Potwory kontra Obcy (2009)

Oryginalny tytuł: Monsters vs. Aliens | Reżyseria: Conrad Vernon, Rob Letterman Glut i nic więcej

Potwory kontra obcyTakiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.

3DPotwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.

Zupełnie inaczej by było, gdyby oceniać wytwór Dreamworksu pod kątem najmłodszych widzów – wtedy tak, jest to idealna historia, która na pewno zabawi dzieci, wciągnie i po seansie długo jeszcze będą skakać i mówić jak im się podobało. Sam byłem świadkiem, jak czekałem pod kinem na film – wyszło dziecko i skakało z radości i krzyczało „a on był taki niebieski i miał jedno oko, łał!”. Jednak wszystkie filmy i bajki na Filmlogu oceniam pod własnym kątem, a nie czyimś, to też ocena będzie niska.

Dodatkowo, aby jednak aż tak bardzo nie zanudzić opiekunów, którzy przyszli z dziećmi oraz jeszcze bardziej rozentuzjazmować maluchy bajkę zaopatrzono w efekt 3D. Już mnie denerwuje ten cały szał na robienie filmów w trójwymiarze. Oczy mnie bolą, okulary są niewygodne a w każdym filmie samego trójwymiaru tyle, co kot napłakał. Podobnie było i tu. A, i jeszcze bilety droższe.

Podsumowując, „Potwory kontra Obcy” narobiły mi smaka i miałem nadzieję na dobrą bajkę, oczywiście nie tak jak każda od Pixara, ale myślałem, że będzie, chociaż w odrobinie tak dobra jak te od twórców „Wall.E’ego”. Nic bardziej mylnego – nudna, wtórna i płytka.

Moja ocena: 3/10

Zapowiedź (2009)

Zapowiedź / KnowingZapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…

50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.

Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.

W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?

Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…

Moja ocena: 2+/10

P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.

X-men Geneza - Wolverine (2009)

WolverineNa „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.

Film zaczyna się od młodości bohatera, Jamesa Howletta, który ‘przypadkiem’ zabija swojego ojca. Ucieka z bratem, Victorem. Razem wstępują do wojska, walczą na wojnie. To tam zauważa ich William Stryker (Danny Houston), który proponuje im wstąpienie do Drużyny X, w której również są inni mutanci obdarzeni niezwykłymi zdolnościami. Jednak podczas jeden z akcji, James (Hugh Jackman) zauważa prawdziwą naturę swojego brata (Liev Schreiber), a jednocześnie zawiedziony jest działaniem Drużyny X. Postanawia uciec. Rozpoczyna nowe życie u boki pięknej Kayli (Lynn Collins). Jednak nie wszystko będzie takie kolorowe…

Podchodziłem do tego filmu ostrożnie. Nie miałem żadnych oczekiwań, żeby potem się nie zawieść. Co się i tak stało, bo film ten to 100 minut nudnej fabuły plus kilka efektów specjalnych, które wcale wrażenie nie robią, ponieważ do takich już dawno zdążyłem się przyzwyczaić. Od samego początku nie podobał mi się reżyser – Gavin Hood ma na swoim koncie m.in. dobre „W pustyni i w puszczy” czy niezły „Transfer”. Są to jednak gatunkowo zupełnie inne filmy niż „Wolverine” i było dokładnie tak jak się spodziewałem – pan Hood powinien wrócić do reżyserowania czegoś innego niż filmy science-fiction – może komedie romantyczne? Dramaty?

X-men Geneza: Wolverine” ma wiele minusów. Po pierwsze za dużo bohaterów-mutantów. Było ich tak dużo, że zanim ktokolwiek się pojawił na ekranie to już znikał. Samej akcji, gdzie byłoby, na co popatrzeć też za dużo się nie naliczyłem, więcej było gadania i planowania. Kolejnym – ale to już moim prywatnym minusem jest fakt, że nigdy nie lubiłem Logana. Dużo chętniej zobaczyłbym historię Ororo Munroe (Storm) bądź Jean Grey (Dark Phoenix). A już w ogóle to kompletnie mi się nie podoba pomysł tworzenia oddzielnego filmu dla każdego mutanta – w ten sposób takich filmów może powstać z tysiąc, a to, że kręcą już „X-men Geneza: Wolverine 2” jest przegięciem, bo jak tak każdy film o mutancie będą ‘trylogiować’ to… sami wiecie. Wolałbym poczekać (nawet dłużej) na albo „X-men 4” albo wspólną historię początków wszystkich X-menów (były takie plany, ale chyba już z nich zrezygnowano).

