Ileż to już mieliśmy uosabiania zwierząt… Praktycznie prawie każde już rozmawiało, ratowało świat lub próbowało nas rozbawić (niektórym się udało, przeważnie tym od Pixara). Teraz przyszedł czas na świnki morskie. Będą ratować świat.
Oto owe świnki – Darwin, Blaster i Juarez – oraz dodatkowo kret Speckles i mucha Mooch pracują w agencji szpiegowskiej, a szkolone są przez Bena (Zach Galifianakis). Jedna z misji polegała na wykradnięciu tajnych informacji z komputera twórcy sprzętów gospodarstwa domowego (Bill Nighy), jednak niestety nie powiodła się. W związku z tym grupa szpiegowskich zwierzątek zostaje rozwiązana, a świnki trafiają do sklepu zoologicznego. Tam Darwin spotyka swojego brata o istnieniu, którego nie miał pojęcia. Wkrótce jednak świnki będą musiały uciec ze sklepu i uratować świat przez zmutowanymi sprzętami AGD i RTV.
Ot, kolejny durny film w trzecim wymiarze. Ani trochę mi się nie podobało. No może prócz przesympatycznych i maksymalnie głupich (przez co tak śmiesznych…) myszek. Bohaterowie byli nijacy, humor wymuszony… Właściwie to jest to zdecydowanie film dla najmłodszych, a starsi nie znajdą tutaj nic, co mogłoby ich zachwycić lub rozbawić. Teraz to już tego filmu nie grają w kinach, dlatego dobrym pomysłem jest zakup DVD, włączenie owej bajeczki dzieciom i mamy ich z głowy na jakiś czas. Myślę, że nie będą się nudzić, ponieważ świnki są takie słodki i w ogóle, że z uśmiechem na twarzy wchłoną wszystko, co im reżyser serwował.
Starsi jednak niech zdecydowanie sobie ten film odpuszczą. Lepiej sięgnąć ponownie po któryś z obrazów Pixara, bądź cierpliwie poczekać na nowy. W lipcu 2010 „Toy Story 3”.
Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.
Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?
Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.
Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.
Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.
„Dragonball” to obok Pokemonów i Rycerzy Zodiaku jedna z bajek z mojego dzieciństwa. Siedziałem, oglądałem, chłonąłem. Jak na małego dzieciaka to byłem pod wrażeniem. Teraz w sumie, gdybym miał okazję obejrzeć owe kilkaset odcinków to prawdopodobnie nadal by mi się podobało. Gdy jakiś rok czy dwa temu wyszła pierwsza informacja, że planowana jest filmowa wersja serialu podszedłem do tego z rezerwą. Jednak, gdy po jakimś czasie podano nazwiska twórców – zamarłem.
Filmowa fabuła łączy w sobie kilka wątków z każdego sezonu serialu – mamy tutaj Songo (Justin Chatwin), który wraz z Bulmą (Emmy Rossum) szukają siedmiu smoczych kul. Co w serialu zajęło kilkadziesiąt odcinków, w filmie daje nam kilka minut. Głównym przeciwnikiem bohaterów jest Lord Piccolo (James Marsters), który wraz z niejaką Mai (Eriko Tamura) również poszukuje kul. Wkrótce dojdzie do nieuniknionej konfrontacji.
OK. – żeby wszystko było jasne, będę nazywał rzeczy po imieniu – po obejrzeniu tej szmiry cisnęło mi się na usta tysiące niecenzuralnych słów, których tu jednak nie przytoczę. Na samym początku jednak napiszę, że ten film powinien mieć tytuł „Dragonball – Desecration” (Dragonball - Profanacja); niestety, to nie mi dane było nadać tytuł… Ewolucja… Ekhm.

Reżyserem filmu jest James Wong, twórca „Oszukać przeznaczenie” oraz „Oszukać przeznaczenie 3”, scenarzysta jest jeszcze bardziej no-name. O aktorach nie wspomnę, bo i debiutanci czasem potrafią dobrze zagrać, potrzeba tylko kogoś, kto im wskaże dobrą drogę – czego powiedzieć na pewno nie można o reżyserze tego filmu.
Zawiodło wszystko, co zawieść mogło. Scenariusz, który powinien być ukierunkowany na jedną z serii (dzięki czemu w razie sukcesu można by ekranizować kolejne części) czerpie z każdej po trochu. Spektakularne walki, które oglądaliśmy przez kilka odcinków w serialu tutaj trwają ułamki sekund. Nie ma krwi, choćby nie wiem jak kogoś mocny by bili. Efekty specjalne aż gryzą w oczy swoją sztucznością. Z każdą kolejną minutą tego filmu narastało moje zażenowanie i zdenerwowanie.

