Nigdy nie mów nigdy (2009)

Reżyseria: Wojciech Pacyna

Nigdy nie mów nigdyGdy Ania Dąbrowska zgadza się na napisanie i zaśpiewanie piosenki do filmu to są dwie możliwości: albo jest on bardzo dobry, albo zapłacono jej dużo pieniędzy. Postanowiłem się przekonać jak jest z filmem „Nigdy nie mówi nigdy”, do którego powstała piosenka o tym samym tytule sygnowana przez artystkę.

Bohaterką filmu jest Ama - co to za imię w ogóle jest?! - (Anna Dereszowska) – zajmuje się ona wyszukiwaniem odpowiednich ludzi na najwyższe stanowiska. Tzw. Łowieniem głów. Jest w tym perfekcyjna i dokładna. Drugą sprawą jest fakt, że Ama chce mieć dziecko poprzez zapłodnienie In vitro, ale nie do końca jej to wychodzi. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych poznaje Marka (Jan Wieczorkowski), z którym idzie do łóżka.

Przede wszystkim Dereszowska nie poradziła sobie ze swoją rolą. Niby miała być zła, ale jakoś tak nie do końca się jej udało. Cała ta bajeczka była strasznie nijaka i wątła. Znów wszyscy byli bogaci, utalentowani, piękni i och-ach. Zupełnie nierealne jak na polskie warunki. Na szczęście plakaty promocyjne nie zawierały sloganów „Najlepsze coś roku”. Tym razem mieliśmy pytanie „Czego naprawdę chcą kobiety?”. W filmie tym nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie.

nnn

Średnio mi się podobało, jest to bardziej film obyczajowy niż komedia (jakakolwiek, ni to romantyczne, ni śmieszne). Jedynym plusem, jest wspomniana przeze mnie na samym początku piosenka przewodnia Ani Dąbrowskiej. Ale tę można posłuchać, zamiast oglądać cały film. I tak też zróbcie.

Moja ocena: 2/10

Oszukana (2008)

Changeling / OszukanaOszukana” od samego początku wzbudziła moje zainteresowanie. Oczywiście głównie przez Angelinę Jolie, jednak sam temat, fakt, że jest to historia oparta na autentycznych wydarzeniach oraz Clint Eastwood na stanowisku reżysera były kolejnymi plusami, które zachęcały do obejrzenia. I nie zawiodłem się, ani trochę.

Bohaterką filmu jest Christine Collins (Angelina Jolie), której zaginęło dziecko. Syna Waltera (Gattlin Griffith) zostawiła samego w domu, gdyż pilnie musiała pojawić się w pracy. Po powrocie, ukochanego dziecka już nie zobaczyła. Policja zobowiązuje się odnaleźć chłopca i rzeczywiście – po pięciu miesiąca hucznie zostaje ogłoszone, że Walter Collins został odnaleziony. Niestety, Christine twierdzi, że to nie jej syna odnaleziono. Kobieta stara się nagłośnić błąd policji oraz odnaleźć syna – tym samym wypowiada wojnę korupcji i zakłamaniu ówczesnej władzy.

Eastwood stworzył film długi, emocjonujący i wciągający. Podobnie jak w „Australii” Luhrmanna mamy tu kilka momentów, które śmiało mogłyby pretendować do bycia właściwym zakończeniem. W ogóle (po raz kolejny) nie przeszkadzał mi ten zabieg. Dobry film powinien trwać długo, a jednocześnie owa długość – poprzez ciekawą i dobrą fabułę - nie powinna przeszkadzać. I rzeczywiście tak było, a po właściwym zakończeniu czułem się w pełni usatysfakcjonowany, ale jednocześnie lekko smutny i przygnębiony.

Changeling / Oszukana

Oszukana” to film dołujący, który może wywoływać krótkotrwałe stany depresyjne tj. może powodować, że momentami zachce nam się po prostu rozpłakać. Nie będę ukrywał, że niejednokrotnie uroniłem łzę. Ból matki po stracie syna jest wyczuwalny oraz wpływa na nas w znacznym stopniu. Krzyk, lament i łzy Angeliny Jolie naprawdę poruszają, wydają się autentyczne i prawdziwe. Równie szalenie ważna i szokująca jest historia opowiedziana przez małego chłopca mniej więcej w połowie filmu. Nie zdradzę, o czym mowa, gdyż owy moment w filmie ma znaczący wpływ na dalsze sceny oraz zakończenie. To właśnie wtedy „Oszukana” staje się nie tylko filmem o matce, która szuka syna, ale wielowymiarową i wielowątkową historią, której odbiór wcale nie będzie tak łatwy i prosty.