Podsumowując, „Wolverine” to film słaby, momentami nudny, który obejrzeć można, ale zachwytu nie będzie. Rozczarowałem się, mimo że kompletnie nic sobie nie obiecywałem. Pocieszam się faktem, że część druga (ponoć trwają przygotowania do rozpoczęcia zdjęć w Japonii) nie ma jeszcze reżysera. Panie Singer, nie chciałby pan?

Moja ocena: 3-/10

P.S.: Na Filmlogu nastąpi krótka (mam nadzieję) przerwa spowodowana awarią komputera.

Podróż do wnętrza Ziemi (2008)

Podróż do wnętrza Ziemi / Journey to the center of the EarthKino 3D przeżywa prawdziwy rozkwit. W 2009 takich filmów będzie jeszcze więcej (dwa już nawet były – „Krwawe Walentynki 3D” i „Koralina i tajemnicze drzwi”). Ale jak wypada któryś z filmów w tej technice, gdy obejrzymy go w domowym zaciszu, bez tej całej otoczki, na komputerze czy odtwarzaczu DVD? Niemrawo.

Trevor Anderson (Brendan Fraser) przez kilka dni musi zająć się swoim bratankiem, Seanem (Josh Hutcherson). Bohater trudzi się obserwowaniem kuli ziemskiej i poszukiwaniem dziur w skorupie Ziemi, które mogą być przejściem do jej wnętrza – a co jest w środku nie wie nikt. Pech trafia, że właśnie podczas pobytu Seana zostaje odnaleziona nowa dziura gdzieś na Islandii, a bohater bez żadnego zastanowienia rusza w owe miejsce zabierając ze sobą bratanka.

Podróż do wnętrza Ziemi” to luźna ekranizacja książki Juliusza Verne’a o tym samym tytule. Niestety, dziury w scenariuszu i brak logiki znacząco wpłynęło na mój odbiór tego filmu. Bo gdy bohaterowie spadają kilka minut w przepaść, a potem lądują w wodzie to i tak nic im nie jest. Upadki z różnych, innych wysokości na ziemię czy piasek również są dla mnie prawie nieodczuwalne. Nie wspomnę już o niespodziankach znalezionych pod ziemią i tych, napotkanych podczas podróż do jej wnętrza. Nieprawdopodobne i bardzo absurdalne. Zapewne w 3D wyglądało to niesamowicie i zjawiskowo, nie mniej jednak mimo to, jestem pewien, że moja ogólna ocena filmu wciąż pozostawałaby taka sama – prosta, głupia bajka dla dzieci.

Podróż do wnętrza Ziemi / Journey to the center of the Earth

Nie spodobało mi się to po prostu, widocznie nie jest odpowiednim targetem dla takiego filmu. Przedstawiona mi opowieść była zbyt infantylna i nielogiczna. Typowy familijny film, który pewnie za kilka lat ujrzymy na którymś kanale – najpierw, jako hit w sobotnim paśmie wieczornym, po czym po kilku razach albo przepadnie w ogóle, ale wpadnie w niedziele pasmo popołudniowe do oglądania po obiedzie (drzemka i te sprawy). Nie polecam.

Moja ocena: 3-/10

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia (2008)

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia / The Day Earth Stood StillZnowu przylecieli, można by stwierdzić. Bo Ziemia się wcale nie zatrzymała, tylko Ziemię nawiedzili kosmici. Przybyli w cudowanie zielono-niebiesko-czarnych kulach, które rozrzucone zostały po całej planecie. Największa z nich wylądowała oczywiście na Manhattanie w nowojorskim Central Parku. Z kuli wychodzi Klaatu, który przybrał ludzką formę (Keanu Reeves). Klaatu i jego ekipa przybyli z pewną misją.

