Wykolejony (2005)

Charles (Clive Owen) mieszka z piękną żoną i córką w domku. Pracuje w firmie reklamowej. Pewnego dnia spóźnia się na pociąg do pracy i musi jechać drugim. Pech trafia ze wcześniej zona wzięła pieniądze z jego portfela i nie ma, czym zapłacić za bilet. I tu pojawia się Lucinda (Jennifer Aniston), która płaci z Charlesa. Mężczyzna nawiązuje rozmowę, następnego dnia spotykają się znowu. Idą na kolację, potem do hotelu… I tu następuje coś złego. Do ich pokoju włamuje się złodziej, okrada ich, po czym gwałci Lucindę. Po wszystkim Lucinda nie chce iść na policję. Ale to dopiero początek piekła.

Film jest ciekawy, jednak wcześniej niż w połowie możemy się domyślać zakończenia. Ogląda się go dobrze, jednak jest za bardzo przewidywalny. Nie pomogły nawet dobrze zagrane role Clive’a Owena i Jennifer Aniston. Godna podkreślenie jest także dobra muzyka, która trochę podbudowywuje klimat film, trochę znikomy klimat, ale zawsze coś. Taki po prostu filmik, na któryś wieczór do zapchania nudy. Można obejrzeć.

Moja ocena: 7/10

Alex Rider - Misja Stormbreaker (2006)

Alex (Alex Pettyfer) jest zwykłym nastolatkiem. Mieszka z wujkiem, Ianem (Ewan McGregor) oraz Jack (Alicia Silverstone), swoją opiekunką. Pewnego razu po powrocie do domu dowiaduje się, ze jego wujek zginął w wypadku. Na pogrzebie Alex i Jack spotykają współpracowników wujka, jednak chłopak podejrzewa ze cos jest nie tak. Niedługo po tym nastolatek odkrywa, ze jego wujek był tajnym agentem wywiadu, a zginął w trudnej i śmiertelnej misji. Teraz wywiad chce, aby to właśnie Alex ją dokończył. A chodzi o to, że bogaty biznesman, Darius Sayle (Mickey Rourke), ofiarował dla kraju kilkaset nowoczesnych komputerów o nazwie Stormbreaker. Jednak wywiad podejrzewa, że zamiary Dariusa, wcale nie są takie dobroczynne…

Oglądając film nasuwały mi się dwa skojarzenia – Mali Agenci i James Bond. Rzeczywiście film, to taka mieszanka – starszy od małych agentów, ale jeszcze nie taki jak James Bond. Nowoczesne gadgety, służba Jej Królewskiej Mości, poświęcenie… Jednak ta produkcja to bardziej parodia, niż prawdziwy film. Scenariusz wybitny nie jest, napisany na podstawie książki, jednak fajnie odegrana rola głównego bohatera, ale także aktorzy drugoplanowi spisali się dobrze – Mickey Rourke, jako szaleńczy Darius, który wyglądał bardzo zabawnie i dość niezdarnie, czy jego pomocnicy – demoniczna Missi Pyle, jako Nadia i Andy Serkis, jako Pan Uśmiech. No i jeszcze piękna Alicia Silverstone oraz epizodycznie Ewan McGregor, jako wujek Alexa. Generalnie przedstawiona nam tu opowieść najbardziej nadaje się dla dzieci, no może także dla młodzieży, jednak dorosłych może nudzić. I do tego polski dubbing, który mi się nie podobał. Słabe sześć.

Moja ocena: 6/10

Dreamgirls (2006)

Przyjaciółki Effie White (Jennifer Hudson), Deena Jones (Beyoncé Knowles) i Lorrell Robinson (Anika Noni Rose) to Dreamettes. Szczęściem udaje im się zdążyć na konkurs talentów. Nie wygrywają go, jednak zauważa ich Curtis Taylor Jr (Jamie Foxx)., który załatwia im śpiewanie w chórkach Jamesa Thundera Early’ego (Eddie Murphy), ówczesnego idola muzyki. W krótkim czasie dziewczęta stają się sławne, a Curtis postanawia odłączyć je od Jamesa i wypromować je, jako Dreams. Curtis postanawia, że to Deena będzie główną wokalistką – nie podoba się to Effie, gdyż to jej Curtis obiecał zawsze karierę. Krótko po tym wybucha wojna i Effie zostaje zastąpiona nową wokalistką, Michelle (Sharon Leal). Nie wszystko idzie tak jak by dziewczyny tego chciały, a Curtis dąży do celu po trupach…

8-krotnie nominowany do Oscara 2006 musical mnie nie powala. Jest dobry, świetna muzyka, ale nie powala. Nie dziwi mnie więc, brak nominacji w kategorii ‘Najlepszy film’. Bo fabularnie to było całkiem przeciętnie. Nic nowego, po prostu ‘zróbmy karierę i wierzmy naszemu menagerowi, on nas na pewno nie zawiedzie’, a prawda okazuje się inna. Polska premiera w marcu, wielbicieli musicali zapraszam. Na pewno się spodoba. Mnie zmartwiło także słabe wykorzystanie, a raczej pojawienie się piosenki ‘Listen’ Beyoncé Knowles. Piosenka śliczna, myślałem, że będzie w jakimś kulminacyjnym momencie, no ale niestety. Ogólnie rzecz biorąc, jest dobrze, ale bez zachwytu.

