Trzy lata temu premierę miał „Kod Da Vinci”, ekranizacja wielkiego bestselleru Dana Browna. Film wzbudził we mnie mieszane uczucia, historia mogłaby się wydawać ciekawa, jednak została słabo poprowadzona i było po prostu nudnie. „Anioły i Demony” to kolejna książka Browna, ale również film wyreżyserowany przez Rona Howarda na podstawie tejże książki. No cóż, reżyser odrobił pracę domową, bo jest dużo lepiej niż ostatnio.
Akcja rozrywa się na kilka lat przed wydarzeniami w „Kodzie da Vinci”. Tym razem Robert Langdon (Tom Hanks) będzie pomagał Watykanowi. Z laboratorium w Genewie wykradziona zostaje ‘antymateria’, rzecz nad którą naukowcy pracowali od kilkunastu lat, a co miało pomóc w wytwarzaniu energii na przyszłe lata. Wszystko wskazuje na to, że za kradzieżą antymaterii kryją się Iluminaci, historyczna, podziemna organizacja działająca przeciwko Kościołowi. Ukryli oni antymaterię gdzieś w Watykanie i doskonale wiedzą, że jeśli bateria w urządzeniu się wyczerpie dojdzie do olbrzymiego wybuchu, który zniszczy cały Watykan. Jakby tego było mało, na placu św. Piotra tłumy czekają na wybór nowego papieża. Konklawe trwa, a następcy papieża (preferiti) zostali porwani…
Druga część (właściwie to pierwsza, tamta była druga) przygód Roberta Langdona była dużo ciekawsza, żywsza i bardziej wciągająca niż jej poprzedniczka. Oglądało to się jednym tchem, nim się na dobre zaczęło byliśmy już w połowie, a po chwili było zakończenie – swoją drogą bardzo dobre i satysfakcjonujące. Jednak „Anioły i Demony” to nie tylko świetna fabuła i dobrze poprowadzona reżyseria – wrażenie robiły również przepiękna zdjęcia, a także porywająca, momentami mroczna i przerażająca muzyka. Stwarzała ona nastrój i budowała napięcie.

Z wyraźnych nowości mamy tutaj Evana McGregora, który swoją rolę potraktował bardzo poważnie. Oglądało się go dobrze, ale nie żeby to była rola życia. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz – Robert Langdon chce napisać książkę, jednak aby ją dokończyć potrzebny jest mu dostęp do archiwum Watykanu. Kilkukrotnie jego prośba zostaje odrzucona, jednak teraz, gdy Kościół potrzebuje jego pomocy, Robert w zamian chce móc przejrzeć archiwa. Gdy trafia tam, aby znaleźć wskazówkę, która pomoże mu znaleźć antymaterię, bohater jest niesamowicie zadziwiony, że większość książek jest po łacinie czy innych językach i tu z pomocą mu przychodzi Vittoria Vetra. I teraz moje pytanie – Vittoria jest tu tylko dlatego, że antymateria to m.in. jej dzieło, więc co by było jakby Langdon dostał wcześniej dostęp do archiwów a Vittorii by przy nim nie było? Słownik?
Wracając bezpośrednio do filmu – podobało mi się, dużo bardziej od „Kodu Da Vinci”. Książki Browna nie czytałem, ale filmem Howarda jestem zachwycony. Polecam każdemu jako dobre, wciągające kino rozrywkowe. Spoglądając również wyniki finansowe oby ekranizacji książek Dana Browna, możemy spodziewać się kolejnych…
Oglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „Eagle Eye” to się nazywało i było bardzo dobrym filmem. „Echelon Conspiracy” czymś takim nie jest.
