Anioły i Demony (2009)

Oryginalny tytuł: Angels and Demons | Reżyseria: Ron Howard

Anioły i demonyTrzy lata temu premierę miał „Kod Da Vinci”, ekranizacja wielkiego bestselleru Dana Browna. Film wzbudził we mnie mieszane uczucia, historia mogłaby się wydawać ciekawa, jednak została słabo poprowadzona i było po prostu nudnie. „Anioły i Demony” to kolejna książka Browna, ale również film wyreżyserowany przez Rona Howarda na podstawie tejże książki. No cóż, reżyser odrobił pracę domową, bo jest dużo lepiej niż ostatnio.

Akcja rozrywa się na kilka lat przed wydarzeniami w „Kodzie da Vinci”. Tym razem Robert Langdon (Tom Hanks) będzie pomagał Watykanowi. Z laboratorium w Genewie wykradziona zostaje ‘antymateria’, rzecz nad którą naukowcy pracowali od kilkunastu lat, a co miało pomóc w wytwarzaniu energii na przyszłe lata. Wszystko wskazuje na to, że za kradzieżą antymaterii kryją się Iluminaci, historyczna, podziemna organizacja działająca przeciwko Kościołowi. Ukryli oni antymaterię gdzieś w Watykanie i doskonale wiedzą, że jeśli bateria w urządzeniu się wyczerpie dojdzie do olbrzymiego wybuchu, który zniszczy cały Watykan. Jakby tego było mało, na placu św. Piotra tłumy czekają na wybór nowego papieża. Konklawe trwa, a następcy papieża (preferiti) zostali porwani…

Druga część (właściwie to pierwsza, tamta była druga) przygód Roberta Langdona była dużo ciekawsza, żywsza i bardziej wciągająca niż jej poprzedniczka. Oglądało to się jednym tchem, nim się na dobre zaczęło byliśmy już w połowie, a po chwili było zakończenie – swoją drogą bardzo dobre i satysfakcjonujące. Jednak „Anioły i Demony” to nie tylko świetna fabuła i dobrze poprowadzona reżyseria – wrażenie robiły również przepiękna zdjęcia, a także porywająca, momentami mroczna i przerażająca muzyka. Stwarzała ona nastrój i budowała napięcie.

Z wyraźnych nowości mamy tutaj Evana McGregora, który swoją rolę potraktował bardzo poważnie. Oglądało się go dobrze, ale nie żeby to była rola życia. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz – Robert Langdon chce napisać książkę, jednak aby ją dokończyć potrzebny jest mu dostęp do archiwum Watykanu. Kilkukrotnie jego prośba zostaje odrzucona, jednak teraz, gdy Kościół potrzebuje jego pomocy, Robert w zamian chce móc przejrzeć archiwa. Gdy trafia tam, aby znaleźć wskazówkę, która pomoże mu znaleźć antymaterię, bohater jest niesamowicie zadziwiony, że większość książek jest po łacinie czy innych językach i tu z pomocą mu przychodzi Vittoria Vetra. I teraz moje pytanie – Vittoria jest tu tylko dlatego, że antymateria to m.in. jej dzieło, więc co by było jakby Langdon dostał wcześniej dostęp do archiwów a Vittorii by przy nim nie było? Słownik?

Wracając bezpośrednio do filmu – podobało mi się, dużo bardziej od „Kodu Da Vinci”. Książki Browna nie czytałem, ale filmem Howarda jestem zachwycony. Polecam każdemu jako dobre, wciągające kino rozrywkowe. Spoglądając również wyniki finansowe oby ekranizacji książek Dana Browna, możemy spodziewać się kolejnych…

Moja ocena: 8/10

Szybko i wściekle (2009)

Oryginalny tytuł: Fast and Furious | Reżyseria: Justin Lin

Szybko i wściekleGdy słyszę stwierdzenie „czwarta część filmu” mam złe skojarzenia. Wtórność, nijakość, schematy, odcinanie kuponów… Mało jest filmów, których czwarte części były dobre. O dziwo, śmiało mogę do nich zaliczyć „Szybko i wściekle” – film dobre, aczkolwiek bez rewelacji.

