Księga ocalenia (2010)

Oryginalny tytuł: The Book of Eli | Reżyseria: Albert Hughes, Allen Hughes Księga pamięci

The Book of Eli Postapokaliptyczny świat, ludzie jak zwierzęta, zniszczona natura, zdemolowane domy i całe miasta… czyli co by było, gdyby… lubię takie filmy. Oto „księga ocalonych”, gdzie cała akcja kręci się wokół jednej książki.

Bohaterem jest Eli (Denzel Washington) który (na początku nie wiadomo dlaczego) ale idzie na zachód. Podróżuje przez wyżej przeze mnie opisany świat – zniszczony, brudny, zdegradowany. I oczywiście na początku nie wiemy nic, lecz z czasem wyjaśnia się, co nie co – aczkolwiek nadal są to informacje szczątkowe. Eli niesie książkę, która jest bardzo ważna dla ludzkości. Niestety, trafia na prowizoryczne miasto, gdzie jego boss (Gary Oldman) stwierdził, że chce tę książkę.

Zdjęcia powalają. Wszystko jest naprawdę mocno zniszczone i za każdym razem robi wielkie wrażenie. Szczególnie nad niebem musieli dużo napracować się w komputerze, bo jest bardzo realistyczny, przerażające i żywe. Przez większość filmu Eli podróżuje przez pustynię, ale gdy już trafia do miasta… Cóż, mogło być odrobinę lepiej, bo czasami praca komputera za bardzo rzuca się w oczy.

Przyczepiłbym się do fabuły – jest bardzo naiwna i rozdmuchana. Szczególnie, gdy już dowiadujemy się, o jaką książkę chodzi. Eli jest niezniszczalny, dużo pić nie musi, o jedzeniu nie wspominając. Już nie powiem nic na temat, że całe Stany przemierza na piechotę, a bandę uzbrojonych złoczyńców pokona jednym paluszkiem. Być może to taka konwencja, a pomaga mu książka, ale ja tego nie łykam. Śmieszyło mnie to, film mnie nie wciągnął. Nie oczekiwałem niczego, zachęciły mnie zdjęcia i zapowiedź, która była bardzo klimatyczny. Ale nic bardziej mylącego, klimatu nie było, a zamiast tego momentami była nuda.

Denzel Washington zagrał bardzo fajnie, może dzięki niemu te patetyczne i nadmuchane teksty nie były aż tak śmieszne, nie mniej jednak to nie dla niego film… Miło też patrzyło się na Milę Kunis. W sumie stracone prawie dwie godziny, nie polecam – mogło być lepiej.

Moja ocena: 4-/10

The Box. Pułapka (2009)

Oryginalny tytuł: The Box | Reżyseria: Richard Kelly What Would You Do?

The Box / PułapkaRichard Kelly nakręcił w swojej karierze jeden z najlepszych filmów w moim prywatnym (nieistniejącym) ranking najlepszych filmów świata. Mowa o „Donnie Darko”. Później szło mu już gorzej. W 2006 zrobił coś o tytule „Koniec świata” (w oryginale „Southland Tales”), czego niestety nie dałem rady oglądnąć. Po połowie filmu wciąż nie wiedziałem, o co w nim chodzi, przestałem oglądać. Teraz Kelly zrobił „The Box. Pułapka” (pogratulować polskiego tytułu) film prostszy z Cameron Diaz i Jamesem Marsdenem w rolach głównych.

Norma i Arthur Lewis (Cameron Diaz & James Marsden) dostają bardzo dziwną propozycję. Oto w ich domu zjawia się tajemnicze pudełko. Po chwili zjawia się jeszcze bardziej dziwny i przerażający starszy pan, który oznajmia: jeśli wciśniecie przycisk znajdujący się w pudełku dostaniecie milion dolarów, ale jednocześnie ktoś, gdzieś na świecie zginie. Jeśli tego nie zrobicie, nic się nie stanie, taką możliwość otrzyma inne małżeństwo. Na decyzję Lewisowie mają 24 godziny. Co zrobią? Co wy byście zrobili?

