Na samym początku – zdrowych, ciepłych, szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Najedzcie się, wypocznijcie. A w nowym roku samych sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym. Dzisiaj, specjalnie przeze mnie wybrana – recenzja świąteczna. Bo co roku w kinach mamy kilka nowych filmów ze świętami w tle. Mniej lub bardziej ciekawych. A „Cztery gwiazdki” to propozycja świetna.
Oto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…
Ubiegłoroczna premiera, całkiem spory sukces (120 mln $) i bardzo dobra komedia. Ubawiłem się, mimo, że tak naprawdę był to odgrzewany kotlet w nowym wydaniu. Ale to jest właśnie urok świąt, że tu wszystko smakuje inaczej. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to jeszcze „świeży” film, ale miło by było go zobaczyć kiedyś w telewizji – już niekoniecznie zamiast „Kevina” (u nas brak Kevina to jak brak karpia), ale np. zamiast oklepanej nie-świątecznej „Szklanej Pułapki”.
Reese kwietnie, przeurocza, śliczna aktorka – uzdolniona przede wszystkim, bo to nie tak, że gra w samych komedyjkach, jest przecież laureatką Oscara („Spacer po linie”). Trochę gryzł mi się tu Vince Vaughn, ale ten film chyba potrzebował takiego misia, a nie jakiegoś lalusiowatego pana. Absolutną perełką jest tutaj Kristin Chenoweth, która od „Gdzie pachną stokrotki” jest dla mnie fenomenem. Cudownie głupia i głupio genialna – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu! Gdy ona pojawia się na ekranie nie widać nikogo poza nią. Widziałem – a może inaczej – podziwiałem ją już we wspomnianym „Gdzie pachną stokrotki” (serial, Emmy dla najlepszego aktorki za tę rolę), później w tegorocznym, serialowym odkryciu „Glee”, a teraz błysnęła w „Czterech gwiazdkach”. Panie i panowie, oto rodzi się nam gwiazda!

Jeśli szukacie jakiegoś świątecznego filmu, który chcielibyście obejrzeć (sami bądź z rodziną) to „Cztery gwiazdki” będą idealne. Kilka gwiazd, świetnie poprowadzona fabuła, dobry humor, udana zabawa. Polecam i do przeczytania w Nowym Roku!
Becky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?
Film ten jest ekranizacją książki. Tak sobie czytałem o nim i pomyślałem czy zakupoholizm to rzeczywiście coś tak poważnego jak alkoholizm czy narkomania. Nie wiem czy już to leczą, ale bardzo możliwe. Momentami to nawet u siebie widzę pewne objawy – jakby np. oglądanie gazetek z marketów i szukanie najciekawszych promocji, czy też czwartkowe wycieczki do hipermarketów, gdyż to wtedy zaczynają się nowe promocje w tychże. Można to tłumaczyć, jako owy zakupoholizm, albo, jako fakt, że jestem zdrowo popieprzony. Sami wybierzcie, co wam pasuje.
Wracając jednak do filmu – Isla Fisher promienieje! Już w przypadku „Na pewno, być może” można było zauważyć, jaka świetna, śliczna z niej aktorka, ale tutaj nadała pazura całemu filmowi. Oglądało się miło, ale jak wspomniałem w przypadku recenzji „Za jakie grzechy”, film ten to nic nowego czy świeżego, no może prócz błyszczącej Isli, dla której głównie warto obejrzeć tę komedię romantyczną. Poziom podobny do „Za jakie grzechy”, aczkolwiek ten film podobał mi się bardziej i ma u mnie oczko wyżej.
A teraz idę zrobić jakieś zakupy.
Lucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…
Standard pogania standard, sprawdzone motywy, powielenia, nic nowego – komedia romantyczna, jakich wiele, która na tle tych wszystkich innych nie wyróżnia się niczym nowym. Nawet, jeśli wspomnieć o Renee Zellweger, to lepiej obejrzeć ją w innej komedii romantycznej z jej udziałem – „Dziennik Bridget Jones”.