W czwartym filmie tej serii spotykają się bohaterowie zarówno pierwszej jak i drugiej części. Dominic (Vin Diesel) ukrywa się na Karaibach, jednak, gdy jego dziewczyna Letty (Michelle Rodriguez) ginie, bohater wraca do Los Angeles. Chce pomścić ukochaną i dowiedzieć, co właściwie się stało. Pomaga mu w tym Brian (Paul Walker) – oboje, chociaż nie pałają do siebie sympatią zjednoczą siły i spróbują dorwać importera kokainy, Antonio Braga (John Ortiz).

Po słabej trójce, seria wraca na właściwy tor. Za kamerą stanął Justin Lin, twórca „Tokyo Drift”. I to mnie zastanawia – co takiego się stało w główce tego pana, że potrafi zrobić tak złą trójkę i o wiele lepszą czwórkę? Czyżby aż tak dużo do powiedzenia miało zatrudnienie oryginalnej obsady?

Szybko i wściekle” to świetny film akcji, szybkie samochody, piękne kobiety… czyli wszystko to, co posiadały poprzednie części. Ale to także dobra historia, krótka, ale wciągająca i udana aż do samego końca. Sam tytuł mówi wiele, bo rzeczywiście jest szybko i wściekle. Jeśli ktoś oglądał część trzecią bardzo się na niej zawiódł, powinien obejrzeć ten film, natomiast, jeśli ktoś nie widział jeszcze żadnego filmu z tej serii, niech pominie „Tokyo Drift” i potraktuje „Szybko i wściekle”, jako część trzecią – tyle w temacie.

Moja ocena: 7/10

Potwory kontra Obcy (2009)

Oryginalny tytuł: Monsters vs. Aliens | Reżyseria: Conrad Vernon, Rob Letterman Glut i nic więcej

Potwory kontra obcyTakiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.

3DPotwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.

Zupełnie inaczej by było, gdyby oceniać wytwór Dreamworksu pod kątem najmłodszych widzów – wtedy tak, jest to idealna historia, która na pewno zabawi dzieci, wciągnie i po seansie długo jeszcze będą skakać i mówić jak im się podobało. Sam byłem świadkiem, jak czekałem pod kinem na film – wyszło dziecko i skakało z radości i krzyczało „a on był taki niebieski i miał jedno oko, łał!”. Jednak wszystkie filmy i bajki na Filmlogu oceniam pod własnym kątem, a nie czyimś, to też ocena będzie niska.

Dodatkowo, aby jednak aż tak bardzo nie zanudzić opiekunów, którzy przyszli z dziećmi oraz jeszcze bardziej rozentuzjazmować maluchy bajkę zaopatrzono w efekt 3D. Już mnie denerwuje ten cały szał na robienie filmów w trójwymiarze. Oczy mnie bolą, okulary są niewygodne a w każdym filmie samego trójwymiaru tyle, co kot napłakał. Podobnie było i tu. A, i jeszcze bilety droższe.

Podsumowując, „Potwory kontra Obcy” narobiły mi smaka i miałem nadzieję na dobrą bajkę, oczywiście nie tak jak każda od Pixara, ale myślałem, że będzie, chociaż w odrobinie tak dobra jak te od twórców „Wall.E’ego”. Nic bardziej mylnego – nudna, wtórna i płytka.

Moja ocena: 3/10

Wyznania zakupoholiczki (2009)

Oryginalny tytuł: Confessions of a Shopaholic | Reżyseria: P.J. Hogan A można było zrobić dramat o poważnym problemie społecznym

Wyznania zakupoholiczkiBecky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?

Film ten jest ekranizacją książki. Tak sobie czytałem o nim i pomyślałem czy zakupoholizm to rzeczywiście coś tak poważnego jak alkoholizm czy narkomania. Nie wiem czy już to leczą, ale bardzo możliwe. Momentami to nawet u siebie widzę pewne objawy – jakby np. oglądanie gazetek z marketów i szukanie najciekawszych promocji, czy też czwartkowe wycieczki do hipermarketów, gdyż to wtedy zaczynają się nowe promocje w tychże. Można to tłumaczyć, jako owy zakupoholizm, albo, jako fakt, że jestem zdrowo popieprzony. Sami wybierzcie, co wam pasuje.

