Australia (2008)

AustraliaAustralia, ze stolicą w Canberrze (a nie Sydney, jak wszyscy mylą, tak dla przypomnienia), to kraj trudny, ale i piękny. Baz Luhrmann, reżyser rewelacyjnego „Moulin Rouge!” postanowił zrealizować wielką epopeję na miarę „Przeminęło z wiatrem”. Czy mu się udało?

Historia opowiada o angielskiej arystokratce Sary Ashley (Nicole Kidman), która dziedziczy farmę po swoim mężu. Sama nie jest w stanie nad nią zapanować to też z pomocą przychodzi jej doświadczony Poganiacz (Hugh Jackman). Okazuje się, że jej mąż został zabity, a miejscowy potentat bydła chce przejąć atrakcyjną farmę wraz z całym bydłem, które się na niej znajduje. Sara postanawia za wszelką cenę uratować to, czym zajmował się jej mąż.

Film Luhrmanna podobał mi się bardzo, mimo iż nie ustrzegł się od kilku bledów, ale o tym potem. Przede wszystkim zachwyca strona wizualna „Australii”. Przepiękne krajobrazy tego malowniczego państwa/kontynentu, piękne zdjęcia, scenografia i kostiumy. Dodatkowo czar tworzy cudowna muzyka.

Australia” to również wciągająca fabuła. Owszem, trwało to prawie trzy godziny i kończyło się kilka razy, to jednak nie nudziłem się, a wręcz przeciwnie – oglądałem z wielkim zainteresowaniem. Wielu zarzucało reżyserowi i scenarzyście, że nie potrzebnie przeciągnęli film w nieskończoność. Nie zgadzam się z tym poglądem, rzeczywiście, kilka razy myślałem, że ‘tak to właśnie teraz się skończy’, ale gdy się tak nie działo to pojawiał się uśmiech na twarzy i oglądałem dalej. A gdy już padło właściwe zakończenie i pojawiły się napisy byłem w pełni usatysfakcjonowany.

Australia

Role główne powierzono Hugh Jackmanowi oraz muzie reżysera, Nicole Kidman (podobno zgodziła się na udział w filmie w ogóle nie czytając scenariusza!). Oboje spisali się doskonale. Oczywiście mnie dużo bardziej zachwyciła Nicole, nie od dziś wiadomo, że jest to moja ulubiona aktorka. Świetnie pokazała zderzenie damy z Londynu z brutalnym i ciężkim światem Australii. Warto też nadmienić, że zarówno Hugh jak i Nicole są rodowitymi Australijczykami.

Podsumowując, „Australia” to film wielki i ważny. Mimo, że wywołał mieszane uczucia wśród krytyki i publiczności to wg mnie jest wśród moich siedmiu najważniejszych filmów roku 2008. Polecam go wszystko, bo warto obejrzeć, ja nie żałuję seansu (w kinie!)i jestem bardzo zadowolony. Z niecierpliwością czekam na kolejny film Luhrmanna.

Moja ocena: 9/10

Siedem najlepszych filmów roku 2008 wg mnie:

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008)

Oryginalny tytuł: The Curious Case of Benjamin Button | Reżyseria: David Fincher Nie taki ciekawy...

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina ButtonaKażda recenzja tego filmu zaczyna się tak samo, mówi, że bohater urodził się w niezwykłych okolicznościach. To chyba pierwsze i nie jedyne zakłamanie „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Tytułowy bohater (Brad Pitt) urodził się normalnie tj. wyciągnięto go z brzucha kobiety, która wcześniej nosiła tę ciążę dziewięć miesięcy. Jedyna anomalia, to taka, iż Benjamin Button był bardzo brzydki i bardzo stary. Rodzice go porzucili, a pod swoje skrzydła przygarnęła go Queenie (Taraji P. Henson), opiekunka w Domu Starców. Benjamin z dnia na dzień, zamiast się dorastać, a potem się starzeć – młodnieje. Wygląda coraz młodziej, i młodziej… najpierw przeżywa starość, dorosłość, młodość aż w końcu dzieciństwo… Poznaje piękną Daisy (Cate Blanchett), która niestety jest już normalna.

