Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008)

Oryginalny tytuł: The Curious Case of Benjamin Button | Reżyseria: David Fincher Nie taki ciekawy...

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina ButtonaKażda recenzja tego filmu zaczyna się tak samo, mówi, że bohater urodził się w niezwykłych okolicznościach. To chyba pierwsze i nie jedyne zakłamanie „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Tytułowy bohater (Brad Pitt) urodził się normalnie tj. wyciągnięto go z brzucha kobiety, która wcześniej nosiła tę ciążę dziewięć miesięcy. Jedyna anomalia, to taka, iż Benjamin Button był bardzo brzydki i bardzo stary. Rodzice go porzucili, a pod swoje skrzydła przygarnęła go Queenie (Taraji P. Henson), opiekunka w Domu Starców. Benjamin z dnia na dzień, zamiast się dorastać, a potem się starzeć – młodnieje. Wygląda coraz młodziej, i młodziej… najpierw przeżywa starość, dorosłość, młodość aż w końcu dzieciństwo… Poznaje piękną Daisy (Cate Blanchett), która niestety jest już normalna.

Obiecywałem sobie po tym filmie bardzo wiele. Fabuła zapowiadała się znakomicie. Niestety, zawiodłem się i to bardzo. Właściwie jest to jedyne rozczarowanie wśród Oscarowej piątki Najlepszych filmów, które ogłosiła Amerykańska Akademia Filmowa. Spodziewałem się, że skoro Benjamin ‘idzie w dół’ to będzie to miało duży wpływ nie tylko na jego życie, ale także innych ludzi. Nic bardziej mylnego. Jedyne, w czym mu przeszkodził ten odwrotny proces to miłość. No może aż miłość, nie jest to byle co, jednak równie dobrze bohater mógłby dorastać normalnie i film wyglądałby tak samo. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – chodzi mi o to, że nikt, nawet sam Button nie zainteresował się tym, dlaczego jest tak, a nie inaczej, dlaczego młodnieje, a nie starzeje się, dlaczego to właśnie on, a nie ktoś inny. Nic, zupełnie nic, i on i ludzie mieli to w nosie. A przecież to chyba miała być główna oś zawieszenia dla tego filmu.

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” ma bardzo dużo plusów. Przepiękna oprawa wizualna począwszy od świetnie odwzorowanej scenografii lat dwudziestych i trzydziestych, poprzez charakteryzację, kostiumy czy spokojną i nastrojową muzykę Alexandre Desplata. Zachwycają również zdjęcia. Bardzo dobrze zagrał również Brad Pitt, chociaż większe oklaski należą się Taraji. P. Henson. Obydwie role nominowane do Oscara, chociaż Pitt niekoniecznie zasłużenie, w końcu dużo za niego wykonały komputery i charakteryzacja, a nie on sam. Skoro jestem już przy Oscarach – 13 nominacji (najwięcej podczas tego rozdania) zamieniło się tylko w 3 statuetki: za charakteryzację, scenografię i… Efekty specjalne. Wiedziałem, że tak będzie, wiedziałem, że Akademia woli dać Oscara dla pięknie animującej się twarzy Pitta niż dla niesamowitych efektów w „Mrocznym rycerzu”. No, ale cóż, jej członkowie chyba nie mają pojęcia odnośnie tych technologii, skoro rok temu woleli dać Oscara za ładnie wykreowane zwierzątka w „Złotym kompasie” niż dla zjawiskowych robotów w „Transformers”. Cóż, ale to temat na inne opowiadanie.

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ktoś mógłby stwierdzić, że skoro taki film, takie nazwiska, tyle plusów – to musi być rewelacja. Nie dla mnie. To, co napisałem w drugim akapicie (minus) przewyższa to, co napisałem w trzecim (plusy), co w ogólny rozrachunku kwalifikuje się, jako film nieudany i wielkie rozczarowanie. Można jeszcze dorzucić długość filmu – dłużył się niemiłosiernie – oraz to, że po takim reżyserze jak Fincher naprawdę spodziewałem się więcej. Podsumowując, nie podobało mi się, mimo kilku wartości i pięknej oprawy wizualnej, jest to film słaby i po prostu nudny.