Bo to nie jest tak, że saga „Dragonball” nie jest do zekranizowania. Na pewno jest – gdy wziął się za to taki Steven Spielberg, Peter Jackson czy James Cameron – do tego trzeba kogoś z doświadczeniem, kogoś kto by miał pomysł, wizję, możliwości, talent i potencjał. Wszystko to, czego zabrakło twórcom tego filmu.
Z przerażeniem spoglądam na stronę Filmweba, gdzie w powiązanych widnieje film „Dragonball 2: Reborn” z datą 2011. Czy takie coś powstanie? W chwili obecnej ciężko powiedzieć, wyniki finansowe „Dragonball – Ewolucja” były fatalne i tak naprawdę nie wiadomo, co dalej. Z niektórych źródeł dobiegają informacje (link), że Fox (producent) może chcieć zresetować serię i nadać jej prawidłowy bieg. Cóż, zaangażujecie kogoś odpowiedniego to i prawdopodobnie film się uda. Jednak obraz Wonga, to kicz w czystej esencji, profanacja legendy i zbezczeszczenie bajki mojego dzieciństwa. Nie polecam, odradzam, przestrzegam.
Brendan Fraser ma za sobą bardzo pracowity rok. Wystąpił aż w trzech dużych filmach – „Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka”, „Podróż do wnętrza Ziemi” i film, o którym napiszę za chwilę – „Atramentowe serce”. I wydawałoby się, że skoro aktor jest tak rozchwytywany, oznacza to, że musi być w nim coś dobrego (Talent? Sława? Nazwisko?). Nic bardziej mylącego, pan Brendan, ani utalentowany nie jest, ani sławny, a tym bardziej nie ma (póki, co) jakoś bardziej rozpoznawalnego nazwiska.
W „Atramentowym sercu”, Brendan Fraser wciela się w Mortimera Folcharta, człowieka obdarzonego niezwykłym darem – gdy czyta na głos jakąkolwiek książkę, bohaterowie w niej występujący przenikają do prawdziwego świata. I nie tylko bohaterowie, ale także rzeczy i wydarzenia. Jednak nic nie jest tak proste, podczas gdy ktoś z książki przechodzi do świata rzeczywistego, w tym samym czasie, ktoś ze świata rzeczywistego zostaje przeniesiony w fikcję. To właśnie stało się kilka lat temu z żoną Mortimera, Teresa (Sienna Gulliory). Teraz pojawia się Smolipaluch (Paul Bettany), który niegdyś został wyczytany przez Mortimera, a teraz chce wrócić do swojego świata. Ostrzega on naszego bohatera przez Capricornem (Andy Serkis), złym charakterem, który również przypadkiem uciekł z książki.
„Atramentowe serce” to kolejne kino familijne z Fraserem w roli głównej. I w przeciwieństwie do „Podróży do wnętrza Ziemi” – podobało mi się. Tym razem mamy do czynienia z przystępną bajką, świetnie zrealizowaną i dobrze poprowadzoną. Akcja wciąga i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Przedstawione nam wydarzenia są jak najbardziej fantastyczne, jednak na tyle realne, że jesteśmy w stanie w nie uwierzyć – co trudnością było we wcześniej wspomniany filmie, do którego pewnie jeszcze kilka razy nawiążę. Film ten stworzył Iain Softley, reżyser, który co prawda zbyt dużo filmów nie zrobił, jednak cenię go za bardzo dobry thriller „Klucz do koszmaru”, który w moim osobistym rankingu jest jednym z najlepszych filmów grozy, jakie dane było mi widzieć. Dodatkowo Softley ma na swoim koncie interesującego „K-PAX’a” z Kevinem Spacey’em i Jeffem Bridgesem w rolach głównych.

Fraser gra jak zwykle – ni to dobrze, ni to źle; wystarczająco dobrze, żeby mu uwierzyć. Jest jednak inna gwiazda, która całkowicie pochłonęła cały zainteresowanie widza, gdy tylko pojawiła się na ekranie – Helen Mirren. Laureatka Oscara za rolę w „Królowej” stworzyła niesamowicie zabawną i ciekawą postać. Przypominała mi ona trochę podobną kreację ze „Skarbu Narodu 2”, jednak każda z tych ról miała w sobie coś, co czyniło, że były tak świetne. Chyba nie trzeba ukrywać, że Mirren to aktorka bardzo dobra i utalentowana. Sceny z nią (niestety, nie za wiele) to prawdziwe perełki.
