Tajne przez poufne (2008)

Tajne przez poufne / Burn After ReadingW ubiegłym roku bracia Coen zdeklasowali wszystkich rywali swoim filmem „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Cztery statuetki Oscara, w tym dla najlepszego filmu oraz wszech ogólny zachwyt krytyków jeszcze bardziej podbudował wysoką pozycję twórców w filmowym świecie. Tym razem Ethan i Joel Coen serwują nam komedię z gwiazdorską obsadą.

Osbourne Cox (John Malkovich) jest a właściwie był agentem CIA. Został właśnie zwolniony. Dodatkowo jego małżeństwo z Katie (Tilda Swinton) zaczyna się psuć. Bohater postanawia spisać wszystkie swoje doświadczenia i przeżycia związane z pracą w CIA. Nieszczęśliwie płyta z tymi informacjami przepada. Odnajduje ją instruktorka fitness, Linda (Frances McDormand) i wraz ze swoim kolegą z pracy, Chadem (Brad Pitt) chcą zwrócić owe dane właścicielowi, jednak za odpowiednią sumą. Szantaż jednak nie do końca się wydaje, a wszystko staje do góry nogami.

To nie jest kraj dla starych ludzi” nie przypadł mi do gustu, co wyraziłem w swojej recenzji kilka miesięcy temu. Do nowego filmu Coenów podchodziłem sceptycznie, jedyne, co mnie zachęciło to obsada, oraz fakt, że tym razem mamy do czynienia z komedią, a nie ciężkim filmem psychologicznym. I słusznie – „Tajne przez poufne” podobał mi się dużo bardziej niż poprzedni film braci, być może historia nie była zbyt wciągające, jednak całość ratowali aktorzy – i nie chodzi już tylko o ich nazwiska, ale także o to, że każdy z nich zagrał niesamowicie dobrze.

Tilda Swinton / Frances McDormand / Brad Pitt / John Malkovich / George Clooney

Prym wiedzie Brad Pitt i Frances McDormand grająca parę nieudaczników, którzy knują cały spisek. Zaraz za nimi jest ubiegłoroczna laureatka Oscara, Tilda Swinton. Zagrała podłą i obojętną sukę, niesamowicie wiarygodnie i ciekawie. Również John Malkovich świetnie pokazał swojego bohatera – człowieka zrezygnowanego i kompletnie nieumiejącego odnaleźć się w nowej sytuacji. I w końcu George Clooney, początkowo wydawał mi się trochę na siłę wciśnięty, jednak jak się okazało pod koniec – miał swój znaczący udział w całej historii.

A fabuła, mimo, że trochę powoli prowadzona, to jednak jest ciekawa, potrafi zaskoczyć i ogląda się bardzo miło. Podsumowując, „Tajne przez poufne” jest filmem dobrym, który w sam raz nadaje się na obejrzenie i zapomnienie o nim. Aż dziw, że nakręcili go Coenowie.

Moja ocena: 6/10

Zobacz również:

Mroczny rycerz (2008)

The Dark Knight / Mroczny rycerz Drugi film o Człowieku Nietoperzu w reżyserii Christophera Nolana już kilka dni po premierze uznano kultowym. Oczekiwania były ogromne. Najpierw dostaliśmy emocjonujący i świetny „Batman – Początek”, po czym musieliśmy czekać trzy lata. Niesamowita kampania reklamowa, nieziemskie zapowiedzi, plakaty i zdjęcia, tragiczna śmierć Heatha Ledgera, aż w końcu premiera filmu, gigantyczne wyniki finansowe i fala pochlebnych recenzji.

