Batman i Robin (1997)

Batman i Robin / Batman & RobinTym razem Gotham City spowija lód. Okazuje się, że sfrustrowany doktor Victor Fries (Arnold Schwarzenegger) uległ wypadkowi i zmienił się w Mr. Freeze’a, człowieka, który potrzebuje zimna i lodu, aby przeżyć. Teraz w akcie zemsty chce zamrozić całe Gotham, a następnie cały świat. Niespodziewanie u jego boku pojawia się kobieta, która żyje w niezwykłej symbiozie z fauną i florą. Trujący Bluszcz (Uma Thurman), bo o niej mowa, potrafi uwodzić feromonami a jej pocałunek jest śmiertelny. Do obrony miasta i walki z przestępcami rusza jak zwykle Bruce Wayne, przebrany za Batmana (George Clooney) oraz jego pomocnik, Dick Grayson, czyli Robin (Chris O'Donnell).

Tak jak przy okazji „Batman Forever” pisałem, że można by napisać książkę „Jak ginie legenda” tak na podstawie tego filmu, można by napisać jej kolejną część pod tytułem „Jak kopać leżącego”. Drugi film o przygodach Człowieka Nietoperza w reżyserii Joela Schumachera jest jeszcze gorszy, niż jego poprzednik.

Przede wszystkim zawiódł George Clooney, jako Batman. Po prostu nie pasował mi do tej roli, do tego wyraźnie nudził się, co aż biło z ekranu. Grał od niechcenia. Jednak w tym przypadku jest to raczej wina reżysera, który najwyraźniej nie potrafił dopilnować tego, aby plejada gwiazd, które zaangażował do swojego projektu pokazała, na co ich stać. Bo rzeczywiście, pozostali również niczym ciekawym się nie wykazali.

Arnold Schwarzenegger, jako jeden z moich nielubianych aktorów tutaj również nie pokazał nic nadzwyczajnego, baa, powiedziałbym nawet, że był straszny – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jest też Uma Thurman, której rola była bardzo nierówna. Raz świetnie opętana, demoniczna, seksowna i namiętna, ale innym razem jej zachowania przypominały pustą i nijaką blondynkę. Ale dwie najbardziej denerwujące postacie tego filmu to Robin i Batwoman. Jeszcze O’Donnella jakoś przetrawiłbym, mimo kolczyka w uchu nie przeszkadzał zbytnio. Ale Alicia? Co to miało być? Głupiutka, przesłodzona i nijaka. Bleh.

Batman i Robin” odstrasza również zdjęciami i scenografią. Wszystko jest tak kolorowe, że, za przeproszeniem, aż rzygać się chce. Mogliśmy chyba zobaczyć pełną gamę barw i kolorów, bo czego tam nie było. Niebieskości, czerwienie, róże! Taaak, różowego to tu było chyba najwięcej. Aha, i znów były sutki na Batstrojach oraz długie ujęcia idealnie dopasowanych kostiumów na pupach bohaterów.

Podsumowując, „Batman i Robin” jest najgorszą ekranizacją komiksu, najgorszym filmem o Batmanie oraz jednym z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Jest to potworek nieznośny i ciężkostrawny. Nie polecam, nawet zagorzałym fanatykom.

Moja ocena: 2/10

Batman Forever (1995)

Batman ForeverGotham City znów terroryzowane jest przez kolejnego psychopatę. Tym razem jest nim Dwie Twarze (Tommy Lee Jones), człowiek, który kiedyś został oblany kwasem, przez co postradał zmysły i popadł w rozdwojenie jaźni. Teraz chce się zemścić na Batmanie (Val Kilmer), który niejako jest odpowiedzialny za jego wypadek. Jednak pojawia się również drugi złoczyńca, Edward Nygma (Jim Carrey) zafascynowany Brucem Waynem, jednak jednocześnie przez niego odrzucony postanawia zostać Panem Zagadką. Jakby tego było mało, w mieście pojawiła się pani psycholog, Dr Chase Meridian (Nicole Kidman), która oficjalnie ma zbadać chorobę Dwóch Twarz, jednak tak naprawdę bardziej zainteresowana jest Batmanem.