Moja ocena: 4/10

Vicky Cristina Barcelona (2008)

Vicky Cristina BarcelonaWoody Allen to reżyser nad wyraz płodny. Począwszy od lat 70. rok w rok robi kolejny film. I co ciekawe – każdy z nich trzyma poziom. Owszem, zdarzają się te lepsze i te gorsze, jednak zawsze jest w nich coś takiego specjalnego, coś allenowskiego. Na koncie mam już obejrzane jego cztery filmy, a teraz piszę recenzję piątego, póki, co najlepszego. Oto „Vicky Cristina Barcelona”.

Bohaterki filmu – Vicky (Rebecca Hall) oraz Christina (Scarlett Johansson) – wyruszają na wakacje do słonecznej Barcelony w Hiszpanii. Tam w galerii poznają malarza, Juana Antonio (Javier Bardem). Mężczyzna zaprasza kobiety na krótka podróż po malowniczym mieście nieopodal Barcelony, Oviedo. Tam bliżej poznają zarówno jego samego, jak i jego zwariowaną byłą żonę Marię Elenę (Penelope Cruz).

Najnowszy film Allena to cztery, bardzo mocne role aktorskie – w tym jedna nagrodzona Oscarem. Rebecca Hall, Scarlett Johansson, Penelope Cruz oraz Javier Bardem to aktorzy doskonali, którzy po raz kolejny stworzyli wspaniałe kreacje.

Vicky Cristina Barcelona

Penelope Cruz już trzy lata temu (w 2006) w obrazie Pedro Almodovara „Volver” stworzyła doskonałą kreację. Jednak teraz przeszła samą siebie. Maria Elena to piękna i namiętna kobieta, która balansuje na granicy obłędu, zabójczej zazdrości oraz swojej własnej seksualności. Bohaterka jest szalona, a Cruz świetnie to pokazuje, jest bardzo prawdziwa i naturalna. A w dodatku niesamowicie seksowna. Scena pocałunku ze Scarlett Johansson była niesamowita i powinna przejść do klasyki takich scen. Oczywiście to nie wszystko. Bardzo ciekawy jest również kontrast między spokojną, ułożoną Vicky graną przez Hall, a także szukającą i zagubioną Christiną, w którą świetnie wcieliła się Johansson. Obie panie doskonale wcieliły się w swoje role. No i na koniec nie sposób nie wspomnieć o świetnym Bardemie, który rok temu tryumfował na rozdaniu Oscarów dzięki swojej udanej roli w „To nie jest kraj dla starych ludzi” Coenów. W filmie Allena pokazał swoje zupełnie inne oblicze – aktora, który potrafi pokazać uczucia oraz zakręcić w głowie nie jednej kobiecie. Myślę, że za równo płeć męska jak i żeńska będzie bardzo usatysfakcjonowana oglądając „Vicky Cristina Barcelona”.

O czym właściwie jest nowy film Allena? Nie powiem, że o wszystkim, bo jak o wszystkim, to o niczym. Allen ukazuje nam dwie kobiety – jedna z nich ustatkowana, druga wręcz przeciwnie, chcąca się zabawić i poznać życie. Tak wydaje się na pierwszy rzut oka, jednak tak naprawdę obie tak naprawdę nie wiedzą czego chcą. Przypadkowo poznany mężczyzna namiesza w ich życiu, a jakby tego było mało – sam również ma nie do końca poukładane życie, a dwie Amerykanki na pewno w jakimś stopniu wpłyną na niego. „Vicky Cristina Barcelona” to film o poszukiwaniu samego siebie, o wyborach – oczywiście brzmi to bardzo poważnie, ale obraz ten to opowieść o tematach ważnych okraszona bardzo barwną, optymistyczną oprawą. Dodatkowo zachwyca przepiękna Hiszpania oraz urokliwa i miła muzyka.

Vicky Cristina Barcelona

Zważywszy na te wszystkie plusy, nowy film Allena to zapewne jeden z lepszych obrazów tego twórcy w ostatniej dekadzie, a jak dla mnie jego najlepszy film ze wszystkich, które widziałem („Sen Kasandry”, „Scoop”, „Wszystko gra”, „Życia i cała reszta”). Polecam gorąco, bardzo ciepła opowieść na wiosenne wieczory.

