Bruce Willis ostatnimi czasy boryka się z pewnym problemem – nie wie, w czym ma grać. Albo sam wybiera tak źle filmy, albo ma bardzo niedobrego menadżera. „Surogaci” to kolejna pomyłka, w której aktora tej klasy nie powinno być. Ale jest…
W niedalekiej przyszłości (lub dalekiej, jak kto woli) każdy człowiek ma swojego surogata. Jest to taki robot będący ‘ładniejszą’ wersją nas samych. Chodzi sobie po świecie sterowany przez człowieka, który leży w domu i nic nie robi. Surogatów ponoć nie da się zranić, gdy giną w wypadkach, ludzie po prostu dostają nowego. Jednak fabuła filmu mówi, że śmierć jednego z surogatów poniosła za sobą równocześnie śmierć jego właściciela. Do akcji wkracza dwójka agentów FBI – Greer (Bruce Willis) oraz Peters (Radha Mitchell).
Po pierwsze widać tutaj wyraźną inspirację „Avatarem”. Film ten miał premierę jeszcze przed dziełem Camerona, jednak nie przeszkodziło to prawdopodobnie scenarzystom ‘zapożyczyć’ kilka pomysłów. Jak choćby główny wątek, czyli posiadanie swojego ‘lepszego’ odpowiednika. Oczywiście można się bronić, że to tylko zbieg okoliczności, a Avatary u Camerona są niebieskie. Takie czcze gadanie. I doszukiwanie się czegoś wielkiego w tym pustym czymś.
W całym tym rozgardiaszu podobało mi się jedynie zakończenie. Z jednej strony: 1) nareszcie się skończyło; z drugiej: 2) no, tak powinno się skończyć, brawo. W czasie seansu powstaje mnóstwo pytań, których nie ma sensu tutaj pisać, bo i tak odpowiedzi na nie nie uzyskamy. Obraz Jonathana Mostowa (ten który nie do końca sobie poradził z „Terminatorem 3”) to bezwartościowa, zbędna papka. I tu pragnę wytłumaczyć – wiem, że są takie filmy, na które idziemy tylko po to, żeby się rozerwać i które wcale nie muszą nic nowego wnosić, jednak „Surogaci” to szczyt szczytów.
Bruce Willis. Jak napisałem w pierwszym akapicie – błądzi. Jego ostatni, dobry film to chyba dopiero „Sin City” z przed pięciu lat. Jeszcze „Szklana pułapka 4” z 2008 była dobra, jednak to taki typowy dla niego film. Na próżno szukać Bruce’a z „Szóstego zmysłu”, „Pulp Fiction” czy pierwszych „Szklanych pułapek”. Rodriguez, Tarantino – kręćcie „Sin City 2” – Willis was potrzebuje!Podsumowując, nie oglądajcie tego.

Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.
który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.
Nie da się ukryć, że rok 2009 był bardzo udany dla kina Science Fiction. Nie tylko mieliśmy świetnego „
Nie powiem, że nie oczekiwałem tego filmu. Gdy tylko się o nim dowiedziałem, zaciekawił mnie. Zapowiedź obiecywała coś skromnego, ale ciekawego i pasjonującego. Czy to dostałem? Pośrednio, ponieważ jest to na pewno film godny uwagi. Wciąga i ogląda się go bardzo szybko. Satysfakcjonuje też zakończenie. Jak więc są moje zarzuty? Właściwie jasnych i klarownych minusów przedstawić nie mogę, jednak czegoś mi brakowało.
Wszystko tutaj jest inaczej, niż mogłoby się wydawać. Oto 28 lat temu na Ziemię przylecieli kosmici. Jednak nie do Stanów Zjednoczonych, a do Johannesburga w Republice Południowej Afryki. Nie są mądrzejsi od ludzi, a wyglądem przypominają krewetki (tak też są nazywani). Zostali wrzuceni do oddzielonej części miasta nazwanej Dystryktem 9, która przypomina getto. Przez te kilkanaście lat krewetki i ludzie nie żyli w zgodzie, handel bronią kosmitów w zamian za jedzenie dla kotów, ‘mafia’ na terenie getta a nawet międzygatunkowa prostytucja to tylko niektóre z problemów. Korporacja zajmująca się Dystryktem 9 postanawia przetransportować wszystkich obcych z dala od ludzi. Jednak, aby wszystko wyglądało dobrze, trzeba zdobyć podpisy wszystkich Krewetek, co by wiedziały o przenosinach. W tym celu Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) odwiedza dom po domu i zdobywa podpisy. Niestety, zostaje zarażony jakimś wirusem, który modyfikuje jego DNA…
Rok 2012 dla Polaków oznacza jedno – Euro. To czy będzie to katastrofa czy nie, to dopiero się okażę, a każdy ma swoje zdanie na ten temat. W USA rok ten kojarzony jest głównie z przepowiednią Majów, jako iż 21 grudnia 2012 nastąpi koniec świata. Temat podchwycił Roland Emmerich – Master of Disaster.

W czasie, kiedy wszystko jest remake’owane, sequel’owane, reebotowane czy ostatnio przerabiane na 3D trudno jest znaleźć film, który jest jedynym z powyższych, zachowuje poziom i ogląda się go miło. „

„Transformers 2: Zemsta Upadłych” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku – również przeze mnie. Wielki hit z 2007 roku, „

Takiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.
„Potwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.
„Zapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…
Na „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.