Film Softleya jest ekranizacją książki Cornelii Funke o tym samym tytule, będącej pierwszej częścią „atramentowej trylogii”, w której skład wchodzą jeszcze „Atramentowa krew” (Inkspell) oraz „Atramentowa śmierć” (Inkdeath). Czy zobaczymy jeszcze bohaterów Atramentowego świata w kinach? Póki, co – cisza. Jednak patrząc na wyniki kasowe filmu – budżet: 60 milionów dolarów; zarobek w USA: 17,1 mln $; na całym świecie: 54,0 mln $ - można spekulować, że jednak nie. Film nawet na całym świecie zarobił ‘na siebie’, nie mówiąc już o zyskach. Również wśród krytyków został całkowicie niezauważony i przemknął jakby go w ogóle nie było. A już w ogóle absolutną tajemnicą wydaje się być data polskiej premiery – początkowo mówiło się o 3 kwietnia 2009, jednak w chwili obecnej data premiery znikła prawie z każdego, polskiego serwisu filmowego. Czyżby dystrybutorzy przestraszyli się słabych wyników w USA?

Szkoda, bo ja z miłą chęcią bym zobaczył jeszcze dwa filmy z tej serii, bardzo miłe kino, taki odmóżdzacz dla wszystkich. Opowieść prorodzinna itp. Jak w końcu uda się „Atramentowemu sercu” trafić do polskich kin, to możecie się wybrać – oczywiście, jeśli nie będzie nic innego, bardziej interesującego. Ja seansu nie żałuję.
Kino 3D przeżywa prawdziwy rozkwit. W 2009 takich filmów będzie jeszcze więcej (dwa już nawet były – „Krwawe Walentynki 3D” i „Koralina i tajemnicze drzwi”). Ale jak wypada któryś z filmów w tej technice, gdy obejrzymy go w domowym zaciszu, bez tej całej otoczki, na komputerze czy odtwarzaczu DVD? Niemrawo.
Trevor Anderson (Brendan Fraser) przez kilka dni musi zająć się swoim bratankiem, Seanem (Josh Hutcherson). Bohater trudzi się obserwowaniem kuli ziemskiej i poszukiwaniem dziur w skorupie Ziemi, które mogą być przejściem do jej wnętrza – a co jest w środku nie wie nikt. Pech trafia, że właśnie podczas pobytu Seana zostaje odnaleziona nowa dziura gdzieś na Islandii, a bohater bez żadnego zastanowienia rusza w owe miejsce zabierając ze sobą bratanka.
„Podróż do wnętrza Ziemi” to luźna ekranizacja książki Juliusza Verne’a o tym samym tytule. Niestety, dziury w scenariuszu i brak logiki znacząco wpłynęło na mój odbiór tego filmu. Bo gdy bohaterowie spadają kilka minut w przepaść, a potem lądują w wodzie to i tak nic im nie jest. Upadki z różnych, innych wysokości na ziemię czy piasek również są dla mnie prawie nieodczuwalne. Nie wspomnę już o niespodziankach znalezionych pod ziemią i tych, napotkanych podczas podróż do jej wnętrza. Nieprawdopodobne i bardzo absurdalne. Zapewne w 3D wyglądało to niesamowicie i zjawiskowo, nie mniej jednak mimo to, jestem pewien, że moja ogólna ocena filmu wciąż pozostawałaby taka sama – prosta, głupia bajka dla dzieci.

Nie spodobało mi się to po prostu, widocznie nie jest odpowiednim targetem dla takiego filmu. Przedstawiona mi opowieść była zbyt infantylna i nielogiczna. Typowy familijny film, który pewnie za kilka lat ujrzymy na którymś kanale – najpierw, jako hit w sobotnim paśmie wieczornym, po czym po kilku razach albo przepadnie w ogóle, ale wpadnie w niedziele pasmo popołudniowe do oglądania po obiedzie (drzemka i te sprawy). Nie polecam.
Zagłada świata. Temat rzeka. Ile już widzieliśmy filmów o tym, że nadchodzi koniec? I ileż to razy się z niego ratowaliśmy… Tymczasem nadszedł czas na film o końcu świata po końcu świata. Zagmatwane? Oto „Miasto cienia”.
Powietrze na Ziemi stało się tak zanieczyszczone, że dalsza ludzka egzystencja na nim groziła wyginięciem, to też naukowcy wymyślili taki trik, że wybudowali miasto pod kopułą planety, a całość zasilana jest ogromnym generatorem. Problem jednak w tym, że owi ludzie ustawili żywotność tej maszyny na dwieście lat – nie przewidzieli jednak, że ludzkość przetrwa ten czas. Praca urządzenia staje się coraz mniej efektowna, nikt nie podejrzewa, że owe 200 lat zaczyna mijać i w końcu zapadnie ciemność. Dwójka bohaterów postanawia znaleźć wyjście z miasta Ember i zobaczyć, czy na zewnątrz rzeczywiście jest tak źle, jak się mówi.
Pomysł na film jest ciekawy i można by z tego zrobić naprawdę udany obraz science-fiction. Niestety, zabrał się za to reżyser (Gil Kenan, twórca animacji „Straszny dom”), który stwierdził, że będzie to kino familijne. Tak, więc mamy wszystko, co dla owego gatunku jest typowe – młodych, zbuntowanych bohaterów, cel, podróż i szczęśliwy finał. Po drodze oczywiście przeszkody, które wydają się do niepokonania i dorośli, którzy są źli i okrutni (udana kreacja Billa Murray’a).
Oprócz wspomnianego Murray’a w obsadzie mamy jeszcze Saoirse Ronan, póki co znana z roli w „Pokucie” za którą otrzymała nominację do Oscara oraz Harrego Treadaway’a. Oboje sprawdzili się w swoich rolach, ja jednak jestem trochę zaniepokojony tym, że młoda i utalentowana Ronan poszła w stronę filmów familijnych, zamiast wybrać coś ciekawszego, w czym mogła by się wykazać i być może znów powalczyć o jakieś nagrody. Być może była rola w „Miasto cienia” była jednorazowa, a może nikt nie zaproponował nic ciekawszego? Nie wiem, nie mniej jednak mam nadzieję, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy (druga Dakota Fanning?).
Podsumowując, „Miasto cienia” to produkcja wpisująca się w gatunek filmów bliski „Kronikom Spiderwick” oraz „Mostu do Terabithii”, niestety, dużo słabsza od nich. Obejrzeć można, ale zachwytu nie ma. Młodszym na pewno się spodoba.
Zobacz również inne filmy dla całej rodziny:
„Małpy w kosmosie” to kolejna animacja, tym razem reklamowana, jako ‘film twórców „Shreka”’, co jest niesamowitą ściemą, bo ze „Shrekiem” ma to tyle wspólnego, co „Mroczny Rycerz” z „Mamma Mią!”. Ale przejdźmy do samej bajki.
Jej bohaterem jest cyrkowa małpa o imieniu Ham III. Jego przodek, Ham I był słynną małpą, która została wysłana w kosmos. Teraz taka sama okazja nadarzy się naszemu bohaterowi, wraz z innymi małpami – Tytanem i Luną odbędzie szkolenie, a następnie poleci w kosmos w celu znalezienia innych żywych istot. Człekokształtni trafią na planetę Malgor, a tam czeka ich wiele przygód i niespodzianek…
Wiele po tej bajce nie oczekiwałem, a i tak się zawiodłem. Jest to sztandarowy przykład tego, że polski dubbing raz może pomóc, a innym razem bardzo zaszkodzić. Jego polski reżyser, Dariusz Dunowski, postanowił wcisnąć w dialogi wszystkie powiedzonka i teksty, które w obecnych czasach dominują w polskich społeczności. I wszystko byłoby ok., gdyby nie fakt, że jest to bajka i prawdopodobnie większość widowni stanowią dzieci, a te na pewno nie będą wiedziały, czym są „wykształciuchy” i jak powstała „małpa w czerwonym”. Dunowski chciał zrobić sprytne połączenie bajki zarówno dorosłych jak i ich pociech. Niestety, wyszło to bardzo kulowo i nijako. Nie powiem, ze nie zaśmiałem się, choć raz, jednak więcej razy odczuwałem zażenowanie, nudę i fakt, że to, co usłyszałem, nie zostanie zrozumiane przez wszystkich.
Tak to już jest, że po premierze „Shreka” polscy dubbingowcy próbują znaleźć złoty środek między animacją dla widza dorosłego i małoletniego. Coraz udaje im się go znaleźć, ale coraz częściej zostaje przekroczona granica smaku i wyrachowania… Coraz częściej bajki zaczynają błądzić i w końcu nie trafiają do żadnego widza, bo jak mówię – przez dzieci nie zostaną zrozumiane, a dorośli będą zniesmaczeni i znudzeni. Ten los podzieliły „Małpy w kosmosie”, które dla mnie były ciężkostrawnym wywodem na temat tego, że sami w kosmosie nie jesteśmy. Najlepszy był mały kilowat i jego „łooooooooooooooooo”. I nic poza tym, nie warto oglądać.
3 lata po premierze „Lwa, czarownicy i starej szafy”, czyli części pierwszej cyklu Opowieści z Narnii, do kin trafiła kolejna ekranizacja książki C. S. Lewisa. Tym razem jest to „Książę Kaspian”, drugim tom z siedmioczęściowej sagi. I o ile pierwszy film był piękną, bajkową produkcją familijną, o tyle drugi jest podobny, jednak znacząco inny.
Minął rok od wydarzeń z poprzedniej części. Rodzeństwo Pevensie wciąż rozmyśla i rozmawia o bajkowej krainie. A tam minęło już tysiąc lat, Telmarowie władają nią w trochę despotyczny sposób. Kiedy królowi Mirazowi (Sergio Castellitto) rodzi się potomek, Książę Kaspian (Ben Barnes), który miał objąć tron musi uciekać, bo wie, że Miraz zrobi wszystko, aby rządzić Narnią, wydał również rozkaz zabicia wszystkich mitycznych stworzeń żyjących w lasach. Kaspian będąc w kłopotach poprzez róg Zuzanny wzywa całą czwórkę pradawnych rządzących. Tak wzmożone siły – Kaspian, Pevensiowie i pozostali Narnijczycy zbiorą się i wspólnie stawią czoło Mirazowi i jego armii. Do kompletu brakuje im tylko Aslana…
Część pierwsza podobała mi się bardzo, dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego filmu. Moje odczucia odnośnie „Księcia Kaspiana” są mieszane. Z jednej strony to, co obejrzałem było w jakimś stopniu zadawalające, jednak z drugiej strony to już nie to, spodziewałem się czegoś innego. „Czarownica, lew i stara szafa” był filmem bardzo magicznym, bajkowym i po prostu familijnym. Taką Narnię pokochałem. Kolejna część poszła trochę dalej, postanowiono zrobić film dla trochę starszych widzów, całą magię i bajkowość zastąpiono efektownością, scenami walk i akcją. A takich filmów jest jak na pęczki…
Chciałem właśnie obejrzeć film tak magiczny i uroczy jak część pierwsza, niestety, reżyser Andrew Adamson zrobił coś bardzo niedobrego. „Książę Kaspian” przypomina ocenzurowaną wersję „Władcy Pierścieni”. Walki są podobne, czasem nawet aż za bardzo – niestety Adamson zapomniał, że „Władca…” prócz niesamowitej strony wizualnej ma jeszcze genialny scenariusz. Tutaj jego film poległ, ponieważ tym razem historia, którą nam opowiedziano już nie była tak ciekawa i pasjonująca. Oglądało się znośnie, ale nie mogę powiedzieć, że jakoś wybitnie mnie wciągnęło, że było coś, co zapamiętam na zawsze.
Denerwowało mnie również aktorstwo – szczególnie młodych aktorów. Jednak chyba gwoździem do trumny był tytułowym Książę Kaspian. Przypominał mi jakieś słabe Emo, jakoś inaczej sobie wyobrażałem tego bohatera. Również krótkie nakreślenie pewnych uczyć między nim, a Zuzanną było kompletnie nietrafione.
Cały czas tak narzekam na ten film, ale to nie jest tak, że kompletnie mi się nie podobało. Ten film był znośny i jak wcześniej napisałem – w pewnym stopniu podobało mi się. Nie żebym żałował seansu, piękne krajobrazy oraz sama Narnia, którą przecież tak lubię trochę zrekompensowały mi słaby scenariusz. Jednak nie mogę powiedzieć już, że „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian” to film familijny, to bardziej kino akcji z motywem familijnym, niestety.
Drugi film o Człowieku Nietoperzu w reżyserii Christophera Nolana już kilka dni po premierze uznano kultowym. Oczekiwania były ogromne. Najpierw dostaliśmy emocjonujący i świetny „Batman – Początek”, po czym musieliśmy czekać trzy lata. Niesamowita kampania reklamowa, nieziemskie zapowiedzi, plakaty i zdjęcia, tragiczna śmierć Heatha Ledgera, aż w końcu premiera filmu, gigantyczne wyniki finansowe i fala pochlebnych recenzji.
Przestępczość w Gotham City niebezpiecznie wzrosła. Batman (Christian Bale), porucznik Jim Gordon (Gary Oldman) oraz prokurator okręgowy Harvey Dent (Aaron Eckhart) zawierają przymierze, które ma na celu przywrócenie normalności w mieście. Tymczasem Bruce Wayne (Christian Bale) bawi się życiem nie zważając na żadne konsekwencji. Jego wierny lokaj, Alfred (Michael Caine) martwi się o niego. Podwójne życie może zrujnować bohatera, a tym samym zaprzepaścić nadzieję na spokój i równowagę w Gotham. Jednak Wayne twierdzi, że czas Batmana się skończył i przeszedł czas na nową nadzieję, Harvey’a. W mieście nowe problemy – obok mafii pojawia się przebieraniec z wielkim uśmiechem na twarzy. Nazywa się Joker (Heath Ledger) i nie boi się ani Batmana, ani owej mafii. Całe życie traktuje jak zabawę.
Każdym dniem przybliżającym mnie do polskiej premiery i przeczytaniem każdej kolejnej recenzji moje oczekiwania rosły. Właściwie to były nieziemsko olbrzymie i idąc do kina bałem się, że spadnę z tych ‘wyżyn oczekiwań’ tak boleśnie, że obrażę się na amerykańską kinematografię. Nic bardziej mylnego. Siedziałem w kinie ponad dwie i pół godziny, ze wzorkiem wlepionym w ekran, nie wypowiadając ani słowa, nie konsumując nic, co ze sobą przyniosłem. Po seansie długo jeszcze nie mogłem do siebie dojść.