The Box” to takie trochę połączenie zwykłego filmu fabularnego i odjazdu, jaki mieliśmy przy okazji „Donniego Darko”. Niestety, nie jest to połączenie udane. Fabuła nie porywa, owszem jest zrozumiała i nie tak zagmatwana jak przy „Końcu świata”, ale jednak oczekuje się trochę więcej po kimś, kto zrobił kilkukrotnie już przeze mnie wspomniane dzieło. Myślę, że można zaryzykować stwierdzenie, że Richard Kelly strzelił sobie trochę samobója, bo nakręceniu „Donniego Darko”, który został bardzo dobrze przyjęty zarówno przez widzów jak i krytykę, każdy jego następny film jest i będzie rozpatrywany przez pryzmat „Donniego Darko”. To trochę tak jak z M. Night Shyamalan i jego „Szóstym zmysłem”.

The Box

Aktorzy próbowali… naprawdę. Aczkolwiek zdeformowania ciała Cameron Diaz nie wybaczę. Diaz i Marsden próbowali zrobić coś z tym filmem, jednak niestety marny scenariusz na nic im nie pozwolił. Za to pochwalić muszę Franka Langellę, który świetnie wcielił się w przerażającego mężczyznę, który wytłumaczył małżeństwu Lewisów działanie tajemniczego pudełka. Być może dużo w jego roli pomogła przerażająca twarz (ucharakteryzowana odpowiednio).

The Box” ma jednak jedną, całkiem interesującą zaletę. Cała przedstawiona nam historia daje do myślenia. Bo tak jak powyżej zdałem wam pytanie: co byście zrobili w takiej sytuacji? Z jednej strony ktoś zginie, z drugiej jednak nie znamy tej osoby i co nas to obchodzi… Oczywiście to jedno z wielu rozwiązań i możliwych scenariuszy. Jedni mają mniej empatii, inni więcej. Kolejne spojrzenie na tę historię: a jak gdzieś, ktoś dostałby taką możliwość, zdecydowałby się na nią, a ową „uśmierconą” osobą bylibyśmy my bądź ktoś nam bliski? Wiele rozważań i wiele możliwości…

The Box

Gdyby Richard Kelly poszedł bardziej w tym kierunku, może nie ku moralizatorstwu, ale na stawianiu pytań oraz nieobrazowym i niebezpośrednim dawaniu odpowiedzi na nie, mógłby powstać naprawdę świetny film. A tak mamy straszne poplątanie dramatu z kinem fantastycznym, gdzie niektóre sceny wydają się być wzięte z kosmosu. Stanowczo jednak zadowala mnie zakończenie – mocne, jasne i odpowiednie. Rekompensuje nam niejako nijaki środek. Czekam jednak na coś przynajmniej w połowie tak mocnego i intensywnego jak „Donnie Darko”, panie Kelly.

Moja ocena: 4+/10

Pandorum (2009)

Oryginalny tytuł: Pandorum | Reżyseria: Christian Alvart

PandorumPrzy okazji recenzji „Moon” pisałem, iż 2009 był świetnym rokiem dla kina Science Fiction. Oto kolejny film, który udowadnia tę tezę. „Pandorum” jest obrazem na pograniczu Sci-Fi i horroru.

Na tajemniczym statku budzi się dwoje astronautów. Nie wiedzą, dlaczego tu są, gdzie jest reszta załogi i co ogólnie się stało, co doprowadziło ich do obecnego stanu. Z czasem przypominają sobie niektóre informacje, jednak idzie im to bardzo mozolnie… Tymczasem na statku jest ‘coś’. Coś, co nie jest do końca przyjaźnie nastawione… Mężczyznom odnaleźć się i przeżyć pomaga równie tajemnicza kobieta.

Nie jest to arcydzieło. Nie jest to film innowacyjny. Ale jest obraz, który w bardzo fajny sposób powiela już znane schematy, który potrafi zaciekawić i po prostu dobrze się go ogląda. Nie powiem, że od razu wiadomo jak się skończy, jednak z czasem się tego domyślamy.

Pandorum

Film potrafi lekko przestraszyć. Tak jak napisałem, jest on na pograniczu Science Fiction oraz horroru. Tak naprawdę oba te składniki zostały bardzo ładnie wyważone, przez co nie siedzimy cały czas jak na szpilkach, a i nie ma czasu na zrobienie herbaty (no chyba, że wciśniemy spację oglądając na komputerze, bądź w telewizji będą reklamy). Tak naprawdę mając do wyboru wiele, przeróżnych odmóżdżaczy, „Pandorum” jest w ścisłej czołówce tych dobrych w tymże gatunku. Zgrabne, wciągające i udane.

