Słowem wstępu napiszę po raz kolejny, że nie lubię filmów o wojnie w Iraku, Afganistanie czy innych tamtejszych miastach. Takowe filmy zazwyczaj tworzą Amerykanie i ukazują w nich, jacy to oni są nieskazitelni i słuszni, a ludzie tam żyjący są złymi terrorystami. Po film „The Hurt Locker” sięgnąłem, bo w obecnym sezonie Oscarowym zbiera wszystkie najważniejsze nagrody i zostawia konkurencję daleko w tyle. Chciałem się przekonać, co obraz byłej żony Jamesa Camerona – Kathryn Bigelow – ma w sobie takiego…
Bohaterami obrazu są amerykańscy saperzy, którzy co chwila wzywani są w różne miejsca Iraku, aby rozbroić bomby – w samochodach, budynkach, na ludziach. Wszystko zaczyna się od porządnego boom – a mianowicie ginie jeden z sierżantów. Zostaje on zastąpiony przez Williama Jamesa (Jeremy Renner), który wszelakie regulaminy i środki bezpieczeństwa ma za mało istotne, a liczy się głównie adrenalina.
Nie zachwyciło mnie. Oto przez dwie godziny oglądamy, jak owi saperzy rozbrajają bomby. Dosłownie – mamy oczywiście tu zarys jakiejś fabuły, głównego bohatera Williama Jamesa i jego problemy, nie mniej jednak to wszystko jest jakby zepchnięta na boczny plan, a osią są bomby. Całość jest bardzo realistyczna, co jest jednym z plusów filmu. Aczkolwiek Bigelow zastosowała tu „trzęsącą się kamerę”, aby dodać realizmu. Udało się to raz – ale i strasznie denerwowało – to dwa. Bo generalnie prócz dwóch czy trzech momentów nic tu się nie dzieje. Od razu zaznaczam – nie oczekiwałem akcji, wybuchów i nie wiadomo, czego. Tu po prostu brak filmu, mamy coś na kształt dokumentu bądź paradokumentu.
Niewątpliwie jednym z wielkich plusów – obok wspomnianego realizmu – jest rola Jeremy’ego Rennera. Mało komu znany aktor wykazał się i bardzo możliwe, że zostanie za to należycie nagrodzony (już ma na koncie nominację Gildii Aktorów oraz wygraną Satelitę od Międzynarodowej Akademii Prasowej). Czy „The Hurt Locker” otworzy mu drogę do kariery? Zobaczymy.
Zabawna jest również sprawa z premierą tego filmu – pojawił się on już w 2008 roku na kilku festiwalach (wygrał, co nie, co), po czym słuch o nim zaginął. Dopiero w czerwcu 2009 pojawił się na limitowanych pokazach w USA – dopiero to dało mu możliwość pretendowania do jakichkolwiek nagród. Obraz został zauważony przez krytyków, którzy od połowy listopada przyznają swoje nagrody. A co z Polską? Otóż Canal+ pokaże go w lutym w telewizji – można to uznać za pewien ewenement, bo oto główny kandydat do Oscarów zostanie u nas pokazany krótko po ogłoszeniu nominacji do tychże nagród, a jeszcze przed ich rozdaniem.
To wszystko jednak nie zmienia faktu, że w moim mniemaniu jest to film słaby, a rok 2009 obfitował w wiele dużo lepszych dzieł jak chociażby „Avatar” Camerona. Mimo rzeczywiście ważnego tematu i w końcu prawdziwego obrazu tamtego miejsca, nie poruszyło mnie i nie wywołało we mnie żadnych emocji.
2 lutego 2010: No i doczekaliśmy się polskiego tytułu. Lepiej go nie komentować.
Bardzo często bywa tak, ze wielka gwiazda grająca w danym filmie – poprzez swoje występki w życiu publicznym opisywane przez tabloidy – może zaszkodzić. Takie obawy pojawiły się przed seansem „Oszukanej”. Jednak Angelina Jolie dała radę. W przypadku „Walkirii” Tom Cruise poległ na całej linii.