A i jeszcze z kuli wyszedł wielki humanoidalny robot (system obronny) przypominający Oscara tylko, że w kolorze czarnym. Co zrobią Amerykanie przy pierwszym kontakcie z obcą cywilizacją? Oczywiście wyślą wojsko. Z drugiej strony zbierają najbardziej utalentowanych naukowców z całego świata, aby podjęli dialog.

Jakiż zabawny film to był. Prawdopodobnie w zamierzeniu twórców miał trzymać w napięciu i poruszać. No ok, starałem się oglądać z powagą, ale jak wyskoczył Oscar to wybuchłem śmiechem. Dalej było już tylko zabawniej, ewentualnie gorzej.

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia / The Day Earth Stood Still

Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” to remake filmu z 1951 roku o tym samym tytule. Obrazu z 1951 nie widziałem, jednak ten nowszy posiada dwie zalety. Po pierwsze podobały mi się efekty specjalne. Nie było nadzwyczajne, ale wrażenie robiły. Po drugie morał był ciekawy, znośny i nie nachalnie patetyczny. Podobało mi się takie zakończenie i dzięki temu ogólne wrażenie po filmie było pozytywne. Nie jest to arcydzieło sztuki i światowej filmografii, jednak mimo wszystko warto obejrzeć.

Moja ocena: 4+/10

Zobacz również:

P.S.: Nie mogłem sobie odmówić opublikowania recenzji w urodziny ^^

Mów mi Dave (2008)

Mów mi Dave / Meet DaveNa Ziemię przybywa statek kosmiczny, który wygląda jak dorosły mężczyzna. W środku znajdują się kosmici, którzy o dziwo są tacy sami jak ludzie, tylko mniejsi. Obcy przybyli po kulę, która spadła jakiś czas temu na nasz glob. Owy przedmiot ma zostać wrzucony do oceany, z którego wyssie całą wodę niezbędną do przetrwania małym przybyszom. W czasie tej podróży bohaterowie przekonają się, że rasa ludzka wcale nie jest taka zła i skazana na przegraną.

Choroby psychicznej Eddiego Murphy’ego ciąg dalszy. W ubiegłych latach mieliśmy już do czynienia z jego dennymi rolami w takich filmach jak „Norbit”, „Nawiedzony dwór” czy „Showtime”. Tym razem jest odrobinę lepiej, jednak nadal to ten sam przygłupi aktor, który w pewnym momencie swojej kariery zbłądził.

Mów mi Dave” to komedia niższych lotów, która nie odniosła żadnego sukcesu pogrążając Murphy’ego – widzowie nie poszli tłumnie do kin, a krytyka zmiażdżyła zarówno rolę Eddiego jak i cały film. W sumie nie dziwi mnie to, bo oglądając nudziłem się, a sytuacje zabawne mógłbym zliczyć na palcach jednej dłoni. Jak zwykle: dużo więcej było sytuacji żenujących, głupich i idiotycznych.

Zmierzając ku końcowi, bo nie ma się, nad czym rozwodzić, nie polecam filmu i zdecydowanie nie warto go oglądać. Jeśli ktoś przepada za płytkim humorem z poprzednich obrazów z udziałem Eddiego Murphy’ego to i tym razem się nie zawiedzie, ja jednak podziękuję.

Moja ocena: 2/10

Zobacz również:

Wall.E (2008)

Wall.ESetki lat temu ludzie opuścili Ziemię, ponieważ poziom zanieczyszczenia środowiska był tak wysoki, że planeta nie nadawała się do życia. Dodatkowo roślinność wymarła. Teraz ludzkość mieszka na specjalnej platformie, sterowanej przez mnóstwo robotów, które wykonują większość czynności za nich. Na Ziemi natomiast pozostawiono małe roboty, które miały usuwać i segregować śmieci. Bohaterem filmu jest ostatni z nich, Wall.E (Wysypiskowy Automat Likwidująco Lewarujący. E-klasa), który starannie wykonuje swoją rolę. Pewnego razu na Ziemię przybywa Ewa – robotka, wysłana przez ludzi, którzy chcą się dowiedzieć, czy na być może na zielonej planecie wyrosła jakaś roślina. Między Wall-E’m a Ewą rodzi się uczucie… do czasu.