„Mroczny rycerz” to szósty film opowiadający o losach Batmana. Jak wiecie, dwa pierwsze były pozytywnie groteskowe i zachwycające, dwa kolejne to już tylko kolorowa bajka dla dzieci. I w końcu dochodzimy do filmów Nolana, które rzuciły nowe światło na obrazy o Batmanie a tym samym na produkcje o innych superbohaterach. Najnowsze dzieło reżysera, to nie tylko najlepszy filmy o Człowieku Nietoperzu, to także najlepszy film opowiadający o herosach, najlepsza ekranizacja komiksu, a także jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Sądzę tak ja, ale jest olbrzymia liczba ludzi, która zdecydowanie podziela moje zdanie. „Mroczny rycerz” to także największy komercyjny hit roku 2008, jednak myślę, że już niedługo zacznie zdobywać liczne statuetki w przeróżnych plebiscytach, aż dojdziemy do lutego, gdzie – mam nadzieję i głęboko w to wierzę – otrzyma kilka Oscarów, w tym za rolę Heatha Ledgera.
Fabuła filmu jest niesamowita (zapamiętajcie to słowo, pojawi się tutaj jeszcze nie raz). Poraża i przeraża swoim tak zwanym „umownym realizmem”.
Nie można mówić o pełnym realizmie w filmie fantastycznym, będącym ekranizacją komiksu i opowiadającym o superbohaterze – jednak mimo, to „Mroczny rycerz” to film najbardziej rzeczywisty z tych nierzeczywistych. Całość jest niesamowicie epicka, ciężka i trudna. I mimo tego wszystkiego, nie zabrakło kilku akcentów humorystycznych, które oczywiście wprowadza postać Jokera. Postać przerażająca i nieobliczalna, ale mimo to czasami zabawna, a już na pewno intrygująca. Ciekawie również pokazana została dwoistość przedstawionego świata. Wszystko i wszyscy mają tu swoją dobrą i złą stronę. Nawet Batman – Mroczny rycerz czy Harvey Dent, zwany Białym rycerzem, który zmieni się w wiadomo, kogo. Jedyna postać, która od samego początku charakteryzuje się jednym i tym samym usposobieniem, jest Joker. Zawsze brutalny, nieobliczalny, psychiczny. Nie ma w nim cienia dobroci.
Ogromne pochwały należą się wszystkim twórcom filmu, począwszy od aktorów kończąc na całej obsadzie technicznej, jednak najbardziej zasługują na nie bracia Nolan. Christopher i Jonathan stworzyli świetny scenariusz, na podstawie, którego ten pierwszy wyreżyserował to dzieło. Już wcześniej widać było, że jest to nietuzinkowa para – stworzyli takie filmy jak „Memento” czy „Prestiż”. W filmie spotkała się cała śmietanka aktorska Hollywood. Christian Bale, jako Batman/Bruce Wayne jest najlepszym z wszystkich aktorów, którzy wcielali się w Batmana (Michael Keaton, Val Kilmer, George Clooney), tutaj świetnie pokazał dwojakość swojej postaci oraz rozterki moralne, jakie nią targają. Aaron Eckhart zaskoczył mnie. Nie sądziłem, że jest tak dobrym aktorem, bałem się, że nie będzie pasował do tego filmu i popsuje rolę, którą mu powierzono. Nic bardziej mylnego. Był niesamowity, szczególnie pod koniec. Pozostali aktorzy, wcielający się w postacie drugo- i trzecioplanowe również zachwycają. Maggie Gyllenhaal, zawsze świetny Michael Caine czy Morgan Freeman – te nazwiska nie mogą zawieść. I nie zawiodły.
Celowo chwaląc twórców i aktorów nie wspominam o nim. Heath Ledger. Postać, jaką wykreował już na zawsze przejdzie do historii kina. I wcale nie, dlatego, że tragicznie zmarł, tylko, dlatego, że była tak genialna i cudowna. Heatha znałem z „Tajemnicy Brockeback Mountain” oraz „Nieustraszonych Braciach Grimm”, już tam widać było, że nie jest to zwykły aktor. To, co pokazał w „Mrocznym rycerzu” to czysta esencja talentu i kunsztu aktorskiego. Przed premierą wszyscy twierdzili, że Ledger nawet nie zbliży się do tego, co pokazał Jack Nicholson w „Batmanie” Burtona. Wychodząc z kina wszyscy jednogłośnie twierdzili – Heath Ledger pokonał mistrza. Też tak uważam, nie ujmując roli Nicholsona, to Joker Ledgera jest dużo bardziej psychodeliczny, potworny i absolutnie fenomenalny. To za tę rolę Ledger musi otrzymać pośmiertnego Oscara – nie ma innego wyjścia, Akademia po prostu musi docenić tę rolę, przecież to nie było ‘byle, co’ – z drugiej strony, trochę boję się, wszyscy wiemy, że z roku na roku decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej bywają, co najmniej śmieszne i nietrafione.
„Mroczny rycerz” zachwyca nie tylko fabułą i talentem aktorów. Niesamowita jest również cała oprawa techniczna obrazu. Po pierwsze, pochwalić muszę muzykę. Stworzona przez mistrzów, Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda jest porażająca, idealnie wpasowana w klimat filmu, ale również świetnie słucha się jej z soundtrack’a. Kolejnym elementem, który mnie zachwyca jest cała scenografia i zdjęcia - przedstawienie wszystkiego w mrocznych barwach.
Warto zauważyć, że większość scen wykonano bez użycia komputera i jego technik. Tu nawet wybuchający szpital rozwalono naprawdę, a nie za pomocą komputera. Nieziemski był również montaż. W końcu pościgi były widoczne i zapierające dech w piersiach – oszałamiająca prędkość nie powodowała zawrotów głowy, ponieważ reżyser nie bawił się kamerą, tak jak robiono to w wielu innych filmach. Koniec końców dochodzę do efektów specjalnych, a te, mimo, że w filmach akcji są ważne, nie były główną atrakcją. Sześć scen nakręcono przy użyciu technologii IMAX (większy ekran, lepsza jakość). To było niesamowite. I jeszcze jedno – ten film wcale nie był za długi. 152. minuty minęły bardzo szybko, i wcale bym się nie pogniewał, gdyby było ich więcej. Takie dzieła mógłbym, bowiem oglądać bez przerwy i nigdy nie miał dość. Zapamiętajcie, dobry film musi trochę trwać.
Gdy wyszedłem z kina nie byłem do końca pewny, jaką ocenę wystawię. Właściwie to ja nic nie wiedziałem, byłem w olbrzymim szoku. Dziś już wiem, że jedyna słuszna ocena dla dzieła Nolana to 10. O „Mrocznym rycerzu” usłyszymy jeszcze nie raz, na corocznych galach, na których wręczane są różne nagrody, w podsumowaniach rocznych oraz w przeróżnych rankingach na najlepsze filmu – roku i wszech czasów. Obraz ten na stałe zapisał się już historii kina, nie tylko swoim artyzmem. Pokazał studiom filmowym i producentom, że publiczność jest gotowa na filmy ciężkie, mroczne i pesymistyczne, że dość już mamy słodkości i banałów. Niech dowodem tego będą wyniki kasowe i mnóstwo rekordów, które ma na swoim koncie szósty film o Batmanie, takich jak np. najwięcej zarobionych dolarów w ciągu pierwszego dnia – 67,1 mln $, pierwszego weekendu - 158,4 mln $; najszybciej zarobione 100 mln (2 dni), 200 mln (5), 300 mln (10), 400 mln (18) i w końcu 500 mln (45) – jest to jednocześnie drugi film na wszech czasów, któremu udało się przekroczyć tę barierę. Od 11 lat, tytułem tym mógł się pochwalić jedynie „Titanic”, który ma na koncie 600,1 mln $. Co prawda „Mroczny rycerz” już go nie pokona, jednak jeszcze żadnemu filmowi nie udało się aż tak zbliżyć do opowieści o tonącym statku. Na rynku międzynarodowym Batman zbliża się do miliarda dolarów.
Po tak wielkim filmie Christopher Nolan ma nie lada problem, ponieważ trudno mu będzie zrobić trzecią część przygód Batmana. Oczekiwania prawdopodobnie będą jeszcze większe niż te, które wszyscy mieliśmy teraz. Nie dziwi mnie, więc, że reżyser najpierw wybrał się na wakacje, po czym wciąż nie ogłosił oficjalnie, że będzie kręcił kolejny film o Człowieku Nietoperzu. W pełni szanuję jego decyzję i mam nadzieję, że Warner Bros. również nie zrobi jakiejś głupoty i przypadkiem nie zatrudni nowego reżysera. To byłaby już porażka na całej linii, ale jak wiemy raz już tak było (Burton -> Schumacher) a historia lubi się powtarzać.
Podsumowując, film „Mroczny rycerz” jest niekwestionowanym arcydziełem, jednym z najważniejszych i najlepszych filmów, jakie widziałem i jakie powstały. Pisanie tej recenzji, a właściwie zbieranie się za napisanie jej, zajęło mi prawie dwa miesiące. Gdy w końcu się do tego zabrałem, samo pisanie trwało tydzień. Film ten polecam i polecać będę każdemu, będę go chwalić i wynosić pod niebiosa, a Wy, jeśli jeszcze go nie widzieliście, to musicie to nadrobić.
P.S.: Jest to również najdłuższa recenzja, jaką kiedykolwiek napisałem i opublikowałem na Filmlogu.
| Cykl recenzji filmów o Batmanie | |||||
![]() Batman (1989) |
![]() Powrót Batmana (1992) |
![]() Batman Forever (1995) |
![]() Batman i Robin (1997) |
![]() Batman - Początek (2005) |
![]() Mroczny rycerz (2008) |
Młody Bruce Wayne jest świadkiem morderstwa dokonanego na jego rodzicach. Sierotą opiekuje się lokaj i przyjaciel całej rodziny Wayne’ów, Alfred (Michael Caine). Bohater od samego początku myśli tylko o zemście. Wyrusza na wschód. Będąc tam poznaje Henri Ducarda (Liam Neeson) wysłannika Ra's al Ghula (Ken Watanabe). Ducard uczy Bruce'a sztuk walki. Bruce (Christian Bale) wraca do Gotham City w dniu swoich 30 urodzin. Początkowo nie jest do końca pewien, po co wrócił, jednak, gdy odnajdzie w swojej piwnicy pewien kostium stanie przed wyzwaniem. Jako Batman – Człowiek Nietoperz będzie bronił mieszkańców miasta. Na jego drodze stanie szef mafii z Gotham (Tom Wilkinson), międzynarodowy terrorysta Ra’s Al. Ghul oraz podstępny psychiatra dr Jonathan Crane (Cillian Murphy).
Reset serii o Batmanie w wykonaniu Christophera Nolana, reżysera takich dzieł jak „Memento” czy „Prestiż”. Jest to reset niesamowicie udany, ponieważ część ta jest najlepsza z wszystkich, jakie powstały do tej pory (nie mówimy tutaj jeszcze o „Mrocznym Rycerzu” z 2008), a dodatkowo mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji komiksów, jakie widziałem, oraz naprawdę świetny film. Wymieniać można same plusy.
Przede wszystkim Christian Bale, który jest najlepszym z Batmanów (a było ich przecież kilku), dodatkowo idealnie opowiedziana historia, która wciąga i nie nuży. Idealnie wpasowane efekty specjalne, które są tam, gdzie być powinny. Zdjęcia i mroczne Gotham oraz idealnie dopasowana muzyka!
Christopher Nolan tworząc od nowa historię Batmana skupił się bardziej na psychice bohatera. Pokazał nam jak Bruce Wayne stał się Batmanem, a nie, dlaczego. Dodatkowo postawił na realizm, a nie na efektowność – tym samym powstała produkcja niesamowicie prawdziwa i realna, a przecież opowiadająca o rzeczach, które miejsca mieć raczej nie mogą (chociaż nigdy nic nie wiadomo…). Nolan udowodnił, że nie chodzi o to, aby jak najwięcej wybuchało, aby było jak najwięcej pościgów, jak najszybszych i jak najbardziej efektowych. Reżyser pokazał nam psychikę bohatera, ale również wyjątkowo nakreślił inne postacie. Nolan pokazał Batmana, który nie jest niezwyciężony. Pokazał bohatera którego można zranić, pokazał jego słabości, ale i siłę. Batman potrafi się podnieść i wyciągnąć wnioski z przegranej.
Właśnie – kolejna rzecz godna pochwały – świetnie zarysowane i pokazane postacie drugoplanowe. I równie dobrze zagrane! Co prawda Katie Holmes grać nie umie, jednak jakoś jej wyszła ta rola. Ładna jest, ale niech lepiej skupi się na pilnowaniu męża. Obsady całej nie sposób wymienić, aczkolwiek mamy tu całą galerię wielkich i znanych aktorów, którzy po raz kolejny pokazali, na co ich stać.
Zatem skoro z mojej klawiatury ślę same pochwały pod adresem „Batman – Początek” to, dlaczego nie 10? Bo mimo wszystko czegoś mi brakowało. Były to niesamowite dwie godziny, jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem, ale wciąż brakowało jednego elementu, jednego kawałeczka… Kawałeczka, który wg moich oczekiwań znaleźć chcę w „Mrocznym Rycerzu”. Podsumowując, „Batman – początek” to film ‘must-watch’, obejrzeć trzeba i nie ma żadnego ale. Bardzo mocna dziewiątka, o jeden schodek od maksimum. Schodek, który mam nadzieję pokona „Mroczny Rycerz” (obym się nie zawiódł!).
PS: Recenzja pisana była przed obejrzeniem "Mrocznego Rycerza".
| Cykl recenzji filmów o Batmanie | |||||
![]() Batman (1989) |
![]() Powrót Batmana (1992) |
![]() Batman Forever (1995) |
![]() Batman i Robin (1997) |
![]() Batman - Początek (2005) |
![]() Mroczny rycerz (2008) |