„Walkiria” opowiada o zamachu na Hitlera. Pułkownik Klaus von Stauffenberg (Tom Cruise) wraca z pola walki i przystępuje do tajnej organizacji, która owy zamach przygotowuje. Do zdarzenia ma dojść w bunkrze w Wilczym Szańcu, nie opodal Kętrzyna…
Jeszcze kilka lat temu Cruise był aktorem, który pomagał filmom. Nie sposób tu nie wspomnieć o takich wspaniałych obrazach jak „Vanilla Sky”, ocenione przeze mnie na 10, czy „Raport mniejszości” z dziewiątką. Później Cruise’a widywaliśmy jedynie na okładkach gazet i w kolejnych wywiadach. Jego małżeństwo z Katie Holmes oraz ekscesy scjentologiczne znacząco wpłynęły na opinię o nim samym. „Walkiria” miała być wielkim powrotem do łask. Film skrojony idealnie pod Oscary – mamy dopracowaną scenografię, ładne zdjęcia czy patetyczną muzykę. Główna rola również mogłaby ubiegać się o nominację. Nie tym razem.

Niestety dla Cruise’a – nie wyszło. Mimo ładnej oprawy technicznej – byli lepsi. Scenariusz kuleje od samego początku, a wszystko momentami ciągnie się i jest nudne. Jednak największym mankamentem jest sam Tom Cruise. Wszystkie miny i starania aktora w autentycznym ukazaniu swojej roli są patetyczne i niejakie. Momentami naprawdę mogą wywołać śmiech. Szczególnie motyw ze sztucznym okiem. Przykro mi to mówić, ale Cruise przez to całe zamieszanie ze scejontologią przestał być wiarygodnym aktorem, a bardziej karykaturą samego siebie. Jego rola była sztuczna i nijaka. A już na pewno nieprzekonywująca. Tom liczył na nominację do Oscara (ma już 3), ale nic z tego. Jeśli nic się nie zmieni, to kolejne role aktora będą coraz gorsze, równie komiczne i karykaturalne.
Podsumowując, „Walkiria” to film słaby z okropną rolą Toma Cruise’a. Obejrzałem, ale polecać nie będę. Oczekiwałem dużo więcej, ale się przeliczyłem. Mocno się zastanówcie, zanim sięgniecie po tę produkcję Bryana Singera – reżysera dobrego („X-Men”, „X-Men 2”) ale ostatnio trochę błądzącego („Superman – Powrót”, „Walkiria”).
Pewien reżyser tworzy film wojenny. Niestety, sławy, które zaprosił do niego – m.in. Tugg Speedman (Ben Stiller), Jeff Portnoy (Jack Black), Kirk Lazarus (Robert Downey Jr.) i Alpa Chino (Brandon T. Jackson) – nie do końca potrafią wczuć się w warunki panujące na wojnie. Wpada na podły pomysł, aby zabrać obsadę w dzikie tereny południowo-wschodniej Azji. Zabiera im telefony komórkowe, daje mapę i każe dostać się do wyznaczonego miejsca, gdzie znajduje się helikopter. Wszystko to zostaje nagrywane w celu następnego zmontowania w film. Panowie początkowo sądzą, że to plan zdjęciowy, jednak Kirk Lazarus od początku wie, że ich życiu zagraża niebezpieczeństwo.
Ben Stiller jeszcze należy do grona komików amerykańskich, którzy nie zrobili z siebie kompletnych idiotów. Filmy, w których gra i które sam tworzy, choć może arcydziełami nie są, to ogląda się je dobrze. Podobnie jest jeszcze z Steve’m Carrelem i po części Jimem Carrey’em. Niestety, tego samego powiedzieć nie mogę już o Eddie’m Murphym (patrz: „Norbit”) i Adamie Sandlerze (patrz: „Nie zadzieraj z fryzjerem”).
Stiller napisał scenariusz do „Jaj w tropikach”, wyreżyserował je, a także zagrał w nich. Aktor wcześniej stworzył m.in. takie filmy jak „Zoolander” (głupi, ale da się oglądać) oraz „Telemaniak” (udany). Tym razem jest dobrze, a to głównie dzięki świetnej obsadzie oraz ciekawemu podejściu do tematu. Historia autentycznie wiele razy bawi i zapewnia udaną rozrywkę na około półtorej godziny.

