Gwiezdny pył (2007)

Czasy wiktoriańskie. Początkowo poznajemy Dunstana Thorna (Nathaniel Parker). Mieszka on w wiosce o nazwie Mur. Prawdopodobne przyczyny tego nazewnictwa są takie, że w sąsiedztwie wioski jest wielki mur, który dzieli świat rzeczywisty od Krainy Czarów. Dunstan przekracza mur, poznaje tam zniewoloną księżniczkę i… po 9 miesiącach Dunstan znajduje pod drzwiami swojego domu małego dzidziusia. 18 lat później, owy dzidziuś to dorosły mężczyzna o imieniu Tristan (Charlie Cox). To właśnie on jest głównym bohaterem filmu. Kocha się w Victorii (Sienna Miller), ale ta nie traktuje go na poważnie. Któregoś razu Tristan obiecuje Victorii gwiazdkę z nieba. Odbywa podróż do Krainy Czarów, a tam okazuje się, że owa gwiazdka z nieba, to piękna, młoda dziewczyna o imieniu Yvaine (Claire Danes). Tristan porywa gwiazdkę i chce ją zaprowadzić do Muru, aby pokazać ją Victorii. Jednak Yvaine jest poszukiwana również przez złą czarownicę, Lamię (Michelle Pfeiffer), ponieważ gwiazda z nieba daje czarownicom młodość. Ale to nie wszystko, gwiazdy poszukują również bracia, ponieważ ma ona przy sobie magiczny rubin, a ten z braci, który go zdobędzie zapanuje nad Krainą Czarów.

Fantastyczna, bajeczna oraz ciekawa historia stworzona na podstawie książki Neila Gaimana o tym samym tytule. Bardzo mile spędzony czas w bajkowej krainie i gwiazdorskiej obsadzie. Przede wszystkim najbardziej urzekła mnie Michelle Pfeiffer, jako zła czarownica Lamia, która nade wszystko musiała odnaleźć gwiazdę z nieba, aby być piękną i młodą.

Warto też zwrócić uwagę na dwie role pierwszoplanowe – Yviene i Tristana – czyli Claire Danes i Charliego Coxa – stworzyli razem bardzo ładną parę. Jest jeszcze Robert De Niro w niecodziennej roli. Do gustu przypadła mi również muzyka, nie zapominając o scenografii i kostiumach. Wszystko to składa się na bardzo pozytywny efekt końcowy.

Podsumowując, „Gwiezdny pył” to film godny uwagi, zapewnia prawie dwie godziny świetnej rozrywki. Polecam.

Moja ocena: 9/10

Głosowanie czas zacząć

Jakiś czas temu zapisałem się do konkursu na Bloga Roku 2007. Niedawno rozpoczęło się głosowanie. I tutaj przychodzę do Was z prośbą. Jeśli podoba się Wam mój blog i macie kilka zbędnych groszy na komórcę, to proszę o głos. Z góry dziękuję. Nie ukrywam, że bardziej zależy mi na laptopie a nie wycieczce. :D

Ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2007 w kategorii Kultura.
Jeśli chcesz oddać na niego głos, wyślij SMS o treści E00061 na numer 71222.
Koszt SMS, to 1,22 zł brutto

Grindhouse - Planet Terror (2007)

W pewnym miasteczku prowadzone są eksperymenty, jednak wymykają się one spod kontroli i wybucha epidemia. Dziwny, zielony dym powoduje, ze ludzie staja się krwiożerczymi zombie. W mieście pojawia się pewna dziewczyna, która w wyniku wypadku – atak ludzi-zombie – traci nogę. Powoli mieścina jest wyniszczana, jednak zakażonym stawia się pewna grupka ludzi. Jest wśród nich owa dziewczyna, która straciła nogę, a teraz jej ukochany podarował jej pistolet, który wstawił w miejsce brakującej części ciała. Zaczyna się walka między ludźmi i zombie. Kto wygra?

Druga część wspólnego projektu dwóch wielkich reżyserów pod nazwą „Grindhouse”. Po „Death Proof” Quentina Tarantino przyszedł czas na „Planet Terror” Roberta Rodrigueza. Rodriguez stworzył dzieło, w którym podobnie jak jego kolega, bawi się wszelakimi konwencjami i wyśmiewa inne filmy. „Planet Terror” to horror bardzo dobry. Wciąga, ciekawi, obrzydza, straszy i to, co chyba najdziwniejsze – śmieszy! W rolach głównych między innymi Bruce Willis, Freddy Rodriguez czy rewelacyjna Rose McGowan.

Porównując „Death Proof” i „Planet Terror” to ten drugi wypada lepiej. Był bardziej żywy, zabawniejszy i chyba ciekawszy, aczkolwiek oba filmy są godne uwagi i na pewno jedyne w swoim rodzaju. Zdecydowanie polecam obejrzeć, najlepiej za jednym tchem i ten, i ten, tak jak to było pierwotnie zaplanowane.