Na przykładzie tego filmu można by napisać pracę pod tytułem „Jak ginie legenda”. Tim Burton został wymieniony na Joela Schumachera, ponieważ poprzednie dwie części były zbyt mroczne i poważne, toteż najważniejszy target Warner Bros. – dzieci i młodzież – nie do końca były zadowolone z tych filmów, aczkolwiek powiedziałbym, że to bardziej rodzice bali się o swoje pociechy i nie pozwolili im oglądać takich filmów. To też WB zatrudniło innego reżysera i kazało nakręcić ‘lżejsze’ filmy. Po co? Wszystkiemu, jak zwykle, winne są pieniądze.

Po pierwsze z odtworzenia głównej roli zrezygnował Michael Keaton. Zastąpił go Val Killmer. Co można powiedzieć o jego Batmanie? Nie jest źle, aczkolwiek nie jest też idealnie. Po prostu wpasował się w konwencję całego filmu. I takie też są pozostałe postacie. Tommy Lee Jones, jako Dwie Twarze chyba jest najbardziej wyrazistą i najlepiej zagraną postacią tego filmu. Momentami przypominał mi nawet Jacka Nicholsona z pierwszego „Batmana”, ale podkreślam tylko momentami. Najsłabiej wypadł Jim Carrey. Jest to tylko i wyłącznie aktor komediowy i taką też rolę stworzył w tym filmie, co dla mnie jest nie do przyjęcia. Batman nie może być komedią! I na koniec moja ukochana Nicole… Zagrała dobrze, była taka, jaka powinna być kobieta Batmana – pozostawała w cieniu Nietoperza…

I jeszcze dwa zdania – Robin był głupi, zbyt luzakowaty i miał kolczyk w uchu. I najmocniejsze: stroje Batmana i Robina miały sutki, a podczas ich nakładania połowa ujęć pokazywała nam właśnie owe sutki oraz idealnie dopasowany kostium na pupie obu bohaterów. Co to miało być?!?!

Zatem postaje pytanie – kto jest winny temu, że tak spieprzono niesamowitą legendę Batmana? Osobiście, jako winne upatruje studio Warner Bros.. W końcu to oni wyrzucili Burtona, to przez nich zrezygnował Keaton i przez nich Schumacher musiał nakręcić to, co nakręcił. Konkluzją niech będzie, że „Batman Forever” zarobił 184 milionów dolarów – więcej niż „Powrót Batmana” (162, 8 mln $), ale dużo mniej niż pierwszy „Batman” (251, 1 mln $).

Podsumowując, „Batman Forever” jest filmem złym, jako całokształt. Posiada ciekawą postać Dwóch Twarzy, nienajgorszego Batmana i piękną Nicole. Niemniej jednak, daleko mu do filmów Burtona czy Nolana.

Moja ocena: 4/10

Powrót Batmana (1992)

Powrót Batmana / Batman ReturnsCzłowiek Nietoperz powraca. Właściwie to cały czas był – strzegł i bronił Gotham City. W mieście pojawia się Pingwin (Danny DeVito), odrzucony przez rodziców w dzieciństwie ze względu na swój wygląd, wychowany w kanałach pod ziemią. Teraz za sprawą sprytnego i podstępnego milionera, Maksa Shrecka (Christopher Walken), który zastraszony przez Pingwina postanawia go wypromować w Gotham, jednak oczywiście wszystko dla własnych celów. Jednak to nie koniec kłopotów, pojawia się również tajemnicza Kobieta-Kot (Michelle Pfeiffer), czyli właściwie niezdarna sekretarka Shrecka, która teraz chce się zemścić na szefie. Batman (Michael Keaton) jak zwykle będzie miał pełne ręce roboty.

Drugi film o Batmanie w reżyserii Tima Burtona. Nie zmienił się odtwórca głównej roli – świetny, lekko cyniczny i nietuzinkowy Michael Keaton. Ale scenarzyści zdołali świetnie pokazać również inne postacie – przede wszystkim trójka wrogów Batmana. Obrzydliwy Danny DeVito w kreacji Pingwina, miał być niesmaczny i obleśny – był. Dobrze też ukazano jak się zachowuje człowiek wychowany w kanałach wśród ludzi (odgryzienie nosa). Dalej idziemy do Christophera Walkena, aktor, którego nie lubię, a w tym filmie to już w ogóle miał strasznie denerwującą rolę. Ale taka też miała być – Shreck jest dwulicowy, żmijowaty i podstępny. Nic go nie powstrzyma, aby osiągnąć swoje cele.