Jednak obraz ten ma dwa, niepodważalne powody, dla których obejrzeć go trzeba. Pierwszy to Tom Cruise, który wcielił się w Lesa Grossmana, szefa telewizji. Cruise stworzył postać, która bawi za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Mimo wielu negatywnych opinii na temat aktora, to właśnie ta kreacja być może pomoże mu się wybić z dołka artystycznego – Tom inteligentnie parodiuje szefów wytwórni, a właściwie samego siebie. A już końcowa scena do perełka sama w sobie. Drugim powodem jest Robert Downey Jr.. Powracający do łask aktor już w „Iron Manie” pokazał, że nie jest byle, kim. Teraz po raz kolejny tworzy postać niesamowitą, nietuzinkową i po prostu świetną. Obaj panowie zostali nominowani do Złotego Globa, jednak więcej pochwał i dobrych słów – mimo wszystko – zbiera Cruise. Z drugiej strony Downey Jr. otrzymał nominację do Oscara!
„Jaja w tropikach” to dobra komedia i świetne kreacje aktorskie. Jeśli tylko macie ochotę na zabawę w tym stylu i tego typu, to powinniście być zadowoleni. Podchodziłem do tego bardzo sceptycznie, jednak miło mnie zaskoczono. Bałem się, że powstanie kolejny gniot pokroju „Nie zadzieraj z fryzjerem”, jednak jak wcześniej napisałem – Ben Stiller jeszcze się nie „popsuł”. Polecam.
Zobacz również:

Średniowieczna Anglia. Briony (Saoirse Ronan) podejrzewa, że jej starsza siostra, Cecilia (Keira Knightley) ma romans z synem służącego, Robbie’m (James McAvoy). Początkowo sama nie wie, co ma robić, zawzięcie szpieguje i siostrę i chłopaka. Pewnego razu w jej dłonie trafia obsceniczny list, który Robbie napisał do Cecili, Briony jest zszokowana. Jakby tego było mało, przyłapuje kochanków podczas aktu miłosnego. Dziewczynka chce jak najszybciej coś zrobić, przecież tak nie może być. Niedługo po tym ma miejsce zjazd rodzinny, na którym kuzyni Briony mają zagrać w sztuce, którą sama napisała. Niestety, kuzynka Lola zostaje zgwałcona. Briony oskarża Robbie’ego, nie ma pewności czy był to on, ale myśli, że to jedyne rozwiązanie, aby Robbie zostawił w spokoju jej siostrę, Cecilię. Nie zdaje sobie sprawy, że Cecilia, wcale nie chce, aby chłopak ją zostawił. Robbie zostaje wtrącony do więzienia, a potem zesłany do Francji, gdzie weźmie udział w bitwie pod Dunkierką. Po latach dojdzie do spotkania Robbie’ego i Cecili, a także Cecili i znienawidzonej siostry, Briony. Finał okaże się jednak zupełnie inny.
O, wow! To była dopiero historia. Scenariusz powstał na podstawie bestsellerowej powieści Iana McEwana o tym samym tytule. Ja osobiście jestem zachwycony, lecz po kolei. Sama opowieść podobała mi się niesamowicie. Nieszczęśliwa, młodzieńcza miłość, nieodpowiednia decyzja, która rujnuje życie całej trójki, wojna. Są tu sceny, które robią olbrzymie wrażenie, jest tu piękna scenografia, cudowne kostiumy. Zastosowano też nielinearną fabułę, często jedną scenę widzimy oczami różnych bohaterów, bardzo ciekawy zabieg, odkrywa nowe, ważne dla fabuły elementy. Ukazuje różnicę w postrzeganiu świata małej Briony oraz pozostałych bohaterów.
Jednym z najlepszych elementów filmu jest muzyka. Jeszcze żaden soundtrack nie zachwycił mnie tak jak ten stworzony przez Dario Marianelli do „Pokuty”. Potrafię go słuchać godzinami i wciąż mi się nie nudzi. Bardzo dobry do rozmyślań, do relaksu, do wszystkiego. Świetne były też wszystkie kreacje aktorskie, poczynając od nominowanej do Oscara Saoirse Ronan, poprzez równie dobrych Keirę Knightley i Jamesa McAvoy’a.
Mówi się, że to największych przegrany Oscarów za rok 2007. Na 6 nominacji, nagrodzono tylko Dario Marianelli za muzykę. No cóż, może tutaj film odniósł porażkę, ale doceniły go inne stowarzyszenia, takie jak np. Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej, które przyznały filmowi dwa Złote Globy, w tym dla Najlepszego Dramatu czy też Brytyjska Akademia Sztuk Filmowych i Telewizyjnych, która również przyznała dwie nagrody BAFTA, w tym dla Najlepszego Filmu. Dodam też nieskromnie, że sam dałem filmowi 6 nagród Nicole, w tym oczywiście dla Najlepszego Filmu (więcej…), gdyż moim zdaniem jest to niekwestionowanie najlepszy film z roku 2007.
Co tu dużo gadać, film obejrzeć po prostu trzeba, jeden z najlepszych ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem.
Trzy historie. Wszystkie trzy ze sobą powiązane. Znana dziennikarka (Meryl Streep) przeprowadza wywiad z kongresmanem (Tom Cruise), który opowiada jej o nowej taktyce wprowadzanej przez amerykańskich żołnierzy w Iraku. Druga historia opowiada właśnie o owych żołnierzach i ich próbie wdrożenia owej taktyki. Trzecia historia, również tyczy się owych żołnierzy – opowiada ją ich dawny nauczyciel (Robert Redford) próbujący w ten sposób wywrzeć jakiś wpływ na swoim obecnym uczniu, który ma potencjał, jednak nie chce się uczyć.
Nie udało się. Robert Redford reżyserując owy film prawdopodobnie chciał stworzyć coś ciekawego, niebanalnego, trzy ciekawe historie, które by się we wspaniały sposób łączyły. Niestety, daleko mu do np. świetnego „Babelu”, w którym mamy podobny zabieg. „Ukryta Strategia” to nic innego jak przegadany film, ok. 90 gadania o niczym, o tym, że student ma potencjał, a USA są wspaniałe. Nie tędy droga. Nie pomogła nawet gwiazdorska obsada, Meryl oczywiście jak zwykle genialna, Cruise sobie coś tam pogadał, pouśmiechał się, zresztą podobnie Redford.
Oj, zawiodłem się na tym filmie. Czytając zapowiedzi i oglądając trailery miałem chrapką na naprawdę dobry thriller, atmosferę podnosiły jeszcze te nazwiska. I na nic się to zdało. Nie warto oglądać tego filmu, nothing special.
P.S.: A ta strategia, to wcale taka ukryta nie była.
Małżeństwo Pearlów żyje w Pakistanie. Oboje są dziennikarzami The Wall Street. Tego feralnego dnia, Danny (Dan Futterman) jak zwykle wyjeżdża, aby zdobyć nowe informacje, które przydadzą mu się do artykułów dla gazety. Mariane (Angelina Jolie!) kontaktuje się z mężem, co trzy godziny w ramach bezpieczeństwa. Jednak wieczorem kontakt się urywa. Danny nie wraca do domu na noc, Mariane dzwoni do amerykańskiego konsulatu i zgłasza zaginięcie męża. Tak właśnie zaczynają się poszukiwania Amerykanina, w które zaangażuje się mnóstwo osób – wszyscy chcą pomóc zrozpaczonej żonie – m.in. amerykański konsulat, FBI, pakistańskie biuro śledcze, rodzina i przyjaciele. Wszyscy mają nadzieję, że odnajdą Danny’ego i skończy się koszmar.
Scenariusz filmu powstał na podstawie książki Mariane Pearl – „A Mighty Heart – The Brave Life and Death of My Husband Danny Pearl”, którą autorka napisała po tragicznej śmieci męża. Gdy wydarzyła się tragedia przedstawiona w filmie, pani Pearl była w piątym miesiącu. Książka powstała, aby jej dziecko widziało, kim był i jak zginął jego ojciec.
Teraz w 2007 roku, reżyser Michael Winterbottom oraz scenarzysta John Orloff stworzyli bardzo dobry film. W rolę Mariane Pearl wcieliła się Angelina Jolie. Moim zdaniem zagrała bardzo dobrze, podobieństwo do pani Pearl jest uderzające. Właściwie to głownie Jolie buduje i tworzy ten film. Jej uczucia i emocje biją z ekranu, pozostałe postacie zostały po prostu przyćmione przez nią. Trudna, ale ciekawa historia, którą obejrzeć warto, natomiast zakończenie straszne, ale prawdziwe. Polecam.
Film Andrzeja Wajdy o polskiej tragedii z 17 września 1939 roku. Opowiada o polakach, którzy zostali zaatakowani z dwóch stron, o polskich oficerach, o ich żonach. Każda z nich czeka na swojego mężczyznę – męża, brata… Każda z nich do końca wierzy, że wrócą. Jednak panowie zostają wywiezieni do obozu w Kozielsku. Tam pół roku później zostaną oni bestialsko zabici i zakopani w katyńskim lesie. Dopiero po kilku latach Polacy dowiedzą się o zbrodni, Niemcy oskarżą o to Ruskich, Ruscy oskarżą Niemców, ale po latach wyjdzie, jak było naprawdę.
Film wywarł na mnie całkiem spore wrażenie. Na jego sukces składa się bardzo dobre aktorstwo, świetna muzyka i wstrząsające zakończenie, które było jedyne w swoim rodzaju i chyba, które przyćmiło cały film i po wyjściu z kina pamięta się praktycznie tylko o tym, co przed chwilą zobaczyliśmy. W rolach głównych Wajda zatrudnił plejadę największych polskich gwiazd: Danuta Stenka, Maja Ostaszewska, Andrzej Chyra, Artur Żmijewski, Małgorzata Foremniak, Paweł Małaszyński, Magdalena Cielecka czy Jan Englert. Każde z nich miało swoją mniejszą lub większą rolę i każde z nich jakoś się z niej wywiązało. Najlepsze i najbardziej przekonywujące role przedstawiły nam panie – Maja Ostaszewska zawzięcie czekająca na powrót Rotmistrza, Andrzeja (Artur Żmijewski), a także Magdalena Cielecka czekająca na brata, Piotra (Paweł Małaszyński). Właśnie te dwie pani, no i zakończenie zapadły mi najbardziej w pamięć.
Scenariusz autorstwa Przemysława Nowakowskiego, Władysława Pasikowskiego oraz Andrzeja Wajdy powstał na podstawie książki Andrzeja Mularczyka „Katyń. Post Mortem”. Panowie stworzyli coś z niczego, temat nieporuszany w kinie przez nikogo, czy to z obaw, czy to z szacunku. Teraz Wajda stworzył film, który z marszu stał się dziełem, określanym, jako największe i najważniejsze w roku 2007. Jest także polskim kandydatem do Oscara za rok 2007. Zarabia grube pieniądze, bo ni stąd ni zowąd jego oglądnięcie nakazano wojsko i szkołom, co dla mnie jest trosze śmieszne… no, ale to Polska. A tak dodatkiem mogę napisać, iż wątpię, że Akademii Filmowej w USA spodoba się ten film, raczej nominacji nie będzie.
Podsumowując – „Katyń” jest filmem na jeden raz, zobaczyć i już. Takie polskie, filmowe dzieło, które rzekomo obejrzeć się powinno, – ale bez przesady. Arcydziełem to nie jest.
Carmen wraz z córką Ofelią podróżuje na północ Hiszpanii. Tam czeka na nią jej mąż, zły kapitan frankistowskiej armii, Vidal. Carmen jest w ciąży, a Vidal zażyczył sobie, aby ta urodziła mu jego dziecko blisko niego i w kraju, w którym on mieszka. Mała Ofelia nie lubi swojego ojczyma i bardzo martwi się o swoją matkę. W tym złym świecie znajduje tajemniczy labirynt, w którym poznaje tytułowego Fauna. Ten oświadcza jej, iż jest ona księżniczką bajkowego świata. Aby jednak móc zasiąść na tronie swojego królestwa musi przed pełnią księżyca wykonać trzy trudne zadania, które będą dowodem tego, że rzeczywiście jest ona osoba, za którą bierze ją Faun. Tymczasem zbliża się najazd partyzantów na obóz kapitana Vidala, a samopoczucie Carmen z dnia na dzień pogarsza się.
Mimo bajkowej otoczki nie jest to na pewno film dla dzieci. Czasami brutalny, ale i także magiczny. Tu wojna przeplata się z baśnią. Poruszająca historia Ofelii z dramatycznym zakończeniem – dramatycznym, ale niejednoznacznym, gdyż każdy z nas może zinterpretować je inaczej. Ciekawiło mnie, czy „Labirynt Fauna” rzeczywiście wart był 3 Oscarów i wielu innych nagród za rok 2006. Był. Zdecydowanie. Naprawdę warto obejrzeć tę historię, wielbiciele fantasy będą zachwyceni, ale nie tylko oni. Prawie dwugodzinny seans nie nudzi, porusza i wciąga. Solidne kino, polecam.