Czytając to zadasz sobie pytanie – to, po co on to oglądał? To trudne pytanie. Jedyna odpowiedź to chyba fakt, że ja po prostu lubię takie proste, niezobowiązujące filmy. Nawet, jeśli potem mam im wystawić jakieś niskie noty, to w końcu jakieś filmy muszą mieć takie oceny, bo same ósemki i dziewiątki to byłoby nudno. A w takich komediach romantycznych zawsze jest jakaś fajna aktorka, której się wydaje, że robi świetny film i wszyscy będą ją za kochać, a tak naprawdę wszyscy oglądają film, bo chcą po prostu na nią popatrzeć. Tak było w przypadku „Za jakie grzechy”, bo tu mamy Renee. Tak też było w przypadku „Wyznań zakupoholiczki”, gdzie błyszczała Isla Fisher. Poziom obu filmów jednak taki sam (porównuję oba filmy, bo obejrzałem je w krótkim odstępie czasowym, a recenzja „Wyznań zakupoholiczki” to kolejna po tej).
Jak zwykle w pierwszym kwartale roku mamy w kinach trochę komedii romantycznych, trochę horrorów (głównie remaków azjatyckich dzieł) i jakąś animację. Pierwszy typ filmów w tym roku reprezentują „Ślubne wojny” z Kate Hudson oraz Anne Hathaway i jak zwykle, poziom nie jest zbyt wygórowany, ale i nie najgorszy.
Dwie bohaterki, Liv (Kate Hudson) i Emma (Anne Hathaway) to przyjaciółki praktycznie od zawsze. Mimo że ich kariery różnią się znacznie – Liv to zimna i twarda kobieta sukcesu, natomiast Emma stoi raczej w jej cieniu. Obie panie bez przerwy marzą o bajecznie wielkim i wystawnym ślubie. I gdy ich mężczyźni w końcu im się oświadczają, wielka machina ślubna rusza. Pech sprawia, że za błędem jakiejś sekretarki, przyjaciółki dostały tę samą datę ślubu w wymarzonym hotelu Plaza. Przyjaźń się zatraca, rozpoczyna się wojna o to, kto będzie miał lepszy ślub.
Jak już na początku napisałem, „Ślubne wojny” nie jest jakąś nowością w gatunku komedii romantycznych, ale nie jest też strasznie złym filmem. Ogląda to się tak jak większości tego typu filmów – na luzie, czasem z uśmiechem, najlepiej w większym gronie lub z ukochaną osobą. Pozycja idealna na randki.
W filmie główne role powierzono Kate Hudson oraz Anne Hathaway. Pani Hudson od lat gra głównie właśnie w tego typu filmach – pewną odskocznią będzie musical „Nine”, który premierę będzie miał pod koniec bieżącego roku. Odnośnie pani Hathaway to można stwierdzić, że jest to aktorka, która cały czas próbuje różnych gatunków i szuka czegoś najbardziej odpowiedniego dla siebie. Bo w jej filmografii mamy zarówno świetne komedie „Diabeł ubiera się u Prady” i „Dorwać Smarta”, dramaty „Rachel wychodzi za mąż” i „Tajemnica Brockeback Mountain”, pseudo thriller psychologiczny „Ocaleni” oraz dwie części „Pamiętnika dla księżniczki” familijnego obrazu dla najmłodszych. Ja jednak najbardziej czekam na „Alicję w Krainie Czarów” gdzie Hathaway wcieli się w Białą Królową. Reżyserią zajmie się sam Tim Burton – premiera w 2010.
Co ważne – film się nie dłuży. Całość jest tak poprowadzona, że oczywiście wiemy jak się to skończy, jednak sprawna reżyseria (Gary Winick) spowodowała, że ogląda się miło, zgranie i powabnie. Nie powiem wam, czy macie iść i to obejrzeć, bo to już wasza decyzja, jednak ja bawiłem się dobrze. No i na Hudson to mógłbym patrzeć i patrzeć, a w tym filmie prezentowała się wyjątkowo dobrze.