I w końcu dochodzimy do mojego ulubionego plusa tego filmu – Kobieta Kot, a właściwie Michelle Pfeiffer. Aktorka idealnie pokazała dwoistość tej postaci – raz niezdarna, nijaka sekretarka Shrecka, później niesamowicie seksowna, namiętna i cudowna Kobieta-Kot. I z całym szacunkiem dla Halle Berry, ale pomiędzy Kobietą-Kot Michelle Kobietą-Kot Halle jest taka przepaść jak między Uwe Bollem a Stephenem Spielbergiem (zaznaczam: chodzi mi tylko i wyłącznie o tę jedną, konkretną rolę - kobiety kota). Zresztą, co tu kryć, Michelle to jedna z moich ulubionych aktorek, więc była to uczta dla moich oczu.

Ponownie mamy również niesamowity klimat, imponującą scenerię i zdjęcia, oraz nadzwyczajną muzykę Danny’ego Elfmana. Wspomniany wcześniej scenariusz jest w pełni zaakceptowaną i najwierniejszą wizją Burtona, jaką kiedykolwiek chciał przedstawić. Przy pierwszy filmie („Batman”) scenariusz został lekko zmodyfikowany przez wytwórnię, mimo to jednak film odniósł olbrzymi sukces komercyjny, to też Warner Bros. zgodziło się na każdą wizję Burtona byle by tylko powstał. I powstał, po czym studio podziękowało Burtonowi za współpracę, ze szkodą na wszystkich fanów Batmana, komiksów i dobrych filmów.

Powrót Batmana” to film jeszcze bardziej mroczny, bardziej Burtonowski i bardziej klimatyczny niż jego poprzednik. I co prawda ocena będzie taką samą liczbą, jednak to właśnie ta część podobała mi się bardziej. Polecam ten film Wam wszystkim, bo jest to jeszcze świetna i godna obejrzenia ekranizacja przygód Człowieka Nietoperza. Niestety, kolejne dwie okażą się czymś ciężkostrawnym, o czym napiszę już niedługo – na szczęście pojawił się też Christopher Nolan i wskrzesił ikonę.

Moja ocena: 8/10

Batman (1989)

BatmanGotham City to miasto pełne mroku, niebezpieczeństw i skorumpowanej policji. Rządzi w nim mafiozo Carl, jednak szybko zostaje pogromiony przez nowego złoczyńcę, Jokera (Jack Nicholson). Zwariowany osobnik, który traktuje wszystko i wszystkich, jako dobrą zabawę. Dla niego nie ma granic, potrafi zabić zarówno kogoś obcego jak i kogoś ze swoich kompanów. Jednak Joker na swojej drodze spotka potężnego przeciwnika, postać, która stanie w obronie całego miasta Gotham. Jest nim Batman, Człowiek Nietoperz, pod którego maską kryje się multimilioner Bruce Wayne (Michael Keaton). Bohater ma u swojego boku wiernego lokaja Alfreda (Michael Gough) oraz zafascynowaną Batmanem dziennikarkę, Vicki Vale (Kim Basinger).

Pierwsza część przygód Batmana. A te były burzliwe, bo nakręcono aż 6 filmów o jego przygodach, poczynając właśnie od tego filmu w reżyserii Tima Burtona kończąc na „Mrocznym rycerzu” wg Christophera Nolana (nie biorę pod uwagę filmu z 1966 roku, bo to był raczej jakiś pastisz). W rolę Batmana wcieliło się aż 4 aktorów. I tylko cztery z sześciu filmów godne są uwagi. Ale to słowem wstępu, przejdźmy do dzieła Burtona.