11 maja 2008: Z dystansu czasu stwierdzam, że ocena 8 to za mało, film zdecydowanie zasługuje na notę 9 i na taką też zmieniam dotychczasową ósemkę.
Film „300” (słownie „trzystu”) opowiada o bitwie po Termopile. Wtedy to właśnie, król Leonidas wbrew jakiejś tam najważniejszej radzie wziął trzystu najsilniejszych spartan i wyruszył bronić Sparty przed Persją. Wiedział, że Persów będzie dużo więcej wpadł na pomysł, aby stoczyć bitwę w wąwozie Gorące Wrota, takim przesmyku górskim. I tam właśnie toczy się cała akcja filmu – Spartanie walczą z Persami, i walczą, i walczą, aż w końcu coś idzie nie tak…
Bardzo negatywnie podchodziłem do tego filmu. Niesłusznie. Film jest czymś nowym, czymś na pewno ciekawym. Nieco brutalny, słaby fabularnie, jednak jest to wspaniałe widowisko. Do walk Spartan z Persami dorzucono kilka technik filmowych – zwolnienia, matriksowskie bullet-time’y itp. W taki oto sposób, film, który trwał pewnie by jakąś godzinę rozciągnął się do 117 minut. Razem daje to niesamowite widowisko, i nie jest to – jak wydawało mi się – beznadziejna ‘nawalanka’, bo pod tym wszystkim kryje się przesłanie - Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżymy - jej syny. Posłuszni jej prawom do ostatniej godziny
– czyli chodzi o to, aby Spartan zapamiętać.
Jak już wspomniałem film fabularnie zbyt ciekawy nie jest, postawiono głownie na widowisko. I rzeczywiście udało się. Widowisko jest niesamowite, powalające, fascynujące i w ogóle naj. Ale to wszystko, po za tym wszystkim, co i tak zrobiono na komputerze nie ma nic więcej. Jedyne, z czym wyjdziemy z kina, to „wow”, a po kilku dniach zapomnimy o filmie (w przenośni). Także, polecam film, jako rozrywkę, przedstawienie, pokaz - pod tym względem, na pewno warto.
11 maja 2008: Z perspektywy czasu stwierdzam, że 8 to trochę za dużo, dlatego film spada na ocenę 7/10.
Film „Boże Skrawki” opowiada o losach żydowskiego chłopca, Romka (Haley Joel Osment), w czasie II wojny światowej. Zostaje on wysłany przez rodziców na wieś, gdzie jego życie miałoby być bezpieczniejsze. Zatrzymuje się tam u polskiej rodziny – Gniecia (Olaf Lubaszenko) i Mańki (Małgorzata Foremniak). Chłopieć musi udawać katolika, poznaje księdza (Willem Dafoe), który przygotowywuje go i inne dzieci ze wsi do Pierwszej Komunii Świętej. Ksiądz wymyśla także zabawę, w której dzieci mają być jednym z apostołów. Mały Tolo (Liam Hess) postanawia i myśli, że jeśli Jezus umarł za nas na krzyżu, to on, gdy on umrze, zmartwychwstaną wszyscy umarli, w tym jego tragicznie zmarły ojciec. Jeszcze jednym ważnym wątkiem, jest historia syna sąsiadów, Robala Kluby (Chiril Vahonin), który okrada Żydów wyskakujących z pociągów śmierci.
Trudny, ale i ciekawy film. Zaskakująca obsada aktorska – obok polskich gwiazd – Małgorzata Foremniak, Olaf Lubaszenko, Andrzej Grabowski, św. Pamięci Krystyna Feldman - znalazł się też młody Haley Joel Osment czy Willem Dafoe. Całość stworzona w Polsce, przez Polskiego reżysera Jerzego Bogajewicza. Generalnie źle nie jest, chociaż to nie mój typ filmów, jakie oglądać lubię. Film ukazuje nam, co działo się w tamtych czasach, jak to wyglądało i jak postrzegały to dzieci. Czy zachęcać, czy nie… Na pewno jest to dobry film, jednak nie każdemu może się spodobać – jak mówię mi np. średnio się podobał. Wybór należy do Was.