Obiecywałem sobie po tym filmie bardzo wiele. Fabuła zapowiadała się znakomicie. Niestety, zawiodłem się i to bardzo. Właściwie jest to jedyne rozczarowanie wśród Oscarowej piątki Najlepszych filmów, które ogłosiła Amerykańska Akademia Filmowa. Spodziewałem się, że skoro Benjamin ‘idzie w dół’ to będzie to miało duży wpływ nie tylko na jego życie, ale także innych ludzi. Nic bardziej mylnego. Jedyne, w czym mu przeszkodził ten odwrotny proces to miłość. No może aż miłość, nie jest to byle co, jednak równie dobrze bohater mógłby dorastać normalnie i film wyglądałby tak samo. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – chodzi mi o to, że nikt, nawet sam Button nie zainteresował się tym, dlaczego jest tak, a nie inaczej, dlaczego młodnieje, a nie starzeje się, dlaczego to właśnie on, a nie ktoś inny. Nic, zupełnie nic, i on i ludzie mieli to w nosie. A przecież to chyba miała być główna oś zawieszenia dla tego filmu.

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” ma bardzo dużo plusów. Przepiękna oprawa wizualna począwszy od świetnie odwzorowanej scenografii lat dwudziestych i trzydziestych, poprzez charakteryzację, kostiumy czy spokojną i nastrojową muzykę Alexandre Desplata. Zachwycają również zdjęcia. Bardzo dobrze zagrał również Brad Pitt, chociaż większe oklaski należą się Taraji. P. Henson. Obydwie role nominowane do Oscara, chociaż Pitt niekoniecznie zasłużenie, w końcu dużo za niego wykonały komputery i charakteryzacja, a nie on sam. Skoro jestem już przy Oscarach – 13 nominacji (najwięcej podczas tego rozdania) zamieniło się tylko w 3 statuetki: za charakteryzację, scenografię i… Efekty specjalne. Wiedziałem, że tak będzie, wiedziałem, że Akademia woli dać Oscara dla pięknie animującej się twarzy Pitta niż dla niesamowitych efektów w „Mrocznym rycerzu”. No, ale cóż, jej członkowie chyba nie mają pojęcia odnośnie tych technologii, skoro rok temu woleli dać Oscara za ładnie wykreowane zwierzątka w „Złotym kompasie” niż dla zjawiskowych robotów w „Transformers”. Cóż, ale to temat na inne opowiadanie.

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ktoś mógłby stwierdzić, że skoro taki film, takie nazwiska, tyle plusów – to musi być rewelacja. Nie dla mnie. To, co napisałem w drugim akapicie (minus) przewyższa to, co napisałem w trzecim (plusy), co w ogólny rozrachunku kwalifikuje się, jako film nieudany i wielkie rozczarowanie. Można jeszcze dorzucić długość filmu – dłużył się niemiłosiernie – oraz to, że po takim reżyserze jak Fincher naprawdę spodziewałem się więcej. Podsumowując, nie podobało mi się, mimo kilku wartości i pięknej oprawy wizualnej, jest to film słaby i po prostu nudny.

Moja ocena: 4/10

Walkiria (2008)

Valkyrie / Walkiria Bardzo często bywa tak, ze wielka gwiazda grająca w danym filmie – poprzez swoje występki w życiu publicznym opisywane przez tabloidy – może zaszkodzić. Takie obawy pojawiły się przed seansem „Oszukanej”. Jednak Angelina Jolie dała radę. W przypadku „Walkirii” Tom Cruise poległ na całej linii.