Moja ocena: 7/10

Miłość. Nie przeszkadzać! (2006)

Irene (Audrey Tautou) nie jest zwykłą kobietą. Nie idzie do pracy, żeby zarobić, nie gotuje obiadu, nie ma męża. Irene chodzi na przyjęcia, gdzie poznaje bogatych mężczyzn, tak, żeby oni jej wszystko kupowali. Tak właśnie poznała Jacques’a, z którym przyjechała właśnie do hotelu. W barze spotyka przystojnego kelnera, Jean’a (Gad Elmaleh), ale ten podaje się za gościa pensjonatu. Zabiera ją do najpiękniejszego apartamentu i tam spędzają upojną noc. Jedna Irene wyjeżdża z Jacque’sem. Mija rok. Irene znów się zjawia. Wtedy wychodzi na jaw kłamstwo Jean’a. Jednak drogi dwojga pójdą w tym samym kierunku, a Jean’a podąży w ślady Irene i zacznie spotykać się z piękną, bogatą kobietą. Czy mimo tych intryg, Jean i Irene będą razem?

Bardzo ciepła, francuska komedia. W końcu chyba odpowiednia rola dla Audrey Tautou. Nie mówię, że w poprzednich była zła, jednak w „Amelii” była jeszcze bardzo dziewczynkowata, natomiast w „Kodzie Da Vinci” była zbyt… sztywna? W sensie, że mało kobieca. Tutaj rozwinęła skrzydła, zmieniając sukienki, buty i torebki co pięć minut. Nie jest to w jakimś wybitnym scenariuszem, nieprzeciętnymi bohaterami. To po prostu jak już wspomniałem ciepła, Walentynowa propozycja. Mi podobała się bardzo, głownie za zasługą pani Tautou, która jest naprawdę ładna. Ogólnie polecam filmik, bo jest na co popatrzeć, czasem się zaśmiać… :)

Moja ocena: 8/10

Maria Antonina (2006)

14-letnia Maria Antonina wyrusza do Francji, aby wziąć ślub z księciem Ludwikiem XVI. Po tym nadchodzi czas na skonsumowanie małżeństwa. I tu zaczynają się schody… małżeństwo ma początkowo problemy z zbliżeniem się i w końcu z seksem. Maria Antonina zostaje okrzyknięta oziębłą, jest poniżana na dworze. Cały czas dostaje listy od matki, zaniepokojonej stanem rzeczy. Potem umiera król i młody Ludwik zostaje królem Francji, a Maria królową. Niedługo po tym przychodzi na świat pierwszy potomek… córka. Maria Teresa na cześć matki Marii Antoniny.

Połowa filmu to problemy małżeństwa z seksem, druga połowa to ich beztroskie życie, mnóstwo słodyczy, hazard, a także ‘to niech jedzą ciastka!’. Maria Antonina Austriaczka – mi osobiście nieznana królowa Francji i w ogóle osoba. Po filmie mam wrażenie takiej słodkiej blondynki historii. Tak ją ukazano, jako kobietę nieprzejmującą się swoim państwem i ludem, a tym, jakie będzie nosić buty, sukienki, jakie zje słodycze i na jaki bal pójdzie. A przed filmem czytałem, że ją ścięto. W filmie tego nie pokazano, a z tego czytałem to można by zrobić z tego całkiem dramatyczną końcówkę… Cóż, reżyserka z tego zrezygnowała. Tak czy inaczej, Maria Antonina to nie jest film historyczny, a jedynie próba ukazania królowej Francji, jako królowej sobotniej imprezki. Czy polecam? Nie nudziłem się, ale bez zachwytu. Piękny Wersal, imponujące stroje oraz piękna Kirsten Dunst :)

Moja ocena: 6/10

Kevin sam w Nowym Jorku (1992)

Państwo McCallister ponownie wyjeżdżają na święta. Ponownie jest harmider, ponownie nie można nic znaleźć. Tym razem pani McCallister najbardziej zwraca uwagę na jednego ze swoich synów, Kevina. Nie zapomina go zabrać z domu. Jednak pośpiech na lotnisku sprawia, że cala rodzina wylatuje na Florydę, a mały Kevin do… Nowego Yorku. Jednak chłopiec znów się nie poddaje. Pamięta, ze w Nowym Yorku mieszka jego wujek i postanawia się tam zatrzymać. Jednak wujka nie ma, dom jest pusty. Pech sprawia ze Kevin spotyka w NY tych samych złodziei, co rok temu. Chłopiec zatrzymuje się w najlepszym hotelu miasta, a także postanawia po raz kolejny dać nauczkę złodziejom.