Jako iż jest to film Burtona jest to właśnie bardzo widoczne. Przede wszystkim plastyczność, świetna scenografia, dużo groteski i mroku. Wielu nawet uważa, że film był zbyt groteskowy, jednak mi właśnie taka konwencja bardzo się podobała. Nie była to zwykła ekranizacja komiksu, ale coś więcej, balans na granicy dramatu, thrillera oraz komedii. Tak, tak – komedii. I nie chodzi już tylko o Jokera, ale nawet sam Batman potrafił czasem zrobić czy powiedzieć coś zabawnego.

U Burtona na uwagę również zasługują postacie. Przede wszystkim Joker w wykonaniu Jacka Nicholsona. Nie jest mi jeszcze dane porównać tej kreacji do Jokera, jakiego stworzył Heath Ledger, jednak Joker Nicholsona to po prostu niesamowicie zabawny, nieobliczalny i śmieszny psychopata. Jak już napisałem na samym początku, nie obchodzi go nic – potrafi zabić przypadkową osobę, ale także swojego kompana. Oczywiście jego głównym celem jest Człowiek Nietoperz.

Batman zagrany przez Michaela Keatona jest dobry. Prawdopodobnie powiedziałbym więcej, jednak na chwilę obecną najlepszym Batmanem jest oczywiście Christian Bale („Batman Początek” i „Mroczny rycerz”). Niemniej jednak Keaton jest tuż za nim. Na Killmera („Batman Forever”) i Clooney’a („Batman i Robin”) będę narzekać przy okazji filmów, w których wystąpili.

Jak zwykle u Burtona, jednym z najpotężniejszych i najważniejszych środków przekazu jest muzyka. Tak też i w „Batmanie” była ona niesamowita, cudowna i naprawdę klimatyczna. Idealnie wpasowała się w całą konwencję mroku i grozy filmu. Stworzył ją oczywiście nadworny kompozytor Tima, Danny Elfman.

Podsumowując, „Batman” Burtona to doskonała ekranizacja komiksów o Batmanie, świetny i wciągający film przepełniony tak charakterystycznym dla reżysera klimatem. I właśnie głównie dla wielbicieli twórczość Burtona film będzie się podobał, jednak fani Batmana również powinni być zadowoleni. Ja jestem pod wrażeniem i zaliczam ten film do moich ulubionych – mimo, że jest już dosyć stary, to wciąż znakomity. A Wam polecam zdecydowanie, jeśli jeszcze nie widzieliście.

Moja ocena: 8+/10

Hancock (2008)

Hancock / John HancockJohn Hancock (Will Smith) ma moce jak wielu superbohaterów, których niejednokrotnie widzieliśmy już w kinie. Umie latać, jest supersilny, niezniszczalny i takie tam. Jednak różni go jedna cecha od pozostałych herosów – Hancock ma to wszystko gdzieś. Dosłownie. Co prawda pomaga ludzie, ale od niechcenia i nie zwraca uwagi gdzie ląduje i czy przypadkiem nie zrobi więcej szkody niż pomocy. Miasto ma go już dość. Z pomocą przychodzi spec do spraw wizerunku i PR – Ray Embrey (Jason Bateman). W ramach rewanżu za uratowanie życia, Ray wymyśla sprytną i trafną historię, dzięki której ludzie zatęsknią i pokochają Hancocka.

Jeden z największych, komercyjnych hitów roku 2008. Hancock w wykonaniu genialnego aktora, jakim jest Will Smith to postać zabawna, zgryźliwa, wiarygodna i niesamowicie dobrze zagrana. Smith świetnie pokazał najpierw totalnie wyluzowanego bohatera, a potem zagubionego i nieradzącego sobie w nowej sytuacji herosa. Hancock po przemianie jest inny, zdezorientowany, nie wie czy to, co robi, jest dobre – chce dobrze, stara się, lecz nie do końca wierzy w to, czy mu się uda. Skoro jestem już przy kreacjach aktorskich – Charlize Theron! Z początku niewinna i cicha kura domowa, potem przeistacza się w prawdziwego wampa. Nie zdradzę Wam, dlaczego, niemniej jednak jest to druga, najlepsza rola w tym filmie! O pozostałych aktorach nie ma, co mówić, byli, zagrali, tyle.

