Oglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „Eagle Eye” to się nazywało i było bardzo dobrym filmem. „Echelon Conspiracy” czymś takim nie jest.
Bohaterem filmu jest Max (Shane West), który zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Podczas wyjazdu do Bangkoku otrzymuje tajemniczą przesyłkę, w której jest supernowoczesny telefon. Jakby tego było mało ktoś przesyła mu informacje, w których napisane jest jak ma dalej postępować i co robić. A gdy Max się sprzeciwia, telefon ‘udowadnia’, że ma nad nim władzę…
„Echelon Conspiracy” to „Eagle Eye” dla ubogich, niewymagających. Nie ma w nim nic nowego, czego nie widzielibyśmy w „Eagle Eye”, a dodatkowo jest jeszcze głupszy, bardziej tępy i ogląda go się fatalnie. Co prawda Shane West (znany ze „Szkoły uczuć”) radzi sobie całkiem dobrze, to debilizm scenariusza psuje wszystko.
Są tu jakieś tam efekty, jakaś tam historia, ale wszystko to takie nijakie, płytkie i proste, że naprawdę nie chce się tego oglądać. Jakimś cudem dobrnąłem do końca (jak już zaczynam to staram się kończyć oglądanie filmu), ale chyba tylko po to, aby potem wyżyć się na tym czymś w recenzji.

Za reżyserię odpowiedzialny jest Greg Marcks, który stworzył świetną, czarną komedię „11:14”, ale to coś, co tu nazywa się scenariuszem Michael Nitsberg dla którego był to debiut oraz Kevin Elders, który również za bardzo wybitnych dzieł w swojej scenariuszowej karierze nie ma. Wszystko to złożyło się na ten jakże zły film, którego oglądać nie polecam, lepiej obejrzeć drugi raz „Eagle Eye”.
Co ciekawe, system Echelon, który pojawia się w filmie naprawdę istnieje. Jest to największa sieć Wywiadu Elektronicznego stworzona przez USA, Wielką Brytanię, Kanadę i Nową Zelandię, a zarządzany przez amerykańskie NSA – Echelon posiada urządzenia do podsłuchu wiadomości w kanałach telekomunikacji na całym świecie tak więc – jesteście podsłuchiwani! ;D

„Zapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…
Na „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.
Jak zwykle w pierwszym kwartale roku mamy w kinach trochę komedii romantycznych, trochę horrorów (głównie remaków azjatyckich dzieł) i jakąś animację. Pierwszy typ filmów w tym roku reprezentują „Ślubne wojny” z Kate Hudson oraz Anne Hathaway i jak zwykle, poziom nie jest zbyt wygórowany, ale i nie najgorszy.
Najczęściej nagradzany film roku 2008. Zdobywca ośmiu Oscarów – w tym dla Najlepszego Filmu – 4 Złotych Globów, Złotej Żaby na festiwalu Camerimage oraz wielu, wielu innych nagród. I mimo że moim zdaniem najlepszy film roku 2008 to to nie był, nie mniej jednak jest to obraz niesamowity.






Rozpoczynając tę recenzję muszę zaznaczyć dwie rzeczy: a) oglądam bardzo mało
Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?
Wyreżyserowana przez Henry’ego Selicka (twórca „Miasteczka Halloween”) bajka, to mimo wszystko obraz dla całej rodziny. Co prawda skłaniałbym się ku temu, aby odrobinę przerobić to dziełko i ukierunkować je tylko dla starszych widzów, jednak taka wersja, jaką dostaliśmy śmiało nadaje się do obejrzenia dla wszystkich. Bo mamy tu zarówno elementy grozy, elementy komedii, trochę umoralniania, ale w ogólnym rozrachunku jest to doskonała rozrywka, w której i młodszy i starszy znajdzie coś dla siebie. „Koralina...” dopracowana jest pod każdym względem. Wspomniana przeze mnie wyżej
animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.
Duch Miasta, a dawniej Denny Colt (Gabriel Macht) przeżył własną śmierć i teraz pod osłoną nocy strzeże Central City. Złoczyńców jest wielu, jednak największe problemy sprawia Octopus (Samuel L. Jackson). Na drodze Ducha i Octopusa staje piękna Sand Saref (Eva Mendes), która przypadkiem kradnie to, co chciał Octopus. Natomiast jego wspólniczka, Silken Floss (Scarlett Johansson) zabiera to, na czym zależało Sand. W dodatku Duch odkrywa, że Sand Saref, to jego miłość z dzieciństwa. Octopus chce polubownie dojść do porozumienia z Sand, jednak wszystko może popsuć Duch, który chce schwytać złoczyńcę i pomóc ukochanej, która… jego pomocy wcale nie potrzebuje.
