Ja zdecydowanie i to już na samym początku muszę to napisać (chociaż to dla nikogo nowość nie będzie): filmowcom kończą się pomysły na filmy! I to nic, że niżej tutaj recenzowany film jest na podstawie prozy Philipa Dicka. Już samo to, że po raz kolejny i kolejny ekranizują coś wcale nie napawa optymizmem. No, ale dobra, nie będę już narzekać.
Bohaterem filmu jest David (Matt Damon) polityk, który stara się wygrać wyboru do senatu. Zupełnie przypadkiem odkrywa, że świat stanął w miejscu, a jacyś dziwni ludzie z dziwnymi przyrządami ‘prześwietlają’ jego znajomych. Brzmi dosyć tajemniczo, ale wierzcie mi, nic tu ani tajemniczego, ani… niestety, ciekawego.
Jest to debiut scenarzysty „Ultimatum Bourne’a”, George’a Nolfi. I takie mniej więcej właśnie miałem odczucie – nie tylko, dlatego, że jest tutaj Matt Damon, ale to wszystko miało taką stylistykę, tempo i wygląd jakiejś kruchej podróbki filmów o Jasonie Bourne’ie. Bo owa trylogia to filmy znakomite, a (ciężko mi przechodzi przez klawiaturę ten tytuł) „Władcy umysłów” to nudne mydło i powidło. Brak tu ładu i składu, brak motywu przewodniego czy w końcu czegoś, co najzwyczajniej w świecie by mnie zainteresowało. Historia była bardzo naiwna, by nie powiedzieć głupia. Raz jest tak, a potem nagle zmieniają zdanie i jednak miało być, tak a potem znów na odwrót. Pomieszanie z poplątaniem.
Role Matta Damona oraz Emily Blunt nie przypadły mi do gustu. I nie twierdzę, że to wina aktorów, raczej nie mieli się, w czym wykazać i to mnie dziwi, bo scenariusz do „Ultimatum Bourne’a” był bardzo dobry. Reżyser Nolfi napisał również skrypt do „Ocean’s Twelve” i tam również było, co oglądać. Widać napisanie scenariusza i wyreżyserowanie go to za dużo, dlatego pana, proponowałbym pozostać przy scenopisarstwie. A wam proponuje ten film sobie darować.

„Jedz, módl się, kochaj” zapowiadało się dobrze. Świetna obsada, dobra historia… Co poszło nie tak? Kto aż tak bardzo rozmył ten film? Czy magia Julii Roberts już nie działa?
Każda recenzja tego filmu zaczyna się tak samo, mówi, że bohater urodził się w niezwykłych okolicznościach. To chyba pierwsze i nie jedyne zakłamanie „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Tytułowy bohater (Brad Pitt) urodził się normalnie tj. wyciągnięto go z brzucha kobiety, która wcześniej nosiła tę ciążę dziewięć miesięcy. Jedyna anomalia, to taka, iż Benjamin Button był bardzo brzydki i bardzo stary. Rodzice go porzucili, a pod swoje skrzydła przygarnęła go Queenie (Taraji P. Henson), opiekunka w Domu Starców. Benjamin z dnia na dzień, zamiast się dorastać, a potem się starzeć – młodnieje. Wygląda coraz młodziej, i młodziej… najpierw przeżywa starość, dorosłość, młodość aż w końcu dzieciństwo… Poznaje piękną Daisy (Cate Blanchett), która niestety jest już normalna.





Woody Allen to reżyser nad wyraz płodny. Począwszy od lat 70. rok w rok robi kolejny film. I co ciekawe – każdy z nich trzyma poziom. Owszem, zdarzają się te lepsze i te gorsze, jednak zawsze jest w nich coś takiego specjalnego, coś allenowskiego. Na koncie mam już obejrzane jego cztery filmy, a teraz piszę recenzję piątego, póki, co najlepszego. Oto „Vicky Cristina Barcelona”.


Stephane wraca do domu, gdyż jego mama znalazła mu pracę, która miałaby polegać na projektowaniu kalendarzy. Jednak na miejscu okazuje się, że wcale tak nie jest – Stephane musi jedynie przyklejać odpowiednie naklejki w odpowiednie miejsca na kalendarzach. Mężczyzna jest trochę zawiedziony. Poznaje jednak swoją sąsiadkę, która ma na imię Stephanie. Zbieg okoliczności? Nasz bohater ma także bardzo dziwną przypadłość, nie potrafi do końca znaleźć granicy między jawą a snem. Podczas snu potrafi interaktywnie na niego wpływać, a często na jawie nie do końca wie, co się dzieje. I właśnie w jego życiu pojawia się Stephanie, która jest za równo w snach i na jawie, która potrafi go zrozumieć, jak nikt inny. Która w końcu, może potrafi go pokochać?

Tyler Gage mieszka na przedmieściach Baltimore. Jest zwykłym, buntowniczym nastolatkiem. Jego przyjaciółmi są bracie, dwaj murzyni. Razem spędzają czas.
Ich romans rozwija się stopniowo, ona poznaje go, on ją. Wszystko dzieje się przez Internet. Postanawiają się spotkać…