Moja ocena: 6+/10

Surogaci (2009)

Oryginalny tytuł: Surrogates | Reżyseria: Jonathan Mostow Ładniejsi

surrogates Bruce Willis ostatnimi czasy boryka się z pewnym problemem – nie wie, w czym ma grać. Albo sam wybiera tak źle filmy, albo ma bardzo niedobrego menadżera. „Surogaci” to kolejna pomyłka, w której aktora tej klasy nie powinno być. Ale jest…

W niedalekiej przyszłości (lub dalekiej, jak kto woli) każdy człowiek ma swojego surogata. Jest to taki robot będący ‘ładniejszą’ wersją nas samych. Chodzi sobie po świecie sterowany przez człowieka, który leży w domu i nic nie robi. Surogatów ponoć nie da się zranić, gdy giną w wypadkach, ludzie po prostu dostają nowego. Jednak fabuła filmu mówi, że śmierć jednego z surogatów poniosła za sobą równocześnie śmierć jego właściciela. Do akcji wkracza dwójka agentów FBI – Greer (Bruce Willis) oraz Peters (Radha Mitchell).

Po pierwsze widać tutaj wyraźną inspirację „Avatarem”. Film ten miał premierę jeszcze przed dziełem Camerona, jednak nie przeszkodziło to prawdopodobnie scenarzystom ‘zapożyczyć’ kilka pomysłów. Jak choćby główny wątek, czyli posiadanie swojego ‘lepszego’ odpowiednika. Oczywiście można się bronić, że to tylko zbieg okoliczności, a Avatary u Camerona są niebieskie. Takie czcze gadanie. I doszukiwanie się czegoś wielkiego w tym pustym czymś.

W całym tym rozgardiaszu podobało mi się jedynie zakończenie. Z jednej strony: 1) nareszcie się skończyło; z drugiej: 2) no, tak powinno się skończyć, brawo. W czasie seansu powstaje mnóstwo pytań, których nie ma sensu tutaj pisać, bo i tak odpowiedzi na nie nie uzyskamy. Obraz Jonathana Mostowa (ten który nie do końca sobie poradził z „Terminatorem 3”) to bezwartościowa, zbędna papka. I tu pragnę wytłumaczyć – wiem, że są takie filmy, na które idziemy tylko po to, żeby się rozerwać i które wcale nie muszą nic nowego wnosić, jednak „Surogaci” to szczyt szczytów.

Bruce Willis. Jak napisałem w pierwszym akapicie – błądzi. Jego ostatni, dobry film to chyba dopiero „Sin City” z przed pięciu lat. Jeszcze „Szklana pułapka 4” z 2008 była dobra, jednak to taki typowy dla niego film. Na próżno szukać Bruce’a z „Szóstego zmysłu”, „Pulp Fiction” czy pierwszych „Szklanych pułapek”. Rodriguez, Tarantino – kręćcie „Sin City 2” – Willis was potrzebuje!

Podsumowując, nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 2/10

Planeta 51 (2009)

Oryginalny tytuł: Planet 51 | Reżyseria: Jorge Blanco „No patrzcie, patrzcie – oni też mają antenki!”

Planeta 51 Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.

Bardzo ciekawe podejście do najazdu obcych, gdzie to ludzie są tymi złymi. W ogóle bajka ta zawiera mnóstwo przeróżnych odniesień do znanych obrazów – jak chociażby piesek głównego bohatera, który przypomina Obcego z filmu „Obcy - ósmy pasażer "Nostromo"”. Oglądanie i wyłapywanie tych smaczków jest bardzo ciekawym zajęciem, bo sama historia jest prosta, ale bardzo miła i znośna. Po prostu kolejna, odprężająca bajka dla całej rodziny. Podobała mi się dużo bardziej niż przereklamowane „Potwory kontra Obcy”, które również chciały pomiędzy wierszami nawiązać do znanych filmów, jednak tutaj wyszło to fajniej i bardziej subtelnie. Warto też zaznaczyć, że scenariusz napisał ten sam człowiek,Piesek który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.

Podsumowując tę krótką recenzję, szukając ciekawej bajki dla dzieci (czy dla siebie), warto sięgnąć po „Planetę 51” niż chociażby po wspomniane „Potwory kontra Obcy”.

Moja ocena: 6/10

Moon (2009)

Oryginalny tytuł: Moon | Reżyseria: Duncan Jones Tajemnica Księżyca

Moon Nie da się ukryć, że rok 2009 był bardzo udany dla kina Science Fiction. Nie tylko mieliśmy świetnego „Star Treka” czy „Strażników”, ale mnóstwo mniejszych filmów, po których nie wiadomo było, czego się spodziewać („Dystrykt 9”, „Moon”, „Pandorum”, „Push”). Całość na koniec dopełniła najbardziej oczekiwana wisienka – „Avatar”. Jednak póki, co, skupmy się na brytyjskim „Moon”.

Bohaterem jest Sam Bell (Sam Rockwell), który już od prawie trzech lat przebywa w placówce Sarang na Księżycu. Firma Lunar, dla której pracuje, przeczesuje Księżyc w poszukiwaniu energii. Kontrakt bohatera przewidywał trzy, pełne lata to też jego myśli skupiają się już głównie na powrocie do żony i córki. Jednak na dwa tygodnie przed końcem pracy, dzieje się coś dziwnego, a w Sarang pojawia się ktoś dziwnie znany…

Sam Rockwell Nie powiem, że nie oczekiwałem tego filmu. Gdy tylko się o nim dowiedziałem, zaciekawił mnie. Zapowiedź obiecywała coś skromnego, ale ciekawego i pasjonującego. Czy to dostałem? Pośrednio, ponieważ jest to na pewno film godny uwagi. Wciąga i ogląda się go bardzo szybko. Satysfakcjonuje też zakończenie. Jak więc są moje zarzuty? Właściwie jasnych i klarownych minusów przedstawić nie mogę, jednak czegoś mi brakowało.

Pewne jest, że każdy ten film może odebrać inaczej. Bo oto przed nami obraz o samotności, ale i poświęceniu. O wszechobecnym złym systemie i walce człowieka z nim. O walce z samym sobą (pośrednio i dosłownie). Momentami atmosfera staje się duszna i klaustrofobiczna. Całego, pozytywnego wydźwięku dodaje doskonała muzyka Clinta Mansella. Siłą dzieła Duncuna Jonesa jest tajemniczy i kameralny klimat. To się po prostu czuje, ten świat, uczucia i samotność bohatera.

I w końcu – „Moon” to absolutnie genialna kreacja Sama Rockwella. Bez niego tego filmu by nie było – i nie tylko, dlatego, że przez jakieś 90% widzimy tylko go oraz słyszymy głos Kevina Spacey’a (GERTY). Rockwell tworzy ten film swoją osobowością i charyzmą. Jest to zdecydowanie jedna z ciekawszych ról tego roku, jednak podobnie jak Sharlto Copley w „Dystrykcie 9”, strasznie niedoceniona i niezauważona. Zupełnie tego nie rozumiem…

Podsumowując, „Moon” urzeka i wciąga. Ogląda się go z ogromną przyjemnością i dlatego też jak najbardziej wam go polecam. Kawał porządnego kina science-fiction z domieszką dramat życiowo-obyczajowego.

Moja ocena: 8+/10

Dystrykt 9 (2009)

Oryginalny tytuł: District 9 | Reżyseria: Neill Blomkamp You Are Not Welcome Here

Jeśli twoja krótkometrażówka odniesie sukces, wkrótce prawdopodobnie nakręcisz film pełnometrażowy. Taki wniosek mi się nasunął jakiś czas temu (patrz „Dystrykt 9”, „9” i „Galerianki”). Ale nie o tym tutaj miałem pisać. Oto powstał film „Dystrykt 9” w reżyserii Neilla Blomkampa, który wcześniej nakręcił „Alive In Joburg”, krótkometrażówkę na ten sam temat.

Dystrykt 9Wszystko tutaj jest inaczej, niż mogłoby się wydawać. Oto 28 lat temu na Ziemię przylecieli kosmici. Jednak nie do Stanów Zjednoczonych, a do Johannesburga w Republice Południowej Afryki. Nie są mądrzejsi od ludzi, a wyglądem przypominają krewetki (tak też są nazywani). Zostali wrzuceni do oddzielonej części miasta nazwanej Dystryktem 9, która przypomina getto. Przez te kilkanaście lat krewetki i ludzie nie żyli w zgodzie, handel bronią kosmitów w zamian za jedzenie dla kotów, ‘mafia’ na terenie getta a nawet międzygatunkowa prostytucja to tylko niektóre z problemów. Korporacja zajmująca się Dystryktem 9 postanawia przetransportować wszystkich obcych z dala od ludzi. Jednak, aby wszystko wyglądało dobrze, trzeba zdobyć podpisy wszystkich Krewetek, co by wiedziały o przenosinach. W tym celu Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) odwiedza dom po domu i zdobywa podpisy. Niestety, zostaje zarażony jakimś wirusem, który modyfikuje jego DNA…

W tym filmie można by odnaleźć sporo ciekawych rzeczy. A to np. różnice rasowe na przykładzie traktowania kosmitów mogą być odniesieniem do stosunków czarni – biali, Dystrykt 9 mógłby służyć, jako metafora getta, a Żydów stanowiłyby Krewetki. I jeszcze wiele innych odniesień – gdyby tylko reżyser chciał. Niestety, gdzieś w połowie filmu ucieka cała magia i poziom spada łeb na szyję. Bo „Dystrykt 9” to nie jest zły film, baa, jest bardzo ciekawy. Po prostu twórca chyba nie miał za bardzo pomysłu jak doprowadzić go do końca. Cała ta strzelanina pod koniec na nic się nie przydaje i psuje dobre wrażenie.

Bardzo jasny punktem filmu – chyba można rzec, że nawet najlepszym jest Sharlto Copley, nikomu nieznany aktor z RPA. Świetny debiut i dziwi mnie, że kolejne koła krytyków z Ameryki nie zauważają tej roli, podobnie dziennikarze od Złotych Globów i jak się domyślam tak też będzie i z Akademią (doceniana jest tylko reżyseria i scenariusz). A szkoda, bo warto by, chociaż nominacją nagrodzić aktora, bo świetnie odegrał swoją rolę. Ale prawdopodobnie jeszcze nie raz będzie miał okazję się wykazać, bo już został zauważony w Hollywood – w ekranizacji „Drużyny A” zagra Murdocka (w 2010).

Plusem filmu jest też ogólna nieszablonowość. Pomijam końcówkę, patrzę na ogół – w końcu kosmici nie lądują w Ameryce. Nie są inteligentni. Nie są zieloni. Nie chcą nas zniszczyć. Są zagubieni, bezradni. Ale i obrzydliwi, nie współczujemy im. Są jak obcy, którzy wtargnęli na nasz teren, ale zrobili to raczej nieświadomie i nie wiedzą jak teraz opuścić nie swój teren.

To dobry film ze świetną rolą główną. Dobry do połowy, bo potem już się rozjeżdża… Chyba reżyser (dla którego to również debiut w pełnym metrażu) lepiej radzi sobie w krótszych formach. Szkoda, szkoda, bo naprawdę mogłoby z tego wyjść coś świetnego, zamysł był genialny. Podobało mi się, jak na kino science fiction to jest to bardzo dobry film. Polecam.

Moja ocena: 6+/10

2012 (2009)

Oryginalny tytuł: 2012 | Reżyseria: Roland Emmerich Beautiful Disaster

2012 Rok 2012 dla Polaków oznacza jedno – Euro. To czy będzie to katastrofa czy nie, to dopiero się okażę, a każdy ma swoje zdanie na ten temat. W USA rok ten kojarzony jest głównie z przepowiednią Majów, jako iż 21 grudnia 2012 nastąpi koniec świata. Temat podchwycił Roland Emmerich – Master of Disaster.

Scenarzyści (Emmerich & Harald Kloser) obmyślili, że nowym powodem do masowej zagłady będą niejakie neutriny, czyli coś w rodzaju rozbłysków wysłanych przez nasze ukochane słońce. Spowodują one roztopienie warstwy tuż pod skorupą ziemską, która działa trochę jak taki klej – gdy nie będzie, kontynenty będą dryfować jak góry lodowe po oceanach, a w dalszej konsekwencji to spowoduje trzęsienia ziemi, tornada… i sami wiecie co jeszcze.

Jest widowiskowo – temu nie da się zaprzeczyć. Reżyser takich hitów jak „Dzień niepodległości” czy moje ukochane „Pojutrze” po raz kolejny w pełni wykorzystuje możliwości komputerów. I mimo, że w większości wypadków można powiedzieć ‘ale to już było’, nigdzie wcześniej wszystkiego tego ‘co już było’ nie mieliśmy w jednym miejscu. Sceny trzymają w napięciu i zabawa jest przednia. Moja ulubiona scena, to jak ze spokojnego Yellowstone robi się wybuchowy wulkan.

2012

Oczywiście film Emmericha musiał zawierać w sobie wszystkie niepotrzebne rzeczy, które katastroficzne potworki powielają zawsze, takie jak patos, mnóstwo niezwykłych zbiegów okoliczności, nieśmiertelność głównych bohaterów i olbrzymie szczęście u tychże. Co pół godziny ktoś ze śmiertelną miną przemawia, Jackson „Zbawca Świata” z rodziną może odwiedzić walące się Las Vegas czy wybuchające Yellowstone, brak paliwa w samolocie też mu nie straszny. Jest tego jeszcze więcej, ale nie będę wam psuł seansu. Co też niezmienne – aktorstwo nie jest na najwyższym poziomie, za to muzyka jest bardzo dobra.

2012” trzyma ciekawy poziom do pewnego momentu – mniej więcej do czasu, gdy na ekranie widzimy już wielkie Arki, która uratują wybrańców. Gdyby sceny na nich były inne – i nie chodzi mi o samo zakończenie, bo te było dobre – bardziej o to, że wspomniany wcześniej przeze mnie Jackson, nikomu nieznany człowiek nagle zaczyna obchodzić całą ludzkość zgromadzoną na statkach. A gdy zniknie nam z oczy na kilka sekund… płacz i zgrzytanie zębów… potem pojawia się i tadam! Brawa, okrzyki, szampan! I to nie wśród rodziny bohatera, ale wśród głów państw itp. – no dla mnie to normalnie nie jest i gdyby nie to, było by 8. Mocne i zdecydowane 8. A tak? Tu pan Emmerich przegiął maksymalnie i stracił punkcik.

Kolejną wadą, którą tak pod koniec już wymienię – jeszcze przed premierą filmu ogłoszono, że powstanie serial „2013”, który opowie o wydarzeniach po filmie „2012”. Po co taka wiadomość zanim obraz trafił do kin? Ja np. brałem pod uwagę możliwość, że nikt nie przeżyje i nawet byłbym zainteresowany takim zakończeniem. A tak, widziałem, że ktoś na pewno przeżyje. Taki trochę spoiler na siłę.

2012

Podsumowując jednak, „2012” to porządna rozp….ucha, którą zobaczyć warto i to najlepiej w kinie. Pamiętajcie tez, aby nie iść do kina z nastawieniem, ze idziecie na jakiś nowatorski i fantastyczny film. To po prostu udana superprodukcja, do jakich nas Roland Emmerich przyzwyczaił. Jeśli to wiecie, to nie powinniście być zawiedzeni. Ja nie jestem i z czystym sumieniem wystawiam siódemkę.

Moja ocena: 7/10

Star Trek (2009)

Oryginalny tytuł: Star Trek | Reżyseria: J. J. Abrams Historia zatacza koło... ale w jakim stylu!

Star TrekW czasie, kiedy wszystko jest remake’owane, sequel’owane, reebotowane czy ostatnio przerabiane na 3D trudno jest znaleźć film, który jest jedynym z powyższych, zachowuje poziom i ogląda się go miło. „Transformers 2” strasznie mnie zawiódł, „Oszukać przeznaczenie 4” znużyło, „Harry Potter VI” podobał się, jednak jest to ‘ale’. Przyszedł też czas, aby twórcy sięgnęli po sagę Star Trek – olbrzymi – można już nawet powiedzieć- kult, który liczy 10 filmów kinowych (z tym 11), kilkaset odcinków seriali, książki, komiksy… I chyba wstyd jest się przyznać, że nic z tego, o czym mówię nie widziałem. Na „Star Treka” z 2009 wybrałem się, bo stworzył go J. J. Abrams, pan, który ma na koncie serial „Zagubieni” czy film „Projekt: Monster”. Tak więc, jest to recenzja zupełnego laika w świecie Star Treka.

Akcja filmu rozgrywa się przed wszystkimi wydarzeniami, które poznaliśmy w 10 filmach kinowych i kilku seriach seriali. Poznajemy młodego Jamesa Kirka (Chris Pine), który zaciąga się na statek kosmiczny U. S. S. Enterprise. Tam na pokładzie jest już Spock (Zachary Quinto), pół-Wolkanin, pół-człowiek, który został wychowany bez emocji, a także inni, młodzi, rządni przygód ludzie. Ich zadaniem będzie pokonanie złego Nero (Eric Bana). Historia jest mocno pogmatwana, a filmie mamy podróże w czasie, alternatywne wersje zdarzeń czy widowiskowe pościgi międzyplanetarne.

Ekipa Star Treka

Mój opis jedenastego „Star Treka” jest trochę koślawy, jednak w tym filmie dzieje się tak dużo, że nie sposób tego skrócić kilka zdań. Mocno zaskoczył mnie ten obraz sci-fi. Abrams przeszedł sam siebie, stworzył dziełko, jakiego pozazdrościć mogą mu najlepsi. Oglądając, czas leci bardzo szybko, historia wciąga, a po seansie czujemy satysfakcję. Świetne efekty specjalne, dobrze dobrana obsada, urokliwa muzyka, luz i lekkość filmu. Znów odniosę się do innego filmu widowiskowego z bieżącego roku – takie „Transformers 2”, mimo, że ma dużo więcej efektów, jest niesamowicie ciężkie i męczące w odbierze – nic takiego nie ma miejsca w „Star Treku”. Twórcy idealnie wyważyli ilość efektów, dialogów i akcji. Całość mija w oka mgnieniu.

Co prawda nie interesowałem się wcześniej sagą „Star Treka”, ale po obejrzeniu filmu Abramsa mam ochotę nadrobić zaległości i obejrzeć całą serię filmów kinowych. Czytałem, że z każdym filmem było coraz gorzej i mam niesamowitą chrapkę, aby samemu to ocenić. Również chciałbym się dowiedzieć i stwierdzić, czy jedenasty „Star Trek” mocno odbiega od poprzednich filmów i jak się to ma do osób (takich jak ja), które w ogóle nie miały do czynienia z tą sagą – dla mnie film był zrozumiały, wciągający i bardzo dobry – ciekaw jestem, jakby wyglądało moje zdanie, gdybym pozostałe 10 filmów widział przed seansem tegoż.

Eric Bana

Na konto obrazu Abramsa spłynęło mnóstwo pieniędzy, to też kolejna część jest prawdopodobnie już tylko formalnością (chociaż, o dziwo, cisza na ten temat w mediach). Ja z przyjemnością obejrzałbym jeszcze z dwa tego filmy, o ile wyreżyseruje je J. J. Abrams i nie będzie przebierał w środkach, stworzy filmy dobre, godne kontynuacje i nie takie pustaki jak „Transformers 2” (ależ żem się przyczepił do tego filmu :F). Tak, więc, moim drodzy, jeśli jeszcze nie widzieliście nowego „Star Treka” to gorąco was zachęcam do jego obejrzenia.

Moja ocena: 8+/10

Transformers 2 - Zemsta upadłych (2009)

Oryginalny tytuł: Transformers: Revenge of the Fallen | Reżyseria: Michael Bay Spektakularna porażka

Transformers 2 - Zemsta FrajerówTransformers 2: Zemsta Upadłych” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku – również przeze mnie. Wielki hit z 2007 roku, „Transformers”, był świetną rozrywką, którą oglądało i chłonęło się z olbrzymią przyjemnością. Wszystko, co dobre, szybko się kończy, a „Transformers 2” mogłoby posłużyć za przykład w pracy licencjackiej na temat „Dowód, że nakręcenie dobrej drugiej części filmu to rzecz bardzo trudna”.

Nasz bohater, Sam Witwicky (Shia LeBeouf) wybiera się do college’u. Tam spotyka go wszystko to, co spotyka nastolatków – problemy ze współlokatorem, problemy z dziewczyną (którą o dziwo, wciąż jest Mikaela (Megan Fox)). Jednak Sam będzie miał też inny, większy kłopot i to już nie taki, z którym radzić sobie muszą normalni nastolatkowie. Wkrótce bohater znów stanie w samym środku wojny między Decepticonami i Autobotami. Na Ziemię powraca Starscream, a Megatron zostaje wykradziony i jakimś cudem wskrzeszony.

Robot

Podstawowym zarzutem do kolejnego filmu Michaela Baya jest fakt, iż wszystkiego było tam zdecydowanie za dużo. Pierwsza część chwaliła się udanym kompromisem pomiędzy wciskającymi w fotel efektami specjalnymi, a tzw. ‘przystankiem’ czy też ‘odpoczynkiem’ między jedną potyczką, a drugą. „Zemsta Upadłych” zatarła te granicę i poszła w kierunku efektów. W ten sposób mamy ponad dwie godziny wielkiej masakry – owszem, dopracowanej i robiącej wrażenie – ale mnie osobiście już pół godziny po rozpoczęciu seansu rozbolała głowa. Im dłużej to trwało, tym coraz bardziej stawało się męczące i nieznośne.

Kolejną wadą Transformersów był mało wysublimowany i momentami aż chamski i niesmaczny humor. Śmieszyło tylko na początku, im dalej w las, tym gorzej. Robot kopulujący z nogą bohaterki czy dwie kule zwisający między nogami Dewastatora nie są zabawne. A można by tak wymieniać i wymieniać. Oprócz tego jest tu jeszcze więcej głupot i nieścisłości niż w pierwszy filmie. To, w co tam daliśmy radę uwierzyć tutaj robi się po prostu żenująco śmieszne. Scenariusz praktycznie nie istnieje, a opiera się prawdopodobnie tylko na tekstach typu „teraz X rozwali Y”, „teraz będzie wybuch…”, „… kolejny wybuch…”, „…i jeszcze jeden.”.

Kolejnym zupełnie niepotrzebnym i zbędnym elementem tego filmu była Megan Fox. Aktorka – jeśli mogę ją tak nazwać – która niesamowicie mi gra na nerwach i której fenomenu nie rozumiem. Nigdy nie pojmę tego jak można nazwać ją ‘drugą Angeliną Jolie’ i tym podobne. W „Transformers 2” robiła tylko i wyłącznie za ozdobnik i jeśli jej to pasuje to pogratulować. Kolejne wypowiedzi, które czytam czy to na pudelku czy innych tego typu portalach tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest niesamowicie głupiutka i zrobiłaby wszystko, aby tylko się wybić.

Megan Fox

Ktoś zapyta czy ten film ma jakieś plusy… Linkin Park stworzyli fajną piosenkę przewodnią „New Divide”. I naprawdę ja szukam i szukam jakichś plusów i sam nie wiem, co napisać. Ktoś inny zapyta w komentarzu, że skoro nie mogę znaleźć żadnych plusów, to, dlaczego taka, a nie inna ocena. Przede wszystkim – pierwszy raz w życiu – żałuję, że obejrzałem coś w kinie a nie na monitorze komputera/telewizora. Wtedy to na pewno byłoby mniej męczące i oglądało się spokojniej, bez bólu głowy. W takim przypadku, „Transformers 2” to takie niedzielne kino, obejrzeć raz, może dwa i zapomnieć. Nie entuzjazmować się i nie mówić o tym więcej. Pierwsza część pokazała, że można zrobić świetne kino akcji i nie przesadzić z efektami, jednak druga już temu nie podołała. Pani Michaelu Bay, w trzeciej części, która za pewne powstanie, proszę pamiętać, że głośniej, więcej i mocniej wcale nie znaczy lepiej. „Transformers 2 – Zemsta upadłych” (swoją drogą błędne tłumaczenie…) to jedno z największych rozczarowań roku 2009.

Moja ocena: 4/10