Moja ocena: 8+/10

Grindhouse - Death Proof (2007)

Historia mężczyzny i jego dziwnego hobby. Kaskader Mike (Kurt Russell), bo o nim mowa posiada bardzo dziwny samochód. Siedzenie kierowcy jest jakby w skrzynce, aby w razie wypadku nic mu się nie stało. Mike poznaje piękne dziewczyny i namawia je na przejażdżkę swoim autem. Jedna nawet zgodziła się, co było brzemienne w skutkach. Inne natomiast nawet nie musza wsiąść, aby ‘poznać’ samochód Mike’a. Mężczyzna bawi się życiem innych, ale co zrobi, gdy ktoś zapragnie zabawić się jego życiem?

Pierwsza część dwuodcinkowego cyklu o nazwie „Grindhouse”, na który składają się dwa filmy – „Death Proof” wyreżyserowany przez Quentina Tarantino, oraz „Planet Terror” Roberta Rodrigueza. Pierwotnie całość miała być pokazana, jako jedność i tak było w USA, Europa natomiast musi cierpliwie znieść to, że „Grindhouse” podzielono na dwa filmy, w Polsce jeden pierwszy był w lipcu, drugi w październiku.

Death Proof” to film mistrza Quentina Tarantino. Mając w głowie takie dzieła jak “Kill Bill” czy “Pulp Fiction” oczekiwałem czegoś naprawdę dobrego, świeżego i zaskakującego. Pierwsza część „Grindhouse”, to owszem film dobry i specyficzny, ale jednak czegoś tu brakowało. Oglądało się bardzo miło, brutalne i przerysowane sceny śmierci bohaterek świetne i bardzo ‘Tarantinowskie’. Ale większa część filmu to dialogi. Ciekawe i mądre, ale długie i… trochę nudne. Przykróciłbym je trochę. Tak czy owak, film był bardzo dobry i jeśli ktoś przepada za Tarantino to i ten film przypadnie mu do gustu.

Moja ocena: 8/10

Ratatuj (2007)

Szczurek Remy różni się od pozostałych gryzoni. Przeciętny szczur martwi się o to, aby cos zjeść, nieważne, co, cokolwiek. Remy natomiast ma bardzo rozwinięty zmysł węchu i smaku. Dla niego liczy się to, co zje. Miesza różne przysmaki i uzyskuje nowe potrawy. Na co dzień ogląda ludzką telewizję u pewnej staruszki. Niestety, w wyniku oddalenia się od swojego stadka, Remy ląduje w Paryżu, pod drzwiami niegdyś najsłynniejszej, dziś podupadającej restauracji. Zupełnie przypadkiem zmieni składniki zupy w tymże lokalu i stanie się ona mega przebojem. Całą „winę” za ugotowanie zupy obarcza nowego pomywacza, Linguiniego. Między szczurkiem a Linguinim dochodzi do układu – Remy będzie siedział na jego głowie pod czapką kucharską i „radził” mu jak ma gotować, co i ile ma wrzucać do potraw, aby były one smaczne i wykwintne.

Pomysł świetny, wykonanie genialne – ale po kolei. Animacje mają to do siebie, że lubią uczłowieczać zwierzęta i nie tylko. Pisałem o tym przy okazji recenzji „Na fali”. Tym razem sympatycznego szczurka wyposażono w nadzwyczajny zmysł smaku. Pewna gazeta na „D” w swojej recenzji „Ratatuj” stwierdziła, że wysłanie szczura do kuchni jest czymś obrzydliwym. Inna gazeta, na „F” zachwycała się nad animacją. Ja również zachwycam się nią nieustannie. Jedna z lepszych animacji, które powstały kiedykolwiek, a już na pewno najlepsza w roku 2007. Remy jest genialny a jego perypetie ogląda się bardzo miło, z uśmiechem na twarzy, bez żadnej nudy.

Ratatuj” jednak miał jeden, dosyć dziwny błąd. Chodzi głownie mi o sposób, w jaki Remy ‘sterował’ Linguinim. Przecież, gdy ktoś pociągnie nas za włosy, to noga czy ręka nie podskakuje nam do góry. Mimo tego jednego mankamentu, animacja wydaje się być bardzo wiarygodna.

Za genialną animację od strony technicznej odpowiada studio Pixar, mające na swoim koncie takie hity jak „Iniemamocni” czy „Auta”, a reżyser to Brad Bird, uhonorowany Oscarem w 2005 roku właśnie za „Iniemamocnych”.

Podsumowując, „Ratatuj” to sukces pod każdym względem – estetycznym, fabularnym, rozrywkowym, a także kasowym. Zdecydowanie polecam.