Mniej więcej w połowie filmu mamy obrót akcji o jakieś 180 stopni. Wielu ludziom to się nie podobało i przez to wystawiają mu niskie noty. Ja mogę powiedzieć odwrotnie – to było rewelacyjne! Rzadko udaje się jakiemukolwiek filmowi mnie aż tak bardzo zaskoczyć. „Hancockowi” się udało i chwała mu za to. Co prawda im bliżej, to mamy coraz mniej filmu akcji, a więcej dramatu, jednak podobało mi się takie połączenie. A końcowe sceny wgniotły w fotel i w pełni usatysfakcjonowały.

Hancock” w reżyserii Petera Berga, twórcy „Królestwa” to film, któremu udało się przerosnąć moje oczekiwania. Spodziewałem się dobrego filmu akcji z ciekawymi akcentami humorystycznymi. Otrzymałem znakomity film akcji z elementami humoru i dramatu ze wspaniałym elementem zaskoczenia. Tak, jak zapowiadano, był to superbohater inny niż pozostali. Zdecydowanie polecam filmu każdemu, ja z przyjemnością obejrzę go raz jeszcze! Rozrywka godna polecenia!

Moja ocena: 8+/10

Zobacz również:

Na pewno, być może (2008)

Na pewno, być może / Definitely, MaybeBohaterem filmu jest Will (Ryan Reynolds), młody ojciec, który opowiada na noc córce (Abigail Breslin) skomplikowaną opowieść. Właściwie jest to krótki zarys jego życia od czasów ukończenia studiów do dnia obecnego. Will przeniósł się do Nowego Jorku w celu pomocy w kampanii Bila Clintona. Głównym tematem jego historii i życia są trzy kobiety. Każda z nich odegrała znaczącą rolę w życiu bohatera, a jedna jest matką dziewczynki. Maya ma za zadanie odgadnąć, która to. Czy pierwsza miłość Willa, Emily (Elizabeth Banks)? A może koleżanka z pracy, która pomagała mu przy kampanii, April (Isla Fisher)? Czy w końcu Summer (Rachel Weisz), niezależna i ambitna dziennikarka?

I tak wraz Mayą widz przenosi się w zwariowany świat ubiegłego wieku i poznaje wszystkie trzy panie. Ale za to, jakie! Trzy piękne i zdolne aktorki! Elizabeth Banks grająca Emily świetnie pokazała zagubioną studentkę, a po kilkunastu latach dojrzałą kobietę i matkę. Rachel Weisz, jako dziennikarka Summer również znakomicie. Jednak obie panie bledną przy blasku i kolorycie Isli Fisher, czyli filmowej April. To właśnie jej w udziale przypadły najciekawsze i najzabawniejsze dialogi i teksty. I to właśnie ta postać podobała mi się najbardziej od samego początku i trzymałem kciuki, aby to ona okazała się matką Mayi.

Skoro jestem przy aktorach, trzeba jeszcze wspomnieć o głównym bohaterze. Ryan Reynolds zagrał dobrze i wydaje mi się, że dobrze czuje się w komediach romantycznych. Natomiast dobrego słowa nie mogę powiedzieć o Abigail Breslin. W 2006 roku nominowana do Oscara za rolę w „Małej Miss” teraz była zupełnie denerwująca i nijaka. Na szczęście mało jej było w filmie, ale mimo to nie podobała mi się jej rola.

Zaskakujące jest natomiast zakończenie. Wiadomo, że poznamy koniec historii ale po tym mamy jeszcze coś. ;D No, bo przecież komedia romantyczna nie może zakończyć się bez happy endu. I tak jak bardzo często narzekam na to, że wszystkie filmy kończą się pomyślnie dla bohaterów – tutaj nie będę. Tutaj tak wczułem się w całą historię, że chciałem szczęśliwego zakończenia.

Co do wczuwania. Za reżyserię i scenariusz odpowiada pan, który ma doświadczenie w robieniu ciekawych i dobrych komedii romantycznych. Adam Brooks uraczył już nas takimi filmami jak „Totalna magia” czy „Bridget Jones: W pogoni za rozumem”. Tym razem jednak wspiął się na wyżyny swojej inteligencji i stworzył naprawdę świetną historię. Dodatkowo muzykę stworzył sam Clint Mansell. „Na pewno, być może” to film, który polecam wszystkim, bo niesamowicie wciąga, bawi i cieszy!