Walkiria” opowiada o zamachu na Hitlera. Pułkownik Klaus von Stauffenberg (Tom Cruise) wraca z pola walki i przystępuje do tajnej organizacji, która owy zamach przygotowuje. Do zdarzenia ma dojść w bunkrze w Wilczym Szańcu, nie opodal Kętrzyna…

Jeszcze kilka lat temu Cruise był aktorem, który pomagał filmom. Nie sposób tu nie wspomnieć o takich wspaniałych obrazach jak „Vanilla Sky”, ocenione przeze mnie na 10, czy „Raport mniejszości” z dziewiątką. Później Cruise’a widywaliśmy jedynie na okładkach gazet i w kolejnych wywiadach. Jego małżeństwo z Katie Holmes oraz ekscesy scjentologiczne znacząco wpłynęły na opinię o nim samym. „Walkiria” miała być wielkim powrotem do łask. Film skrojony idealnie pod Oscary – mamy dopracowaną scenografię, ładne zdjęcia czy patetyczną muzykę. Główna rola również mogłaby ubiegać się o nominację. Nie tym razem.

Valkyrie / Walkiria

Niestety dla Cruise’a – nie wyszło. Mimo ładnej oprawy technicznej – byli lepsi. Scenariusz kuleje od samego początku, a wszystko momentami ciągnie się i jest nudne. Jednak największym mankamentem jest sam Tom Cruise. Wszystkie miny i starania aktora w autentycznym ukazaniu swojej roli są patetyczne i niejakie. Momentami naprawdę mogą wywołać śmiech. Szczególnie motyw ze sztucznym okiem. Przykro mi to mówić, ale Cruise przez to całe zamieszanie ze scejontologią przestał być wiarygodnym aktorem, a bardziej karykaturą samego siebie. Jego rola była sztuczna i nijaka. A już na pewno nieprzekonywująca. Tom liczył na nominację do Oscara (ma już 3), ale nic z tego. Jeśli nic się nie zmieni, to kolejne role aktora będą coraz gorsze, równie komiczne i karykaturalne.

Podsumowując, „Walkiria” to film słaby z okropną rolą Toma Cruise’a. Obejrzałem, ale polecać nie będę. Oczekiwałem dużo więcej, ale się przeliczyłem. Mocno się zastanówcie, zanim sięgniecie po tę produkcję Bryana Singera – reżysera dobrego („X-Men”, „X-Men 2”) ale ostatnio trochę błądzącego („Superman – Powrót”, „Walkiria”).

Moja ocena: 3-/10

Marley i Ja (2008)

Marley & me / Marley i ja Większość ludzi kocha zwierzęta, część ma do nich stosunek obojętny, a mały odsetek ich nienawidzi. W związku z tym, skoro większość to ta kochająca, Hollywood, co raz robi filmy ze zwierzakami w roli głównej – niestety dla mnie większość z nich jest o psach. Jednym z nich jest „Marley i ja”.

Jenny (Jennifer Aniston) i John (Owen Wilson) są świeżo po małżeństwie. John w rozmowie z przyjacielem zdaje sobie sprawę, że Jenny wkrótce może chcieć mieć dziecko – postanawia, więc na chwilę odwlec owy „kłopot” i przynosi Jenny malutkiego szczeniaczka. Piesek dostaje imię Marley i szybko się zadomawia. Jednak z dnia na dzień wychodzi prawdziwa natura psiaka – kłopotliwy, uparty, rozrabiający i mający wszystko i wszystkich w nosie. Jak Jen i John poradzą sobie w takiej sytuacji?

Reżyserem tego filmu jest David Frankel, twórca absolutnie fantastycznego „Diabeł ubiera się u Prady” z jakże absolutnie fantastyczną kreacją Meryl Streep. Tym razem nie udało mu się zrobić tak dobrego filmu, niemniej jednak nie jest najgorzej. „Marley i Ja” to prosta opowieść o psie i jego właścicielach. Niestety, trochę za długa, co jednak rekompensuje dobre zakończenie. Co prawda słowo ‘dobre’ powinienem zamknąć w cudzysłowie, ale to już inna bajka… Dobre, w sensie satysfakcjonujące i takie, dzięki któremu film dostał ode mnie oczko wyżej.

Marley i ja

Ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp filmów z pasami w roli głównej – najpierw „Beverly Hills Cziłała” (śliczny tytuł, co?), którego nie zamierzam oglądać, potem właśnie „Marley i Ja”, a na dokładkę był też „Hotel dla psów”. Dlaczego koty są dyskryminowane? Ja chciałbym obejrzeć film z kotem w roli głównej. I nie chce ani Garfielda, ani Kota W Butach ze „Shreka” (wkrótce w kinach „Prawdziwa historia Kota W Butach”, ale tego kota z bajki Charlesa Perraulta, natomiast w 2011 pełnometrażowy film animowany z Kotem W Butach ze „Shreka”). Chce kota, którego nikt nie zna (tak jak nie znał Marleya), a którego wszyscy pokochają i tak dalej. Może kiedyś…

Podsumowując, „Marley i Ja” to prosta, za długa opowieść z psem w roli głównej. Dzieciom powinno się spodobać, trochę gorzej z dorosłymi. Nie sądzę, abym sięgnął po ten film po raz drugi, jednak pierwszego seansu nie żałuję.

Moja ocena: 4-/10

Wyrolowani (2008)

Role Models / WyrolowaniObejrzałem kolejną komedię. Tym razem nie była to komedia romantyczna, a raczej coś w stylu komediu familijnej… jednak całej rodzinie tego bym nie polecił, to coś bardziej w styli familijnego pseudocacka dla młodzieży. Ale do rzeczy.

Pewna kobieta wymyśliła dziwny program. Zapracowani dorośli oddają swoje dzieci do czegoś w rodzaju przedszkola, tam, inni dorośli, którzy mają aż nadto czas zajmują się nieswoim dziećmi. Spędzają z nimi czas, nawiązują przyjaźnie. Trafiają tam nie tylko dzieci, ale także nastolatki i młodzież w różnym wieku. Bohaterami filmu jest dwójka mężczyzn, którzy za złamanie prawa dostali alternatywę: albo pójdą do więzienia, albo będą musieli przystąpić do wyżej opisanego programu i zająć się dwójką podopiecznych. Los sprawia, że Wheeler (Seann William Scott) dostaje pod opiekę dzieciaka z nadwyraz rozwiniętym słownictwem, natomiast Danny (Paul Rudd) nastolatka, który żyje w świecie jakiejś głupiej gry i wydaje się nie akceptować tego, że już wkrótce stanie się dorosłym.

Poprzednia komedia Davida Waina - „Jak złamać 10 przykazań” – była bardzo podobna do tej. I nie chodzi mi tylko o to, że w obydwu grał Paul Rudd. Bardziej mam tutaj na myśli podobny poziom – jest tak, że oglądamy sobie film, podczas niego czasem się zaśmiejemy, krócej mówiąc dobrze spędzamy czas. Po seansie pojawia się lekki uśmiech na twarzy, po czym bez żadnego zastanowienia przechodzimy do robienia innych czynności pofilmowych. Nie jest to produkcja, która mogłaby nas skłonić do refleksji, nie jest też to obraz, do którego chcielibyśmy wrócić któregoś dnia. Po prostu obejrzeć i zapomnieć. Opcja ‘nie obejrzeć’ również jest możliwa i nie zrobi to większej różnicy.

Ja dla przykładu nie czuję, że straciłem półtorej godziny. Bawiłem się dobrze, przystępnie, chociaż nie był to humor na miarę „Diabeł ubiera się u Prady” czy absolutnie genialnej „Małej miss” (będę to powtarzał do znudzenia, dla mnie póki co komediodramat wszechczasów). Jest to średniak, jakich wiele, tak, więc kwestia obejrzenia zależy tylko od tego, co akurat chcemy zobaczyć. Być może jednym z powodów, dla którego ktoś może chcieć sięgnąć po ten film są dwaj panowie – Seann William Scott oraz Paul Rudd. Obydwoje pokazali dokładnie to, do czego nas przyzwyczaili – proste, nieskomplikowane role półgłupków – szczególnie Scott. Jest też urocza Elizabeth Banks, która właśnie jest urocza i to tyle. Podsumowując, „Wyrolowanych” da się oglądać, ale da się też obejść bez obejrzenia. Ja nie żałuję.

Moja ocena: 5-/10

Zmierzch (2008)

Twilight / ZmierzchO „Zmierzchu” było bardzo głośno. Ekranizacja bestsellerowej książki Stephenie Meyer weszła do kin z podobnym szumem jak kilka lat temu pierwsza część Harrego Pottera. Podchodziłem do filmu bardzo sceptycznie – jak się okazało niesłuszne.

Matka bohaterki, Belli (Kristen Stewart) postanawia podróżować po kraju ze swoim kochankiem. W takim przypadku Bella musi zamieszkać z ojcem w stanie Waszyngton. Jak to zwykle bywa przeprowadzka nie jest prosta. Bohaterka musi przystosować się do nowego domu, okolicy oraz szkoły. To właśnie tam poznaje tajemniczego Edwarda (Robert Pattison). Po pewnym czasie dziewczyna dowiaduje się, że Edward jest wampirem.

Olbrzymie zaskoczenie! Ja naprawdę myślałem, że będzie to film poziomem podobnym do którejś tam części „High School Musical”. Było to bardzo niesprawiedliwe, bo jest to bardzo dobry i wciągający thriller. Przez pierwszą połowę – nim Bella pozna prawdę – jest niesamowicie. Tajemniczo, ciekawie, enigmatycznie. Miałem obawy, że gdy w końcu dojdziemy do momentu, w którym bohaterka dowie się, że ma do czynienia z wampirem czar pryśnie. Że całość zmieni się w nijaki, pusty film. Nic bardziej mylącego – potem jest równie dobrze. Co prawda wprowadzani są nowi bohaterowie, a główni bohaterowie musza zmagać się z przeciwnościami losu, to jednak nadal jest to bardzo emocjonujący film.

Twilight / Zmierzch

Co może wydać się śmieszne, ale właśnie ten film kierowany głównie do nastolatków świetnie ukazuje miłość zakazaną i niemożliwą. Bella cały czas czuje strach i lęk – w końcu w każdej chwili może stać się obiadem Edwarda. Jednak to właśnie jego miłość do bohaterki powstrzymuje go przed tym czynem. Związek ten musi opierać się na bezgranicznym zaufaniu. I tak właśnie jest, wprost wyczuwalne jest to przez ekran.

Dużo mówiło się też, czy aktorzy, którym powierzono tak ważne role poradzą sobie z nimi. Jak najbardziej tak – kolejne zaskoczenie. Zarówno Kristen Stewart jak i Robert Pattison tworzą kreacje bardzo autentyczne i prawdziwe. To dzięki nim tak dobrze odbiera się ten film.

Cały film otoczony jest posępną, mroczną aurą, co dodatkowo potęguje efekt. Zachwycają zdjęcia. Jednak oprócz oczywiście samej historii, jednym z najlepszych i najjaśniejszych punktów „Zmierzchu” była niesamowita muzyka autorstwa Cartera Burwella, nadwornego kompozytora braci Coen. To dzięki niej jeszcze bardziej wczuwamy się w klimat filmu i zapominamy o bożym świecie.

Twilight / Zmierzch

Kończąc, „Zmierzch” to naprawdę dobrze zrobiony film, głównie o miłości, lecz trzeba pamiętać, że nie jest to horror i nie z takim nastawieniem powinniśmy do niego zasiadać. Najważniejsza jest tutaj miłość niemożliwa i zakazana. Już w tym roku do kin wejdzie druga część przygód Belli i Edwarda pod tytułem „Księżyc w nowiu”. I znów jak w przypadku Harrego Pottera zmienił się reżyser, jednak mam nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na poziom filmu. Podsumowując jednak, polecam ten obraz, bo wciąga i pochłania. W pełni.

Moja ocena: 9/10

Ah, spodziewam się żywej dyskusji ;>

Jestem na tak (2008)

Jestem na tak / Yes ManCzy zdajemy sobie z tego sprawę, że najczęściej wypowiadanym przez nas słowem jest ‘nie’? Praktycznie na prawie każde pytanie główna odpowiedź jaka nam się nasuwa to właśnie ‘nie’. Bohater filmu, Carl (Jim Carrey) za namową swojego przyjaciela idzie na spotkanie ludzi, którzy wyznają ideologią ‘zawsze-mówienia-tak’. Krócej mówiąc, tacy ludzie zawsze odpowiadają na każde pytanie ‘tak’, a w ich słowniku nie istnieje słowo ‘nie’. Wkrótce Carl przystąpi do nich i sam stanie się człowiekiem na tak.

Jima Carrey’a cenię za kilka naprawdę dobrych, komediowych ról – głównie za „Truman Show”, „Kłamca, kłamca”, „Maskę” oraz „Bruce’a wszechmogącego”. W 2007 roku postanowił sprawdzić się w repertuarze odrobinę ambitniejszym – wystąpił w thrillerze „Liczba 23”, jednak śmiało można stwierdzić, że nie był to udany film. Inaczej spawa miała się z „Zakochanym bez pamięci” – tamta rola, mimo że połowicznie komediowa, połowicznie dramatyczna wyszła mu doskonale. Teraz powraca do komedii. Rola w „Jestem na tak” to powrót do korzeni, świetna i zwariowana kreacja bohatera do jakich przyzwyczaił nas Carrey. Szkoda jednak, że film pozostawia pewien niesmak.

Bo i owszem, Carrey jak zwykle pokazuje, że jest dobrym komikiem i to dzięki niemu w ogóle dało oglądać się ten film. Niestety, oprócz samego aktora „Jestem na tak” nie posiada nic, co byłoby godne uwagi. Wręcz przeciwnie, na myśl przychodzi film „Kłamca, kłamca” gdzie bohater (również grany przez Carreya) nie mógł kłamać. Lekko oklepany motyw i genialny aktor niestety w tym przypadku nie wywróżyły sukcesu. Po obejrzeniu tej produkcji czułem się zawiedziony, bo oczekiwałem czegoś lepszego. Oglądałem już lepsze komedie.

Jestem na tak / Yes man

Jeśli ktoś zastanawia się nad obejrzeniem „Jestem na tak” powinien głęboko to przemyśleć, ponieważ nie jest to strasznie inteligentna i zabawna komedia. Słaby przeciętniak z dobrą rolę Carreya nie gwarantuje obiecanej rozrywki, spodobać się może głównie zawziętym fanom aktora. A tym, którzy oczekiwali rozrywki może sprawić przykrość, że stracili swój cenny czas. Głęboko się zastanówcie, bo ja np. trochę żałuję, mogło być dużo lepiej.

Moja ocena: 4-/10

Dziewczyna mojego kumpla (2008)

Dziewczyna mojego kumplaBohaterem filmu jest Tank (Dane Cook), który trudzi się bardzo dziwnym zajęciem. A mianowicie umawia się na ranki z kobietami, które właśnie rzuciły swoich chłopaków. Na owych spotkaniach jest niesamowicie chamski i nieznośny. Przez to zachowanie, kobiety zauważają, że ich wcześniejszy chłopak był ideałem, a kolejny taki może się nie trafić, to też postanawiają wrócić do swoich byłych. Nie wiedzą jednak, że Tank jest wynajmowany przez właśnie takiego ‘porzuconego’. Problemy pojawią się, gdy Tanka zaangażuje jego najlepszy kumpel Dustin (Jason Biggs) porzucony właśnie przez piękną Alexis (Kate Hudson).

Z początku było zabawnie. Brutalnie chamsko, ale mimo wszystko śmiesznie. Jednak, czym bliżej końca, tym gorzej. Robi się nudna, nieznośna i oklepana komedia romantyczna. Pomysł ciekawy, ale znów zepsuty i nie do końca dobrze rozegrany. Nie widziałem jeszcze komedii romantycznej z negatywnym zakończeniem…, ale to wtedy to się już chyba dramat nazywa. Nieistotne.

Kate Hudson jest śliczna, to już kolejny film, w którym błyszczy i promieniuje (ale, nie radioaktywnie)… no dobra, promienieje. Tak jak w „Nie wszystko złoto, co się świeci” denerwował mnie Matthew McConaughey, tak tutaj taką nieznośną postacią był tytułowy kumpel, grany przez znanego z serii „American Pie”, Jason Biggs. Natomiast Dane Cook nie zachwycał, ale też nachalnie nie irytował.

Dziewczyna mojego kumpla” jest komedią romantyczną, którą ogląda się, bo nie ma się nic innego do roboty. Ciekawy pomysł, ale gorsze wykonanie, seansu nie żałuję, ale czy polecam? Co kto lubi i na co ma ochotę. Może, chociaż na Kate Hudson warto popatrzeć?

Moja ocena: 3/10

Vicky Cristina Barcelona (2008)

Vicky Cristina BarcelonaWoody Allen to reżyser nad wyraz płodny. Począwszy od lat 70. rok w rok robi kolejny film. I co ciekawe – każdy z nich trzyma poziom. Owszem, zdarzają się te lepsze i te gorsze, jednak zawsze jest w nich coś takiego specjalnego, coś allenowskiego. Na koncie mam już obejrzane jego cztery filmy, a teraz piszę recenzję piątego, póki, co najlepszego. Oto „Vicky Cristina Barcelona”.

Bohaterki filmu – Vicky (Rebecca Hall) oraz Christina (Scarlett Johansson) – wyruszają na wakacje do słonecznej Barcelony w Hiszpanii. Tam w galerii poznają malarza, Juana Antonio (Javier Bardem). Mężczyzna zaprasza kobiety na krótka podróż po malowniczym mieście nieopodal Barcelony, Oviedo. Tam bliżej poznają zarówno jego samego, jak i jego zwariowaną byłą żonę Marię Elenę (Penelope Cruz).

Najnowszy film Allena to cztery, bardzo mocne role aktorskie – w tym jedna nagrodzona Oscarem. Rebecca Hall, Scarlett Johansson, Penelope Cruz oraz Javier Bardem to aktorzy doskonali, którzy po raz kolejny stworzyli wspaniałe kreacje.

Vicky Cristina Barcelona

Penelope Cruz już trzy lata temu (w 2006) w obrazie Pedro Almodovara „Volver” stworzyła doskonałą kreację. Jednak teraz przeszła samą siebie. Maria Elena to piękna i namiętna kobieta, która balansuje na granicy obłędu, zabójczej zazdrości oraz swojej własnej seksualności. Bohaterka jest szalona, a Cruz świetnie to pokazuje, jest bardzo prawdziwa i naturalna. A w dodatku niesamowicie seksowna. Scena pocałunku ze Scarlett Johansson była niesamowita i powinna przejść do klasyki takich scen. Oczywiście to nie wszystko. Bardzo ciekawy jest również kontrast między spokojną, ułożoną Vicky graną przez Hall, a także szukającą i zagubioną Christiną, w którą świetnie wcieliła się Johansson. Obie panie doskonale wcieliły się w swoje role. No i na koniec nie sposób nie wspomnieć o świetnym Bardemie, który rok temu tryumfował na rozdaniu Oscarów dzięki swojej udanej roli w „To nie jest kraj dla starych ludzi” Coenów. W filmie Allena pokazał swoje zupełnie inne oblicze – aktora, który potrafi pokazać uczucia oraz zakręcić w głowie nie jednej kobiecie. Myślę, że za równo płeć męska jak i żeńska będzie bardzo usatysfakcjonowana oglądając „Vicky Cristina Barcelona”.

O czym właściwie jest nowy film Allena? Nie powiem, że o wszystkim, bo jak o wszystkim, to o niczym. Allen ukazuje nam dwie kobiety – jedna z nich ustatkowana, druga wręcz przeciwnie, chcąca się zabawić i poznać życie. Tak wydaje się na pierwszy rzut oka, jednak tak naprawdę obie tak naprawdę nie wiedzą czego chcą. Przypadkowo poznany mężczyzna namiesza w ich życiu, a jakby tego było mało – sam również ma nie do końca poukładane życie, a dwie Amerykanki na pewno w jakimś stopniu wpłyną na niego. „Vicky Cristina Barcelona” to film o poszukiwaniu samego siebie, o wyborach – oczywiście brzmi to bardzo poważnie, ale obraz ten to opowieść o tematach ważnych okraszona bardzo barwną, optymistyczną oprawą. Dodatkowo zachwyca przepiękna Hiszpania oraz urokliwa i miła muzyka.