Moja ocena: 9/10

Pokuta (2007)

Średniowieczna Anglia. Briony (Saoirse Ronan) podejrzewa, że jej starsza siostra, Cecilia (Keira Knightley) ma romans z synem służącego, Robbie’m (James McAvoy). Początkowo sama nie wie, co ma robić, zawzięcie szpieguje i siostrę i chłopaka. Pewnego razu w jej dłonie trafia obsceniczny list, który Robbie napisał do Cecili, Briony jest zszokowana. Jakby tego było mało, przyłapuje kochanków podczas aktu miłosnego. Dziewczynka chce jak najszybciej coś zrobić, przecież tak nie może być. Niedługo po tym ma miejsce zjazd rodzinny, na którym kuzyni Briony mają zagrać w sztuce, którą sama napisała. Niestety, kuzynka Lola zostaje zgwałcona. Briony oskarża Robbie’ego, nie ma pewności czy był to on, ale myśli, że to jedyne rozwiązanie, aby Robbie zostawił w spokoju jej siostrę, Cecilię. Nie zdaje sobie sprawy, że Cecilia, wcale nie chce, aby chłopak ją zostawił. Robbie zostaje wtrącony do więzienia, a potem zesłany do Francji, gdzie weźmie udział w bitwie pod Dunkierką. Po latach dojdzie do spotkania Robbie’ego i Cecili, a także Cecili i znienawidzonej siostry, Briony. Finał okaże się jednak zupełnie inny.

O, wow! To była dopiero historia. Scenariusz powstał na podstawie bestsellerowej powieści Iana McEwana o tym samym tytule. Ja osobiście jestem zachwycony, lecz po kolei. Sama opowieść podobała mi się niesamowicie. Nieszczęśliwa, młodzieńcza miłość, nieodpowiednia decyzja, która rujnuje życie całej trójki, wojna. Są tu sceny, które robią olbrzymie wrażenie, jest tu piękna scenografia, cudowne kostiumy. Zastosowano też nielinearną fabułę, często jedną scenę widzimy oczami różnych bohaterów, bardzo ciekawy zabieg, odkrywa nowe, ważne dla fabuły elementy. Ukazuje różnicę w postrzeganiu świata małej Briony oraz pozostałych bohaterów.

Jednym z najlepszych elementów filmu jest muzyka. Jeszcze żaden soundtrack nie zachwycił mnie tak jak ten stworzony przez Dario Marianelli do „Pokuty”. Potrafię go słuchać godzinami i wciąż mi się nie nudzi. Bardzo dobry do rozmyślań, do relaksu, do wszystkiego. Świetne były też wszystkie kreacje aktorskie, poczynając od nominowanej do Oscara Saoirse Ronan, poprzez równie dobrych Keirę Knightley i Jamesa McAvoy’a.

Mówi się, że to największych przegrany Oscarów za rok 2007. Na 6 nominacji, nagrodzono tylko Dario Marianelli za muzykę. No cóż, może tutaj film odniósł porażkę, ale doceniły go inne stowarzyszenia, takie jak np. Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej, które przyznały filmowi dwa Złote Globy, w tym dla Najlepszego Dramatu czy też Brytyjska Akademia Sztuk Filmowych i Telewizyjnych, która również przyznała dwie nagrody BAFTA, w tym dla Najlepszego Filmu. Dodam też nieskromnie, że sam dałem filmowi 6 nagród Nicole, w tym oczywiście dla Najlepszego Filmu (więcej…), gdyż moim zdaniem jest to niekwestionowanie najlepszy film z roku 2007.

Co tu dużo gadać, film obejrzeć po prostu trzeba, jeden z najlepszych ze wszystkich, jakie kiedykolwiek widziałem.

Moja ocena: 10/10

Jak we śnie (2006)

Stephane wraca do domu, gdyż jego mama znalazła mu pracę, która miałaby polegać na projektowaniu kalendarzy. Jednak na miejscu okazuje się, że wcale tak nie jest – Stephane musi jedynie przyklejać odpowiednie naklejki w odpowiednie miejsca na kalendarzach. Mężczyzna jest trochę zawiedziony. Poznaje jednak swoją sąsiadkę, która ma na imię Stephanie. Zbieg okoliczności? Nasz bohater ma także bardzo dziwną przypadłość, nie potrafi do końca znaleźć granicy między jawą a snem. Podczas snu potrafi interaktywnie na niego wpływać, a często na jawie nie do końca wie, co się dzieje. I właśnie w jego życiu pojawia się Stephanie, która jest za równo w snach i na jawie, która potrafi go zrozumieć, jak nikt inny. Która w końcu, może potrafi go pokochać?