Moja ocena: 8/10

Zobacz również:

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008)

Oryginalny tytuł: In Bruges | Reżyseria: Martin McDonagh

Ken (Brendan Gleeson) i Ray (Colin Farrell) to dwaj zabójcy, którzy po nieudanej robocie zostają wysłani do Belgii, do malowniczego miasteczka Brugia. Ken, spokojny i zrównoważony, napawa się pięknymi widokami i zwiedza okolice. Ray przeciwnie, jest wręcz zdegustowany miejscem zesłania i zamiast odwiedzać kościoły i wieżyczki woli iść się zabawić. Poznaje miejscową piękność - Chloe (Clémence Poésy), z którą romansuje. Jednocześnie musi sobie poradzić z jej chłopakiem, skinheadem. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wspólne imprezy z kręcącym surrealistyczny film, amerykańskim karłem. Finał będzie jednak dużo bardziej zaskakujący, zarówno dla Kena jak i Ray’a.

Zacznę od rewelacyjnej kreacji, jaką stworzył Collin Farrell. Zarówno w „Telefonie” jak i „Śnie Kasandry” udowodnił, że role dramatyczne nie są mu obce. Jednak to, co pokazał w „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ray, w jego wykonaniu jest wiarygodny i budzi nasze współczucie. Wiem, że to rzadkie, aby filmy i role z pierwszej części roku były doceniane przez Amerykańską Akademię Filmową, ale szczerze to życzyłbym Farrellowi nominacji do Oscara. Zakończenie w jego wykonaniu miażdży.

Film „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” to istny powiew świeżości. Zawarte tu dialogi są tak absurdalne, że śmieszą. Ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa, gdyż jednocześnie są superinteligentne, dyskusje nie toczą się tutaj o gotowaniu czy nowych ciuszkach jakieś gwiazdy, a o wojnie pomiędzy czarnymi i białymi, która wg karła-reżysera, niedługo nadejdzie. A to, po której stronie barykady się stanie, nie jest wcale zależne od koloru skóry. Nie ma znaczenia czy jesteś biały, czy czarny – masz wybór. I pamiętaj, Wietnamczycy staną po stronie czarnych. Ot taki absurdzik.

Po raz kolejny przekonuję się, że poczucie humoru Brytyjczyków to naprawdę coś godnego uwagi. Zachwycił mnie „Hot Fuzz”, oczarował „Zgon na pogrzebie” i w końcu zafascynował „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Amerykanie to powinni się od Brytyjczyków uczyć, a nie tworzyć kolejne „badziewia” pokroju „Poznaj moich Spartan” czy „Wielkie kino”.

Podsumowując, „In Bruges”, bo tak brzmi oryginalny tytuł, to perełka wśród przeróżnych produkcji z całego świata. Godna obejrzenia, godna polecenia, wciągająca i fascynująca.

Moja ocena: 9/10

Nie kłam, kochanie (2008)

Nie kłam, kochanieMarcin (Piotr Adamczyk), kobieciarz, został właśnie wyrzucony z pracy i ma poważne kłopoty finansowe. Postanawia zdobyć fortunę swojej ciotki z Anglii. Tu jednak pojawia się dosyć drastyczny argument (jak dla Marcina) – majątek ciotki będzie należał do bohatera i jego żony. A dopóki żony nie ma, to i z pieniędzy nici. A małżeństwo to ostatnia rzecz, o której teraz myśli Marcin. I co teraz? Przyjaciel bohatera podpowiada mu, aby zwrócił uwagę na piękną dziewczynę, która przychodzi podlewać kwiaty w jego mieszkaniu, Anię (Marta Żmuda-Trzebiatowska). Ania od dawna zakochana jest w swoim pracodawcy.

Polskie komedie romantyczne cechuje zawsze to samo. Ci sami aktorzy, podobna historia miłosna (najczęściej kompleks brzydkiego kaczątka) oraz nierealny, wyidealizowany, piękny i zamerykanizowany świat. O co mi chodzi. O to, że wszyscy zawsze są bogaci, zawsze urodziwi i przebywają w najpiękniejszych zakątkach Polski. Ostatnio wyjątkiem były „Rozmowy nocą” i może, dlatego przypadły mi do gustu.

Nie kłam, kochanie” to film znośny, na pewno jest mnóstwo gorszych, ale i tyle samo lepszych. Typowy, polski, średniak, który oglądało się dobrze, jednak rewelacji nie ma. Prawdziwą perełką i ostatnim odkryciem polskiego showbiznesu jest Marta Żmuda-Trzebiatowska. Pasuje do komedii romantycznych, ale ma także talent do grania ról dramatycznych, podoba mi się jej kreacja w serialu „Teraz albo nigdy!”, gdzie gra nie tylko słodką, piękną dziewczynkę, ale także kobietę, która musi uporać się z problemami w swoim małżeństwie. Życzyłbym jej wkrótce roli w filmie podobnym do „Placu Zbawiciela” czy „Dnia Świra”.

Podsumowując, „Nie kłam, kochanie” obejrzeć można, niekoniecznie w kinie, na pewno jeszcze niejednokrotnie zobaczymy go w telewizji, w piątkowym Superkinie na TVN czy też na Jedynce w sobotę czy niedzielę. Bo taki właśnie ten film jest – weekendowy, familijny i romantyczny banał dla wszystkich. Ale ja nie żałuję seansu.

Moja ocena: 5/10

Lemony Snicket - Seria niefortunnych zdarzeń (2004)

Trójka rodzeństwa – Violet (Emily Browning), Klaus (Liam Aiken) oraz Słoneczko (Kara i Shelby Hoffman, bliźniaczki grające jedną postać) zostaje osierocona. Ich rodzice giną w pożarze domu. Dzieci nie mają się gdzie podziać. Trafiają do kolejnych, dalekich członków rodziny. Pierwszy jest wuj Olaf (Jim Carrey). Mężczyzna mieszka w okropnym domu a w dodatku traktuje swoich podopiecznych jak służących. Najważniejszy dla niego jest olbrzymi spadek, który dostanie w zamian za opiekę nad dziećmi. Jednak rodzeństwo zmienia znów miejsce zamieszkania, tym razem jest to miłośnik przyrody, wuj Monty (Billy Connolly). Długo u niego nie pomieszkają, miejsce wuja zajmie strasznie bojaźliwa ciotka Józefina (Meryl Streep). Co by jednak nie mówić, przez cały film małym bohaterom towarzyszy podstępny wuj Olaf, który zrobi wszystko, aby zdobyć pieniądze dzieci.

Ekranizacja pierwszych trzech tomów bestsellerowej i wielotomowej serii Lemony’ego Snicketa (a tak naprawdę Daniela Handlera) pod tytułem „Seria niefortunnych zdarzeń”. Film jest… na pewno inny, wyróżniający się. Ciekawa fabuła, trochę zwariowana, widocznie ukierunkowana pod młodszego widza, jednak nie nudzi. Pod dyskusję można poddać jedynie zakończenie, które zapewne nastawione jest na możliwość zrobienia kolejnych części filmów, jednak słabe wyniki kasowe (118 milionów dolarów w USA, przy budżecie 140 milionów, na całym świecie 209 mln $) raczej zniechęciły do tego twórców.

Inna sprawa – zachwyca strona wizualna obrazu, doceniona przez Akademię Filmową, nominacje do Oscara za scenografię i kostiumy, a sam Oscar za charakteryzację. Czułem się, jakby za film zabrał się uczeń Tima Burtona, mówię uczeń, bo do mistrza mu jeszcze trochę brakuje, aczkolwiek jest bardzo ładnie, czasem przerażająco i mrocznie. Aż strach (w pozytywnym znaczeniu tego słowa) pomyśleć, co by było jakby za reżyserię wziął się właśnie Burton. Nie miałbym nic przeciwko, tylko wtedy pewnie nie byłby to już film dla dzieci. Pochwalić też mogę, zresztą jak w każdym filmie, kreację Meryl Streep, aktorka jest genialna, urokliwa i bardzo sympatyczna. Za to Jim Carrey w ogóle nie przypadł mi do gustu w tej roli, poza tym to ja chyba raczej nie przepadam za nim.