Bohaterem filmu jest Max (Shane West), który zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Podczas wyjazdu do Bangkoku otrzymuje tajemniczą przesyłkę, w której jest supernowoczesny telefon. Jakby tego było mało ktoś przesyła mu informacje, w których napisane jest jak ma dalej postępować i co robić. A gdy Max się sprzeciwia, telefon ‘udowadnia’, że ma nad nim władzę…
„Echelon Conspiracy” to „Eagle Eye” dla ubogich, niewymagających. Nie ma w nim nic nowego, czego nie widzielibyśmy w „Eagle Eye”, a dodatkowo jest jeszcze głupszy, bardziej tępy i ogląda go się fatalnie. Co prawda Shane West (znany ze „Szkoły uczuć”) radzi sobie całkiem dobrze, to debilizm scenariusza psuje wszystko.
Są tu jakieś tam efekty, jakaś tam historia, ale wszystko to takie nijakie, płytkie i proste, że naprawdę nie chce się tego oglądać. Jakimś cudem dobrnąłem do końca (jak już zaczynam to staram się kończyć oglądanie filmu), ale chyba tylko po to, aby potem wyżyć się na tym czymś w recenzji.

Za reżyserię odpowiedzialny jest Greg Marcks, który stworzył świetną, czarną komedię „11:14”, ale to coś, co tu nazywa się scenariuszem Michael Nitsberg dla którego był to debiut oraz Kevin Elders, który również za bardzo wybitnych dzieł w swojej scenariuszowej karierze nie ma. Wszystko to złożyło się na ten jakże zły film, którego oglądać nie polecam, lepiej obejrzeć drugi raz „Eagle Eye”.
Co ciekawe, system Echelon, który pojawia się w filmie naprawdę istnieje. Jest to największa sieć Wywiadu Elektronicznego stworzona przez USA, Wielką Brytanię, Kanadę i Nową Zelandię, a zarządzany przez amerykańskie NSA – Echelon posiada urządzenia do podsłuchu wiadomości w kanałach telekomunikacji na całym świecie tak więc – jesteście podsłuchiwani! ;D
„Zapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…
50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.
„Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.
W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?
Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…
P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.
O „Zmierzchu” było bardzo głośno. Ekranizacja bestsellerowej książki Stephenie Meyer weszła do kin z podobnym szumem jak kilka lat temu pierwsza część Harrego Pottera. Podchodziłem do filmu bardzo sceptycznie – jak się okazało niesłuszne.
Matka bohaterki, Belli (Kristen Stewart) postanawia podróżować po kraju ze swoim kochankiem. W takim przypadku Bella musi zamieszkać z ojcem w stanie Waszyngton. Jak to zwykle bywa przeprowadzka nie jest prosta. Bohaterka musi przystosować się do nowego domu, okolicy oraz szkoły. To właśnie tam poznaje tajemniczego Edwarda (Robert Pattison). Po pewnym czasie dziewczyna dowiaduje się, że Edward jest wampirem.
Olbrzymie zaskoczenie! Ja naprawdę myślałem, że będzie to film poziomem podobnym do którejś tam części „High School Musical”. Było to bardzo niesprawiedliwe, bo jest to bardzo dobry i wciągający thriller. Przez pierwszą połowę – nim Bella pozna prawdę – jest niesamowicie. Tajemniczo, ciekawie, enigmatycznie. Miałem obawy, że gdy w końcu dojdziemy do momentu, w którym bohaterka dowie się, że ma do czynienia z wampirem czar pryśnie. Że całość zmieni się w nijaki, pusty film. Nic bardziej mylącego – potem jest równie dobrze. Co prawda wprowadzani są nowi bohaterowie, a główni bohaterowie musza zmagać się z przeciwnościami losu, to jednak nadal jest to bardzo emocjonujący film.

Co może wydać się śmieszne, ale właśnie ten film kierowany głównie do nastolatków świetnie ukazuje miłość zakazaną i niemożliwą. Bella cały czas czuje strach i lęk – w końcu w każdej chwili może stać się obiadem Edwarda. Jednak to właśnie jego miłość do bohaterki powstrzymuje go przed tym czynem. Związek ten musi opierać się na bezgranicznym zaufaniu. I tak właśnie jest, wprost wyczuwalne jest to przez ekran.