Dziwny film, melancholijny, romantyczny na swój sposób, senny. Nie były to zarzuty, ale raczej komplementy. Choć czasami można się zagubić, to jednak coś w tym filmie jest, co nas interesuje. Może to taka banalna historia, opowiedziana w ten osobliwy sposób. Filmów o snach, czy też w snach było już wiele. Za równo gorsze, jak i lepsze. Nie sposób to nie wspomnieć o fenomenalnym „Donnie Darko” czy też zaskakującym „Zostań”, w których sen odgrywał jedną z ważniejszych, kluczowych ról. „Jak we śnie” plasuje się dokładnie po środku jakości filmów. Nie mogę narzekać, bo w tym filmie coś jest, jednak nie zachwyciło mnie tak bardzo bardzo jak wspomniane wcześniej filmy. Film francuskiego reżysera, Michela Gondry to obraz inny. Nie żałuję poświęconego na niego czasu – ale czy polecam? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.

Moja ocena: 6/10

Świadek koronny (2007)

Tytułowym świadkiem koronnym jest gangster Blacha (Robert Więckiewicz). Podczas całego filmu opowiada on o swoim życiu gangsterskim dziennikarzowi Marcinowi (Paweł Małaszyński). Poznajemy dwie twarze bohatera – bezlitosnego gangstera a także męża pięknej Miry (Małgorzata Foremniak) i ojca. Dowiadujemy się jak toczyły się jego losy a także jak zdecydował się współpracować z gliniarzem Sikora (Artur Żmijewski). Przy wywiadzie jest operatorka kamery, Iwona (Urszula Grabowska). Ani ona, ani Blacha nie domyślają się, że Marcin przyszedł tu nie tylko, aby przeprowadzić wywiad, ale także z powodów osobistych.

Film reklamowany na szeroką skalę w TV i nie tylko. Głównie za sprawą TVN-u, producenta. Ale pasuje tutaj stwierdzenie – dużo szumu o nic. Nie jest to zbyt ciekawa propozycja. Właściwie jest to bardzo nijaki i bezuczuciowy film. Siadając przed ekranem oczekuje, że doznam jakichś uczuć – strachu, radość, przerażenia, intrygi – czegokolwiek. „Świadek koronny” nie pozwolił mi na nic, bo po prostu jest to polska produkcja, w której obsadzony większość naszych polskich gwiazd i to wszystko. Głośny debiut ekranowy Małszyńskiego nie wypalił. Aktor zagrał dobrze, jednak to i tak nic nie dało, bo scenariusz nie pozwolił mu się wykazać. Generalnie, jakoś nie polecam filmu, wasz własny wybór.

Moja ocena: 5-/10

Iluzjonista (2006)

Koniec XIX wieku, Wiedeń, magik Eisencheim (Edward Norton) wraca ze swojej podróży po świecie. Jest znanym i poważanym iluzjonistą, wykupuje teatr i pokazuje tam swoje sztuczki. Na jednym z nich pojawia się Książę z Księżną. Magik rozpoznaje, że Księżna to Sophie (Jessica Biel), dziewczyna, z którą w młodości miał burzliwy romans. Jednak ze względu na jej pochodzenie ich miłość nie mogła istnieć i Eisencheim wybrał się w podróż. Jednak po tym spotkaniu miłość na nowo odżywa, kochankowie chcą uciec, aby móc być razem. Nie wszystko jest takie proste – Książę chce pobrać się z Sophie, aby obalić Króla i samemu nim zostać. Dodatkowo wszystkie poczynania magika cały czas śledzi Inspektor Uhl. Co wygra, żądza władzy Księcia Leopolda czy miłość Eisencheima i Sophie?

Film mi się podobał. Mógłbym powiedzieć ze nawet bardzo. Świetnie odwzorowany XIX-wieczny Wiedeń. Ogólnie fabuła również ciekawa, może nie jakaś tam genialna, ale ciekawa. Magiczny klimat. Genialna kreacja Edwarda Nortona, mi osobiście znanego tylko z „Fight Clubu”, gdzie również potwierdził, że jest świetnym aktorem. Jak już wspomniałem znakomita scenografia, do tego kostiumy i muzyka. Dodatkowo to, co lubię najbardziej – wyśmienite zakończenie. Bardzo dobrze oglądało się ten film od początku do samego końca. Polecam obejrzeć film, niestety nieznana jest jeszcze premiera w polskich kinach… A teraz przede mną drugi, ‘magiczny’ film – „Prestiż”.

Moja ocena: 8/10

Step up - taniec zmysłów (2006)

  Tyler Gage mieszka na przedmieściach Baltimore. Jest zwykłym, buntowniczym nastolatkiem. Jego przyjaciółmi są bracie, dwaj murzyni. Razem spędzają czas.

   Nora Clark jest tancerką i uczy się w prywatnej szkole. Ma chłopaka, który właśnie wydaje płytę. Jest u progu kariery. Nora musi wymyślić układ choreograficzny, dzięki któremu będzie mogła uczęszczać do wykwalifikowanej Akademii Muzyki i Tańca.

   Któregoś razu, Tyler ze znajomymi trafia na szkołę Nory, postanawiają sobie trochę się zabawić. Demolują i niszczą szkolny teatr. Pech sprawia, że przyłapuje ich ochroniarz, znajomi Tylera uciekają, a on ratując ich sam zostaje aresztowany. Sąd skazuje go na 200 godzin prac społecznych w szkole Nory. Sprzątając i zamiatając Tyler podpatruje jak Nora ćwiczy ze swoimi tancerzami. I tu kolejne zrządzenie losu – znajomy Nory ulega kontuzji, ona szuka kogoś w zastępstwie. I tu przychodzi jej z pomocą Tyler, który bez żadnej szkoły tańczy lepiej niż niektórzy po ich ukończeniu. W ten sposób będą spędzać ze sobą coraz więcej czasu, wymyślą znakomity układ i… :)

Jako że scenariusz jest oklepany – poznają się, zakochają się, poćwiczą a potem na koniec widzimy doskonały i powalający układ, skupię się właśnie na tańcu. I tu się nie zawiodłem, doskonale wszystko zgrane, dobrane, świetna muzyka. Film genialny nie jest, typowe kino rozrywkowe, ale obejrzeć można. Choćby po to, aby popatrzeć jak sobie tańczą. Bo ja lubię taniec, i ten film mi także się podobał. :) Dodatkowo bardzo do gustu przypadł mi plakat filmu.

Moja ocena: 7+/10

S@motność w sieci (2006)

Ekranizacja bestsellerowej powieści Janusza L. Wiśniewskiego. On jest architektem i mieszka w Niemczech, ona jest mężatka, ma męża. Oboje są zagubieni, oboje są samotni. Ona postanawia do niego napisać…

Jestem jeszcze trochę zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić. Nareszcie przyda się na coś ten cały Internet. Trafiło na Ciebie. Czy mogę Ci o tym opowiedzieć?

Ich romans rozwija się stopniowo, ona poznaje go, on ją. Wszystko dzieje się przez Internet. Postanawiają się spotkać…

Najpierw ocenią udając, że książki nie czytałem. Nie podobało mi się. Film jest strasznie długi, przeciągany, a momentami kilka minut gapimy się w jedną czy dwie klatki – dałoby się to wszystko zmieścić w jakieś 1,5 godziny, a film trwa ponad dwie… Dla osób nie czytających książki będzie też on trochę nie zrozumiały, bo głownie skupiono się na wątku głównym – uczuciu Jego i Jej. Wątki poboczne są tu na drugim planie.

Teraz jako czytelnik i fan książki stwierdzam, że… nie podobało mi się. W książce wątek główny i wątki poboczne zlewały się. Te poboczne pomagały poznać bohaterów. Historia Natalii, Jennifer, historia księdza czy przyjaciela Jakuba zajmowały kilka kartek – w filmie zostały okrojone do zaledwie kilku wspomnień, kilku scen. Zrezygnowano także z niektórych wątków (np. koleżanki bohaterki, w książce dwie a tutaj jedna, w książce długi opis ich i ich przyjaźni a tu… nic). Ja w pełni rozumiem, że nie da się wszystkiego odtworzyć z książki na film, ale tej książki nie powinno się filmować. Nadano imię głównej bohaterce, zmieniono zakończenie, dodane kilka lat w czasie akcji, wyposażono bohaterów w laptopy, a to właśnie w książce było piękne – to oczekiwanie w weekend na pójście do pracy, wczesne wstawanie Jej – w książce miało sens, a tutaj, po co musiała wstawać wcześnie skoro miała go cały czas, miała laptopa. Wracając do zakończenia… było zupełnie bez sensu. W książce miało taką iskierkę nadziei, a tutaj… niby też, ale… Ale tak nie powinni być, nie podobało mi się.

Nie polecam filmu, w kinie się ludzie po prostu nudzili. I pierwszy raz zdarzyło mi się ze ktoś wyszedł w czasie seansu z kina. Owszem, polecam książkę, dałbym jej 10/10… ale film? Zaledwie 3, dodaję jeszcze 2 za rewelacyjną muzykę i wspaniały montaż – tylko to tutaj zachwycało i było na wysokim poziomie.

Moja ocena: 5/10

Dom nad jeziorem (2006)

lake house Ona – lekarz. On – architekt. Ona w 2006. On w 2004. Połączy ich tytułowy dom nad jeziorem i stojąca przed nim skrzynka na pocztę. On mieszka w tym domu, ona właśnie się z niego wyprowadziła. List włożony do skrzynki przemierza 2 lata do przodu lub do tyłu, dzięki czemu oboje mogą się komunikować ze sobą. Początkowo postanawiają się poznać, potem chodzą na wspólne spacery – te same miejsca, jednak dwa lata różnicy.

Film magiczny. Inaczej go określić nie umiem. Miłość obojga ludzi, która potrafi przetrwać różnicę czasu. Całość wydaję się nieprawdopodobna, jednak pokazuje, że miłość może przejść wszystko. Zakochani dążą do spotkania się, jednak wbrew pozorom nie jest tak łatwo, bo miłość nie jest łatwa. Każda miłość ma swoje problemy – problemem tej miłość są dwa lata. Dwa lata, która jak okaże się są drobnostką, którą da się pokonać. Pokona ja miłość. Miłość pokona wszystko, ale tylko prawdziwa, taka właśnie została ukazana w tym filmie.

Rewelacyjne kreacje Sandry Bullock i Keanu Reeves’a, piękne krajobrazy Chicago i przede wszystkim niesamowity klimat. Zdarzają się sceny niepotrzebne, nużące, jednak zakończenie dopełnia tylko niesamowitości filmu i buduje go w jedną, spójną całość. Warto obejrzeć dla wspomnianego klimatu i przede wszystkim dla pięknego przesłania, jakim jest miłość.

Moja ocena: 10/10

Dodane 18 grudnia 2006: Po kolejnym obejrzeniu stwierdzam, że 9 to za niska ocena. Zmieniam ocenę na 10, bo film jest genialny.

Bliżej (2004)

Bliżej Strasznie zakręcony film, ale strasznie życiowy. Historia burzliwych związków 4 osób – Anny, Dana, Alice i Larry’ego. Alice jest z Danem, jednak ten potem jest z Anną, jednak ta potem z Larry’m, a na końcu Alice z Larry’m – można tu powiedzieć, że bohaterowie wykazują zasadę ‘każdy z każdym’ – do pełni ‘szczęścia’ brakowałoby tylko związku Anny z Alice i Dana z Larry’m – wtedy byłby hardkor. Jakby tego zaplątania było mało, to jeszcze film nakręcony jest w specyficzny sposób. Nie tak jak to zwykle mamy, normalna fabuła, dzień po dniu – tutaj mamy tak zwane powroty to przeszłości – raz widziane oczami jednego bohatera, innym razem kogoś innego. W ten sposób wszystko jest jeszcze bardziej zakręcone.

Uważny widz jednak dostrzeże to wszystko. Moim zdaniem film bardzo ciekawy. Ukazuje jak życie człowieka może być skomplikowane, a nade wszystko ukazuje, co może uczyć prawda, a co kłamstwo. I nie da to odpowiedzi na pytanie – mówić prawdę czy kłamać. Tylko jeszcze bardziej zmąci w głowie, z jednej strony to dobrze, z drugiej strony dziwnie.

Ogólnie rzecz biorą jest dobrze. Jak widać wystarczą 4 osoby, aby zrobić film. W tym wypadku nie byle, jakie osoby – Julia Roberts jako Anna, Natalie Portman jako Alice, Jude Law jako Dan i Clive Owen jako Larry. Wspaniała gra aktorów, muzyka też odpowiednia. Film godny polecenia.

Dla ciekawskich - głebasza analiza filmu.

Moja ocena: 9/10