Kontynuacja hitu z roku 1990. Prócz podobnego pomysłu, do sukcesu przyczyniła się niezmieniona obsada aktorska. Ponownie mamy te same schematy: Kevin sam, pomysłowa zasadzka na złodziei, poznanie prawdziwego ‘ja’ osoby, której Kevin na początku się bał (cz.1 – sąsiadka, cz.2 – kobieta z parku). Kontynuacja dobra, jednak jak zwykle – pierwowzór lepszy. Nie mniej jednak, „Kevin sam w Nowym Yorku” podobnie jak „Kevin sam w domu” wyświetlany jest, co roku na Święta Bożego Narodzenia – zazwyczaj jednego dnia mamy cz. 1 a drugiego cz. 2 (24-25 lub 25-26). Obejrzeć na pewno warto, jednak za którymś razem jest już nudno, jak w przypadku oryginału.

Moja ocena: 7/10

Miasteczko South Park (1999)

Cartman, Kyle, Stan i Kenny wybierają się do kina na film kanadyjskich komików Terrence’a i Phillip’a pt. „Płonące dupy”. Podczas filmu chłopcy uczą się mnóstwa nowych przekleństw i wyzwisk. Następnie zaczynają ich używać w szkole, domu i wszędzie. W krótkim czasie wszyscy uczniowie oglądają film i również używają niecenzuralnych słów. Rodzice dzieci są zaniepokojeni. Postanawiają coś z ty zrobić. W krótkim czasie wybucha wojna między USA a Kanadą, komicy mają zostać zabici, a do tego po ich śmierci Szatan i Saddam Husajn chcą objąć kontrolę nad światem. Czworo przyjaciół postanawia uratować swoich idoli i uratować świat przed zagładą.

Kinowa ekranizacja mega popularnej kreskówki o tym samym tytule. Większość na pewno, chociaż słyszała o serialu, czy widziała bohaterów. Nie jest to animacja 3D typu Shrek czy taka bajkowa jak np. Smerfy, tylko swego rodzaju same karykatury, niestaranne, ale ciekawe obrazy. Często, jak np. w przypadku postaci Saddama Husajna, głowa jest prawdziwym zdjęciem, a reszta domalowana. Generalnie było sporo humoru, bardzo absurdalnego, ale taki właśnie miał być. Wyśmiać USA, ale nie tylko, bo serial wyśmiewa, co się da. Było też mnóstwo, oj, naprawdę mnóstwo przekleństw – nie jest to na pewno film dla dzieci, ale mimo wszystko tym starszym… hmmm – nie odradzam, ale i nie polecam, bo nie każdy lubi tyle przekleństw.

Moja ocena: 7/10

Pachnidło (2006)

XVIII-wieczna Francja. W okrutnie cuchnącym miejscu Paryża rodzi się Jean Baptiste Grenouille. Przygarnia go kobieta, która ma już kilkanaścioro dzieci, głownie dla pieniędzy. Baptiste od samego początku wydaje się być dziwny, rozpoznaje świat poprzez węch. A węch ma doskonały, potrafi wywąchać wszystko i zapamiętać każdy zapach. Gdy już jest dorosły, znajduje pracę u znanego perfumiarza, którego zadziwia tworzeniem pięknych perfum. Baptiste pragnie zatrzymać zapach, jednak jego pracodawca nie umie nauczyć go wszystkiego, więc ten idzie do miasta, które jest stolicą zapachów. Tam Baptiste dokonuje swojego działa tworząc zapach zapachów, jedyny, niepowtarzalny – jego własny. Tylko, jakim kosztem?

Ekranizacja powieści Patricka Suskinda o tym samym tytule. Kolejna z powieści, której wydawałoby się, że nie da z ekranizować. A jednak się dało. „Pachnidło” to przede wszystkim opowieść o zapachach, czyli czymś, czego w kinie nie możemy poczuć. Jednak reżyser sprawnie nam pokazuje, że możemy to sobie wyobrazić. A pomóc nam w tym ma idealnie wpasowana muzyka, świetna scenografia i kostiumy, no i chyba najważniejsze - Ben Whishaw, czyli Jean Beptiste. Aktor świetnie oddał szaleństwo i pasję głównego bohatera. Zagubiony, jakby obłąkany, dąży do celu. No to chyba by było na tyle plusów.

