The Box. Pułapka (2009)

Oryginalny tytuł: The Box | Reżyseria: Richard Kelly What Would You Do?

The Box / PułapkaRichard Kelly nakręcił w swojej karierze jeden z najlepszych filmów w moim prywatnym (nieistniejącym) ranking najlepszych filmów świata. Mowa o „Donnie Darko”. Później szło mu już gorzej. W 2006 zrobił coś o tytule „Koniec świata” (w oryginale „Southland Tales”), czego niestety nie dałem rady oglądnąć. Po połowie filmu wciąż nie wiedziałem, o co w nim chodzi, przestałem oglądać. Teraz Kelly zrobił „The Box. Pułapka” (pogratulować polskiego tytułu) film prostszy z Cameron Diaz i Jamesem Marsdenem w rolach głównych.

Norma i Arthur Lewis (Cameron Diaz & James Marsden) dostają bardzo dziwną propozycję. Oto w ich domu zjawia się tajemnicze pudełko. Po chwili zjawia się jeszcze bardziej dziwny i przerażający starszy pan, który oznajmia: jeśli wciśniecie przycisk znajdujący się w pudełku dostaniecie milion dolarów, ale jednocześnie ktoś, gdzieś na świecie zginie. Jeśli tego nie zrobicie, nic się nie stanie, taką możliwość otrzyma inne małżeństwo. Na decyzję Lewisowie mają 24 godziny. Co zrobią? Co wy byście zrobili?

The Box” to takie trochę połączenie zwykłego filmu fabularnego i odjazdu, jaki mieliśmy przy okazji „Donniego Darko”. Niestety, nie jest to połączenie udane. Fabuła nie porywa, owszem jest zrozumiała i nie tak zagmatwana jak przy „Końcu świata”, ale jednak oczekuje się trochę więcej po kimś, kto zrobił kilkukrotnie już przeze mnie wspomniane dzieło. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że Richard Kelly strzelił sobie trochę samobója, bo nakręceniu „Donniego Darko”, który został bardzo dobrze przyjęty zarówno przez widzów jak i krytykę, każdy jego następny film jest i będzie rozpatrywany przez pryzmat „Donniego Darko”. To trochę tak jak z M. Night Shyamalan i jego „Szóstym zmysłem”.

The Box

Aktorzy próbowali… naprawdę. Aczkolwiek zdeformowania ciała Cameron Diaz nie wybaczę. Diaz i Marsden próbowali zrobić coś z tym filmem, jednak niestety marny scenariusz na nic im nie pozwolił. Za to pochwalić muszę Franka Langellę, który świetnie wcielił się w przerażającego mężczyznę, który wytłumaczył małżeństwu Lewisów działanie tajemniczego pudełka. Być może dużo w jego roli pomogła przerażająca twarz (ucharakteryzowana odpowiednio).

The Box” ma jednak jedną, całkiem interesującą zaletę. Cała przedstawiona nam historia daje do myślenia. Bo tak jak powyżej zdałem wam pytanie: co byście zrobili w takiej sytuacji? Z jednej strony ktoś zginie, z drugiej jednak nie znamy tej osoby i co nas to obchodzi… Oczywiście to jedno z wielu rozwiązań i możliwych scenariuszy. Jedni mają mniej empatii, inni więcej. Kolejne spojrzenie na tę historię: a jak gdzieś, ktoś dostałby taką możliwość, zdecydowałby się na nią, a ową „uśmierconą” osobą bylibyśmy my bądź ktoś nam bliski? Wiele rozważań i wiele możliwości…

The Box

Gdyby Richard Kelly poszedł bardziej w tym kierunku, może nie ku moralizatorstwu, ale na stawianiu pytań oraz nieobrazowym i niebezpośrednim dawaniu odpowiedzi na nie, mógłby powstać naprawdę świetny film. A tak mamy straszne poplątanie dramatu z kinem fantastycznym, gdzie niektóre sceny wydają się być wzięte z kosmosu. Stanowczo jednak zadowala mnie zakończenie – mocne, jasne i odpowiednie. Rekompensuje nam niejako nijaki środek. Czekam jednak na coś przynajmniej w połowie tak mocnego i intensywnego jak „Donnie Darko”, panie Kelly.

Moja ocena: 4+/10

Surogaci (2009)

Oryginalny tytuł: Surrogates | Reżyseria: Jonathan Mostow Ładniejsi

surrogates Bruce Willis ostatnimi czasy boryka się z pewnym problemem – nie wie, w czym ma grać. Albo sam wybiera tak źle filmy, albo ma bardzo niedobrego menadżera. „Surogaci” to kolejna pomyłka, w której aktora tej klasy nie powinno być. Ale jest…

W niedalekiej przyszłości (lub dalekiej, jak kto woli) każdy człowiek ma swojego surogata. Jest to taki robot będący ‘ładniejszą’ wersją nas samych. Chodzi sobie po świecie sterowany przez człowieka, który leży w domu i nic nie robi. Surogatów ponoć nie da się zranić, gdy giną w wypadkach, ludzie po prostu dostają nowego. Jednak fabuła filmu mówi, że śmierć jednego z surogatów poniosła za sobą równocześnie śmierć jego właściciela. Do akcji wkracza dwójka agentów FBI – Greer (Bruce Willis) oraz Peters (Radha Mitchell).

Po pierwsze widać tutaj wyraźną inspirację „Avatarem”. Film ten miał premierę jeszcze przed dziełem Camerona, jednak nie przeszkodziło to prawdopodobnie scenarzystom ‘zapożyczyć’ kilka pomysłów. Jak choćby główny wątek, czyli posiadanie swojego ‘lepszego’ odpowiednika. Oczywiście można się bronić, że to tylko zbieg okoliczności, a Avatary u Camerona są niebieskie. Takie czcze gadanie. I doszukiwanie się czegoś wielkiego w tym pustym czymś.

W całym tym rozgardiaszu podobało mi się jedynie zakończenie. Z jednej strony: 1) nareszcie się skończyło; z drugiej: 2) no, tak powinno się skończyć, brawo. W czasie seansu powstaje mnóstwo pytań, których nie ma sensu tutaj pisać, bo i tak odpowiedzi na nie nie uzyskamy. Obraz Jonathana Mostowa (ten który nie do końca sobie poradził z „Terminatorem 3”) to bezwartościowa, zbędna papka. I tu pragnę wytłumaczyć – wiem, że są takie filmy, na które idziemy tylko po to, żeby się rozerwać i które wcale nie muszą nic nowego wnosić, jednak „Surogaci” to szczyt szczytów.

Bruce Willis. Jak napisałem w pierwszym akapicie – błądzi. Jego ostatni, dobry film to chyba dopiero „Sin City” z przed pięciu lat. Jeszcze „Szklana pułapka 4” z 2008 była dobra, jednak to taki typowy dla niego film. Na próżno szukać Bruce’a z „Szóstego zmysłu”, „Pulp Fiction” czy pierwszych „Szklanych pułapek”. Rodriguez, Tarantino – kręćcie „Sin City 2” – Willis was potrzebuje!

Podsumowując, nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 2/10

Anioły i Demony (2009)

Oryginalny tytuł: Angels and Demons | Reżyseria: Ron Howard

Anioły i demonyTrzy lata temu premierę miał „Kod Da Vinci”, ekranizacja wielkiego bestselleru Dana Browna. Film wzbudził we mnie mieszane uczucia, historia mogłaby się wydawać ciekawa, jednak została słabo poprowadzona i było po prostu nudnie. „Anioły i Demony” to kolejna książka Browna, ale również film wyreżyserowany przez Rona Howarda na podstawie tejże książki. No cóż, reżyser odrobił pracę domową, bo jest dużo lepiej niż ostatnio.

Akcja rozrywa się na kilka lat przed wydarzeniami w „Kodzie da Vinci”. Tym razem Robert Langdon (Tom Hanks) będzie pomagał Watykanowi. Z laboratorium w Genewie wykradziona zostaje ‘antymateria’, rzecz nad którą naukowcy pracowali od kilkunastu lat, a co miało pomóc w wytwarzaniu energii na przyszłe lata. Wszystko wskazuje na to, że za kradzieżą antymaterii kryją się Iluminaci, historyczna, podziemna organizacja działająca przeciwko Kościołowi. Ukryli oni antymaterię gdzieś w Watykanie i doskonale wiedzą, że jeśli bateria w urządzeniu się wyczerpie dojdzie do olbrzymiego wybuchu, który zniszczy cały Watykan. Jakby tego było mało, na placu św. Piotra tłumy czekają na wybór nowego papieża. Konklawe trwa, a następcy papieża (preferiti) zostali porwani…

Druga część (właściwie to pierwsza, tamta była druga) przygód Roberta Langdona była dużo ciekawsza, żywsza i bardziej wciągająca niż jej poprzedniczka. Oglądało to się jednym tchem, nim się na dobre zaczęło byliśmy już w połowie, a po chwili było zakończenie – swoją drogą bardzo dobre i satysfakcjonujące. Jednak „Anioły i Demony” to nie tylko świetna fabuła i dobrze poprowadzona reżyseria – wrażenie robiły również przepiękna zdjęcia, a także porywająca, momentami mroczna i przerażająca muzyka. Stwarzała ona nastrój i budowała napięcie.

Z wyraźnych nowości mamy tutaj Evana McGregora, który swoją rolę potraktował bardzo poważnie. Oglądało się go dobrze, ale nie żeby to była rola życia. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz – Robert Langdon chce napisać książkę, jednak aby ją dokończyć potrzebny jest mu dostęp do archiwum Watykanu. Kilkukrotnie jego prośba zostaje odrzucona, jednak teraz, gdy Kościół potrzebuje jego pomocy, Robert w zamian chce móc przejrzeć archiwa. Gdy trafia tam, aby znaleźć wskazówkę, która pomoże mu znaleźć antymaterię, bohater jest niesamowicie zadziwiony, że większość książek jest po łacinie czy innych językach i tu z pomocą mu przychodzi Vittoria Vetra. I teraz moje pytanie – Vittoria jest tu tylko dlatego, że antymateria to m.in. jej dzieło, więc co by było jakby Langdon dostał wcześniej dostęp do archiwów a Vittorii by przy nim nie było? Słownik?

Wracając bezpośrednio do filmu – podobało mi się, dużo bardziej od „Kodu Da Vinci”. Książki Browna nie czytałem, ale filmem Howarda jestem zachwycony. Polecam każdemu jako dobre, wciągające kino rozrywkowe. Spoglądając również wyniki finansowe oby ekranizacji książek Dana Browna, możemy spodziewać się kolejnych…

Moja ocena: 8/10

Echelon Conspiracy (2009)

Oryginalny tytuł: Echelon Conspiracy | Reżyseria: Greg Marcks Deja Vu

Echeleon ConspiracyOglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „Eagle Eye” to się nazywało i było bardzo dobrym filmem. „Echelon Conspiracy” czymś takim nie jest.

Bohaterem filmu jest Max (Shane West), który zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Podczas wyjazdu do Bangkoku otrzymuje tajemniczą przesyłkę, w której jest supernowoczesny telefon. Jakby tego było mało ktoś przesyła mu informacje, w których napisane jest jak ma dalej postępować i co robić. A gdy Max się sprzeciwia, telefon ‘udowadnia’, że ma nad nim władzę…

Echelon Conspiracy” to „Eagle Eye” dla ubogich, niewymagających. Nie ma w nim nic nowego, czego nie widzielibyśmy w „Eagle Eye”, a dodatkowo jest jeszcze głupszy, bardziej tępy i ogląda go się fatalnie. Co prawda Shane West (znany ze „Szkoły uczuć”) radzi sobie całkiem dobrze, to debilizm scenariusza psuje wszystko.

Są tu jakieś tam efekty, jakaś tam historia, ale wszystko to takie nijakie, płytkie i proste, że naprawdę nie chce się tego oglądać. Jakimś cudem dobrnąłem do końca (jak już zaczynam to staram się kończyć oglądanie filmu), ale chyba tylko po to, aby potem wyżyć się na tym czymś w recenzji.

Echeleon Conspiracy

Za reżyserię odpowiedzialny jest Greg Marcks, który stworzył świetną, czarną komedię „11:14”, ale to coś, co tu nazywa się scenariuszem Michael Nitsberg dla którego był to debiut oraz Kevin Elders, który również za bardzo wybitnych dzieł w swojej scenariuszowej karierze nie ma. Wszystko to złożyło się na ten jakże zły film, którego oglądać nie polecam, lepiej obejrzeć drugi raz „Eagle Eye”.

Co ciekawe, system Echelon, który pojawia się w filmie naprawdę istnieje. Jest to największa sieć Wywiadu Elektronicznego stworzona przez USA, Wielką Brytanię, Kanadę i Nową Zelandię, a zarządzany przez amerykańskie NSA – Echelon posiada urządzenia do podsłuchu wiadomości w kanałach telekomunikacji na całym świecie tak więc – jesteście podsłuchiwani! ;D

Moja ocena: 2/10

Zapowiedź (2009)

Zapowiedź / KnowingZapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…

50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.

Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.

W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?

Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…

Moja ocena: 2+/10

P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.

Zmierzch (2008)

Twilight / ZmierzchO „Zmierzchu” było bardzo głośno. Ekranizacja bestsellerowej książki Stephenie Meyer weszła do kin z podobnym szumem jak kilka lat temu pierwsza część Harrego Pottera. Podchodziłem do filmu bardzo sceptycznie – jak się okazało niesłuszne.

Matka bohaterki, Belli (Kristen Stewart) postanawia podróżować po kraju ze swoim kochankiem. W takim przypadku Bella musi zamieszkać z ojcem w stanie Waszyngton. Jak to zwykle bywa przeprowadzka nie jest prosta. Bohaterka musi przystosować się do nowego domu, okolicy oraz szkoły. To właśnie tam poznaje tajemniczego Edwarda (Robert Pattison). Po pewnym czasie dziewczyna dowiaduje się, że Edward jest wampirem.

Olbrzymie zaskoczenie! Ja naprawdę myślałem, że będzie to film poziomem podobnym do którejś tam części „High School Musical”. Było to bardzo niesprawiedliwe, bo jest to bardzo dobry i wciągający thriller. Przez pierwszą połowę – nim Bella pozna prawdę – jest niesamowicie. Tajemniczo, ciekawie, enigmatycznie. Miałem obawy, że gdy w końcu dojdziemy do momentu, w którym bohaterka dowie się, że ma do czynienia z wampirem czar pryśnie. Że całość zmieni się w nijaki, pusty film. Nic bardziej mylącego – potem jest równie dobrze. Co prawda wprowadzani są nowi bohaterowie, a główni bohaterowie musza zmagać się z przeciwnościami losu, to jednak nadal jest to bardzo emocjonujący film.

Twilight / Zmierzch

Co może wydać się śmieszne, ale właśnie ten film kierowany głównie do nastolatków świetnie ukazuje miłość zakazaną i niemożliwą. Bella cały czas czuje strach i lęk – w końcu w każdej chwili może stać się obiadem Edwarda. Jednak to właśnie jego miłość do bohaterki powstrzymuje go przed tym czynem. Związek ten musi opierać się na bezgranicznym zaufaniu. I tak właśnie jest, wprost wyczuwalne jest to przez ekran.

Dużo mówiło się też, czy aktorzy, którym powierzono tak ważne role poradzą sobie z nimi. Jak najbardziej tak – kolejne zaskoczenie. Zarówno Kristen Stewart jak i Robert Pattison tworzą kreacje bardzo autentyczne i prawdziwe. To dzięki nim tak dobrze odbiera się ten film.

Cały film otoczony jest posępną, mroczną aurą, co dodatkowo potęguje efekt. Zachwycają zdjęcia. Jednak oprócz oczywiście samej historii, jednym z najlepszych i najjaśniejszych punktów „Zmierzchu” była niesamowita muzyka autorstwa Cartera Burwella, nadwornego kompozytora braci Coen. To dzięki niej jeszcze bardziej wczuwamy się w klimat filmu i zapominamy o bożym świecie.

Twilight / Zmierzch

Kończąc, „Zmierzch” to naprawdę dobrze zrobiony film, głównie o miłości, lecz trzeba pamiętać, że nie jest to horror i nie z takim nastawieniem powinniśmy do niego zasiadać. Najważniejsza jest tutaj miłość niemożliwa i zakazana. Już w tym roku do kin wejdzie druga część przygód Belli i Edwarda pod tytułem „Księżyc w nowiu”. I znów jak w przypadku Harrego Pottera zmienił się reżyser, jednak mam nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na poziom filmu. Podsumowując jednak, polecam ten obraz, bo wciąga i pochłania. W pełni.

Moja ocena: 9/10

Ah, spodziewam się żywej dyskusji ;>

Ocaleni (2008)

Passangers / OcaleniRóżne aspekty decydują o tym, że obejrzę dany film. A to znana bądź ulubiona aktorka czy aktor, a to reżyser, zwiastun czy też opis fabuły. W przypadku „Ocalonych” zaciekawiła mnie fabuła oraz chwalona tam i tu Anne Hathaway.

Claire (Anne Hathaway) jest psychologiem. Zostaje przydzielona do grupy ludzi, którzy przeżyli katastrofę samolotu. Większość z nich przychodzi na umówiona spotkania, jednak tajemniczy Erik (Patrick Wilson) wydaje się być oderwany od rzeczywistości. Okazuje się, że katastrofa zmieniła go na lepsze – jest teraz pogodnym i szczęśliwym człowiekiem. Bohaterka stara się dowiedzieć, dlaczego.

Przede wszystkim trzeba zacząć od tego, że jakiekolwiek opisy fabuły tego potworka (czy to Filmweb czy Stopklatka) nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. W ogóle ten pierwszy to kompletnie zaszalał, gdyż użyto tam stwierdzenia ‘emocjonujący thriller psychologiczny’. Emocji nie było, koło thrillera to nawet nie leżało, a z psychologią miało to tyle wspólnego, że był to zawód głównej bohaterki. I tyle. Naprawdę miałem dobre intencje, bo i plakat ciekawie się zapowiadał, i fabuła zabrzmiała ciekawie, a na deser Anne. Tym razem nie wyszło.

Ocaleni” to film koszmarny – w bardzo złym znaczeniu tego słowa. Rozkręca się jakieś 80% filmu, a potem jest jeszcze gorzej. Następuje jakże mętna i patetyczna końcówka, która miała prawdopodobnie zaskoczyć; coś jak w „Szóstym zmyśle” bądź „Podziemnym kręgu”. Nie tym razem, może pomysł był udany i wyszłoby z tego coś interesującego, ale musiałby się za to wziąć ktoś inny, ktoś lepszy. Obraz ten jest nudny, nieciekawy i co najważniejsze – nie trzyma się sensu i logiki. Przedstawione nam zakończenie odwraca wszystkie wcześniejsze wydarzenia do góry nogami i niestety, to, co wcześniej – mimo, że nudne i żmudne – wydawało się mieć jakiś sens po zakończeniu staje się śmieszne i niedorzeczne. Jeszcze inna sprawa, że w pewnym momencie mamy flasha z owej katastrofy, a jeden z bohaterów siedzi sobie na siedzeniu pasażera obok odrywającego się krzesła… Trochę mu wieje, ale to nic, nieważne, że są bardzo wysoko nad ziemią, ale generalnie wiatr to tam na górze raczej jest za słaby, żeby go wyciągnąć z samolotu.

Podsumowując, tego filmu nie da się przełknąć, a jego oglądanie to strata czasu, no chyba, że ktoś chce sobie włączyć coś ‘do snu’ – pasuje jak ulał. Biedna Anne Hathaway, w ciągu jednego roku zagrała rolę Oscarową i rolę dokładnie przeciwstawną tej pierwszej.

Moja ocena: 1/10

Kwarantanna (2008)

Kwarantanna / QuarantineWszyscy doskonale wiedzą, że Amerykanie lubią mieć wszystko po swojemu. Niesamowicie popularne jest robienie japońskich horrorów po amerykańsku. W taki sposób powstała nowa wersja japońskiej „Klątwy” czy dwa „Ringi”. Tym razem pod nóż poszła jeszcze świeża, hiszpańska produkcja „[REC]”. Amerykanie zrobili dokładną, wręcz staranna kopię.

Bohaterką filmu jest dziennikarka Angela Vidal (Jennifer Carpenter), która robi reportaż na temat funkcjonowania straży pożarnej. Wyrusza ze strażakami do pewnego domu – tam po chwili budynek zostaje zamknięty i odizolowany od świata. Nikt nie wie, co się dzieje, dwoje ludzi zostaje zaatakowanych przez oszalałą mieszkankę kamienicy. Panika narasta, a informacji na temat tego, co się dzieje jest jak na lekarstwo.

Znacie ten opis? Oczywiście, dokładnie taki sam, jedynie ze zmianą imion pojawił się w recenzji „[REC]”. Dlaczego tak zrobiłem. Bo o ile amerykańskie wersje japońskich horrorów trochę różnią się od oryginałów, to „Kwarantanna” nie wnosi nic nowego. Historia jest identyczna, nakręcona w ten sam sposób, te same motywy straszą i panuje tu taka sama niewiedza jak wcześniej. No oczywiście jeśli ktoś oglądał „[REC]” to doskonale wie, co wydarzy się dalej. Reżyser John Erick Dowdle wraz ze scenarzystą Drew Dowdle nie wysilili się. Co prawda dodali trochę nowych scen, budynek jest trochę inny (pojawiła się m.in. winda), wszystko jest trochę bardziej krwawe, a główna bohaterka bardziej histeryzuje i lamentuje, to i tak nadal jest to kompletna kalka. Idąc do kina wiedziałem, że motyw jest ten sam i wiele się powtórzy, jednak liczyłem, że czymś mnie zaskoczą. Chociaż jedną sceną, jednym wątkiem. Niestety. Wynudziłem się niesamowicie.

I teraz najważniejsze – „Kwarantanna” nie jest filmem złym. Wszystko zależy od punktu widzenia. Jeśli widzieliśmy „[REC]” to nie mamy po co oglądać „Kwarantannę”, natomiast jeśli nie widzieliśmy żadnego, to mimo wszystko namawiać będę do obejrzenia hiszpańskiego horroru. Gdyby „Kwarantanna” powstała jako oddzielny film, a „[REC]” nie istniał, byłaby naprawdę świetnym horrorem. Podobna sytuacja spotka nas, gdy ktoś najpierw obejrzy „Kwarantannę”, a dopiero potem „[REC]”. Wtedy to ten drugi wyda się gorszy, bo jak już napisałem – to są dwa, takie same filmy i naprawdę nie ma sensu oglądać obydwa – no chyba, że ktoś chce się sam przekonać o tym fakcie. Ja polecam „[REC]”.

Moja ocena: 4/10

Eagle Eye (2008)

Eagle EyeEagle Eye” to film w reżyserii D. J. Caruso, w którym główną rolę gra młody, utalentowany aktor Shia LeBeouf. Duet ten sprawdził się już przy innym thrillerze – „Niepokoju” z roku 2007. Wtedy to byłem zachwycony i podekscytowanym tamtym obrazem? Czy i tym razem panowie się spisali?

Jerry (Shia LeBeouf) dowiaduje się, że jego brat zginął. Ethan, bo tak miał na imię, był kompletnym przeciwieństwem Jerry’ego. Idealny syn, patriota i żołnierz, rodzice byli z niego dumni. Jerry natomiast uczy się, ledwo starcza mu na czynsz, a jego kontakty z rodziną są dalekie od dobrych. Gdy bohater wraca do swojego mieszkania zastaje tam cały arsenał i ekwipunek profesjonalnego terrorysty. Po chwili dzwoni telefon, a tajemniczy, kobiecy głos mówi mu, że za chwilę pojawi się FBI, aby go aresztować. Chłopak oczywiście jej nie wierzy, jednak FBI rzeczywiście przybywa. Drugą bohaterką filmu jest Rachel (Michelle Monaghan). Dzwoni do niej ten sam kobiecy głos i oświadcza, że ma wykonywać jej polecenia, inaczej syn, którego właśnie odprawiła na szkolną wycieczkę zginie. Losy Jerry’ego i Rachel wkrótce się połączą, a zupełnie nieznani sobie dotąd bohaterowie będą musieli współpracować.

Eagle Eye” jest filmem ciekawym i wciągającym dopóki nie przestaniemy go oglądać. Podczas seansu trzyma w napięciu, jednak, gdy już wyjdziemy z kina nachodzi nas takie jedno, krótkie zdanie: „ale to był głupi film”. I rzeczywiście tak właśnie jest – film jest ciekawy, efektownym, ale strasznie głupi. Nie wymaga od nas żadnego myślenia, a jest ono wręcz niewskazane. Zapewnia nam dobrą rozrywkę w czasie oglądania, bohaterowie wzbudzają naszą sympatię, pościgi i efekty robią wrażenie. Nasz ogólny odbiór tego obrazu zależy głownie od tego, na co się nastawiamy. Jeśli idziemy do kina z przeświadczeniem, że chcemy spędzić miło czas, odprężyć się i zapomnieć o bożym świecie to jest to prawidłowe myślenie; natomiast, jeśli ktoś nastawia się na inteligentny film, który długo po seansie jeszcze będzie tkwił w naszym umyśle, to niestety zawiedzie się. To nie jest tego typu film i na pewno taki nie miał być.

Eagle Eye” to również obraz z dwoma bardzo dobrymi kreacjami aktorskimi. Shia LeBeouf i Michelle Monaghan bardzo dobrze wcielają się w swoje role. Widać na ich twarzach wiele emocji: przerażenie, dezorientację, strach, lęk, niepokój. Kończąc jasno mogę powiedzieć, że nie żałuję, że wybrałem się na ten film. Spełnił on moje oczekiwania i zapewnił mi chwilę rozrywki. Polecam każdemu, kto właśnie tego potrzebuje.

7+/10

Zobacz również:

Nieuchwytny (2008)

Nieuchwytny / UntraceableBohaterką filmu jest agentka specjalna, Jennifer Marsh (Diane Lane), która pracuje w FBI w wydziale zajmującym się przestępczością w Internecie. Właśnie odkryła stronę, na której jakiś psychopata zabija swoje ofiary w bardzo wysublimowany sposób. Szybkość śmierci zależy od ilości wizyt na owej stronie – im jest ich więcej, tym szybciej ktoś umrze. FBI apeluje do ludzi, aby nie wchodzili na tę stronę, bo niejako stają się współwinni torturom i śmierci ofiar. Jednak owy apel ma działanie zupełnie odwrotne niż oczekiwano – zainteresowanie stroną wzrasta. Jennifer i jej koledzy mają pełne ręce roboty.

Film Gregory’ego Hoblita, twórcy „Słabego punktu” z 2007 roku to obraz interesujący i nawet można powiedzieć, że wciągający. Chociaż nie wyróżnia się niczym nowym, a fabuła momentami przypomina softową wersję „Piły”, to oglądało się go dobrze. Nie ma tu tyle krwi i gore, co w „Pile” także taka osoba jak ja jest zadowolona. Bo nie oglądam i nie będę oglądał filmów, które polegają głównie na tym, aby lało się jak najwięcej krwi. „Nieuchwytny” oprócz małego dreszczyku emocji ma też całkiem ciekawą historię.

Co prawda, jest ona przewidywalna, i mniej więcej po piętnastu minutach wiemy już, kto będzie ostatnią ofiarą mordercy, niemniej jednak wszystko to ubrano w całkiem ciekawy teatrzyk. Film ten niejako próbuje nas przestrzec przez niebezpieczeństwami czyhającymi na biednych internatów w globalnej sieci. Bo kto wie, czy nikt nie wpadnie na taki sam, lub podobny pomysł, co zabójca w tym obrazie? W Internecie mamy mnóstwo rzeczy, stron i programów, które nie powinny istnieć, które nie do końca zgodne są z prawem a mimo to wciąż istnieją, funkcjonują i przyciągają miliony widzów. Póki, co nie są one zbyt groźne. Oprócz strat moralnych i finansowych nikt poważniej nie ucierpiał. Ale co by było gdyby… Czy reżyser filmu próbuje nam przekazać pewne ostrzeżenie? Uważajcie, bo nigdy nic nie wiadomo?

Tak czy owak, „Nieuchwytny” to film wtórny, jednak dzięki reżyserowi, który potrafił ukryć brak i błędy w scenariuszu, oraz świetnej roli Diane Lane, ogląda się go bardzo miło, osobiście nie żałuję straconego czasu – decyzję czy obejrzeć pozostawiam Wam.

Moja ocena: 6/10

Zobacz również: