A już myślałem! Panna Portman dostała Oscara i miałem nadzieję, że teraz zacznie grywać tylko w takich ciekawych przedsięwzięciach jak „Czarny łabędź”. A tu dupa. Zagrała w komedyjce „Sex Story” (co za polski tytuł! Oryginał to „No Strings Attached” świetnie oddające treść filmu). I patrząc dalej pokazała się już w „Thorze” i „Your Highness”, może to i będą dobre filmy (nie oglądałem jeszcze), ale nie tego oczekuje po laureatce Oscara.
W całej tej błahej opowiastce chodzi o to, że dwoje znajomych z dzieciństwa spotyka się po latach i postanawia stworzyć coś jakby otwarty związek, a może inaczej mówiąc przyjaźń z bonusami („Friends with Benefits” taki film wchodzi do amerykańskich kin tego lata, hehe), czyli bez żadnych tam kocham cię itp. Tylko idziemy do łóżka i tyle. Oczywiście początkowo wszystko wychodzi całkiem dobrze, ale jak się domyślamy, w końcu pojawi się ta miłość…
Temat ten jest bardzo popularny w Stanach, jest to coś na porządku dziennym, ale jak pokazuje ten film nie do końca się sprawdza. W końcu jedno zakocha się w drugim, bądź któreś znajdzie sobie prawdziwego partnera/kę i zaczynają się schody. Ale nic to, film jest nudny. Nie bawi i jest trochę oklepany. Schemat prosty: swoboda, luz + miłość + problemy + rozwiązanie. A szkoda, zapowiadało się ciekawie, Natalie Portman i Ashton Kutcher na pokładzie… A reżyser Ivan Reitman… Jak ktoś, kto wyreżyserował „Pogromców duchów” (dwie części), „Bliźniaków”, „Juniora” czy „Gliniarza w przedszkolu” - które może arcydziełami nie były, ale przynajmniej bawiły – mógł zrobić taką kichę?
Ze dwie, może trzy zabawne sceny to zdecydowanie za mało. I wszystkie oczywiście w wykonaniu Natalie Portman. Ashton Kutcher raczej miał w tym filmie tylko wyglądać, za bardzo się nie wykazał. Zawiodłem się i żałuję straconego czasu, mogłem sobie lepiej obejrzeć po raz kolejny „Starsza pani musi zniknąć”… (tak mi się skojarzyło, bo dzień przed oglądaniem tego filmu, oglądałem właśnie „Starszą panią…”).

Ekranizacji, wariacji i różnych podejść do dramatu Williama Szekspira „Romeo i Julia” było już mnóstwo. Nie szkodzi. Będzie jeszcze jedno – bajkowe, kolorowe, frywolne. Ale czy udane?
Do kina polskiego ma uraz. Po obejrzeniu kilku bzdurnych komedii romantycznych oraz ciągłym męczeniu zapowiedziami kolejnych po prostu odpuściłem sobie wszystko, co polskie. Ostatnimi czasy nadeszły zmiany. Obejrzałem „Jak się pozbyć cellulitu” oraz recenzowaną tutaj „Salę samobójców”. O dziwo, obydwa mi się podobały.
Nie mam zielonego pojęcia jak niektórzy to robią, ale dla przykładu taka Jennifer Lopez, odkąd postanowiła zostać aktorką, konsekwentnie w każdym filmie gra tę samo rolę. Nie mam również pojęcia, dlaczego za każdym razem mi się to podoba. Może to magia J.Lo?
Dodatkowo – wiecie, że Jennifer Lopez ma 41 lat? No właśnie. Tak wiem, że tam w Hollywood pewnie wydaje mnóstwo pieniędzy, aby wyglądać jak wygląda, ale nadal – olśniewająco. Wracając jednak do jej kariery aktorskiej – mogłaby spasować, owszem, nie najgorzej jej to wychodzi, ale w 2010 miała wydać płytę zatytułowaną „Love?” ale nic z tego nie wyszło. Nikt nie wie, dlaczego. Wiele piosenek wyciekło do Internetu, większość była zachwycająca („
To był wspaniały rok dla Sandry Bullock. Dwa znakomite filmy, za które otrzymała nominacje do Złotych Globów („Narzeczony mimo woli” oraz „The Blind Side”). Za ten drugi Globa odebrała, a teraz jeszcze jest nominowana do Oscara – i mówi się, że może pokonać Meryl Streep. O tym przy okazji recenzji tamtego filmu, a teraz skupmy się na lżejszej roli – zabawnej komedii „Narzeczony mimo woli”, gdzie u jej boku zagrał Ryan Reynolds.
Miłością do Jennifer Aniston pałam od zawsze. Ludzie podzielili się na “team Aniston” oraz “team Jolie”, od kiedy obie biły się o Brada Pitta. Ja tam obydwie uwielbiam i do żadnego teamu nie należę. Miłością do Aniston ostatnimi czasy zacząłem pałać jeszcze bardziej, ponieważ postanowiłem od nowa obejrzeć wszystkie sezony „Przyjaciół”. W czasie seansu filmu „Dorwać byłą” byłem mniej więcej w połowie, dziś zakończyłem oglądanie tego ponadczasowego serialu, a Aniston wielbię i wielbić będę zawsze (…jak i pozostałą piątkę „Friendsów”, nałogowo zacząłem oglądać ich wszystkie późniejsze filmy). Dobra, ale to nie miejsce na pisanie o tym, oto komedia „Dorwać byłą”.

Istnieje stara, irlandzka tradycja, że w roku przestępnym, 29 lutego kobieta może oświadczyć się mężczyźnie (jakby nie patrzeć, to przecież kobiety tak walczą o równouprawnienie, że taka możliwość powinna istnieć zawsze, no, ale…). I właśnie ta tradycja będzie główną osią nowego filmu z Amy Adams w roli głównej.
Oto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…
Becky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?
Lucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…