Dużo mówiło się też, czy aktorzy, którym powierzono tak ważne role poradzą sobie z nimi. Jak najbardziej tak – kolejne zaskoczenie. Zarówno Kristen Stewart jak i Robert Pattison tworzą kreacje bardzo autentyczne i prawdziwe. To dzięki nim tak dobrze odbiera się ten film.
Cały film otoczony jest posępną, mroczną aurą, co dodatkowo potęguje efekt. Zachwycają zdjęcia. Jednak oprócz oczywiście samej historii, jednym z najlepszych i najjaśniejszych punktów „Zmierzchu” była niesamowita muzyka autorstwa Cartera Burwella, nadwornego kompozytora braci Coen. To dzięki niej jeszcze bardziej wczuwamy się w klimat filmu i zapominamy o bożym świecie.

Kończąc, „Zmierzch” to naprawdę dobrze zrobiony film, głównie o miłości, lecz trzeba pamiętać, że nie jest to horror i nie z takim nastawieniem powinniśmy do niego zasiadać. Najważniejsza jest tutaj miłość niemożliwa i zakazana. Już w tym roku do kin wejdzie druga część przygód Belli i Edwarda pod tytułem „Księżyc w nowiu”. I znów jak w przypadku Harrego Pottera zmienił się reżyser, jednak mam nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na poziom filmu. Podsumowując jednak, polecam ten obraz, bo wciąga i pochłania. W pełni.
Ah, spodziewam się żywej dyskusji ;>
Różne aspekty decydują o tym, że obejrzę dany film. A to znana bądź ulubiona aktorka czy aktor, a to reżyser, zwiastun czy też opis fabuły. W przypadku „Ocalonych” zaciekawiła mnie fabuła oraz chwalona tam i tu Anne Hathaway.
Claire (Anne Hathaway) jest psychologiem. Zostaje przydzielona do grupy ludzi, którzy przeżyli katastrofę samolotu. Większość z nich przychodzi na umówiona spotkania, jednak tajemniczy Erik (Patrick Wilson) wydaje się być oderwany od rzeczywistości. Okazuje się, że katastrofa zmieniła go na lepsze – jest teraz pogodnym i szczęśliwym człowiekiem. Bohaterka stara się dowiedzieć, dlaczego.
Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że jakiekolwiek opisy fabuły tego potworka (czy to Filmweb czy Stopklatka) nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. W ogóle ten pierwszy to kompletnie zaszalał, gdyż użyto tam stwierdzenia ‘emocjonujący thriller psychologiczny’. Emocji nie było, koło thrillera to nawet nie leżało, a z psychologią miało to tyle wspólnego, że był to zawód głównej bohaterki. I tyle. Naprawdę miałem dobre intencje, bo i plakat ciekawie się zapowiadał, i fabuła zabrzmiała ciekawie, a na deser Anne. Tym razem nie wyszło.
„Ocaleni” to film koszmarny – w bardzo złym znaczeniu tego słowa. Rozkręca się jakieś 80% filmu, a potem jest jeszcze gorzej. Następuje jakże mętna i patetyczna końcówka, która miała prawdopodobnie zaskoczyć; coś jak w „Szóstym zmyśle” bądź „Podziemnym kręgu”. Nie tym razem, może pomysł był udany i wyszłoby z tego coś interesującego, ale musiałby się za to wziąć ktoś inny, ktoś lepszy. Obraz ten jest nudny, nieciekawy i co najważniejsze – nie trzyma się sensu i logiki. Przedstawione nam zakończenie odwraca wszystkie wcześniejsze wydarzenia do góry nogami i niestety, to, co wcześniej – mimo, że nudne i żmudne – wydawało się mieć jakiś sens po zakończeniu staje się śmieszne i niedorzeczne. Jeszcze inna sprawa, że w pewnym momencie mamy flasha z owej katastrofy, a jeden z bohaterów siedzi sobie na siedzeniu pasażera obok odrywającego się krzesła… Trochę mu wieje, ale to nic, nieważne, że są bardzo wysoko nad ziemią, ale generalnie wiatr to tam na górze raczej jest za słaby, żeby go wyciągnąć z samolotu.
Podsumowując, tego filmu nie da się przełknąć, a jego oglądanie to strata czasu, no chyba, że ktoś chce sobie włączyć coś ‘do snu’ – pasuje jak ulał. Biedna Anne Hathaway, w ciągu jednego roku zagrała rolę Oscarową i rolę dokładnie przeciwstawną tej pierwszej.
Wszyscy doskonale wiedzą, że Amerykanie lubią mieć wszystko po swojemu. Niesamowicie popularne jest robienie japońskich horrorów po amerykańsku. W taki sposób powstała nowa wersja japońskiej „Klątwy” czy dwa „Ringi”. Tym razem pod nóż poszła jeszcze świeża, hiszpańska produkcja „[REC]”. Amerykanie zrobili dokładną, wręcz staranna kopię.
Bohaterką filmu jest dziennikarka Angela Vidal (Jennifer Carpenter), która robi reportaż na temat funkcjonowania straży pożarnej. Wyrusza ze strażakami do pewnego domu – tam po chwili budynek zostaje zamknięty i odizolowany od świata. Nikt nie wie, co się dzieje, dwoje ludzi zostaje zaatakowanych przez oszalałą mieszkankę kamienicy. Panika narasta, a informacji na temat tego, co się dzieje jest jak na lekarstwo.
Znacie ten opis? Oczywiście, dokładnie taki sam, jedynie ze zmianą imion pojawił się w recenzji „[REC]”. Dlaczego tak zrobiłem. Bo o ile amerykańskie wersje japońskich horrorów trochę różnią się od oryginałów, to „Kwarantanna” nie wnosi nic nowego. Historia jest identyczna, nakręcona w ten sam sposób, te same motywy straszą i panuje tu taka sama niewiedza jak wcześniej. No oczywiście jeśli ktoś oglądał „[REC]” to doskonale wie, co wydarzy się dalej. Reżyser John Erick Dowdle wraz ze scenarzystą Drew Dowdle nie wysilili się. Co prawda dodali trochę nowych scen, budynek jest trochę inny (pojawiła się m.in. winda), wszystko jest trochę bardziej krwawe, a główna bohaterka bardziej histeryzuje i lamentuje, to i tak nadal jest to kompletna kalka. Idąc do kina wiedziałem, że motyw jest ten sam i wiele się powtórzy, jednak liczyłem, że czymś mnie zaskoczą. Chociaż jedną sceną, jednym wątkiem. Niestety. Wynudziłem się niesamowicie.
I teraz najważniejsze – „Kwarantanna” nie jest filmem złym. Wszystko zależy od punktu widzenia. Jeśli widzieliśmy „[REC]” to nie mamy po co oglądać „Kwarantannę”, natomiast jeśli nie widzieliśmy żadnego, to mimo wszystko namawiać będę do obejrzenia hiszpańskiego horroru. Gdyby „Kwarantanna” powstała jako oddzielny film, a „[REC]” nie istniał, byłaby naprawdę świetnym horrorem. Podobna sytuacja spotka nas, gdy ktoś najpierw obejrzy „Kwarantannę”, a dopiero potem „[REC]”. Wtedy to ten drugi wyda się gorszy, bo jak już napisałem – to są dwa, takie same filmy i naprawdę nie ma sensu oglądać obydwa – no chyba, że ktoś chce się sam przekonać o tym fakcie. Ja polecam „[REC]”.
| Cykl [REC] | |
![]() [REC] (2007) |
![]() [REC]2 (2009) |
![]() Kwarantanna (2008) |
|
„Eagle Eye” to film w reżyserii D. J. Caruso, w którym główną rolę gra młody, utalentowany aktor Shia LeBeouf. Duet ten sprawdził się już przy innym thrillerze – „Niepokoju” z roku 2007. Wtedy to byłem zachwycony i podekscytowanym tamtym obrazem? Czy i tym razem panowie się spisali?
Jerry (Shia LeBeouf) dowiaduje się, że jego brat zginął. Ethan, bo tak miał na imię, był kompletnym przeciwieństwem Jerry’ego. Idealny syn, patriota i żołnierz, rodzice byli z niego dumni. Jerry natomiast uczy się, ledwo starcza mu na czynsz, a jego kontakty z rodziną są dalekie od dobrych. Gdy bohater wraca do swojego mieszkania zastaje tam cały arsenał i ekwipunek profesjonalnego terrorysty. Po chwili dzwoni telefon, a tajemniczy, kobiecy głos mówi mu, że za chwilę pojawi się FBI, aby go aresztować. Chłopak oczywiście jej nie wierzy, jednak FBI rzeczywiście przybywa. Drugą bohaterką filmu jest Rachel (Michelle Monaghan). Dzwoni do niej ten sam kobiecy głos i oświadcza, że ma wykonywać jej polecenia, inaczej syn, którego właśnie odprawiła na szkolną wycieczkę zginie. Losy Jerry’ego i Rachel wkrótce się połączą, a zupełnie nieznani sobie dotąd bohaterowie będą musieli współpracować.
„Eagle Eye” jest filmem ciekawym i wciągającym dopóki nie przestaniemy go oglądać. Podczas seansu trzyma w napięciu, jednak, gdy już wyjdziemy z kina nachodzi nas takie jedno, krótkie zdanie: „ale to był głupi film”. I rzeczywiście tak właśnie jest – film jest ciekawy, efektownym, ale strasznie głupi. Nie wymaga od nas żadnego myślenia, a jest ono wręcz niewskazane. Zapewnia nam dobrą rozrywkę w czasie oglądania, bohaterowie wzbudzają naszą sympatię, pościgi i efekty robią wrażenie. Nasz ogólny odbiór tego obrazu zależy głownie od tego, na co się nastawiamy. Jeśli idziemy do kina z przeświadczeniem, że chcemy spędzić miło czas, odprężyć się i zapomnieć o bożym świecie to jest to prawidłowe myślenie; natomiast, jeśli ktoś nastawia się na inteligentny film, który długo po seansie jeszcze będzie tkwił w naszym umyśle, to niestety zawiedzie się. To nie jest tego typu film i na pewno taki nie miał być.
„Eagle Eye” to również obraz z dwoma bardzo dobrymi kreacjami aktorskimi. Shia LeBeouf i Michelle Monaghan bardzo dobrze wcielają się w swoje role. Widać na ich twarzach wiele emocji: przerażenie, dezorientację, strach, lęk, niepokój. Kończąc jasno mogę powiedzieć, że nie żałuję, że wybrałem się na ten film. Spełnił on moje oczekiwania i zapewnił mi chwilę rozrywki. Polecam każdemu, kto właśnie tego potrzebuje.
Zobacz również:
Bohaterką filmu jest agentka specjalna, Jennifer Marsh (Diane Lane), która pracuje w FBI w wydziale zajmującym się przestępczością w Internecie. Właśnie odkryła stronę, na której jakiś psychopata zabija swoje ofiary w bardzo wysublimowany sposób. Szybkość śmierci zależy od ilości wizyt na owej stronie – im jest ich więcej, tym szybciej ktoś umrze. FBI apeluje do ludzi, aby nie wchodzili na tę stronę, bo niejako stają się współwinni torturom i śmierci ofiar. Jednak owy apel ma działanie zupełnie odwrotne niż oczekiwano – zainteresowanie stroną wzrasta. Jennifer i jej koledzy mają pełne ręce roboty.
Film Gregory’ego Hoblita, twórcy „Słabego punktu” z 2007 roku to obraz interesujący i nawet można powiedzieć, że wciągający. Chociaż nie wyróżnia się niczym nowym, a fabuła momentami przypomina softową wersję „Piły”, to oglądało się go dobrze. Nie ma tu tyle krwi i gore, co w „Pile” także taka osoba jak ja jest zadowolona. Bo nie oglądam i nie będę oglądał filmów, które polegają głównie na tym, aby lało się jak najwięcej krwi. „Nieuchwytny” oprócz małego dreszczyku emocji ma też całkiem ciekawą historię.
Co prawda, jest ona przewidywalna, i mniej więcej po piętnastu minutach wiemy już, kto będzie ostatnią ofiarą mordercy, niemniej jednak wszystko to ubrano w całkiem ciekawy teatrzyk. Film ten niejako próbuje nas przestrzec przez niebezpieczeństwami czyhającymi na biednych internatów w globalnej sieci. Bo kto wie, czy nikt nie wpadnie na taki sam, lub podobny pomysł, co zabójca w tym obrazie? W Internecie mamy mnóstwo rzeczy, stron i programów, które nie powinny istnieć, które nie do końca zgodne są z prawem a mimo to wciąż istnieją, funkcjonują i przyciągają miliony widzów. Póki, co nie są one zbyt groźne. Oprócz strat moralnych i finansowych nikt poważniej nie ucierpiał. Ale co by było gdyby… Czy reżyser filmu próbuje nam przekazać pewne ostrzeżenie? Uważajcie, bo nigdy nic nie wiadomo?
Tak czy owak, „Nieuchwytny” to film wtórny, jednak dzięki reżyserowi, który potrafił ukryć brak i błędy w scenariuszu, oraz świetnej roli Diane Lane, ogląda się go bardzo miło, osobiście nie żałuję straconego czasu – decyzję czy obejrzeć pozostawiam Wam.
Zobacz również:
Bryan (Liam Neeson) był niegdyś szpiegiem, jednak ta praca zrujnowała jego całe życie. Żona Leonore (Famke Janssen) odeszła wraz z córką. Teraz gdy bohater jest na emeryturze chce nadrobić stracone chwile z córką i właściwie tylko na tym opiera się jego życie. Córka, 17-letnia Kim (Maggie Grace) mieszka z matką i jej bogatym mężem w pięknej willi. Pewnego razu bohaterka chce wyjechać z koleżanką do Paryża na wycieczkę. Z racji iż nie jest pełnoletnia potrzebna jest zgodna biologicznego ojca na opuszczenie kraju. Początkowo Bryan nie zgadza się, jednak potem ulega, stawiając kilka twardych warunków. Nic to jednak nie da – Kim po przylocie do Paryża zostaje porwana przez ludzie zajmujących się handlem żywym towarem. Teraz Bryan będzie musiał przypomnieć sobie wszystko czego nauczył się podczas bycia szpiegiem i spróbować uratować córkę.
Produkcja francuska z francuskim reżyserem i Lucem Bessonem wśród scenarzystów. Szczerze mówiąc nie jest źle, jednak znalazło się tu wiele dosyć denerwujących mankamentów. Zacznę od aktorów. Liam Neeson w tej roli przypomina trochę Stevena Seagala czy też Jean-Cloude’a Van Deema, którzy w swoich starszych filmach potrafili zabić tuziny wrogów i wychodzili z tego cało. Tak też jest z Bryanem w wykonaniu Neesona – czasem oberwie, dostanie kulkę w ramię, ale mimo to jego determinacja jest godna podziwu. Aktorsko Liam jest dobry, jednak dużo bardziej podobała mi się jego rola w „Batman – Początek”. I właściwie reszta aktorów jest tylko tłem dla Nessona. Maggie Grace, znana z pierwszego sezonu „Zagubionych” co prawda pojawia się na ekranie rzadko, jednak gra wiarygodnie. Słabiej wypada piękna Famke Janssen, mdło i niezbyt wyraziście.
Najpoważniejszym i najbardziej denerwującym minusem tego filmu jest montaż. Chyba się jeszcze nie spotkałem z czymś takim. Podczas pościgów, których jest kilka w „Uprowadzonej” praktycznie nie wiemy co się dzieje. Kamera dosłownie szaleje. Raz na twarz bohatera, raz na kierownicę, raz na pedał gazu, raz przez okno jedne, potem drugie… I to wszystko w ciągu jednej sekundy – generalnie można dostać epilepsji czy też zawrotów głowy. Niesamowicie przeszkadzało to w odbiorze filmu.
Odnośnie scenariusza – nie wykazuje się on niczym nowym. Rodzic, który za wszelką cenę chce odzyskać córkę. Droga do tego była o tyle ciekawa, co równie nieprawdopodobna. Bryan zadziwiająco po kolei zdobywał następne wskazówki, unicestwiał kolejnych wrogów oraz wychodził cało z każdego pojedynku.
Podsumowując – zdanie moje jest takie, że lepiej zaczekać na wydanie DVD, dzięki któremu w spokoju będziemy mogli obejrzeć ten film. Nie jestem on niczym nowym, ale jak mówię – ogląda się go dobrze i z zaciekawieniem. Dlaczego więc nie wysyłam Was do kina? Bo nawet najgorszemu wrogowi nie życzę oglądać tych pościgów na olbrzymim ekranie – istna katorga!
Zobacz również:
Bal maturalny to dzień, który każdy chce zapamiętać do końca życia. Bohaterka filmu, Donna (Brittany Snow) na pewno nigdy go nie zapomni. A to za sprawą psychopatycznego mordercy, który kilka lat temu na jej oczach zabił jej rodziców, a teraz wrócił po nią. Najpierw ofiarą padną jej przyjaciele, a potem… Zaczyna się, zatem najstraszniejszy bal maturalny blondwłosej piękności i jej znajomych.
Ja oglądam bardzo mało horrorów, a jak już na jakiś się skuszę, to raczej będzie on dosyć lekki, albo będę go oglądał z kimś. Co prawda „Bal maturalny” obejrzałem sam, ale raczej nie było, czego się tutaj bać. Był to fajny slasher, mało inteligentny i bardzo oklepany, ale mimo wszystko – podobało mi się.
Nie będę wymieniał błędów w scenariuszu, tego, że jest to remake, słabego aktorstwa, bo w takich filmach zazwyczaj nie chodzi o to. Ważne jest, żeby ktoś zabijał i było dużo trupów. Tutaj ilość ich była umiarkowana, ale ja tam nie narzekałem. Czytając kilka recenzji tego filmu wielu recenzentów zwracało uwagę na to, że uczestnicy balu wychodzili często do łazienek i że to nienormalne. Ja nie wiem, ale chyba ci ludzie chyba nigdy nie byli na studniówce czy balu. Osobiście pamiętam, że na mojej studniówce dziewczyny, co chwila latały do łazienek. Co one tam robiły? Pewnie pudrowały noski, co prawda w filmie nikt już z łazienki nie wracał, niemniej jednak to bardzo normalne. Bardziej dziwną sprawą było to, że chodziły one tam same (w filmie) bo w rzeczywistości to nie raz widziałem całe wycieczki do toalet. No, ale cóż…
Podsumowując, „Bal maturalny” to lekki slasher dla mało wymagających od tego gatunku – czyli dla mnie. Większa ilość krwi, rozerwanych ciał i tak dalej wzbudza we mnie jedynie obrzydzenie i powoduje wyłączenie filmu – tutaj było wszystko tak jak trzeba, dzięki czemu mogę powiedzieć, że był to bardzo fajny horrorek i polecam go ludziom takim jak ja - zakazać gore!
P.S.: Uroczo by było, gdyby film miał polski tytuł "Studniówka", nie sądzicie? :D
Zobacz również: