Starcie Tytanów (2010)

Oryginalny tytuł: Clash of the Titans | Reżyseria: Louis Leterrier Mitologia dla starszych

Starcie Tytanów Dzisiaj wszystko trzeba zrobić lepiej, mocniej i w 3D. I tak ze starego „Zmierzchu Tytanów” (nie widziałem) zrobiono nowe „Starcie Tytanów”. Obowiązkowo w 3D i z plejadą gwiazd – tutaj, w roli głównej, wschodząca gwiazda, pan Avatar – Sam Worthington. Fabuła trochę podobna do „Percy’ego Jacksona…”.

Perseusz (Sam Worthington) został wychowany jak człowiek, chociaż jest pół-bogiem, synem Zeusa (Liam Neeson). Ludzie buntują się przeciwko Bogom. Mają dość ich humorów, przestają się do nich modlić, składać im ofiary, w końcu tez niszczą świątynie i pomniki. Zeus do końca chce wierzyć w ludzi, jednak Hades (Ralph Fiennes) przekonuje go, że trzeba coś zrobić. Ostatecznie szalę goryczy przechyla zniszczenie pomnika Zeusa. Bóg podziemi w złości zabija wszystkich, którzy to uczynili, a także niewinną rodzinę Perseusza. Później stawia śmiertelnikom ultimatum – albo córka królowej Kasjopei (Polly Walker), Andromeda (Alexa Davalos) zostanie złożona w ofierze Bogom, albo zostanie uwolniony Kraken, wielki, morski potwór, którego boją się nawet Bogowie.

Starcie Tytanów

Nie warto patrzeć na „Starcie Tytanów” jak na film o wielkich ambicjach, uczący mitologii lub cokolwiek. Nie patrzcie nawet na scenariusz, grę aktorską czy cokolwiek. Po prostu oglądajcie i podziwiajcie ciekawe historie Perseusza i jego kompanów. Ten film ma być rozrywką, którą świetnie ogląda się w większym gronie, przegryzając popcorn i popijając colą. Bo to nie jest wcale zły film o ile spojrzy się właśnie pod takim kątem, o jakim tu piszę. Może nie dostarcza on tyle rozrywki, co chociażby „Transformers” (póki, co będzie to dla mnie jakieś odniesienie pustego filmu rozrywkowego, który mimo wszystko ogląda się znakomicie), jednak wciąż ogląda się go bardzo dobrze.

I muszę to napisać – zbojkotowałem 3D. I chyba będę robił to coraz częściej, bo już mam tego dość. Specjalnie nie poszedłem do kina, bo nie było zwykłej wersji, poczekałem na… no sami wiecie. :P Szalę goryczy przechyliło „Toy Story 3” na które wydałem 22 zł (seans 3D) a równie dobrze mogłem wydać 18 zł (seans 2D), bo połowę bajki oglądałem bez okularów, zero, dosłownie Z E R O trójwymiaru. Ale dobra, na ten temat wyżalę się przy okazji (fenomenalnego) „Toy Story 3”.

Starcie Tytanów

Wracając do „Starcia Tytanów”, to jednak można było pokusić się o więcej mitologii (no ja ją po prostu lubię, serio), a nie skupić się na samej nawalance. A, i sposób unicestwienia Krakena był dla mnie taki jakiś… błahy. A i wiecie, co jeszcze? Będzie druga część, bo pierwsza zarobiła mnóstwo pieniędzy. Nie wiem, co w niej będzie to jedynka była taka skończona, że nie wiem, co oni chcą jeszcze dopisać. No chyba, że wezmą się za całą mitologię, to w ten sposób można i zrobić z 10 filmów. Tylko czy wszędzie był Perseusz? Nie wydaje mi się. Aaaaaalbo! Napiszą własną historię z bohaterami mitologicznymi – byłoby ciekawie gdyby scenariusz pisał ktoś inteligentny (np. Jonathan Nolan), ale niestety to nie ta półka… Podsumowując – obejrzeć warto jeśli naprawdę macie ochotę na prosty i wciągający film rozrywkowy.

Moja ocena: 7/10

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna (2010)

Oryginalny tytuł: Percy Jackson & The Olympians - The Lightning Thief | Reżyseria: Chris Columbus Mitologia dla nastolatków

Percy Jackson Mitologia grecka (I w ogóle jakakolwiek) to tak rozległy temat, że śmiało można by raz do roku robić jeden film opowiadający którąś z historii. Co ciekawe, w 2010 powstały dwa filmy wykorzystujące mity – jeden z nich to „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna”. Mitologia w wersji soft od twórcy pierwszych dwóch części „Harrego Pottera” – Chrisa Columbusa.

Bohaterem filmu jest Percy Jackson (Logan Lerman) który zupełnie przypadkiem odkrywa, że jest pół-bogiem, synem Posejdona (Kevin McKidd), władcy mórz. Zeus (Sean Bean) oskarża go o kradzież swojej największej broni pioruna piorunów. Percy najpierw przejdzie trening dla pół-bogów, aby potem móc obronić się przez złymi mocami i udowodnić, że to nie on ukradł broń Zeusa.

Filmy Chrisa Columbusa zawsze miały swój urok. Były proste, nie zbyt wymagające, ale jednocześnie ciekawe i miło spędzało się przy nich czas. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak „Kevin sam w domu” (a później „…w Nowym Jorku”) czy „Pani Doubtfire”. „Percy Jackson” dołącza do tej listy, co prawda nie stanie się tak kultowy jak chociażby „Kevin…” nie mniej jednak jest to bardzo ciekawa bajka dla całej rodziny. Reżyser sprawnie wykorzystuje wszystko to, co dało mu sławę i dzięki czemu jego poprzednie dzieła były i są nadal tak bardzo lubiane – biedny chłopiec, odkrycie mocy, zbawienie świata… granica między inteligentnym żonglowaniem powtarzalnością, a rzemieślniczą robotą jest bliska przekroczeniu… Jednym nadal to będzie się podobało, innych może już znużyć. Osobiście miałem ochotę właśnie na taki film – lekki i zabawny, więc jestem zadowolony.

Film warto także obejrzeć dla ról drugoplanowych, to one skradły całe show. Cudowna była Uma Thurman w roli Meduzy, zaraz za nią mamy Rosario Dawson, jako Persefona, żona Hadesa, która spędza ¾ roku w podziemiach (znacie mitologię?). Niestety, zarówno Zeus jak i Posejdon (odpowiednio Sean Bean i Kevin McKidd) byli maksymalnie drętwi, a przecież można było, chociaż odrobinę zaszaleć…

…ok., rozmarzyłem się. Marzy mi się jakaś szalona wariacja na tematy mitologiczne, która czerpie z niej pełnymi garściami, a jednocześnie tak inteligentnie przekręca fakty, że byłoby śmiechu, co nie miara. I nie, nie mówię o tym, aby wzięli się za to panowie od „Komedii Romantycznej” czy „Totalnego kataklizmu”. Pobożne życzenia, bo znając życie to nikt nigdy nie wpadnie na zabawę z mitologią. W dobie sequeli i remake’ów…

Wróćmy do „Percy’ego Jacksona…”. Jest to ekranizacja pierwszego tomu sagi, która obecnie w Stanach posiada już pięć tomów, a w Polsce wydano dopiero trzy („Złodziej pioruna”, „Morze potworów” i „Klątwa Tytana” – na wydanie czekają „The Battle of The Labirynth” i „The Last Olympian”). Niestety, za oceanem nie wszystko poszło tak jak należy i przy budżecie 95 milionów, historia Percy’ego zarobiła ‘tylko’ 88,7 mln dolarów. Lepiej poszło na całym świecie (137,2 mln $), nie mniej jednak Amerykanie, gdy podejmują decyzję o kręcenie kolejnych części patrzą głównie na zyski w kraju. Tak, więc nie wiadomo, czy Percy’ego zobaczymy jeszcze w kinach – jako iż saga Harrego Pottera powoli zmierza ku końcowi, Percy Jackson byłby ciekawym zamiennikiem… Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7-/10

Alicja w Krainie Czarów (2010)

Oryginalny tytuł: Alice in Wonderland | Reżyseria: Tim Burton Burton w krainie Disneya

Alice in Wonderland / Alicja w Krainie Czarów Jakiś dawny czas temu, jak jeszcze nie było wiadomo, że Tim Burton nakręci „Alicję w Krainie Czarów” to naprawdę sobie pomyślałem, że gdyby on się za to wziął, to powstałoby arcydzieło. Rozmyślałem, że mógłby nakręcić właśnie „Alicję…” albo „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Z jego wyobraźnią… no i Burton zabrał się za „Alicję w krainie czarów” oraz „Alicję po drugiej stronie lustra”. Dla Disneya. Arcydzieło nie powstało.

Fabuła filmu to taka hybryda obydwu książek o Alicji. Jest już ona (Mia Wasikowska) dorosła, a rodzice wybrali jej mężczyznę, z którym ma się pobrać. Niestety nie widzi się jej to, podczas szaleńczej ucieczki, będącej jednocześnie pogonią za Białym Królikiem, Alicja wpada do króliczej nory. Przenosi się do krainy, w której kilkanaście lat temu już była. Wtedy to też, źle przeczytała jej nazwę. Krainą rządzi zła Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Nie będzie bajecznie.

Zacznę od najlepszego elementu filmu Burtona – od aktorów. Większość spisała się doskonale, a niektórzy prawdopodobnie zagrali swoje najlepsze role w karierze. Absolutnie rozbrajająca i nieziemsko genialna była Helena Bonham Carter w roli Królowej Kier. Nie ma słów by opisać geniusz roli, który wyczarowała nam Carter. Już dla niej samej warto by to obejrzeć, ale to nie koniec. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że i Johnny Depp spisze się doskonale? Każda jego rola to perełka i nie było inaczej tym razem. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jest to pierwszy film, w której Bonham Carter była lepsza od Deppa. Nawet znacznie lepsza.

Red Queen

Osobna bajka jest z Białą Królową – tutaj Anne Hathaway. Jej oderwanie od rzeczywistości oraz zachowanie podobne do tego po zażyciu jakichś narkotyków było świetne. Pochwały tu należą się oczywiście dla Hathaway, była zagrała to naprawdę dobrze. Zaraz za tą trójką są pozostałe role drugoplanowe, każda z nich miała coś w sobie, każda z nich… ahhh! Kot z Cheshire, Biały Królik, Marcowy Zając, Gąsienica Absolem… wymieniać by długo. Do plusów należy dopisać jeszcze znakomitą (jak zawsze) muzykę Danny’ego Elfmana. Majstersztyk!

Przy całych tych zachwytach celowo nie wspominam o Mii Wasikowskiej, która odegrała najważniejszą rolę, czyli Alicję. Nie podobała mi się. Miałem wrażenie, że cały czas grała jedną miną, niezależnie czy miała się akurat cieszyć, bać czy uciekać. Poker Face i już. Tu jednak zdania są podzielone, są ludzie, których rola Wasikowskiej zachwyciła. Mnie nie.

Marcowy zając

Ale to wszystko nic, ponieważ – z bólem to muszę napisać – ale „Alicja w krainie czarów” to film słaby. Może nawet najsłabszy w jakże kolorowej filmografii Tima Burtona. Ogląda to się dobrze, ale Burton to reżyser, od którego oczekuje się znacznie, znacznie więcej. Owszem, gdyby taki film nakręcił ktoś inny, to można by powiedzieć, że wow, udało się komuś, ale… ale Burton zrobiłby to lepiej. Wszyscy tak myśleli, wszyscy się zawiedli. Ja się zawiodłem, bo brakowało mi tutaj tej „magii” Burtona, tych szalonych, odważnych pomysłów. Za mało Burtona w Burtonie, za dużo Disneya. Tak, zdecydowanie całą winę za spieprzenie*Alicji…” ponosi Disney, który zapewne chciał zarobić jak najwięcej, przez co te bardziej szalone pomysły Burtona być może były łagodzone lub usuwane. A może sam Burton chciał zrobić lżejszy film? Cóż, udało mu się już raz zrobić coś genialnego a jednocześnie lekkiego i dla wszystkich („Charlie i Fabryka Czekolady”), myślę, że i tego tym razem oczekiwaliśmy.

Niestety, panie Burton, wytwórnio Disney – spieprzyliście*. Powstał film znośny – ogólnie, oraz film słaby – jak na Burtona. Warto obejrzeć jedynie dla genialnych kreacji Heleny Bonham Carter i Johnny’ego Deppa, oraz świetnej Anne Hathaway.

Moja ocena: 6-/10

* - pierwszy raz używam takich słów w recenzji, ale niestety, inaczej nie da się tego określić. „Zepsuć” nie oddaje tego.

Filmlog 2.0, oto on. Jak wrażenia? :D

Księga ocalenia (2010)

Oryginalny tytuł: The Book of Eli | Reżyseria: Albert Hughes, Allen Hughes Księga pamięci

The Book of Eli Postapokaliptyczny świat, ludzie jak zwierzęta, zniszczona natura, zdemolowane domy i całe miasta… czyli co by było, gdyby… lubię takie filmy. Oto „księga ocalonych”, gdzie cała akcja kręci się wokół jednej książki.

Bohaterem jest Eli (Denzel Washington) który (na początku nie wiadomo dlaczego) ale idzie na zachód. Podróżuje przez wyżej przeze mnie opisany świat – zniszczony, brudny, zdegradowany. I oczywiście na początku nie wiemy nic, lecz z czasem wyjaśnia się, co nie co – aczkolwiek nadal są to informacje szczątkowe. Eli niesie książkę, która jest bardzo ważna dla ludzkości. Niestety, trafia na prowizoryczne miasto, gdzie jego boss (Gary Oldman) stwierdził, że chce tę książkę.

Zdjęcia powalają. Wszystko jest naprawdę mocno zniszczone i za każdym razem robi wielkie wrażenie. Szczególnie nad niebem musieli dużo napracować się w komputerze, bo jest bardzo realistyczny, przerażające i żywe. Przez większość filmu Eli podróżuje przez pustynię, ale gdy już trafia do miasta… Cóż, mogło być odrobinę lepiej, bo czasami praca komputera za bardzo rzuca się w oczy.

Przyczepiłbym się do fabuły – jest bardzo naiwna i rozdmuchana. Szczególnie, gdy już dowiadujemy się, o jaką książkę chodzi. Eli jest niezniszczalny, dużo pić nie musi, o jedzeniu nie wspominając. Już nie powiem nic na temat, że całe Stany przemierza na piechotę, a bandę uzbrojonych złoczyńców pokona jednym paluszkiem. Być może to taka konwencja, a pomaga mu książka, ale ja tego nie łykam. Śmieszyło mnie to, film mnie nie wciągnął. Nie oczekiwałem niczego, zachęciły mnie zdjęcia i zapowiedź, która była bardzo klimatyczny. Ale nic bardziej mylącego, klimatu nie było, a zamiast tego momentami była nuda.

Denzel Washington zagrał bardzo fajnie, może dzięki niemu te patetyczne i nadmuchane teksty nie były aż tak śmieszne, nie mniej jednak to nie dla niego film… Miło też patrzyło się na Milę Kunis. W sumie stracone prawie dwie godziny, nie polecam – mogło być lepiej.

Moja ocena: 4-/10

Planeta 51 (2009)

Oryginalny tytuł: Planet 51 | Reżyseria: Jorge Blanco „No patrzcie, patrzcie – oni też mają antenki!”

Planeta 51 Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.

Bardzo ciekawe podejście do najazdu obcych, gdzie to ludzie są tymi złymi. W ogóle bajka ta zawiera mnóstwo przeróżnych odniesień do znanych obrazów – jak chociażby piesek głównego bohatera, który przypomina Obcego z filmu „Obcy - ósmy pasażer "Nostromo"”. Oglądanie i wyłapywanie tych smaczków jest bardzo ciekawym zajęciem, bo sama historia jest prosta, ale bardzo miła i znośna. Po prostu kolejna, odprężająca bajka dla całej rodziny. Podobała mi się dużo bardziej niż przereklamowane „Potwory kontra Obcy”, które również chciały pomiędzy wierszami nawiązać do znanych filmów, jednak tutaj wyszło to fajniej i bardziej subtelnie. Warto też zaznaczyć, że scenariusz napisał ten sam człowiek,Piesek który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.

Podsumowując tę krótką recenzję, szukając ciekawej bajki dla dzieci (czy dla siebie), warto sięgnąć po „Planetę 51” niż chociażby po wspomniane „Potwory kontra Obcy”.

Moja ocena: 6/10

Załoga G (2009)

Oryginalny tytuł: G-Force | Reżyseria: Hoyt Yeatman Dlaczego świnki morskie nazywają się morskie?

Załoga G / G-Force Ileż to już mieliśmy uosabiania zwierząt… Praktycznie prawie każde już rozmawiało, ratowało świat lub próbowało nas rozbawić (niektórym się udało, przeważnie tym od Pixara). Teraz przyszedł czas na świnki morskie. Będą ratować świat.

Oto owe świnki – Darwin, Blaster i Juarez – oraz dodatkowo kret Speckles i mucha Mooch pracują w agencji szpiegowskiej, a szkolone są przez Bena (Zach Galifianakis). Jedna z misji polegała na wykradnięciu tajnych informacji z komputera twórcy sprzętów gospodarstwa domowego (Bill Nighy), jednak niestety nie powiodła się. W związku z tym grupa szpiegowskich zwierzątek zostaje rozwiązana, a świnki trafiają do sklepu zoologicznego. Tam Darwin spotyka swojego brata o istnieniu, którego nie miał pojęcia. Wkrótce jednak świnki będą musiały uciec ze sklepu i uratować świat przez zmutowanymi sprzętami AGD i RTV.

Ot, kolejny durny film w trzecim wymiarze. Ani trochę mi się nie podobało. No może prócz przesympatycznych i maksymalnie głupich (przez co tak śmiesznych…) myszek. Bohaterowie byli nijacy, humor wymuszony… Właściwie to jest to zdecydowanie film dla najmłodszych, a starsi nie znajdą tutaj nic, co mogłoby ich zachwycić lub rozbawić. Teraz to już tego filmu nie grają w kinach, dlatego dobrym pomysłem jest zakup DVD, włączenie owej bajeczki dzieciom i mamy ich z głowy na jakiś czas. Myślę, że nie będą się nudzić, ponieważ świnki są takie słodki i w ogóle, że z uśmiechem na twarzy wchłoną wszystko, co im reżyser serwował.

Starsi jednak niech zdecydowanie sobie ten film odpuszczą. Lepiej sięgnąć ponownie po któryś z obrazów Pixara, bądź cierpliwie poczekać na nowy. W lipcu 2010 „Toy Story 3”.

Moja ocena: 2-/10 (za myszy)

Gdzie mieszkają dzikie stwory (2009)

Oryginalny tytuł: Where the Wild Things Are | Reżyseria: Spike Jonze Gdzie mieszkają marzenia

Gdzie mieszkają dzikie stwory Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.

Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?

Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.

Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.

Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7+/10

Dragonball - Ewolucja (2009)

Oryginalny tytuł: Dragonball Evolution | Reżyseria: James Wong Profanacja mojego dzieciństwa

Dragonball - EwolucjaDragonball” to obok Pokemonów i Rycerzy Zodiaku jedna z bajek z mojego dzieciństwa. Siedziałem, oglądałem, chłonąłem. Jak na małego dzieciaka to byłem pod wrażeniem. Teraz w sumie, gdybym miał okazję obejrzeć owe kilkaset odcinków to prawdopodobnie nadal by mi się podobało. Gdy jakiś rok czy dwa temu wyszła pierwsza informacja, że planowana jest filmowa wersja serialu podszedłem do tego z rezerwą. Jednak, gdy po jakimś czasie podano nazwiska twórców – zamarłem.

Filmowa fabuła łączy w sobie kilka wątków z każdego sezonu serialu – mamy tutaj Songo (Justin Chatwin), który wraz z Bulmą (Emmy Rossum) szukają siedmiu smoczych kul. Co w serialu zajęło kilkadziesiąt odcinków, w filmie daje nam kilka minut. Głównym przeciwnikiem bohaterów jest Lord Piccolo (James Marsters), który wraz z niejaką Mai (Eriko Tamura) również poszukuje kul. Wkrótce dojdzie do nieuniknionej konfrontacji.

OK. – żeby wszystko było jasne, będę nazywał rzeczy po imieniu – po obejrzeniu tej szmiry cisnęło mi się na usta tysiące niecenzuralnych słów, których tu jednak nie przytoczę. Na samym początku jednak napiszę, że ten film powinien mieć tytuł „Dragonball – Desecration” (Dragonball - Profanacja); niestety, to nie mi dane było nadać tytuł… Ewolucja… Ekhm.

Dragonball

Reżyserem filmu jest James Wong, twórca „Oszukać przeznaczenie” oraz „Oszukać przeznaczenie 3”, scenarzysta jest jeszcze bardziej no-name. O aktorach nie wspomnę, bo i debiutanci czasem potrafią dobrze zagrać, potrzeba tylko kogoś, kto im wskaże dobrą drogę – czego powiedzieć na pewno nie można o reżyserze tego filmu.

Zawiodło wszystko, co zawieść mogło. Scenariusz, który powinien być ukierunkowany na jedną z serii (dzięki czemu w razie sukcesu można by ekranizować kolejne części) czerpie z każdej po trochu. Spektakularne walki, które oglądaliśmy przez kilka odcinków w serialu tutaj trwają ułamki sekund. Nie ma krwi, choćby nie wiem jak kogoś mocny by bili. Efekty specjalne aż gryzą w oczy swoją sztucznością. Z każdą kolejną minutą tego filmu narastało moje zażenowanie i zdenerwowanie.

Dragonball

Bo to nie jest tak, że saga „Dragonball” nie jest do zekranizowania. Na pewno jest – gdy wziął się za to taki Steven Spielberg, Peter Jackson czy James Cameron – do tego trzeba kogoś z doświadczeniem, kogoś kto by miał pomysł, wizję, możliwości, talent i potencjał. Wszystko to, czego zabrakło twórcom tego filmu.

Z przerażeniem spoglądam na stronę Filmweba, gdzie w powiązanych widnieje film „Dragonball 2: Reborn” z datą 2011. Czy takie coś powstanie? W chwili obecnej ciężko powiedzieć, wyniki finansowe „Dragonball – Ewolucja” były fatalne i tak naprawdę nie wiadomo, co dalej. Z niektórych źródeł dobiegają informacje (link), że Fox (producent) może chcieć zresetować serię i nadać jej prawidłowy bieg. Cóż, zaangażujecie kogoś odpowiedniego to i prawdopodobnie film się uda. Jednak obraz Wonga, to kicz w czystej esencji, profanacja legendy i zbezczeszczenie bajki mojego dzieciństwa. Nie polecam, odradzam, przestrzegam.

Moja ocena: 1/10

Atramentowe serce (2008)

Inkheart / Atramentowe serceBrendan Fraser ma za sobą bardzo pracowity rok. Wystąpił aż w trzech dużych filmach – „Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka”, „Podróż do wnętrza Ziemi” i film, o którym napiszę za chwilę – „Atramentowe serce”. I wydawałoby się, że skoro aktor jest tak rozchwytywany, oznacza to, że musi być w nim coś dobrego (Talent? Sława? Nazwisko?). Nic bardziej mylącego, pan Brendan, ani utalentowany nie jest, ani sławny, a tym bardziej nie ma (póki, co) jakoś bardziej rozpoznawalnego nazwiska.

W „Atramentowym sercu”, Brendan Fraser wciela się w Mortimera Folcharta, człowieka obdarzonego niezwykłym darem – gdy czyta na głos jakąkolwiek książkę, bohaterowie w niej występujący przenikają do prawdziwego świata. I nie tylko bohaterowie, ale także rzeczy i wydarzenia. Jednak nic nie jest tak proste, podczas gdy ktoś z książki przechodzi do świata rzeczywistego, w tym samym czasie, ktoś ze świata rzeczywistego zostaje przeniesiony w fikcję. To właśnie stało się kilka lat temu z żoną Mortimera, Teresa (Sienna Gulliory). Teraz pojawia się Smolipaluch (Paul Bettany), który niegdyś został wyczytany przez Mortimera, a teraz chce wrócić do swojego świata. Ostrzega on naszego bohatera przez Capricornem (Andy Serkis), złym charakterem, który również przypadkiem uciekł z książki.

Atramentowe serce” to kolejne kino familijne z Fraserem w roli głównej. I w przeciwieństwie do „Podróży do wnętrza Ziemi” – podobało mi się. Tym razem mamy do czynienia z przystępną bajką, świetnie zrealizowaną i dobrze poprowadzoną. Akcja wciąga i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Przedstawione nam wydarzenia są jak najbardziej fantastyczne, jednak na tyle realne, że jesteśmy w stanie w nie uwierzyć – co trudnością było we wcześniej wspomniany filmie, do którego pewnie jeszcze kilka razy nawiążę. Film ten stworzył Iain Softley, reżyser, który co prawda zbyt dużo filmów nie zrobił, jednak cenię go za bardzo dobry thriller „Klucz do koszmaru”, który w moim osobistym rankingu jest jednym z najlepszych filmów grozy, jakie dane było mi widzieć. Dodatkowo Softley ma na swoim koncie interesującego „K-PAX’a” z Kevinem Spacey’em i Jeffem Bridgesem w rolach głównych.

Helen Mirren / Brendan Fraser

Fraser gra jak zwykle – ni to dobrze, ni to źle; wystarczająco dobrze, żeby mu uwierzyć. Jest jednak inna gwiazda, która całkowicie pochłonęła cały zainteresowanie widza, gdy tylko pojawiła się na ekranie – Helen Mirren. Laureatka Oscara za rolę w „Królowej” stworzyła niesamowicie zabawną i ciekawą postać. Przypominała mi ona trochę podobną kreację ze „Skarbu Narodu 2”, jednak każda z tych ról miała w sobie coś, co czyniło, że były tak świetne. Chyba nie trzeba ukrywać, że Mirren to aktorka bardzo dobra i utalentowana. Sceny z nią (niestety, nie za wiele) to prawdziwe perełki.

Film Softleya jest ekranizacją książki Cornelii Funke o tym samym tytule, będącej pierwszej częścią „atramentowej trylogii”, w której skład wchodzą jeszcze „Atramentowa krew” (Inkspell) oraz „Atramentowa śmierć” (Inkdeath). Czy zobaczymy jeszcze bohaterów Atramentowego świata w kinach? Póki, co – cisza. Jednak patrząc na wyniki kasowe filmu – budżet: 60 milionów dolarów; zarobek w USA: 17,1 mln $; na całym świecie: 54,0 mln $ - można spekulować, że jednak nie. Film nawet na całym świecie zarobił ‘na siebie’, nie mówiąc już o zyskach. Również wśród krytyków został całkowicie niezauważony i przemknął jakby go w ogóle nie było. A już w ogóle absolutną tajemnicą wydaje się być data polskiej premiery – początkowo mówiło się o 3 kwietnia 2009, jednak w chwili obecnej data premiery znikła prawie z każdego, polskiego serwisu filmowego. Czyżby dystrybutorzy przestraszyli się słabych wyników w USA?

Inkheart / Atramentowe serce

Szkoda, bo ja z miłą chęcią bym zobaczył jeszcze dwa filmy z tej serii, bardzo miłe kino, taki odmóżdzacz dla wszystkich. Opowieść prorodzinna itp. Jak w końcu uda się „Atramentowemu sercu” trafić do polskich kin, to możecie się wybrać – oczywiście, jeśli nie będzie nic innego, bardziej interesującego. Ja seansu nie żałuję.

Moja ocena: 6+/10

Podróż do wnętrza Ziemi (2008)

Podróż do wnętrza Ziemi / Journey to the center of the EarthKino 3D przeżywa prawdziwy rozkwit. W 2009 takich filmów będzie jeszcze więcej (dwa już nawet były – „Krwawe Walentynki 3D” i „Koralina i tajemnicze drzwi”). Ale jak wypada któryś z filmów w tej technice, gdy obejrzymy go w domowym zaciszu, bez tej całej otoczki, na komputerze czy odtwarzaczu DVD? Niemrawo.

Trevor Anderson (Brendan Fraser) przez kilka dni musi zająć się swoim bratankiem, Seanem (Josh Hutcherson). Bohater trudzi się obserwowaniem kuli ziemskiej i poszukiwaniem dziur w skorupie Ziemi, które mogą być przejściem do jej wnętrza – a co jest w środku nie wie nikt. Pech trafia, że właśnie podczas pobytu Seana zostaje odnaleziona nowa dziura gdzieś na Islandii, a bohater bez żadnego zastanowienia rusza w owe miejsce zabierając ze sobą bratanka.

Podróż do wnętrza Ziemi” to luźna ekranizacja książki Juliusza Verne’a o tym samym tytule. Niestety, dziury w scenariuszu i brak logiki znacząco wpłynęło na mój odbiór tego filmu. Bo gdy bohaterowie spadają kilka minut w przepaść, a potem lądują w wodzie to i tak nic im nie jest. Upadki z różnych, innych wysokości na ziemię czy piasek również są dla mnie prawie nieodczuwalne. Nie wspomnę już o niespodziankach znalezionych pod ziemią i tych, napotkanych podczas podróż do jej wnętrza. Nieprawdopodobne i bardzo absurdalne. Zapewne w 3D wyglądało to niesamowicie i zjawiskowo, nie mniej jednak mimo to, jestem pewien, że moja ogólna ocena filmu wciąż pozostawałaby taka sama – prosta, głupia bajka dla dzieci.

Podróż do wnętrza Ziemi / Journey to the center of the Earth

Nie spodobało mi się to po prostu, widocznie nie jest odpowiednim targetem dla takiego filmu. Przedstawiona mi opowieść była zbyt infantylna i nielogiczna. Typowy familijny film, który pewnie za kilka lat ujrzymy na którymś kanale – najpierw, jako hit w sobotnim paśmie wieczornym, po czym po kilku razach albo przepadnie w ogóle, ale wpadnie w niedziele pasmo popołudniowe do oglądania po obiedzie (drzemka i te sprawy). Nie polecam.

Moja ocena: 3-/10