Australia, ze stolicą w Canberrze (a nie Sydney, jak wszyscy mylą, tak dla przypomnienia), to kraj trudny, ale i piękny. Baz Luhrmann, reżyser rewelacyjnego „Moulin Rouge!” postanowił zrealizować wielką epopeję na miarę „Przeminęło z wiatrem”. Czy mu się udało?
Historia opowiada o angielskiej arystokratce Sary Ashley (Nicole Kidman), która dziedziczy farmę po swoim mężu. Sama nie jest w stanie nad nią zapanować to też z pomocą przychodzi jej doświadczony Poganiacz (Hugh Jackman). Okazuje się, że jej mąż został zabity, a miejscowy potentat bydła chce przejąć atrakcyjną farmę wraz z całym bydłem, które się na niej znajduje. Sara postanawia za wszelką cenę uratować to, czym zajmował się jej mąż.
Film Luhrmanna podobał mi się bardzo, mimo iż nie ustrzegł się od kilku bledów, ale o tym potem. Przede wszystkim zachwyca strona wizualna „Australii”. Przepiękne krajobrazy tego malowniczego państwa/kontynentu, piękne zdjęcia, scenografia i kostiumy. Dodatkowo czar tworzy cudowna muzyka.
„Australia” to również wciągająca fabuła. Owszem, trwało to prawie trzy godziny i kończyło się kilka razy, to jednak nie nudziłem się, a wręcz przeciwnie – oglądałem z wielkim zainteresowaniem. Wielu zarzucało reżyserowi i scenarzyście, że nie potrzebnie przeciągnęli film w nieskończoność. Nie zgadzam się z tym poglądem, rzeczywiście, kilka razy myślałem, że ‘tak to właśnie teraz się skończy’, ale gdy się tak nie działo to pojawiał się uśmiech na twarzy i oglądałem dalej. A gdy już padło właściwe zakończenie i pojawiły się napisy byłem w pełni usatysfakcjonowany.

Role główne powierzono Hugh Jackmanowi oraz muzie reżysera, Nicole Kidman (podobno zgodziła się na udział w filmie w ogóle nie czytając scenariusza!). Oboje spisali się doskonale. Oczywiście mnie dużo bardziej zachwyciła Nicole, nie od dziś wiadomo, że jest to moja ulubiona aktorka. Świetnie pokazała zderzenie damy z Londynu z brutalnym i ciężkim światem Australii. Warto też nadmienić, że zarówno Hugh jak i Nicole są rodowitymi Australijczykami.
Podsumowując, „Australia” to film wielki i ważny. Mimo, że wywołał mieszane uczucia wśród krytyki i publiczności to wg mnie jest wśród moich siedmiu najważniejszych filmów roku 2008. Polecam go wszystko, bo warto obejrzeć, ja nie żałuję seansu (w kinie!)i jestem bardzo zadowolony. Z niecierpliwością czekam na kolejny film Luhrmanna.
Siedem najlepszych filmów roku 2008 wg mnie:
Większość ludzi kocha zwierzęta, część ma do nich stosunek obojętny, a mały odsetek ich nienawidzi. W związku z tym, skoro większość to ta kochająca, Hollywood, co raz robi filmy ze zwierzakami w roli głównej – niestety dla mnie większość z nich jest o psach. Jednym z nich jest „Marley i ja”.
Jenny (Jennifer Aniston) i John (Owen Wilson) są świeżo po małżeństwie. John w rozmowie z przyjacielem zdaje sobie sprawę, że Jenny wkrótce może chcieć mieć dziecko – postanawia, więc na chwilę odwlec owy „kłopot” i przynosi Jenny malutkiego szczeniaczka. Piesek dostaje imię Marley i szybko się zadomawia. Jednak z dnia na dzień wychodzi prawdziwa natura psiaka – kłopotliwy, uparty, rozrabiający i mający wszystko i wszystkich w nosie. Jak Jen i John poradzą sobie w takiej sytuacji?
Reżyserem tego filmu jest David Frankel, twórca absolutnie fantastycznego „Diabeł ubiera się u Prady” z jakże absolutnie fantastyczną kreacją Meryl Streep. Tym razem nie udało mu się zrobić tak dobrego filmu, niemniej jednak nie jest najgorzej. „Marley i Ja” to prosta opowieść o psie i jego właścicielach. Niestety, trochę za długa, co jednak rekompensuje dobre zakończenie. Co prawda słowo ‘dobre’ powinienem zamknąć w cudzysłowie, ale to już inna bajka… Dobre, w sensie satysfakcjonujące i takie, dzięki któremu film dostał ode mnie oczko wyżej.

Ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp filmów z pasami w roli głównej – najpierw „Beverly Hills Cziłała” (śliczny tytuł, co?), którego nie zamierzam oglądać, potem właśnie „Marley i Ja”, a na dokładkę był też „Hotel dla psów”. Dlaczego koty są dyskryminowane? Ja chciałbym obejrzeć film z kotem w roli głównej. I nie chce ani Garfielda, ani Kota W Butach ze „Shreka” (wkrótce w kinach „Prawdziwa historia Kota W Butach”, ale tego kota z bajki Charlesa Perraulta, natomiast w 2011 pełnometrażowy film animowany z Kotem W Butach ze „Shreka”). Chce kota, którego nikt nie zna (tak jak nie znał Marleya), a którego wszyscy pokochają i tak dalej. Może kiedyś…
Podsumowując, „Marley i Ja” to prosta, za długa opowieść z psem w roli głównej. Dzieciom powinno się spodobać, trochę gorzej z dorosłymi. Nie sądzę, abym sięgnął po ten film po raz drugi, jednak pierwszego seansu nie żałuję.
O „Zmierzchu” było bardzo głośno. Ekranizacja bestsellerowej książki Stephenie Meyer weszła do kin z podobnym szumem jak kilka lat temu pierwsza część Harrego Pottera. Podchodziłem do filmu bardzo sceptycznie – jak się okazało niesłuszne.
Matka bohaterki, Belli (Kristen Stewart) postanawia podróżować po kraju ze swoim kochankiem. W takim przypadku Bella musi zamieszkać z ojcem w stanie Waszyngton. Jak to zwykle bywa przeprowadzka nie jest prosta. Bohaterka musi przystosować się do nowego domu, okolicy oraz szkoły. To właśnie tam poznaje tajemniczego Edwarda (Robert Pattison). Po pewnym czasie dziewczyna dowiaduje się, że Edward jest wampirem.
Olbrzymie zaskoczenie! Ja naprawdę myślałem, że będzie to film poziomem podobnym do którejś tam części „High School Musical”. Było to bardzo niesprawiedliwe, bo jest to bardzo dobry i wciągający thriller. Przez pierwszą połowę – nim Bella pozna prawdę – jest niesamowicie. Tajemniczo, ciekawie, enigmatycznie. Miałem obawy, że gdy w końcu dojdziemy do momentu, w którym bohaterka dowie się, że ma do czynienia z wampirem czar pryśnie. Że całość zmieni się w nijaki, pusty film. Nic bardziej mylącego – potem jest równie dobrze. Co prawda wprowadzani są nowi bohaterowie, a główni bohaterowie musza zmagać się z przeciwnościami losu, to jednak nadal jest to bardzo emocjonujący film.

Co może wydać się śmieszne, ale właśnie ten film kierowany głównie do nastolatków świetnie ukazuje miłość zakazaną i niemożliwą. Bella cały czas czuje strach i lęk – w końcu w każdej chwili może stać się obiadem Edwarda. Jednak to właśnie jego miłość do bohaterki powstrzymuje go przed tym czynem. Związek ten musi opierać się na bezgranicznym zaufaniu. I tak właśnie jest, wprost wyczuwalne jest to przez ekran.
Dużo mówiło się też, czy aktorzy, którym powierzono tak ważne role poradzą sobie z nimi. Jak najbardziej tak – kolejne zaskoczenie. Zarówno Kristen Stewart jak i Robert Pattison tworzą kreacje bardzo autentyczne i prawdziwe. To dzięki nim tak dobrze odbiera się ten film.
Cały film otoczony jest posępną, mroczną aurą, co dodatkowo potęguje efekt. Zachwycają zdjęcia. Jednak oprócz oczywiście samej historii, jednym z najlepszych i najjaśniejszych punktów „Zmierzchu” była niesamowita muzyka autorstwa Cartera Burwella, nadwornego kompozytora braci Coen. To dzięki niej jeszcze bardziej wczuwamy się w klimat filmu i zapominamy o bożym świecie.

Kończąc, „Zmierzch” to naprawdę dobrze zrobiony film, głównie o miłości, lecz trzeba pamiętać, że nie jest to horror i nie z takim nastawieniem powinniśmy do niego zasiadać. Najważniejsza jest tutaj miłość niemożliwa i zakazana. Już w tym roku do kin wejdzie druga część przygód Belli i Edwarda pod tytułem „Księżyc w nowiu”. I znów jak w przypadku Harrego Pottera zmienił się reżyser, jednak mam nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na poziom filmu. Podsumowując jednak, polecam ten obraz, bo wciąga i pochłania. W pełni.
Ah, spodziewam się żywej dyskusji ;>
Czy zdajemy sobie z tego sprawę, że najczęściej wypowiadanym przez nas słowem jest ‘nie’? Praktycznie na prawie każde pytanie główna odpowiedź jaka nam się nasuwa to właśnie ‘nie’. Bohater filmu, Carl (Jim Carrey) za namową swojego przyjaciela idzie na spotkanie ludzi, którzy wyznają ideologią ‘zawsze-mówienia-tak’. Krócej mówiąc, tacy ludzie zawsze odpowiadają na każde pytanie ‘tak’, a w ich słowniku nie istnieje słowo ‘nie’. Wkrótce Carl przystąpi do nich i sam stanie się człowiekiem na tak.
Jima Carrey’a cenię za kilka naprawdę dobrych, komediowych ról – głównie za „Truman Show”, „Kłamca, kłamca”, „Maskę” oraz „Bruce’a wszechmogącego”. W 2007 roku postanowił sprawdzić się w repertuarze odrobinę ambitniejszym – wystąpił w thrillerze „Liczba 23”, jednak śmiało można stwierdzić, że nie był to udany film. Inaczej spawa miała się z „Zakochanym bez pamięci” – tamta rola, mimo że połowicznie komediowa, połowicznie dramatyczna wyszła mu doskonale. Teraz powraca do komedii. Rola w „Jestem na tak” to powrót do korzeni, świetna i zwariowana kreacja bohatera do jakich przyzwyczaił nas Carrey. Szkoda jednak, że film pozostawia pewien niesmak.
Bo i owszem, Carrey jak zwykle pokazuje, że jest dobrym komikiem i to dzięki niemu w ogóle dało oglądać się ten film. Niestety, oprócz samego aktora „Jestem na tak” nie posiada nic, co byłoby godne uwagi. Wręcz przeciwnie, na myśl przychodzi film „Kłamca, kłamca” gdzie bohater (również grany przez Carreya) nie mógł kłamać. Lekko oklepany motyw i genialny aktor niestety w tym przypadku nie wywróżyły sukcesu. Po obejrzeniu tej produkcji czułem się zawiedziony, bo oczekiwałem czegoś lepszego. Oglądałem już lepsze komedie.