Wall.E’ego pokochałem od pierwszego zdjęcia, na którym go ujrzałem. Potem były plakaty, zwiastuny i krótkie spoty reklamowe. Ten mały robocik urzekł mnie swoim wdziękiem oraz rozbrajającą słodkością. Oczekiwałem animacji wielkiej, ponadczasowej i fascynującej. Otrzymałem jeszcze więcej.

Film czaruje od samego początku aż do szczęśliwego zakończenia, które, owszem jest trochę moralizatorskie, jednak to nie przeszkadza i nie denerwuje. Wall.E jest najsympatyczniejszym bohaterem wszystkich animacji, jakie oglądałem w swoim życiu. Ale co jeszcze ciekawsze, nie tylko on jest tak niesamowicie genialny w tej bajce – również pozostałe roboty zachowywały się tak, jakby posiadały swoje własne dusze i osobowości. Najmniej ludzcy byli… ludzie. Reżyser i scenarzysta Andrew Stanton (scenarzysta „Toy Story”, „Toy Story 2”, „Potwory i spółka” oraz reżyser i scenarzysta „Gdzie jest Nemo”) odwrócił cały świat do góry nogami – maszynom nadał człowiecze cechy, których równocześnie pozbawił ludzi.

Nie boję się nazwać „Wall.E’ego” animacją wszech czasów. Nie mówię tu o sukcesie komercyjnym, bo rzeczywiście zarobił całkiem sporo (223,7 milionów dolarów w USA, a na całym świecie 507,2 mln $) oraz pokonał konkurencyjną animację DreamWorksu – „Kung Fu Pandę”, jednak sukces artystyczny jest dużo ważniejszy. Zarówno krytycy jak i publiczność są zachwyceni animacją Pixara, a już dziś mówi się o Oscarach, w tym otrzymaniu nominacji w kategorii Najlepszy Film, co w całej 80-letniej historii nagród Akademii Filmowej zdarzyło się tylko raz (1991, „Piękna i Bestia”). Co ciekawsze wtedy jeszcze nie istniała kategoria Najlepszy pełnometrażowy film animowany, która została utworzona w 2002 roku, kiedy to wygrał „Shrek”. Gdyby „Wall.E’emu” udało się dostać do piątki najważniejszych i najlepszych filmów roku 2008 sukces byłby jeszcze większy. Trzymam za to kciuki, bo o Oskara za Najlepszą animację jestem pewny.

Podsumowując, „Wall.E’ego” nie można przeoczyć czy po prostu nie obejrzeć. Jest to film obowiązkowy, najlepsza animacja, jaką kiedykolwiek widziałem – w moim prywatnym rankingu przebija nawet takie działa jak „Epoka lodowcowa” czy „Shrek”. Zdecydowanie musicie to obejrzeć, jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!

Moja ocena: 10/10

Siedem najlepszych filmów roku 2008 wg mnie:

Incredible Hulk (2008)

Incredible Hulk / The Incredible HulkZ wielkim, zielonym Hulkiem już raz mieliśmy do czynienia. W 2003 roku wielki reżyser Ang Lee zwrócił uwagę na psychiczną stronę bohatera. Teraz, producenci niezadowoleni wynikami kasowymi tamtego filmu postanowili zrobić jeszcze jeden film o Hulku – bardziej wybuchowy, bardziej rozrywkowy, bardziej… Hollywoodzki.

Główny bohater, profesor Bruce Banner (Edward Norton) żyje gdzieś w Brazylii. Przed laty został napromieniowany podczas nieudanego eksperymentu, czego efektem podczas przekroczenia określonego pulsu swojego serca zmienia się w wielkiego, zielonego potwora, którego nie potrafi kontrolować. Bruce uciekł ze Stanów, ponieważ niegdyś jego przyjaciele, teraz wrogowie poszukują go w celu przeprowadzenia eksperymentów na nim. Wkrótce jednak będzie musiał zmierzyć się z potworem w nim drzemiącym, aby uratować kraj przez kolejnym, nieudanym wynikiem eksperymentu.

Szczerze mówiąc, to drugie podejście do tego bohatera ponownie jest nie do końca udane. Reżyser Louis Leterrier stworzył typową, pustą i prostą hollywódzką superprodukcję. „Incredible Hulk” być może zachwyca efektami specjalnymi i rozmachem jednak wciąż jest to opowieść bezbarwna i nijaka. Niestety, świetny aktor, jakim jest Edward Norton nie za bardzo mógł się wykazać – podjął złą decyzję i postanowił zagrać w tym „potworku”. Chciał jakoś pomóc tej produkcji, jednak słaby scenariusz po prostu mu to uniemożliwił. Podobnie Liv Tyler.

W czym doszukiwać się braku popularności historii o Hulku? Wydaje mi się, że jest to bohater, który po prostu nie wzbudza naszego zaufania, nie wywołuje w nas żadnych emocji. Pozostając jedynie w galerii bohaterów z tego roku – Iron Man bawił i był bardzo pozytywną postacią, podobnie Hancock, który i bawił, i irytował. Odczucia odnośnie Batmana były przeróżne, bohater ten porażał swoim heroizmem i realizmem, no i w końcu Indiana Jones był taki jak zwykle – bohaterski i kochany. A Hulk? Nie wiem, nie potrafię znaleźć jakiegokolwiek uczucia, które towarzyszyłoby tej postaci – obojętność?

Podsumowując, film ten obejrzałem, ale nie tego oczekiwałem. Zawiodłem się nijakością i pustką, którą otrzymałem. Szkoda Nortona, że swoją nienaganną filmografię oszpecił takim obrazem – ale bywa i tak. Generalnie nie polecam, odradzam i żałuję, że oglądałem – dobrze, że zrezygnowałem z seansu kinowego.

Moja ocena: 4/10

Iron Man (2008)

Iron ManMiliarder i właściciel najbardziej znanej firmy produkującej broń dla amerykańskiej armii, Tony Spark (Robert Downey Jr.) zostaje porwany. Porywacze każą mu zbudować prototyp nowej broni, którą będą mogli użyć w złych celach. Na szczęście genialny twórca oswobadza się, jednak cała ta sytuacja daje mu wiele do myślenia. Jego broń nie służy tylko dobru, ale jest również rozpowszechniana na czarnym rynku. Tony Spark buduje sobie niesamowitą zbroję i postanawia bronić świata, jako niezwyciężony Iron Man.

Film „Iron Man” to nowe podejście do historii o superbohaterach. Kolejne już w tym roku, najpierw mieliśmy superbohatera-pijaka („Hancock”) teraz mamy superbohatera-playboya. Jednak opowieść o człowieku z żelaza zachwyca nie tylko tym, czym zwykle potrafią zaskoczyć tego typu obrazy: efektywnością, dobrymi efektami specjalnymi oraz widowiskowością. „Iron Man” może się pochwalić także ciekawym podejściem do historii oraz niesamowitym humorem. Reżyser Jon Favreau połączył akcję z komedią, dzięki czemu prócz ‘wow’ często mamy okazję zrobić ‘hahaha’. Udane połączenie wprawia nas w dobry humor jeszcze na kilka godzin po seansie.

Prawdziwy renesans swojej kariery przeżywa Robert Downey Jr.. Aktor, który ostatnimi laty musiał poradzić sobie z narkotykami i innymi używkami powraca i pokazuje, na co go stać. Tony Spark w jego wykonaniu to postać przekonywująca oraz budząca zaufanie. Downey świetnie pokazał metamorfozę bohatera oraz jego zachowania w ekstremalnych sytuacjach.

To, co jest godne odnotowania, to, że w końcu za historię o superbohaterach, za ekranizacje komiksów biorą się prawdziwi profesjonaliści. Oni wiedzą, że publiczność nie chce już zwykłej i pustej „nawalanki” przepełnionej efektownymi, ale bezsensownymi pokazami, co potrafi komputer. Teraz publiczność chce czegoś więcej – dzisiejsze ekranizacje komiksów to już albo dobre komedie („Iron Man”), świetne filmy fantasy („Hellboy II Złota Armia”) czy ciężkie, mroczne thrillery („Mroczny Rycerz”). I to mi się podoba, życzę sobie oraz wszystkim, aby więcej nie spotkały nas takie potworki jak „Kobieta Kot”, „Daredevil” czy „Spider-Man 3”.

Podsumowując, „Iron Man” to kawał porządnej historii, świetnej rozrywki i po prostu dobrego filmu. Kto nie widział, niech nadrobi, kto widział, chyba raczej nie żałuje? Bo ja na pewno nie żałuję i polecam film każdemu. :-)

Moja ocena: 8+/10

Zobacz również:

Mroczny rycerz (2008)

The Dark Knight / Mroczny rycerz Drugi film o Człowieku Nietoperzu w reżyserii Christophera Nolana już kilka dni po premierze uznano kultowym. Oczekiwania były ogromne. Najpierw dostaliśmy emocjonujący i świetny „Batman – Początek”, po czym musieliśmy czekać trzy lata. Niesamowita kampania reklamowa, nieziemskie zapowiedzi, plakaty i zdjęcia, tragiczna śmierć Heatha Ledgera, aż w końcu premiera filmu, gigantyczne wyniki finansowe i fala pochlebnych recenzji.

Przestępczość w Gotham City niebezpiecznie wzrosła. Batman (Christian Bale), porucznik Jim Gordon (Gary Oldman) oraz prokurator okręgowy Harvey Dent (Aaron Eckhart) zawierają przymierze, które ma na celu przywrócenie normalności w mieście. Tymczasem Bruce Wayne (Christian Bale) bawi się życiem nie zważając na żadne konsekwencji. Jego wierny lokaj, Alfred (Michael Caine) martwi się o niego. Podwójne życie może zrujnować bohatera, a tym samym zaprzepaścić nadzieję na spokój i równowagę w Gotham. Jednak Wayne twierdzi, że czas Batmana się skończył i przeszedł czas na nową nadzieję, Harvey’a. W mieście nowe problemy – obok mafii pojawia się przebieraniec z wielkim uśmiechem na twarzy. Nazywa się Joker (Heath Ledger) i nie boi się ani Batmana, ani owej mafii. Całe życie traktuje jak zabawę.

Każdym dniem przybliżającym mnie do polskiej premiery i przeczytaniem każdej kolejnej recenzji moje oczekiwania rosły. Właściwie to były nieziemsko olbrzymie i idąc do kina bałem się, że spadnę z tych ‘wyżyn oczekiwań’ tak boleśnie, że obrażę się na amerykańską kinematografię. Nic bardziej mylnego. Siedziałem w kinie ponad dwie i pół godziny, ze wzorkiem wlepionym w ekran, nie wypowiadając ani słowa, nie konsumując nic, co ze sobą przyniosłem. Po seansie długo jeszcze nie mogłem do siebie dojść.

Mroczny rycerz” to szósty film opowiadający o losach Batmana. Jak wiecie, dwa pierwsze były pozytywnie groteskowe i zachwycające, dwa kolejne to już tylko kolorowa bajka dla dzieci. I w końcu dochodzimy do filmów Nolana, które rzuciły nowe światło na obrazy o Batmanie a tym samym na produkcje o innych superbohaterach. Najnowsze dzieło reżysera, to nie tylko najlepszy filmy o Człowieku Nietoperzu, to także najlepszy film opowiadający o herosach, najlepsza ekranizacja komiksu, a także jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Sądzę tak ja, ale jest olbrzymia liczba ludzi, która zdecydowanie podziela moje zdanie. „Mroczny rycerz” to także największy komercyjny hit roku 2008, jednak myślę, że już niedługo zacznie zdobywać liczne statuetki w przeróżnych plebiscytach, aż dojdziemy do lutego, gdzie – mam nadzieję i głęboko w to wierzę – otrzyma kilka Oscarów, w tym za rolę Heatha Ledgera.

Fabuła filmu jest niesamowita (zapamiętajcie to słowo, pojawi się tutaj jeszcze nie raz). Poraża i przeraża swoim tak zwanym „umownym realizmem”. Aaron Eckhart Nie można mówić o pełnym realizmie w filmie fantastycznym, będącym ekranizacją komiksu i opowiadającym o superbohaterze – jednak mimo, to „Mroczny rycerz” to film najbardziej rzeczywisty z tych nierzeczywistych. Całość jest niesamowicie epicka, ciężka i trudna. I mimo tego wszystkiego, nie zabrakło kilku akcentów humorystycznych, które oczywiście wprowadza postać Jokera. Postać przerażająca i nieobliczalna, ale mimo to czasami zabawna, a już na pewno intrygująca. Ciekawie również pokazana została dwoistość przedstawionego świata. Wszystko i wszyscy mają tu swoją dobrą i złą stronę. Nawet Batman – Mroczny rycerz czy Harvey Dent, zwany Białym rycerzem, który zmieni się w wiadomo, kogo. Jedyna postać, która od samego początku charakteryzuje się jednym i tym samym usposobieniem, jest Joker. Zawsze brutalny, nieobliczalny, psychiczny. Nie ma w nim cienia dobroci.

Ogromne pochwały należą się wszystkim twórcom filmu, począwszy od aktorów kończąc na całej obsadzie technicznej, jednak najbardziej zasługują na nie bracia Nolan. Christopher i Jonathan stworzyli świetny scenariusz, na podstawie, którego ten pierwszy wyreżyserował to dzieło. Już wcześniej widać było, że jest to nietuzinkowa para – stworzyli takie filmy jak „Memento” czy „Prestiż”. W filmie spotkała się cała śmietanka aktorska Hollywood. Christian Bale, jako Batman/Bruce Wayne jest najlepszym z wszystkich aktorów, którzy wcielali się w Batmana (Michael Keaton, Val Kilmer, George Clooney), tutaj świetnie pokazał dwojakość swojej postaci oraz rozterki moralne, jakie nią targają. Aaron Eckhart zaskoczył mnie. Nie sądziłem, że jest tak dobrym aktorem, bałem się, że nie będzie pasował do tego filmu i popsuje rolę, którą mu powierzono. Nic bardziej mylnego. Był niesamowity, szczególnie pod koniec. Pozostali aktorzy, wcielający się w postacie drugo- i trzecioplanowe również zachwycają. Maggie Gyllenhaal, zawsze świetny Michael Caine czy Morgan Freeman – te nazwiska nie mogą zawieść. I nie zawiodły.

Joker Celowo chwaląc twórców i aktorów nie wspominam o nim. Heath Ledger. Postać, jaką wykreował już na zawsze przejdzie do historii kina. I wcale nie, dlatego, że tragicznie zmarł, tylko, dlatego, że była tak genialna i cudowna. Heatha znałem z „Tajemnicy Brockeback Mountain” oraz „Nieustraszonych Braciach Grimm”, już tam widać było, że nie jest to zwykły aktor. To, co pokazał w „Mrocznym rycerzu” to czysta esencja talentu i kunsztu aktorskiego. Przed premierą wszyscy twierdzili, że Ledger nawet nie zbliży się do tego, co pokazał Jack Nicholson w „Batmanie” Burtona. Wychodząc z kina wszyscy jednogłośnie twierdzili – Heath Ledger pokonał mistrza. Też tak uważam, nie ujmując roli Nicholsona, to Joker Ledgera jest dużo bardziej psychodeliczny, potworny i absolutnie fenomenalny. To za tę rolę Ledger musi otrzymać pośmiertnego Oscara – nie ma innego wyjścia, Akademia po prostu musi docenić tę rolę, przecież to nie było ‘byle, co’ – z drugiej strony, trochę boję się, wszyscy wiemy, że z roku na roku decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej bywają, co najmniej śmieszne i nietrafione.

Mroczny rycerz” zachwyca nie tylko fabułą i talentem aktorów. Niesamowita jest również cała oprawa techniczna obrazu. Po pierwsze, pochwalić muszę muzykę. Stworzona przez mistrzów, Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda jest porażająca, idealnie wpasowana w klimat filmu, ale również świetnie słucha się jej z soundtrack’a. Kolejnym elementem, który mnie zachwyca jest cała scenografia i zdjęcia - przedstawienie wszystkiego w mrocznych barwach. Mroczny rycerz Warto zauważyć, że większość scen wykonano bez użycia komputera i jego technik. Tu nawet wybuchający szpital rozwalono naprawdę, a nie za pomocą komputera. Nieziemski był również montaż. W końcu pościgi były widoczne i zapierające dech w piersiach – oszałamiająca prędkość nie powodowała zawrotów głowy, ponieważ reżyser nie bawił się kamerą, tak jak robiono to w wielu innych filmach. Koniec końców dochodzę do efektów specjalnych, a te, mimo, że w filmach akcji są ważne, nie były główną atrakcją. Sześć scen nakręcono przy użyciu technologii IMAX (większy ekran, lepsza jakość). To było niesamowite. I jeszcze jedno – ten film wcale nie był za długi. 152. minuty minęły bardzo szybko, i wcale bym się nie pogniewał, gdyby było ich więcej. Takie dzieła mógłbym, bowiem oglądać bez przerwy i nigdy nie miał dość. Zapamiętajcie, dobry film musi trochę trwać.

Gdy wyszedłem z kina nie byłem do końca pewny, jaką ocenę wystawię. Właściwie to ja nic nie wiedziałem, byłem w olbrzymim szoku. Dziś już wiem, że jedyna słuszna ocena dla dzieła Nolana to 10. O „Mrocznym rycerzu” usłyszymy jeszcze nie raz, na corocznych galach, na których wręczane są różne nagrody, w podsumowaniach rocznych oraz w przeróżnych rankingach na najlepsze filmu – roku i wszech czasów. Obraz ten na stałe zapisał się już historii kina, nie tylko swoim artyzmem. Pokazał studiom filmowym i producentom, że publiczność jest gotowa na filmy ciężkie, mroczne i pesymistyczne, że dość już mamy słodkości i banałów. Niech dowodem tego będą wyniki kasowe i mnóstwo rekordów, które ma na swoim koncie szósty film o Batmanie, takich jak np. najwięcej zarobionych dolarów w ciągu pierwszego dnia – 67,1 mln $, pierwszego weekendu - 158,4 mln $; najszybciej zarobione 100 mln (2 dni), 200 mln (5), 300 mln (10), 400 mln (18) i w końcu 500 mln (45) – jest to jednocześnie drugi film na wszech czasów, któremu udało się przekroczyć tę barierę. Od 11 lat, tytułem tym mógł się pochwalić jedynie „Titanic”, który ma na koncie 600,1 mln $. Co prawda „Mroczny rycerz” już go nie pokona, jednak jeszcze żadnemu filmowi nie udało się aż tak zbliżyć do opowieści o tonącym statku. Na rynku międzynarodowym Batman zbliża się do miliarda dolarów.

Po tak wielkim filmie Christopher Nolan ma nie lada problem, ponieważ trudno mu będzie zrobić trzecią część przygód Batmana. Oczekiwania prawdopodobnie będą jeszcze większe niż te, które wszyscy mieliśmy teraz. Nie dziwi mnie, więc, że reżyser najpierw wybrał się na wakacje, po czym wciąż nie ogłosił oficjalnie, że będzie kręcił kolejny film o Człowieku Nietoperzu. W pełni szanuję jego decyzję i mam nadzieję, że Warner Bros. również nie zrobi jakiejś głupoty i przypadkiem nie zatrudni nowego reżysera. To byłaby już porażka na całej linii, ale jak wiemy raz już tak było (Burton -> Schumacher) a historia lubi się powtarzać.

Podsumowując, film „Mroczny rycerz” jest niekwestionowanym arcydziełem, jednym z najważniejszych i najlepszych filmów, jakie widziałem i jakie powstały. Pisanie tej recenzji, a właściwie zbieranie się za napisanie jej, zajęło mi prawie dwa miesiące. Gdy w końcu się do tego zabrałem, samo pisanie trwało tydzień. Film ten polecam i polecać będę każdemu, będę go chwalić i wynosić pod niebiosa, a Wy, jeśli jeszcze go nie widzieliście, to musicie to nadrobić.

Moja ocena: 10/10

P.S.: Jest to również najdłuższa recenzja, jaką kiedykolwiek napisałem i opublikowałem na Filmlogu.