Wracając do tematu kontynuacji, tomów książki Snicketa jest 14 (wg wikipedii przynajmniej), jednak wspomniane wyżej przeze mnie słabe wyniki kasowe stawiają pod znakiem zapytania możliwość ewentualnego sequela, i jak widać od 4 lat ani widu, ani słychu o czymś takim. A szkoda, mógłby pan Burton wziąć się za ten film.

Podsumowując, „Seria niefortunnych zdarzeń” to film dobry, na pewno w sam raz na familijne, niedzielne popołudnie. Na odprężenie warto obejrzeć, fanom Meryl Streep pozycja obowiązkowa. :)

Moja ocena: 7+/10

Zobacz również:

Co się zdarzyło w Las Vegas (2008)

Co się zdarzyło w Las Vegas / What Happens In Las VegasJoy McNally (Cameron Diaz) została porzucona przez swojego chłopaka w dniu jego urodzin… Jack Fuller (Ashton Kutcher) został zwolniony z pracy przez własnego ojca… Oboje, aby zatopić smutki w kieliszku wódki wybrali się do Las Vegas. Co prawda osobno, jednak już następnego dnia budzą się z kacem i pierścionkami na dłoniach. Taaak, zabawa była przednia, zakrapiana i zakończyła się pochopnym ślubem. Teraz oboje chcą się jak najszybciej rozwieść i zapomnieć o tym wszystkim. Ale los chce inaczej – Jack wygrywa 3 miliony w kasynie, ale Joy, jako iż nadal jest żoną bohatera domaga się połowy sumy. Sprawa trafia do sądu, a sędzia… A sędzia to niepoprawny optymista i wysyła małżonków na 6 miesięcy wspólnego życia, podczas których mają się pogodzić. A pieniążki zostają zamrożone. Co teraz?

Oglądając film nachodziły mnie skojarzenia z „Wojną państwa Rose” gdzie również dwoje małżonków zawzięcie ze sobą walczyło. Co prawda teraz mamy mocno odświeżoną, lżejszą i bardziej subtelną wersję tamtego filmu, jednak nadal motyw jest podobny – wojna dwóch małżonków, którzy muszą mieszkać w jednym domu. „Co się zdarzyło w Las Vegas” podobało mi się – i to do tego stopnia, że jestem w stanie powiedzieć, że jest to jedna z lepszych komedii romantycznych ostatnich lat.

Piękna Cameron Diaz błyszczy ponownie. Ostatnio dane było mi ją widzieć w równie świetnym „Holiday”, teraz wróciła i mam nadzieję, że będzie częściej pojawiać się w filmach. Oprócz urody i seksapilu, aktorka może też się pochwalić grą aktorską, co prawda niedane było mi zobaczyć jej w rolach dramatycznych, jednak komediowych sprawdza się doskonale – w przeciwieństwie do np. Jessicy Alby, która jest ładna, ale mało przekonywująca. Co prawda pamiętam Cameron z roli femme fatale w „Vanila Sky”, była tam rewelacyjna i chyba od tamtej roli tak ją pokochałem. Diaz w 2009 roku będzie można zobaczyć w thrillerze science-fiction „Box”, od Richarda Kelly, twórcy „Donnie Darko”.

Obok pięknej Diaz, jest też coś dla pań – Ashton Kutcher. Akurat jego dane było mi zobaczyć w innej roli niż komediowa – bardzo dobrze zagrana rola w „Efekcie motyla” to prawdopodobnie jedna z najlepszych w jego karierze. Jednak granie głupka, błazna i nieudacznika tak jak w tym filmie czy też „Stary, gdzie moja bryka?” wychodzi mu najlepiej.

Podsumowując, „Co się zdarzyło w Las Vegas” to wspaniała komedia, właśnie taka, jakiej potrzebowałem i jakiej oczekiwałem. Odniosła również sukces finansowy, ale to nie jest ważne, polecam ją wszystkim, bo czasem naprawdę można się pośmiać, a jest to humor wyważony i sytuacyjny, a już na pewno nie tak sprośny i żenujący jak w bombardujących kina komediach-parodiach.

Moja ocena: 8/10

Zobacz również: