części były dobre. O dziwo, śmiało mogę do nich zaliczyć „Szybko i wściekle” – film dobre, aczkolwiek bez rewelacji.
Takiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.
„Potwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.
Becky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?
Lucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…
„Dragonball” to obok Pokemonów i Rycerzy Zodiaku jedna z bajek z mojego dzieciństwa. Siedziałem, oglądałem, chłonąłem. Jak na małego dzieciaka to byłem pod wrażeniem. Teraz w sumie, gdybym miał okazję obejrzeć owe kilkaset odcinków to prawdopodobnie nadal by mi się podobało. Gdy jakiś rok czy dwa temu wyszła pierwsza informacja, że planowana jest filmowa wersja serialu podszedłem do tego z rezerwą. Jednak, gdy po jakimś czasie podano nazwiska twórców – zamarłem.

Oglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „
„Zapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…