Wracając jednak do filmu – Isla Fisher promienieje! Już w przypadku „Na pewno, być może” można było zauważyć, jaka świetna, śliczna z niej aktorka, ale tutaj nadała pazura całemu filmowi. Oglądało się miło, ale jak wspomniałem w przypadku recenzji „Za jakie grzechy”, film ten to nic nowego czy świeżego, no może prócz błyszczącej Isli, dla której głównie warto obejrzeć tę komedię romantyczną. Poziom podobny do „Za jakie grzechy”, aczkolwiek ten film podobał mi się bardziej i ma u mnie oczko wyżej.

A teraz idę zrobić jakieś zakupy.

Moja ocena: 3+/10

Za jakie grzechy (2009)

Oryginalny tytuł: New in Town | Reżyseria: Jonas Elmer Błądzisz Renée...

Za jakie grzechyLucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…

Standard pogania standard, sprawdzone motywy, powielenia, nic nowego – komedia romantyczna, jakich wiele, która na tle tych wszystkich innych nie wyróżnia się niczym nowym. Nawet, jeśli wspomnieć o Renee Zellweger, to lepiej obejrzeć ją w innej komedii romantycznej z jej udziałem – „Dziennik Bridget Jones”.

Czytając to zadasz sobie pytanie – to, po co on to oglądał? To trudne pytanie. Jedyna odpowiedź to chyba fakt, że ja po prostu lubię takie proste, niezobowiązujące filmy. Nawet, jeśli potem mam im wystawić jakieś niskie noty, to w końcu jakieś filmy muszą mieć takie oceny, bo same ósemki i dziewiątki to byłoby nudno. A w takich komediach romantycznych zawsze jest jakaś fajna aktorka, której się wydaje, że robi świetny film i wszyscy będą ją za kochać, a tak naprawdę wszyscy oglądają film, bo chcą po prostu na nią popatrzeć. Tak było w przypadku „Za jakie grzechy”, bo tu mamy Renee. Tak też było w przypadku „Wyznań zakupoholiczki”, gdzie błyszczała Isla Fisher. Poziom obu filmów jednak taki sam (porównuję oba filmy, bo obejrzałem je w krótkim odstępie czasowym, a recenzja „Wyznań zakupoholiczki” to kolejna po tej).

Moja ocena: 2/10

Dragonball - Ewolucja (2009)

Oryginalny tytuł: Dragonball Evolution | Reżyseria: James Wong Profanacja mojego dzieciństwa

Dragonball - EwolucjaDragonball” to obok Pokemonów i Rycerzy Zodiaku jedna z bajek z mojego dzieciństwa. Siedziałem, oglądałem, chłonąłem. Jak na małego dzieciaka to byłem pod wrażeniem. Teraz w sumie, gdybym miał okazję obejrzeć owe kilkaset odcinków to prawdopodobnie nadal by mi się podobało. Gdy jakiś rok czy dwa temu wyszła pierwsza informacja, że planowana jest filmowa wersja serialu podszedłem do tego z rezerwą. Jednak, gdy po jakimś czasie podano nazwiska twórców – zamarłem.

Filmowa fabuła łączy w sobie kilka wątków z każdego sezonu serialu – mamy tutaj Songo (Justin Chatwin), który wraz z Bulmą (Emmy Rossum) szukają siedmiu smoczych kul. Co w serialu zajęło kilkadziesiąt odcinków, w filmie daje nam kilka minut. Głównym przeciwnikiem bohaterów jest Lord Piccolo (James Marsters), który wraz z niejaką Mai (Eriko Tamura) również poszukuje kul. Wkrótce dojdzie do nieuniknionej konfrontacji.

OK. – żeby wszystko było jasne, będę nazywał rzeczy po imieniu – po obejrzeniu tej szmiry cisnęło mi się na usta tysiące niecenzuralnych słów, których tu jednak nie przytoczę. Na samym początku jednak napiszę, że ten film powinien mieć tytuł „Dragonball – Desecration” (Dragonball - Profanacja); niestety, to nie mi dane było nadać tytuł… Ewolucja… Ekhm.

Dragonball

Reżyserem filmu jest James Wong, twórca „Oszukać przeznaczenie” oraz „Oszukać przeznaczenie 3”, scenarzysta jest jeszcze bardziej no-name. O aktorach nie wspomnę, bo i debiutanci czasem potrafią dobrze zagrać, potrzeba tylko kogoś, kto im wskaże dobrą drogę – czego powiedzieć na pewno nie można o reżyserze tego filmu.

Zawiodło wszystko, co zawieść mogło. Scenariusz, który powinien być ukierunkowany na jedną z serii (dzięki czemu w razie sukcesu można by ekranizować kolejne części) czerpie z każdej po trochu. Spektakularne walki, które oglądaliśmy przez kilka odcinków w serialu tutaj trwają ułamki sekund. Nie ma krwi, choćby nie wiem jak kogoś mocny by bili. Efekty specjalne aż gryzą w oczy swoją sztucznością. Z każdą kolejną minutą tego filmu narastało moje zażenowanie i zdenerwowanie.

Dragonball

Bo to nie jest tak, że saga „Dragonball” nie jest do zekranizowania. Na pewno jest – gdy wziął się za to taki Steven Spielberg, Peter Jackson czy James Cameron – do tego trzeba kogoś z doświadczeniem, kogoś kto by miał pomysł, wizję, możliwości, talent i potencjał. Wszystko to, czego zabrakło twórcom tego filmu.

Z przerażeniem spoglądam na stronę Filmweba, gdzie w powiązanych widnieje film „Dragonball 2: Reborn” z datą 2011. Czy takie coś powstanie? W chwili obecnej ciężko powiedzieć, wyniki finansowe „Dragonball – Ewolucja” były fatalne i tak naprawdę nie wiadomo, co dalej. Z niektórych źródeł dobiegają informacje (link), że Fox (producent) może chcieć zresetować serię i nadać jej prawidłowy bieg. Cóż, zaangażujecie kogoś odpowiedniego to i prawdopodobnie film się uda. Jednak obraz Wonga, to kicz w czystej esencji, profanacja legendy i zbezczeszczenie bajki mojego dzieciństwa. Nie polecam, odradzam, przestrzegam.

Moja ocena: 1/10

Echelon Conspiracy (2009)

Oryginalny tytuł: Echelon Conspiracy | Reżyseria: Greg Marcks Deja Vu

Echeleon ConspiracyOglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „Eagle Eye” to się nazywało i było bardzo dobrym filmem. „Echelon Conspiracy” czymś takim nie jest.

Bohaterem filmu jest Max (Shane West), który zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Podczas wyjazdu do Bangkoku otrzymuje tajemniczą przesyłkę, w której jest supernowoczesny telefon. Jakby tego było mało ktoś przesyła mu informacje, w których napisane jest jak ma dalej postępować i co robić. A gdy Max się sprzeciwia, telefon ‘udowadnia’, że ma nad nim władzę…

Echelon Conspiracy” to „Eagle Eye” dla ubogich, niewymagających. Nie ma w nim nic nowego, czego nie widzielibyśmy w „Eagle Eye”, a dodatkowo jest jeszcze głupszy, bardziej tępy i ogląda go się fatalnie. Co prawda Shane West (znany ze „Szkoły uczuć”) radzi sobie całkiem dobrze, to debilizm scenariusza psuje wszystko.

Są tu jakieś tam efekty, jakaś tam historia, ale wszystko to takie nijakie, płytkie i proste, że naprawdę nie chce się tego oglądać. Jakimś cudem dobrnąłem do końca (jak już zaczynam to staram się kończyć oglądanie filmu), ale chyba tylko po to, aby potem wyżyć się na tym czymś w recenzji.

Echeleon Conspiracy

Za reżyserię odpowiedzialny jest Greg Marcks, który stworzył świetną, czarną komedię „11:14”, ale to coś, co tu nazywa się scenariuszem Michael Nitsberg dla którego był to debiut oraz Kevin Elders, który również za bardzo wybitnych dzieł w swojej scenariuszowej karierze nie ma. Wszystko to złożyło się na ten jakże zły film, którego oglądać nie polecam, lepiej obejrzeć drugi raz „Eagle Eye”.

Co ciekawe, system Echelon, który pojawia się w filmie naprawdę istnieje. Jest to największa sieć Wywiadu Elektronicznego stworzona przez USA, Wielką Brytanię, Kanadę i Nową Zelandię, a zarządzany przez amerykańskie NSA – Echelon posiada urządzenia do podsłuchu wiadomości w kanałach telekomunikacji na całym świecie tak więc – jesteście podsłuchiwani! ;D

Moja ocena: 2/10

Zapowiedź (2009)

Zapowiedź / KnowingZapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…

50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.

Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.

W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?

Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…

Moja ocena: 2+/10

P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.

X-men Geneza - Wolverine (2009)

WolverineNa „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.

Film zaczyna się od młodości bohatera, Jamesa Howletta, który ‘przypadkiem’ zabija swojego ojca. Ucieka z bratem, Victorem. Razem wstępują do wojska, walczą na wojnie. To tam zauważa ich William Stryker (Danny Houston), który proponuje im wstąpienie do Drużyny X, w której również są inni mutanci obdarzeni niezwykłymi zdolnościami. Jednak podczas jeden z akcji, James (Hugh Jackman) zauważa prawdziwą naturę swojego brata (Liev Schreiber), a jednocześnie zawiedziony jest działaniem Drużyny X. Postanawia uciec. Rozpoczyna nowe życie u boki pięknej Kayli (Lynn Collins). Jednak nie wszystko będzie takie kolorowe…

Podchodziłem do tego filmu ostrożnie. Nie miałem żadnych oczekiwań, żeby potem się nie zawieść. Co się i tak stało, bo film ten to 100 minut nudnej fabuły plus kilka efektów specjalnych, które wcale wrażenie nie robią, ponieważ do takich już dawno zdążyłem się przyzwyczaić. Od samego początku nie podobał mi się reżyser – Gavin Hood ma na swoim koncie m.in. dobre „W pustyni i w puszczy” czy niezły „Transfer”. Są to jednak gatunkowo zupełnie inne filmy niż „Wolverine” i było dokładnie tak jak się spodziewałem – pan Hood powinien wrócić do reżyserowania czegoś innego niż filmy science-fiction – może komedie romantyczne? Dramaty?

X-men Geneza: Wolverine” ma wiele minusów. Po pierwsze za dużo bohaterów-mutantów. Było ich tak dużo, że zanim ktokolwiek się pojawił na ekranie to już znikał. Samej akcji, gdzie byłoby, na co popatrzeć też za dużo się nie naliczyłem, więcej było gadania i planowania. Kolejnym – ale to już moim prywatnym minusem jest fakt, że nigdy nie lubiłem Logana. Dużo chętniej zobaczyłbym historię Ororo Munroe (Storm) bądź Jean Grey (Dark Phoenix). A już w ogóle to kompletnie mi się nie podoba pomysł tworzenia oddzielnego filmu dla każdego mutanta – w ten sposób takich filmów może powstać z tysiąc, a to, że kręcą już „X-men Geneza: Wolverine 2” jest przegięciem, bo jak tak każdy film o mutancie będą ‘trylogiować’ to… sami wiecie. Wolałbym poczekać (nawet dłużej) na albo „X-men 4” albo wspólną historię początków wszystkich X-menów (były takie plany, ale chyba już z nich zrezygnowano).

Podsumowując, „Wolverine” to film słaby, momentami nudny, który obejrzeć można, ale zachwytu nie będzie. Rozczarowałem się, mimo że kompletnie nic sobie nie obiecywałem. Pocieszam się faktem, że część druga (ponoć trwają przygotowania do rozpoczęcia zdjęć w Japonii) nie ma jeszcze reżysera. Panie Singer, nie chciałby pan?

Moja ocena: 3-/10

P.S.: Na Filmlogu nastąpi krótka (mam nadzieję) przerwa spowodowana awarią komputera.

To już 3 lata. :)

Dokładnie trzy lata temu powstał Filmlog.pl (wtedy jeszcze recenzje.jogger.pl). To juz 421 recenzji. Podobnie jak rok temu - wszystkim wam czytającym i komentującym dziękuję.

W tym roku sam sobie życzę jednej rzeczy - nadrób zaległości. Do napisania mam mnóstwo recenzji, a jeszcze więcej filmów do obejrzenia. Stała się rzecz straszna, a mianowicie rzadko chce mi się oglądać cokolwiek - jak już, to jakieś seriale. Z drugiej strony częsciej chodzę do kina, co jest jedyną możliwą siłą, która namawia mnie do obejrzenia czegokolwiek (kino). Cierpi na tym mój budżet, ale nie narzekam. Na ten przykłąd ostatnio byłem na "G.I. Joe: Czas Kobry", który mi się bardzo podobał oraz na "Załodze G", która była fatalna. Wkrótce wybiorę się albo na "Operację Dunaj", albo poczekam na "Przerwane objęcia" z ubóstwianą przeze mnie Penelope.

Tak więc, jeszcze raz dziękuję wszystkim czytelnikom.