Vicky Cristina Barcelona

Zważywszy na te wszystkie plusy, nowy film Allena to zapewne jeden z lepszych obrazów tego twórcy w ostatniej dekadzie, a jak dla mnie jego najlepszy film ze wszystkich, które widziałem („Sen Kasandry”, „Scoop”, „Wszystko gra”, „Życia i cała reszta”). Polecam gorąco, bardzo ciepła opowieść na wiosenne wieczory.

Moja ocena: 9/10

Opowieści na dobranoc (2008)

Bedtime Stories / Opowieści na dobranocAdam Sandler to aktor naprawdę dziwny. Kiedyś go lubiłem, ale teraz zaczął grać w tak nieznośnie złych filmach, że zraziłem się. Po „Nie zadzieraj z fryzjerem” miałem nadzieję, że kolejny film będzie lepszy. Owszem, był, ale to nadal nie ten sam, stary, zabawny Sandler…

Bohaterem „Opowieści na dobranoc” jest Skeeter (Adam Sandler), pracownik wielkiego hotelu, którego miał zostać właścicielem, ale zrobiono go w balona. Jego siostra musi wyjechać, to też pozostawia mu w opiece dwójkę swoich dzieci. Skeeter zaczyna opowiadać siostrzeńcom bajki, dzięki którym mają zasnąć. Przy każdej z nich maluchy dodają coś od siebie. Jakże wielkie zdziwienia i konsternacja następuje w życiu mężczyzny, gdy kolejnego dnia wszystkie sceny z opowiadanych bajek stają się realne.

Miałem nadzieję, że będzie to bardzo ciekawa, fascynująca przygoda. W końcu pomysł nie głupi i można było z tego zrobić naprawdę dobrą produkcję dorównującą poziomem „Kronikom Spiderwick” czy pierwszym „Opowieściom z Narnii”. Niestety, nie wiem, kto zawiódł. Bo i reżyser nie taki zły – Adam Shankman wyreżyserował przecież świetny „Lakier do włosów” czy wzruszającą „Szkołę uczuć” – a scenarzysta, Tim Herlihy, ma na koncie skrypt do filmu „Super tata”, w którym również wystąpił Adam Sandler. Nie mniej jednak zmarnowano potencjał, bo opowieść się nie klei, jest nudna i nijaka. Sandler już nie bawi tak jak kiedyś, a i pozostali aktorzy próbują coś z siebie wykrzesać, ale im nie idzie. Zupełnie nie mam pojęcia, co w takim filmie robi taki aktor jak Guy Pearce. Znany mi z absolutnie rewelacyjnego „Memento” musi mieć naprawdę chude lata, skoro zgodził się na rolę w takim potworku.

Bedtime Stories / Opowieści na dobranoc

Nie jest to udana produkcja familijna. Niewciągająca fabuła i niesympatyczni bohaterowie mogą zrazić nawet najmłodszych. Ja, jako ten starszy również się nudziłem. Chciałem, aby jak najszybciej się zakończyło. Nie polecam i odradzam. Czy dałbym radę znaleźć tutaj jakiekolwiek plusy? Na pewno ciekawy pomysł (+2), który niestety został zaprzepaszczony (-1), Sandler lepszy niż w „Nie zadzieraj z fryzjerem” (+1), chociaż z drugiej strony słaby Guy Pearce (-1). No, ale na koniec zostawiłem sobie naprawdę najlepsze: Wytrzeszcz (+2)! Taką świnkę morską to ja chcę! Sumując moje rozważanie wychodzi mi słabe trzy oraz ogólnie niezadowolenie – nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 3/10