Moja ocena: 9/10

Mr. Brooks (2007)

Pan Brooks (Kevin Costner) to człowiek sukcesu. Ma kochającą rodzinę, świetną pracę, zdobył właśnie tytuł Człowieka Roku. Niestety, z pozoru idealne życie Brooksa nie jest wcale takie sielankowe. Człowiek ma swoje alter ego, nazywa je Marshallem (William Hurt). Marshall nie opuszcza bohatera ani na krok. Jest jego ciemną stroną, ponieważ prowadzi go na drogę przestępstwa. Brooks jest Odciskowym Mordercą, jednym z najbardziej poszukiwanych przestępców w USA. Od jego ostatniego morderstwa minęły dwa lata. Teraz dochodzi do kolejnej zbrodni. Mr. Brooks jednak popełnił błąd – był świadek zdarzenia, który zrobił zdjęcia. Pan Smith (Dane Cook), bo tak nazywa się owy człowiek jednak nie idzie na policję, a chce zobaczyć kolejną zbrodnię mordercy na żywo. Do akcji wkracza również Detektyw Tracy Atwood (Demi Moore) od lat poszukująca Odciskowego Mordercy.

Bardzo dobry thriller z udanymi kreacjami Kevina Costnera, Williama Hurta, Demi Moore i Dane’a Cooka. Szczególnie zadowolony jest z Dane’a, ponieważ występował do tego pory głownie w komediach romantycznych i nie sądziłem, że potrafi zagrać tak, jak zagrał. Pozostali sprawdzali się już w wielu rolach i nie miałem, co do nich żadnych wątpliwości, że sobie poradzą.

W filmie świetnie ukazano relacje mordercy i jego alter ego. Jednak film ma mnóstwo wątków – między innymi rozwód Tracy Atwood, chęć zasmakowania adrenaliny przez pana Smitha czy cały wątek z córką Brooksa. Tu właśnie dopatruję się małego minusa – zdecydowanie za dużo wepchnięto w ten film. Zrezygnowałbym z tego rozwodu, a wątek córki uszczuplił. Baa, pojawiły się nawet strzelaniny i sceny a la Matrix.

Nie mniej jednak – ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne. Całość dopełnia rewelacyjne zakończenie, które nie daje jasnej odpowiedzi i zostawia furtkę na kolejne części – planowana jest trylogia. Jeśli wciąż będzie tak dobrze i tak wciągająco jak teraz to nie mam nic przeciwko! Zdecydowanie polecam. :)

Moja ocena: 8++/10

Wiem kto mnie zabił (2007)

Szczęśliwa nastolatka, Audrey Fleming (Lindsay Lohan) zostaje porwana przez psychopatę. Ten ją maltretuje i tym podobne sceny jak z „Piły III”. Potem odnajdują ją w lesie, jednak Audrey twierdzi, że wcale nie jest Audrey a Dakotą Moss i nie zna żadnej Audrey, nie poznaje rodziców, znajomych, nikogo. Potem – nie wiedzieć, czemu – zdaje sobie sprawę, że prawdziwa Audrey wciąż jest zagrożona przez mordercę i trzeba jak najszybciej ją odnaleźć i uratować. Bohaterka stara się wszystkim wytłumaczyć, o co jej chodzi, jednak wszyscy myślą, że popadła w jakiś obłęd czy amnezję z powodu przeżyć, jakich doznała. Prawda okazuje się inna.

Lindsay Lohan pomiędzy jedną imprezą a drugą znalazła czas, aby wpaść na plan filmowy. Po tym, co z tego wyszło można wywnioskować, że gwiazdeczka przyprowadziła ze sobą na plan swoich największych przyjaciół – tych oraz tych. Następnie zapoznała ich z reżyserem, scenarzystą i wszystkim osobami odpowiedzialnymi za ten ‘tworek’.

Film jest wybitnie głupi, historia mogłaby być ciekawa, gdyby nie mnóstwo bezsensowych wątków i scen, które są, aby film trwał. Mnóstwo nielogiczności, sprzeczności, absurdu (negatywnego) czy po prostu debilizmu. O zakończeniu to chyba aż szkoda się wypowiadać, bo ja nie wiem, co to w ogóle było. Tak w ogóle to nie ma, co pisać o tym czymś, bo filmem tego bym nie nazwał. Zdecydowanie Złota Malina roku 2007 za Najgorszy Film. Nie oglądajcie tego, dobrze radzę, nie oglądajcie.

Moja ocena: 1/10

Projekt: Kultura

Z dniem dzisiejszym, 1 stycznia 2008 roku startuje blog Kultura. Jest to blog skupiający w sobie wszelakie newsy o szerokopojętej kulturze. Spora część notek została przeniesiona z mojego bloga lukaszek.jogger.pl - jest to pewnego rodzaju rozłam, rozłączenie - Kultura będzie blogiem na ten jeden, konkretny temat (a raczej kilka), natomiast lukaszek będzie już zupełnie prywatny i tylko o mnie. Zatem, miłego czytania ;-).

PS - Szczęśliwego Nowego Roku!

Słaby punkt (2007)

Ted Crawford (Anthony Hopkins) dowiaduje się, że jego żona ma romans. Wraca do domu. Bierze broń i strzela jej w twarz. Tak po prostu, ze stoickim spokojem. Następnie czeka na przybycie policji. Kochankiem zony był detektyw Rob Ninally (Billy Burke), który aresztuje Teda. Bohater zostaje oskarżony o morderstwo. Żona jednak żyje, ale zapadła w śpiączkę. Ted rezygnuje z prawa do adwokata i twierdzi ze sam będzie się bronił. Oskarżycielem zostaje Willy Beachum (Ryan Gosling), który właśnie został zatrudniony w prywatnej kancelarii prawniczej, a sprawa Crawforda ma być jego ostatnią w publicznej kancelarii. Wszystko z początku wydaje się łatwe i Willy myśli, że raz dwa zakończy to i będzie mógł cieszyć się nową pracą, nie wie jednak, że będzie to jego najtrudniejsza rozprawa w życiu.

Bardzo dobrze napisany, świetnie wyreżyserowany i znakomicie zagrany dramat sądowy. Rewelacyjny – jak zawsze – Anthony Hopkins oraz dotrzymujący mu kroku Ryan Gosling. Zachwycająca była pewność siebie głównego bohatera a także stopniowo pogarszająca się niepewność jego oskarżyciela. W pełni satysfakcjonujące, zaskakujące i dobre jest zakończenie. Po nim mamy otwartą buźkę jeszcze przez jakiś czas (z szoku, zdziwienia). Całe ponad 110 minut to czas spędzony na wyśmienitej, wciągającej rozrywce, zero nudy, doskonałe dialogi i rosnące napięcie z każdą sceną. Zdecydowanie polecam film, trzeba obejrzeć.

Moja ocena: 9/10

Transformers (2007)

Sam Witwicky (Shia LaBeouf) jest zwykłym nastolatkiem. Robi, co może, aby zarobić na samochód np. sprzedaje stare przedmioty po dziadku na Ebayu. Jednak jego ojciec robi mu niespodziankę i zabiera go na wyprzedaż starych, używanych samochodów. Tam dziwnym trafem pewne auto jakby samo daje znać, że musi należeć do Sama. Jego ojciec kupuje mu tego starego, żółtego grata. Auto zachowuje się bardzo dziwnie, jakby samo decydowało o tym, co będzie robić. Wkrótce Sam wraz z dziewczyną, która mu się podoba, Mikaelą (Megan Fox) dowiaduje się prawdy. Jego samochód to transformowalny robot z kosmosu. Przybył wraz ze swoimi kolegami – Autobotami – na Ziemię, aby chronić ją przez Depticonami – również robotami, jednak pragnącymi przejąć władzę na Ziemi i przygotować ją na przybycie ich pana, Megatrona. Wkrótce jednak Megatron budzie się do życia i następuje starcie dobra ze złem, Autobotów z Depticonami.

WOW! Jedna z najbardziej oczekiwanych premier roku 2007. Również jeden z większych sukcesów kasowych tego roku. Transformersy początkowo były tylko zabawkami. Potem nakręcono o nich bajki, seriale animowane i jeden film. Jednak teraz za owe zabawki wzięli się prawdziwi profesjonaliści. Film wyreżyserował sam Micheal Bay, producentem jest Steven Spielberg, a główne role przypadły aktorowi, który ostatnio jest rozchwytywany – Shii LaBeoufowi oraz młodej i pięknej Megan Fox.

Wyszło bardzo dobrze. Transformersy wyglądają jak żywe, efekty specjalne robią olbrzymie wrażenie, zdaje się, że Oscar w tej kategorii murowany. Fabuła filmu nie porywa, aczkolwiek przez całe ponad 140 minut nudy nie ma. Cały czas akcja nie ustępuje ani na krok, nie można po prostu oderwać oczu od ekranu. Do tego świetna muzyka dodaje ekspresji i porywa.

Jak już wspomniałem, „Transformers” to olbrzymi sukces kasowy, dlaczego cała ekipa pracująca przy filmie zainteresowana jest już produkcją „Transformers 2” zapowiadanego na rok 2009. Osobiście nie mam nic przeciwko. Jeśli wciąż będzie tak przebojowo, tak żywo i tak zaskakująco to czekam z niecierpliwością. Zdecydowanie polecam!

Moja ocena: 9/10