Jeśli ktoś zastanawia się nad obejrzeniem „Jestem na tak” powinien głęboko to przemyśleć, ponieważ nie jest to strasznie inteligentna i zabawna komedia. Słaby przeciętniak z dobrą rolę Carreya nie gwarantuje obiecanej rozrywki, spodobać się może głównie zawziętym fanom aktora. A tym, którzy oczekiwali rozrywki może sprawić przykrość, że stracili swój cenny czas. Głęboko się zastanówcie, bo ja np. trochę żałuję, mogło być dużo lepiej.
Bohaterem filmu jest Tank (Dane Cook), który trudzi się bardzo dziwnym zajęciem. A mianowicie umawia się na ranki z kobietami, które właśnie rzuciły swoich chłopaków. Na owych spotkaniach jest niesamowicie chamski i nieznośny. Przez to zachowanie, kobiety zauważają, że ich wcześniejszy chłopak był ideałem, a kolejny taki może się nie trafić, to też postanawiają wrócić do swoich byłych. Nie wiedzą jednak, że Tank jest wynajmowany przez właśnie takiego ‘porzuconego’. Problemy pojawią się, gdy Tanka zaangażuje jego najlepszy kumpel Dustin (Jason Biggs) porzucony właśnie przez piękną Alexis (Kate Hudson).
Z początku było zabawnie. Brutalnie chamsko, ale mimo wszystko śmiesznie. Jednak, czym bliżej końca, tym gorzej. Robi się nudna, nieznośna i oklepana komedia romantyczna. Pomysł ciekawy, ale znów zepsuty i nie do końca dobrze rozegrany. Nie widziałem jeszcze komedii romantycznej z negatywnym zakończeniem…, ale to wtedy to się już chyba dramat nazywa. Nieistotne.
Kate Hudson jest śliczna, to już kolejny film, w którym błyszczy i promieniuje (ale, nie radioaktywnie)… no dobra, promienieje. Tak jak w „Nie wszystko złoto, co się świeci” denerwował mnie Matthew McConaughey, tak tutaj taką nieznośną postacią był tytułowy kumpel, grany przez znanego z serii „American Pie”, Jason Biggs. Natomiast Dane Cook nie zachwycał, ale też nachalnie nie irytował.
„Dziewczyna mojego kumpla” jest komedią romantyczną, którą ogląda się, bo nie ma się nic innego do roboty. Ciekawy pomysł, ale gorsze wykonanie, seansu nie żałuję, ale czy polecam? Co kto lubi i na co ma ochotę. Może, chociaż na Kate Hudson warto popatrzeć?
Film jednego aktora… znowu.
Rafi Gardet (Uma Thurman), kobieta koło czterdziestki poznaje przystojnego Davida (Bryan Greenberg). Jednak bohaterka sama nie wie czy dobrze robi, bo chłopak jest 13 lat młodszy od niej. Konsultuje to, ze swoją terapeutką, Lisą Metzger (Meryl Streep). Nieoczekiwanie oczekuje się, że David jest synem Lisy. Jaka będzie reakcja całej trójki?
Jak już na wstępie napisałem, film ten całkowicie należał do jednego osoby. Była nią niesamowita i nieprzerwanie od kilkunastu lat zjawiskowa Meryl Streep. Rekordowo nominowana do Oscara aktorka (15-krotnie, dwa zdobyte) błyszczy w każdym filmie. Tym razem postanowiła sprawdzić się w komedii romantycznej. Wyszło to różnie. Sama aktorka była jak zwykle genialna, jednak całość nie wciąga, nie bawi i nie śmieszy. Na nasze nieszczęście scen najlepszych – tych z Meryl – nie jest za dużo.
Twórcy starali się być oryginalni, jednak nie do końca wyszło. Uma Thurman złą aktorką nie jest, jednak nie do końca sprawdziła się w tej konwencji. Pozostali aktorzy podobnie, całość podtrzymywała tylko i wyłącznie wspaniała Meryl.
Ja mimo wszystko nie żałuję seansu. Każdy film z Meryl jest godny obejrzenia, nawet jeśli zagrałaby w dziesiątej części „Strasznego filmu”.