Teraz o minusach. Pierwszy mój zarzut – za długo. Rozumiem, że to powieść, ale za długo. Momentami robiło się naprawdę nudno. Drugi zarzut, ale to już chyba do samego pisarza – zakończenie. Dla mnie było… śmieszne? Po prostu, nie wiem, czego się spodziewałem, no, ale nie czegoś takiego. Mogłoby się obejść np. bez orgii. No, ale cóż, ostatnie kilkanaście minut naprawdę mnie zniesmaczyło i zniechęciło do tego filmu. Ale stawiam 7 ze względu na pierwsze półtorej godziny i ogólny całokształt. A czy obejrzeć? Lepiej sięgnijcie po książkę, a potem może…

Moja ocena: 7-/10

Plac zbawiciela (2006)

Bartek z Beatą i dwójką dzieci mieszka u swojej matki. Przed laty Beata przyjechała ze wsi do miasta, jednak zaszła w ciążę i musiała wziąć ślub z Bartkiem. Jej teściowa, Teresa, daje jej na każdym kroku do zrozumienia, że nie jest mile widzianym gościem w jej domu. A dlaczego małżeństwo mieszka u Teresy? Właśnie wykupili mieszkanie, muszą oszczędzać. ‘Dobroduszna’ matka postanowiła ich wziąć pod swoje skrzydła, aby nie musieli płacić rachunków za wynajmowane mieszkanie. Jednak szczęście nie trwa zbyt długo. Okazuje się, że developer bankrutuje, a wszystkie mieszkania, w tym Bartka i Beaty przejmuje bank. To tylko początek lawiny nieszczęść, które przytrafi się bohaterom tego film, a głównie bohaterce, Beacie.

Polski film, zaznaczam o na samym początku. Pierwszy polski film w roku 2006, który mi się naprawdę podobał. Przede wszystkim życiowy, bo tragedie ukazane w tym filmie nawet mi nie są obce, niektóre widziałem nawet we własnym domu, więc śmiało mogę stwierdzić, że wizja ukazana w filmie, to wizja Polaków. Przygnębieni, narzekający. Główna bohaterka, świetnie zagrana przed Jowitę Budnik, to kobieta nieustannie walcząca z przeciwnościami losu, które jak lawina na nią spadają, jedna po drugiej. Mogłoby się rzec, że reżyserzy (małżeństwo Krauze) uparli się na Beatę, robiąc z niej cierpiętnicę. Trochę to cierpienie ukazane jest bez celu. Beata cierpi, aby cierpieć, na końcu nie ma szczęśliwego zakończenia, jest tylko odkupienie win przez Bartka – jednak, co to da Beacie? Nic.

Jak już wspomniałem, podobało mi się. Aktorzy bardzo dobre oddali swoje role, ogólnie całokształt na plus – nie licząc pesymistycznego scenariusza, ale taki miał być. Polecam, głownie ze względu na to, aby zobaczyć, że polskie kino to nie tylko bzdetne, głupawe komedie romantyczne.

Moja ocena: 8/10

Kevin sam w domu (1990)

Zbliżają się święta Bożego Narodzenia. Państwo McCallister wyjeżdżają do rodziny. W całym tym harmiderze trudno cokolwiek znaleźć. A w dniu wyjazdu jest jeszcze gorzej. W końcu udało się, wszyscy spakowaniu, wyruszają na lotnisko, samolot odlatuje. I co? Pani McCallister jest pewna, że czegoś zapomniała… KEVIN! W ogromnym domu budzi się mały Kevin. Nie ma nikogo, jest pusto. Pojechali bez niego? Phi, co z tego? Chłopiec postanawia nie załamywać się, spędzi święta sam. Robi zakupy, idzie do kościoła. Odkrywa także, że do jego domu chcą wkraść się złodzieje. Pomysłowy dzieciak planuje zasadzkę i nie odda tak łatwo swojego domu. Zaczyna się ‘ostra jazda bez trzymanki’…

Kevina znają chyba wszyscy i głębszy komentarz jest chyba niepotrzebny. Każde święta, Polsat = oczywiście Kevin. To stało się już tradycją, więc jeśli ktoś nie oglądał (są tacy?) lub chce oglądnąć po raz X (za X wstaw dowolną liczbę dodatnią) to może sobie poczekać do świąt i obejrzeć. Czy polecam? Za pierwszym, drugim razem jeszcze było śmiesznie, ciekawie. Jednak po tylu obejrzeniach mi się film po prostu znudził. Nie mniej jednak stał się on już czymś w rodzaju polskiej tradycji bożonarodzeniowej, jak wspomniałem, i są tacy, co mogą oglądać ten film, co roku. Cóż, ja już przestałem oglądać po raz któryś tam.

Moja ocena: 7/10