Angelina Jolie jednocześnie zaszkodziła i pomogła temu filmowi. Z jednej strony aktorka, która nie schodzi z okładek tabloidów i ust całego świata mogła wydać się nierealna i mało autentyczna w tej roli. Widzowie mogliby mieć trudność w zapomnieniu o tym wszystkim, czego naczytali się w gazetach i uwierzeniu w wiarygodność Jolie. Z drugiej strony swoją popularnością na pewno przyciągnęła trochę widzów do kin. Ja nie miałem żadnego problemu w zapomnieniu o całym świecie i zatraceniu się w ukazanym mi filmowym świecie. Dla mnie Angelina była prawdziwa i autentyczna – szczególnie zważywszy na fakt, że sama jest matką – ma szóstkę dzieci (troje swoich, trochę adaptowanych). Cały czas też mam w pamięci jej genialną rolę w „Przerwanej lekcji muzyki”, za którą dostała Oscara. Tym razem była tylko nominowana, w pełni zasłużenie. Już rok temu niesprawiedliwie pominięto ją przy rozdawaniu nominacji – rola w „Cenie odwagi” to kolejny, jasny punkt w jej karierze. Wierzę, że teraz będzie brała jak najwięcej podobnych roli i w końcu odbierze drugiego Oscara w swojej karierze. W chwili obecnej aktorka przygotowuje się do zdjęć w filmie „Salt”, gdzie u jej boku zagra polak, Daniel Olbrychski. Jolie wcieli się w agentkę CIA.

Changeling / Oszukana

Wracając do „Oszukanej” – widzę same plusy. Porywający scenariusz, świetna reżyseria, realistyczne kostiumy, scenografia i charakteryzacja oraz przepiękne zdjęcia i poruszająca muzyka. Clint Eastwood po raz kolejny pokazuje, że zna się na rzeczy i jest reżyserem wybitnym. Szkoda tylko, że Amerykańska Akademia Filmowa w tym roku kompletnie pominęła jego dwa, ważne filmy – „Oszukaną” (3 nominacje) oraz „Gran Torino” (zero nominacji, Eastwood stwierdził, że to ostatni film, w którym zagrał, a teraz zajmie się tylko reżyserią). Uważam jednak, że jego stanowisko w historii filmu zostanie zweryfikowane przez czas, a Eastwood będzie ceniony jeszcze przez dziesiątki lat, podobnie jak Stanley Kubrick (12 nominacji) czy Alfred Hitchcock (5 nominacji), którzy tak naprawdę docenieni zostali dopiero długo po swojej śmierci.

Podsumowując, „Oszukana” Clinta Eastwooda to jeden z najważniejszych i najlepszych filmów roku 2008, piękny, poruszający dramat z bardzo ważną i dobrą rolą Angeliny Jolie. Bardzo, bardzo polecam każdemu, bo to naprawdę niesamowity film!

Moja ocena: 10/10

Siedem najlepszych filmów roku 2008 wg mnie:

Rachel wychodzi za mąż (2008)

Racgel Getting Married / Rachel wychodzi za mążKym (Anne Hathaway) opuszcza klinikę odwykową, aby móc wziąć udział w weselu swojej siostry, Rachel (Rosemarie Dewitt). W domu zmieniło się wiele, a odwyk bohaterki to temat tabu. Wszyscy udają, że jest dobrze, jednak tak naprawdę każdy boi się o to, do czego może być zdolna Kym. W końcu jednak przyjdzie moment, że granica zostanie przekroczona, a pozory przestaną być pozorami. Wszystko zmierza do jednej wielkiej kłótni. Bo jakby się zdawało, to wcale nie Kym jest tą nienormalną i nieprzewidywalną – wręcz przeciwnie – w całej tej rodzinie, to ona jest najbardziej zwyczajna.

Obraz dysfunkcjonalnej rodziny, jaki pokazuje nam reżyser Jonathan Demme (twórca "Filadelfii" i "Milczenia owiec") jest dobijający. Kolejni członkowie rodziny Kym jasno pokazują nam, że osoba po odwyku jest już na starcie przekreślona. Powinna siedzieć jak najdalej od ludzi, w jakimś kącie, a najlepiej w oddzielnym pokoju. Szeptanie, plotki i rozmowy za plecami to standard, do którego powinna się przyzwyczaić. Ból i cierpienie – również, bo nawet najbliższe ci osoby są wstanie traktować cię jak odrzutka. To nieistotne, że teraz wszystko jest już z tobą dobrze, ważne jest to, że wcześniej nie było. Oni i tak będą brać cię za kogoś innego, za kogoś kto znów może zacząć brać narkotyki, czy wróć do innego uzależnienia, z którego właśnie się wyleczyłeś.

Rachel getting married / Rachel wychodzi za mąż

Dodatkowym powodem do nienawiści Kym jest wątek tragicznie zmarłego brata bohaterki. Bo oczywiście to wina Kym, że jej siostra Rachel zostawiła dziecko z naćpaną kobietą i kazała jej gdzieś jechać. I kogo nazwać tutaj nieodpowiedzialną? Nie bronię Kym, nie mniej jednak co sobie w ogóle wyobrażała Rachel że zostawiła dziecko pod opieką narkomanki? To już się nie liczy, wina i tak leży po stronie Kym. Tak sądzą wszyscy, ale czy niewystarczającą karą dla samej zainteresowanej jest jej własne sumienie? Przecież ona zabiła człowieka i w dodatku to był jej brat. Ale nie, rodzina i tak już ją przekreśliła.

Aktorstwo w tym filmie jest powalające. Prawdopodobnie gdyby w Oscarach było więcej miejsc dla dobrych ról to nie tylko Anne Hathway, która otrzymała nominację byłaby wyróżniona. Bo i Rosemarie Dewitt wcielająca się w Rachel, a także Bill Irwin wcielający się w ojca sióstr zostaliby nominowani. Jest także Debra Winger, wcielająca się w matkę, która zostawiła męża i odeszła do innego faceta. Cała czwórka tak przekonywująco wcieliła się w swoje postacie, że ich gra aktorska po prostu wylewała się z ekranu. Każda kłótnia czy rozmowa w ich wykonaniu to perełka tego filmu, którą oglądało się z zapartym tchem i jednocześnie przerażeniem.

Odnośnie samego filmu, to jednak mogę trochę mu zarzucić. Przede wszystkim za dużo samego wesela w weselu. Tzn. fajnie, że pokazali to całe wesele i tak dalej, jednak było tego więcej niż samej, właściwej akcji. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, oczekiwałem po filmie naprawdę mocnych scen, ukazania strony psychologicznej tej dysfunkcjonalnej rodziny. I rzeczywiście to dostałem, jednak scen samego wesela było po prostu więcej. Być może miał być to krótki odpoczynek między jedną mocną sceną, a drugą, jednak momentami te przerwy były za długie. Zakończenie było poprawne, proste i klarowne.

Rachel getting married / Rachel wychodzi za mąż

Rachel wychodzi za mąż” to film dobry, głównie ze względu na dobrą grę aktorów. I mimo, że czasem fabuła gdzieś się gubi, to mimo wszystko warto obejrzeć dla kilku mocnych scen słownej walki między kolejnymi członkami rodziny. Polecam, warto obejrzeć niesamowicie świetną Anne Hathaway, która prawdopodobnie w końcu dostanie swojego wymarzonego Oscara, gdyż jest przecież jeszcze młoda i na pewno ma przed sobą dużo, świetnych ról. Oby tylko jednak uniknęła takich potworków jak „Ocaleni”. Powodzenia Anne.

Moja ocena: 7++/10

Jak żyć? (2008)

Jak żyć?Na polskie kino narzekam już od kilku lat. Owszem, czasem zdarzają się dobre filmy, ale jest to tak rzadkie zjawisko, że prawie niezauważalne. Tym bardziej, już na wstępie zaznaczę – oto film z Polski, który mi się podobał!

Jakub (Krzysztof Ogłoza) trafia do aresztu za zdemolowanie szpitala. Całą historię, która będzie główną osią filmu opowiada współtowarzyszowi z celi (Andrzej Grabowski). A rozchodzi się o to, że chłopak poznał Ewę (Ania Cieślak), z którą z początku wszystko układało się idealnie. Ewa zaszła w ciążę, początkowo nie była zadowolona z tego faktu, jednak Kuba był wniebowzięty. Chciał stanąć na wysokości zadania, to też zwrócił się o radę do trzech swoich wujków, którzy po trosze go próbowali zastąpić mu ojca, którego nie miał. I rzeczywiście, Jakub znajduje dobrze płatną pracę, kupuje piękne mieszkanie i zapewnia dobry byt dla jeszcze nienarodzonego dziecka. Niestety, związek tych dwojga ludzi podupada, gdyż Jakub w całym natłoku spraw zapomina o Ewie i przestaje o nią dbać.

Komedia obyczajowa w reżyserii Szymona Jakubowskiego, może nie jest wybitna, jednak to już jakaś odskocznia od tych wszystkich polskich komedii romantycznych, którymi zalewane są polskie kina. Przekazana nam historia jest zabawna, lekka i przyjemna. Aktorzy dobrze wczuwają się w swoje role, szczególnie ciekawie zagrał Andrzej Grabowski, mimo, że za dużo na ekranie to go nie było. Przeciwnie do Krzysztofa Ogłozy, którego jest bardzo dużo. Nie wiem, czemu, ale przez połowę filmu myślałem, że to Marcin Hycnar (znany szerzej z polskiej telenoweli „Barwy Szczęścia”), ale, jednak potem Filmweb powiedział mi, że to jednak nie on. Ani Cieślak z nikim nie pomyliłem. Co ciekawe, i Hycnar i Ogłoza wystąpili w filmie „Drzazgi”, który premierę miał w lutym tego roku.

Jak żyć?

Ogląda się sympatycznie, postacie nie są przerysowane i nieziemski bogate, nie jeżdżą najdroższymi samochodami, nie jadają w najbardziej ekskluzywnych restauracjach i nie mieszkają w wielkich willach. I mimo, że dom Ewy i Kuby z dnia na dzień robi się coraz ładniejszy, to nie bierze się to znikąd, a z ciężkiej pracy bohatera. Podobało mi się i z czystym sumieniem mogę wam polecić ten film, oczywiście, jeśli rzeczywiście macie ochotę na polską komedię obyczajową (nie romantyczną, to ważne!).

Moja ocena: 6/10

Wszystko będzie dobrze (2007)

Historia młodego chłopca i jego chorej matki. Gdy Paweł (Adam Werstak) dowiaduje się, że lekarze nie mogą nic już zrobić, aby pomóc jego rodzicielce postanawia wyruszyć do Częstochowy, aby pomodlić się do Matki Boskiej Częstochowskiej. Paweł chce dosłownie pobiec tam, mimo, że to aż 350 kilometrów. Wraz z nim wyrusza nauczyciel w-fu, alkoholik (Robert Więckiewicz), który właśnie przez alkohol może zostać wyrzucony z pracy. Ich podróż będzie długa, męcząca i dramatyczna, a jej przebieg będzie śledzić cała Polska, za sprawą zaprzyjaźnionej reporterki, Anny (Beata Kawka).

Oj, w końcu coś dzieje się w polskim kinie. Temat ciekawy, realizacja sprawna. Bardzo podobała mi się rola Roberta Więckiewicza, ale młody Adam Westak również dobrze się spisał. Zszokowało mnie zakończenie, a raczej wszystkie sceny pod koniec. Cieszy mnie, że w końcu mogę napisać coś dobrego i pozytywnego o polskim filmie.

W filmie Tomasza Wiszniewskiego Polska ukazana jest w bardzo negatywnym świetle – brudna, zapijaczona, brzydka. W tym wszystkim, spory kontrast – mały Pawełek, pełen nadziei i wewnętrznej wiary, który do końca żyje w przekonaniu, że da radę uratować umierającą matkę. W filmie wszystko jest tak bardzo naturalne i prawdziwe, że czasem wydaje się, że oglądamy film dokumentalny, wszelkie postacie drugoplanowe, czy i te pierwszoplanowe są naprawdę bardzo autentyczne.

Podsumowując, „Wszystko będzie dobrze” to film naprawdę dobry i godny uwagi, uznany przeze mnie za najlepszy polski film roku 2007. Zdecydowanie polecam.

Moja ocena: 8+/10

Sztuczki (2007)

Bohaterem filmu jest chłopiec, Stefek oraz jego siostra, Elka. Mieszkają z matką w małym miasteczku. Ich życie można określić, jako dziwne. Stefek codziennie obserwuje swojego ojca na stacji kolejowej. Ojca, który zostawił rodzinę i odszedł do innej kobiety. Chłopiec nie może się z tym pogodzić i zrozumieć, dlaczego. Stosuje różne sztuczki, aby wpłynąć na ojca i jego los. Gdy jego plan będzie już w pełni dopracowany „zmusi” ojca, aby „odwiedził” ich matkę. W międzyczasie Elka ma rozmowę o prace.

Polskie filmy można podzielić na trzy kategorie, trzy typy. Pierwszy to komedie romantyczne – ostatnio bardzo debilne, głównie dla pieniędzy, najpopularniejsi aktorzy, stylizacja amerykańska. Drugi to wielkie, pompatyczne dzieła – najczęściej ekranizacje lektur, chociaż ostatnio rozliczenie z historią – „Katyń. Ostatni typ to filmy ukazujące problemy społeczne w Polsce, głównie alkoholizm, bezrobocie itp. Te ostatnie też najczęściej są nagradzane i doceniane… w Polsce.

Sztuczki” niejako zalicza się do ostatniego typu, jednakże nie cechuje się olbrzymim smutkiem, powagą i pesymizmem jak większość z tej kategorii. Jest to obraz zabawny, ciekawy, optymistyczny, ale również z przesłaniem – prostym i mniej lub bardziej zauważalnym. Obejrzeć warto, zwłaszcza, że rodzime produkcje ostatnio rzadko bywają wesołe i z sensem.

Moja ocena: 7/10

W pogoni za szczęściem (2006)

Z pozoru zwyczajny makler sprzedający ogromne urządzenia do robienia zdjęć UV, Chris Gardner (Will Smith) nie ma prostego życia. Nie dość, że owe urządzenie nie jest wcale najbardziej pożądanym obiektem w szpitalach, a jest to jego jedyny sposób na zarobienie pieniędzy, to jeszcze w domu non stop kłóci się z żoną, popada w długi, a na wychowaniu ma jeszcze syna, który musi uczęszczać do przedszkola, a za to zapłacić też trzeba. Chris cały czas stara wyciągnąć rodzinę z dołka finansowego. Wkrótce jednak po kolei wszystko się wali, żona odchodzi od Chrisa, traci on mieszkanie. Jednak na horyzoncie pojawia się możliwość poprawy sytuacji – rozmowa kwalifikacyjna, szkolenie… czy się uda?

Świetna rola Willa Smitha, nominowanego zresztą za nią do Oscara 2006 w kategorii Najlepszy Aktor Pierwszoplanowy. Towarzyszy mu jego prawdziwy syn Jaden Smith. Film, do którego scenariusz napisało samo życie – stworzony został na podstawie autentycznej historii Chrisa Gardnera, który od pucybuta stał się miliarderem. Podobało mi się, ale momentami film nuży, fabuła jest bardzo rozciągnięta, a zakończenie również nie jest jakoś wyraźnie podkreślone, aczkolwiek bardzo pozytywne. Generalnie po filmie zostaje na twarzy uśmiech i nadzieja, że nawet z najgorszej sytuacji można się wydostać, jeśli tylko się chce. Obejrzeć można.

Moja ocena: 6+/10

Good Bye, Lenin! (2003)

Niemcy, czasy przed upadkiem muru berlińskiego. Wybuchają zamieszki, Alex zostaje złapany, spałowany i zabrany przez policję. Wszystkiemu przygląda się jego matka, Christine. Niestety, kobieta nie wytrzymuje tego i dostaje zawału. Policja, ze względu na matkę, wypuszcza Alexa. Christine zapada w śpiączkę, która trwa bardzo długo. Mur berliński zostaje zburzony, w Niemczech nastają wielkie zmiany, NRD łączy się z RFN. Po kilku latach kobieta się budzi, ale lekarz oznajmia, że nie może się ona w ogóle denerwować, gdyż kolejnego zawału już nie przeżyje. Święcie przekonana, że jej śpiączka trwała zaledwie kilka miesięcy, nadal wierzy, że jest przed upadkiem muru, że żyje w starym NRD. Alex, aby nie denerwować matki i nie stwarzać jej stresu postanawia odbudować świat z przed kilku lat w jej własnym pokoju. Do domu wracają stare meble, stare gazety, Alex wraz z kolegą nagrywają wiadomości stylizowane na lata przed 1989. Wszystko po to, by kochana matka żyła w spokoju.

Ciepła, niemiecka komedia o miłości syna do matki, o tym jak wiele jest on gotów zrobić, aby kobieta czuła się szczęśliwa. Rewelacyjna kreacja głównego bohatera, który jest jednocześnie narratorem filmu, a także jego rodzicielki, która choć przeleżała większość filmu, to i tak była bardzo zauważalna i budowała film. Do tego można jeszcze dorzucić karykaturalnie odtworzony świat Niemiec z lat 1989 i w górę. Całość składa się na ciekawą i wzruszającą opowieść. Doceniony nie tylko przez widzów, ale także krytyków i sporą ilość festiwali, obraz „Good Bye, Lenin!” jest naprawdę godny polecenia.

Moja ocena: 7+/10

Statyści (2006)

Do małego polskiego miasta – Konina – przyjeżdżają chińczycy. Mają zamiar zrealizować tutaj smutny film o miłości pt. „Smutny wiatr w trzcinach”. A dlaczego wybrali akurat Polskę? Chodzą słuchy, że nasz kraj jest ponury i przygnębiony, a Polacy są samotni, co idealnie wpisuje się w wizję reżysera. I tak chińczycy organizują casting na statystów do filmu. Zostaje przyjętych kilka osób i to ich losy poznajemy przez prawie dwie godziny. Są to rzeczywiście pesymistyczne i ponure historie. Głównym wątkiem, prócz kręcenia filmu jest historia Bożeny i Romka. Kilka lat temu Romek opuścił Bożenę i ich dziecko, po czym dziś wraca i chce na nowo odbudować ich związek. Ta jednak ma już męża, czy stanie to na przeszkodzie?

Historia konińskich statystów nie zachwyca. Momentami przygnębia, rzadko śmieszny, a całokształt nie jest imponujący. Film trochę mnie zawiódł, ale ważne jest to, że wywołał jakieś emocje – nie był bezpostaciowy. Właśnie emocje przygnębienia, pesymizmu, smutku. Wybija się to ponad głupawe i właśnie bezpostaciowe polskie produkcje. Czy warto obejrzeć? Wybór pozostawiam Wam, dla mnie trochę za nudno, za długo…

Moja ocena: 5/10

Volver (2006)

Na samym początku nieznane jeszcze nam kobiety czyszczą groby. Dalej poznamy je wszystkie. Rajmunda (Penelope Cruz) nastoletnią córką wraca do domu. Dowiaduje się, że jej mąż właśnie stracił pracę. Kobieta jest załamana, bo i tak brała nadgodziny. Następnego dnia wraca z pracy i zastaje zdruzgotaną córkę na przystanku. W domu wydarzyło się coś złego: mąż Rajmundy zaczął się dobierać do córki, a ta w obronie własnej zadźgała go nożem. Jakby tego było mało, zaraz po tym przychodzi wiadomość o śmierci ciotki Pauli, która opiekowała się Rajmundą w dzieciństwie. Ta jednak nie jedzie na pogrzeb, wysyła tam swoją siostrę Sole, która dowiaduje się, że w dzień śmierci duch matki Sole i Rajmundy przyszedł do mieszkającej naprzeciwko Augustiny. Jakby tego było mało, Sole po powrocie do domu znajduje w bagażniku… swoją matkę (Carmen Maura).

Hiszpańskie słowo volver, znaczy tylko, co wrócić. Tak jak matka Rajmundy wraca, aby wyjaśnić pewne sprawy i pokazać, że kilkanaście lat temu to nie ona zginęła w pożarze. Jest to mój pierwszy film reżysera Pedro Almodóvara. Historia, która mogła przytrafić się każdemu. Świat, w którym główną rolę grają kobiety. Rewelacyjna Penelepe Cruz, barwne stroje. Na samym początku filmu odniosłem wrażenie, że film to będzie taki dłuższy odcinek brazylijskiej telenoweli. Po seansie… wrażenie miałem podobne. Owszem, było prawie jak w telenoweli, jednak telenoweli na bardzo wysokim poziomie. Losy bohaterek idą powoli, jednak nie powiem, żeby były nudne i ciągnęły się. Cały film oglądałem tak ‘po prostu’, nudno na pewno nie było. Generalnie, bardzo specyficzne kino – czy obejrzeć? Można, jest dobrze – ja nie żałuję.

Moja ocena: 7+/10