Przestępczość w Gotham City niebezpiecznie wzrosła. Batman (Christian Bale), porucznik Jim Gordon (Gary Oldman) oraz prokurator okręgowy Harvey Dent (Aaron Eckhart) zawierają przymierze, które ma na celu przywrócenie normalności w mieście. Tymczasem Bruce Wayne (Christian Bale) bawi się życiem nie zważając na żadne konsekwencji. Jego wierny lokaj, Alfred (Michael Caine) martwi się o niego. Podwójne życie może zrujnować bohatera, a tym samym zaprzepaścić nadzieję na spokój i równowagę w Gotham. Jednak Wayne twierdzi, że czas Batmana się skończył i przeszedł czas na nową nadzieję, Harvey’a. W mieście nowe problemy – obok mafii pojawia się przebieraniec z wielkim uśmiechem na twarzy. Nazywa się Joker (Heath Ledger) i nie boi się ani Batmana, ani owej mafii. Całe życie traktuje jak zabawę.

Każdym dniem przybliżającym mnie do polskiej premiery i przeczytaniem każdej kolejnej recenzji moje oczekiwania rosły. Właściwie to były nieziemsko olbrzymie i idąc do kina bałem się, że spadnę z tych ‘wyżyn oczekiwań’ tak boleśnie, że obrażę się na amerykańską kinematografię. Nic bardziej mylnego. Siedziałem w kinie ponad dwie i pół godziny, ze wzorkiem wlepionym w ekran, nie wypowiadając ani słowa, nie konsumując nic, co ze sobą przyniosłem. Po seansie długo jeszcze nie mogłem do siebie dojść.

Mroczny rycerz” to szósty film opowiadający o losach Batmana. Jak wiecie, dwa pierwsze były pozytywnie groteskowe i zachwycające, dwa kolejne to już tylko kolorowa bajka dla dzieci. I w końcu dochodzimy do filmów Nolana, które rzuciły nowe światło na obrazy o Batmanie a tym samym na produkcje o innych superbohaterach. Najnowsze dzieło reżysera, to nie tylko najlepszy filmy o Człowieku Nietoperzu, to także najlepszy film opowiadający o herosach, najlepsza ekranizacja komiksu, a także jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Sądzę tak ja, ale jest olbrzymia liczba ludzi, która zdecydowanie podziela moje zdanie. „Mroczny rycerz” to także największy komercyjny hit roku 2008, jednak myślę, że już niedługo zacznie zdobywać liczne statuetki w przeróżnych plebiscytach, aż dojdziemy do lutego, gdzie – mam nadzieję i głęboko w to wierzę – otrzyma kilka Oscarów, w tym za rolę Heatha Ledgera.

Fabuła filmu jest niesamowita (zapamiętajcie to słowo, pojawi się tutaj jeszcze nie raz). Poraża i przeraża swoim tak zwanym „umownym realizmem”. Aaron Eckhart Nie można mówić o pełnym realizmie w filmie fantastycznym, będącym ekranizacją komiksu i opowiadającym o superbohaterze – jednak mimo, to „Mroczny rycerz” to film najbardziej rzeczywisty z tych nierzeczywistych. Całość jest niesamowicie epicka, ciężka i trudna. I mimo tego wszystkiego, nie zabrakło kilku akcentów humorystycznych, które oczywiście wprowadza postać Jokera. Postać przerażająca i nieobliczalna, ale mimo to czasami zabawna, a już na pewno intrygująca. Ciekawie również pokazana została dwoistość przedstawionego świata. Wszystko i wszyscy mają tu swoją dobrą i złą stronę. Nawet Batman – Mroczny rycerz czy Harvey Dent, zwany Białym rycerzem, który zmieni się w wiadomo, kogo. Jedyna postać, która od samego początku charakteryzuje się jednym i tym samym usposobieniem, jest Joker. Zawsze brutalny, nieobliczalny, psychiczny. Nie ma w nim cienia dobroci.

Ogromne pochwały należą się wszystkim twórcom filmu, począwszy od aktorów kończąc na całej obsadzie technicznej, jednak najbardziej zasługują na nie bracia Nolan. Christopher i Jonathan stworzyli świetny scenariusz, na podstawie, którego ten pierwszy wyreżyserował to dzieło. Już wcześniej widać było, że jest to nietuzinkowa para – stworzyli takie filmy jak „Memento” czy „Prestiż”. W filmie spotkała się cała śmietanka aktorska Hollywood. Christian Bale, jako Batman/Bruce Wayne jest najlepszym z wszystkich aktorów, którzy wcielali się w Batmana (Michael Keaton, Val Kilmer, George Clooney), tutaj świetnie pokazał dwojakość swojej postaci oraz rozterki moralne, jakie nią targają. Aaron Eckhart zaskoczył mnie. Nie sądziłem, że jest tak dobrym aktorem, bałem się, że nie będzie pasował do tego filmu i popsuje rolę, którą mu powierzono. Nic bardziej mylnego. Był niesamowity, szczególnie pod koniec. Pozostali aktorzy, wcielający się w postacie drugo- i trzecioplanowe również zachwycają. Maggie Gyllenhaal, zawsze świetny Michael Caine czy Morgan Freeman – te nazwiska nie mogą zawieść. I nie zawiodły.

Joker Celowo chwaląc twórców i aktorów nie wspominam o nim. Heath Ledger. Postać, jaką wykreował już na zawsze przejdzie do historii kina. I wcale nie, dlatego, że tragicznie zmarł, tylko, dlatego, że była tak genialna i cudowna. Heatha znałem z „Tajemnicy Brockeback Mountain” oraz „Nieustraszonych Braciach Grimm”, już tam widać było, że nie jest to zwykły aktor. To, co pokazał w „Mrocznym rycerzu” to czysta esencja talentu i kunsztu aktorskiego. Przed premierą wszyscy twierdzili, że Ledger nawet nie zbliży się do tego, co pokazał Jack Nicholson w „Batmanie” Burtona. Wychodząc z kina wszyscy jednogłośnie twierdzili – Heath Ledger pokonał mistrza. Też tak uważam, nie ujmując roli Nicholsona, to Joker Ledgera jest dużo bardziej psychodeliczny, potworny i absolutnie fenomenalny. To za tę rolę Ledger musi otrzymać pośmiertnego Oscara – nie ma innego wyjścia, Akademia po prostu musi docenić tę rolę, przecież to nie było ‘byle, co’ – z drugiej strony, trochę boję się, wszyscy wiemy, że z roku na roku decyzje Amerykańskiej Akademii Filmowej bywają, co najmniej śmieszne i nietrafione.

Mroczny rycerz” zachwyca nie tylko fabułą i talentem aktorów. Niesamowita jest również cała oprawa techniczna obrazu. Po pierwsze, pochwalić muszę muzykę. Stworzona przez mistrzów, Hansa Zimmera i Jamesa Newtona Howarda jest porażająca, idealnie wpasowana w klimat filmu, ale również świetnie słucha się jej z soundtrack’a. Kolejnym elementem, który mnie zachwyca jest cała scenografia i zdjęcia - przedstawienie wszystkiego w mrocznych barwach. Mroczny rycerz Warto zauważyć, że większość scen wykonano bez użycia komputera i jego technik. Tu nawet wybuchający szpital rozwalono naprawdę, a nie za pomocą komputera. Nieziemski był również montaż. W końcu pościgi były widoczne i zapierające dech w piersiach – oszałamiająca prędkość nie powodowała zawrotów głowy, ponieważ reżyser nie bawił się kamerą, tak jak robiono to w wielu innych filmach. Koniec końców dochodzę do efektów specjalnych, a te, mimo, że w filmach akcji są ważne, nie były główną atrakcją. Sześć scen nakręcono przy użyciu technologii IMAX (większy ekran, lepsza jakość). To było niesamowite. I jeszcze jedno – ten film wcale nie był za długi. 152. minuty minęły bardzo szybko, i wcale bym się nie pogniewał, gdyby było ich więcej. Takie dzieła mógłbym, bowiem oglądać bez przerwy i nigdy nie miał dość. Zapamiętajcie, dobry film musi trochę trwać.

Gdy wyszedłem z kina nie byłem do końca pewny, jaką ocenę wystawię. Właściwie to ja nic nie wiedziałem, byłem w olbrzymim szoku. Dziś już wiem, że jedyna słuszna ocena dla dzieła Nolana to 10. O „Mrocznym rycerzu” usłyszymy jeszcze nie raz, na corocznych galach, na których wręczane są różne nagrody, w podsumowaniach rocznych oraz w przeróżnych rankingach na najlepsze filmu – roku i wszech czasów. Obraz ten na stałe zapisał się już historii kina, nie tylko swoim artyzmem. Pokazał studiom filmowym i producentom, że publiczność jest gotowa na filmy ciężkie, mroczne i pesymistyczne, że dość już mamy słodkości i banałów. Niech dowodem tego będą wyniki kasowe i mnóstwo rekordów, które ma na swoim koncie szósty film o Batmanie, takich jak np. najwięcej zarobionych dolarów w ciągu pierwszego dnia – 67,1 mln $, pierwszego weekendu - 158,4 mln $; najszybciej zarobione 100 mln (2 dni), 200 mln (5), 300 mln (10), 400 mln (18) i w końcu 500 mln (45) – jest to jednocześnie drugi film na wszech czasów, któremu udało się przekroczyć tę barierę. Od 11 lat, tytułem tym mógł się pochwalić jedynie „Titanic”, który ma na koncie 600,1 mln $. Co prawda „Mroczny rycerz” już go nie pokona, jednak jeszcze żadnemu filmowi nie udało się aż tak zbliżyć do opowieści o tonącym statku. Na rynku międzynarodowym Batman zbliża się do miliarda dolarów.

Po tak wielkim filmie Christopher Nolan ma nie lada problem, ponieważ trudno mu będzie zrobić trzecią część przygód Batmana. Oczekiwania prawdopodobnie będą jeszcze większe niż te, które wszyscy mieliśmy teraz. Nie dziwi mnie, więc, że reżyser najpierw wybrał się na wakacje, po czym wciąż nie ogłosił oficjalnie, że będzie kręcił kolejny film o Człowieku Nietoperzu. W pełni szanuję jego decyzję i mam nadzieję, że Warner Bros. również nie zrobi jakiejś głupoty i przypadkiem nie zatrudni nowego reżysera. To byłaby już porażka na całej linii, ale jak wiemy raz już tak było (Burton -> Schumacher) a historia lubi się powtarzać.

Podsumowując, film „Mroczny rycerz” jest niekwestionowanym arcydziełem, jednym z najważniejszych i najlepszych filmów, jakie widziałem i jakie powstały. Pisanie tej recenzji, a właściwie zbieranie się za napisanie jej, zajęło mi prawie dwa miesiące. Gdy w końcu się do tego zabrałem, samo pisanie trwało tydzień. Film ten polecam i polecać będę każdemu, będę go chwalić i wynosić pod niebiosa, a Wy, jeśli jeszcze go nie widzieliście, to musicie to nadrobić.

Moja ocena: 10/10

P.S.: Jest to również najdłuższa recenzja, jaką kiedykolwiek napisałem i opublikowałem na Filmlogu.

Batman - Początek (2005)

Batman - Początek / Batman BeginsMłody Bruce Wayne jest świadkiem morderstwa dokonanego na jego rodzicach. Sierotą opiekuje się lokaj i przyjaciel całej rodziny Wayne’ów, Alfred (Michael Caine). Bohater od samego początku myśli tylko o zemście. Wyrusza na wschód. Będąc tam poznaje Henri Ducarda (Liam Neeson) wysłannika Ra's al Ghula (Ken Watanabe). Ducard uczy Bruce'a sztuk walki. Bruce (Christian Bale) wraca do Gotham City w dniu swoich 30 urodzin. Początkowo nie jest do końca pewien, po co wrócił, jednak, gdy odnajdzie w swojej piwnicy pewien kostium stanie przed wyzwaniem. Jako Batman – Człowiek Nietoperz będzie bronił mieszkańców miasta. Na jego drodze stanie szef mafii z Gotham (Tom Wilkinson), międzynarodowy terrorysta Ra’s Al. Ghul oraz podstępny psychiatra dr Jonathan Crane (Cillian Murphy).

Reset serii o Batmanie w wykonaniu Christophera Nolana, reżysera takich dzieł jak „Memento” czy „Prestiż”. Jest to reset niesamowicie udany, ponieważ część ta jest najlepsza z wszystkich, jakie powstały do tej pory (nie mówimy tutaj jeszcze o „Mrocznym Rycerzu” z 2008), a dodatkowo mogę powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych ekranizacji komiksów, jakie widziałem, oraz naprawdę świetny film. Wymieniać można same plusy.

Przede wszystkim Christian Bale, który jest najlepszym z Batmanów (a było ich przecież kilku), dodatkowo idealnie opowiedziana historia, która wciąga i nie nuży. Idealnie wpasowane efekty specjalne, które są tam, gdzie być powinny. Zdjęcia i mroczne Gotham oraz idealnie dopasowana muzyka!

Christopher Nolan tworząc od nowa historię Batmana skupił się bardziej na psychice bohatera. Pokazał nam jak Bruce Wayne stał się Batmanem, a nie, dlaczego. Dodatkowo postawił na realizm, a nie na efektowność – tym samym powstała produkcja niesamowicie prawdziwa i realna, a przecież opowiadająca o rzeczach, które miejsca mieć raczej nie mogą (chociaż nigdy nic nie wiadomo…). Nolan udowodnił, że nie chodzi o to, aby jak najwięcej wybuchało, aby było jak najwięcej pościgów, jak najszybszych i jak najbardziej efektowych. Reżyser pokazał nam psychikę bohatera, ale również wyjątkowo nakreślił inne postacie. Nolan pokazał Batmana, który nie jest niezwyciężony. Pokazał bohatera którego można zranić, pokazał jego słabości, ale i siłę. Batman potrafi się podnieść i wyciągnąć wnioski z przegranej.

Właśnie – kolejna rzecz godna pochwały – świetnie zarysowane i pokazane postacie drugoplanowe. I równie dobrze zagrane! Co prawda Katie Holmes grać nie umie, jednak jakoś jej wyszła ta rola. Ładna jest, ale niech lepiej skupi się na pilnowaniu męża. Obsady całej nie sposób wymienić, aczkolwiek mamy tu całą galerię wielkich i znanych aktorów, którzy po raz kolejny pokazali, na co ich stać.

Zatem skoro z mojej klawiatury ślę same pochwały pod adresem „Batman – Początek” to, dlaczego nie 10? Bo mimo wszystko czegoś mi brakowało. Były to niesamowite dwie godziny, jeden z najlepszych filmów, jakie widziałem, ale wciąż brakowało jednego elementu, jednego kawałeczka… Kawałeczka, który wg moich oczekiwań znaleźć chcę w „Mrocznym Rycerzu”. Podsumowując, „Batman – początek” to film ‘must-watch’, obejrzeć trzeba i nie ma żadnego ale. Bardzo mocna dziewiątka, o jeden schodek od maksimum. Schodek, który mam nadzieję pokona „Mroczny Rycerz” (obym się nie zawiódł!).

Moja ocena: 9++/10

PS: Recenzja pisana była przed obejrzeniem "Mrocznego Rycerza".

Batman i Robin (1997)

Batman i Robin / Batman & RobinTym razem Gotham City spowija lód. Okazuje się, że sfrustrowany doktor Victor Fries (Arnold Schwarzenegger) uległ wypadkowi i zmienił się w Mr. Freeze’a, człowieka, który potrzebuje zimna i lodu, aby przeżyć. Teraz w akcie zemsty chce zamrozić całe Gotham, a następnie cały świat. Niespodziewanie u jego boku pojawia się kobieta, która żyje w niezwykłej symbiozie z fauną i florą. Trujący Bluszcz (Uma Thurman), bo o niej mowa, potrafi uwodzić feromonami a jej pocałunek jest śmiertelny. Do obrony miasta i walki z przestępcami rusza jak zwykle Bruce Wayne, przebrany za Batmana (George Clooney) oraz jego pomocnik, Dick Grayson, czyli Robin (Chris O'Donnell).

Tak jak przy okazji „Batman Forever” pisałem, że można by napisać książkę „Jak ginie legenda” tak na podstawie tego filmu, można by napisać jej kolejną część pod tytułem „Jak kopać leżącego”. Drugi film o przygodach Człowieka Nietoperza w reżyserii Joela Schumachera jest jeszcze gorszy, niż jego poprzednik.

Przede wszystkim zawiódł George Clooney, jako Batman. Po prostu nie pasował mi do tej roli, do tego wyraźnie nudził się, co aż biło z ekranu. Grał od niechcenia. Jednak w tym przypadku jest to raczej wina reżysera, który najwyraźniej nie potrafił dopilnować tego, aby plejada gwiazd, które zaangażował do swojego projektu pokazała, na co ich stać. Bo rzeczywiście, pozostali również niczym ciekawym się nie wykazali.

Arnold Schwarzenegger, jako jeden z moich nielubianych aktorów tutaj również nie pokazał nic nadzwyczajnego, baa, powiedziałbym nawet, że był straszny – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jest też Uma Thurman, której rola była bardzo nierówna. Raz świetnie opętana, demoniczna, seksowna i namiętna, ale innym razem jej zachowania przypominały pustą i nijaką blondynkę. Ale dwie najbardziej denerwujące postacie tego filmu to Robin i Batwoman. Jeszcze O’Donnella jakoś przetrawiłbym, mimo kolczyka w uchu nie przeszkadzał zbytnio. Ale Alicia? Co to miało być? Głupiutka, przesłodzona i nijaka. Bleh.

Batman i Robin” odstrasza również zdjęciami i scenografią. Wszystko jest tak kolorowe, że, za przeproszeniem, aż rzygać się chce. Mogliśmy chyba zobaczyć pełną gamę barw i kolorów, bo czego tam nie było. Niebieskości, czerwienie, róże! Taaak, różowego to tu było chyba najwięcej. Aha, i znów były sutki na Batstrojach oraz długie ujęcia idealnie dopasowanych kostiumów na pupach bohaterów.

Podsumowując, „Batman i Robin” jest najgorszą ekranizacją komiksu, najgorszym filmem o Batmanie oraz jednym z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Jest to potworek nieznośny i ciężkostrawny. Nie polecam, nawet zagorzałym fanatykom.

Moja ocena: 2/10

Batman Forever (1995)

Batman ForeverGotham City znów terroryzowane jest przez kolejnego psychopatę. Tym razem jest nim Dwie Twarze (Tommy Lee Jones), człowiek, który kiedyś został oblany kwasem, przez co postradał zmysły i popadł w rozdwojenie jaźni. Teraz chce się zemścić na Batmanie (Val Kilmer), który niejako jest odpowiedzialny za jego wypadek. Jednak pojawia się również drugi złoczyńca, Edward Nygma (Jim Carrey) zafascynowany Brucem Waynem, jednak jednocześnie przez niego odrzucony postanawia zostać Panem Zagadką. Jakby tego było mało, w mieście pojawiła się pani psycholog, Dr Chase Meridian (Nicole Kidman), która oficjalnie ma zbadać chorobę Dwóch Twarz, jednak tak naprawdę bardziej zainteresowana jest Batmanem.

Na przykładzie tego filmu można by napisać pracę pod tytułem „Jak ginie legenda”. Tim Burton został wymieniony na Joela Schumachera, ponieważ poprzednie dwie części były zbyt mroczne i poważne, toteż najważniejszy target Warner Bros. – dzieci i młodzież – nie do końca były zadowolone z tych filmów, aczkolwiek powiedziałbym, że to bardziej rodzice bali się o swoje pociechy i nie pozwolili im oglądać takich filmów. To też WB zatrudniło innego reżysera i kazało nakręcić ‘lżejsze’ filmy. Po co? Wszystkiemu, jak zwykle, winne są pieniądze.

Po pierwsze z odtworzenia głównej roli zrezygnował Michael Keaton. Zastąpił go Val Killmer. Co można powiedzieć o jego Batmanie? Nie jest źle, aczkolwiek nie jest też idealnie. Po prostu wpasował się w konwencję całego filmu. I takie też są pozostałe postacie. Tommy Lee Jones, jako Dwie Twarze chyba jest najbardziej wyrazistą i najlepiej zagraną postacią tego filmu. Momentami przypominał mi nawet Jacka Nicholsona z pierwszego „Batmana”, ale podkreślam tylko momentami. Najsłabiej wypadł Jim Carrey. Jest to tylko i wyłącznie aktor komediowy i taką też rolę stworzył w tym filmie, co dla mnie jest nie do przyjęcia. Batman nie może być komedią! I na koniec moja ukochana Nicole… Zagrała dobrze, była taka, jaka powinna być kobieta Batmana – pozostawała w cieniu Nietoperza…

I jeszcze dwa zdania – Robin był głupi, zbyt luzakowaty i miał kolczyk w uchu. I najmocniejsze: stroje Batmana i Robina miały sutki, a podczas ich nakładania połowa ujęć pokazywała nam właśnie owe sutki oraz idealnie dopasowany kostium na pupie obu bohaterów. Co to miało być?!?!

Zatem postaje pytanie – kto jest winny temu, że tak spieprzono niesamowitą legendę Batmana? Osobiście, jako winne upatruje studio Warner Bros.. W końcu to oni wyrzucili Burtona, to przez nich zrezygnował Keaton i przez nich Schumacher musiał nakręcić to, co nakręcił. Konkluzją niech będzie, że „Batman Forever” zarobił 184 milionów dolarów – więcej niż „Powrót Batmana” (162, 8 mln $), ale dużo mniej niż pierwszy „Batman” (251, 1 mln $).

Podsumowując, „Batman Forever” jest filmem złym, jako całokształt. Posiada ciekawą postać Dwóch Twarzy, nienajgorszego Batmana i piękną Nicole. Niemniej jednak, daleko mu do filmów Burtona czy Nolana.

Moja ocena: 4/10

Powrót Batmana (1992)

Powrót Batmana / Batman ReturnsCzłowiek Nietoperz powraca. Właściwie to cały czas był – strzegł i bronił Gotham City. W mieście pojawia się Pingwin (Danny DeVito), odrzucony przez rodziców w dzieciństwie ze względu na swój wygląd, wychowany w kanałach pod ziemią. Teraz za sprawą sprytnego i podstępnego milionera, Maksa Shrecka (Christopher Walken), który zastraszony przez Pingwina postanawia go wypromować w Gotham, jednak oczywiście wszystko dla własnych celów. Jednak to nie koniec kłopotów, pojawia się również tajemnicza Kobieta-Kot (Michelle Pfeiffer), czyli właściwie niezdarna sekretarka Shrecka, która teraz chce się zemścić na szefie. Batman (Michael Keaton) jak zwykle będzie miał pełne ręce roboty.

Drugi film o Batmanie w reżyserii Tima Burtona. Nie zmienił się odtwórca głównej roli – świetny, lekko cyniczny i nietuzinkowy Michael Keaton. Ale scenarzyści zdołali świetnie pokazać również inne postacie – przede wszystkim trójka wrogów Batmana. Obrzydliwy Danny DeVito w kreacji Pingwina, miał być niesmaczny i obleśny – był. Dobrze też ukazano jak się zachowuje człowiek wychowany w kanałach wśród ludzi (odgryzienie nosa). Dalej idziemy do Christophera Walkena, aktor, którego nie lubię, a w tym filmie to już w ogóle miał strasznie denerwującą rolę. Ale taka też miała być – Shreck jest dwulicowy, żmijowaty i podstępny. Nic go nie powstrzyma, aby osiągnąć swoje cele.

I w końcu dochodzimy do mojego ulubionego plusa tego filmu – Kobieta Kot, a właściwie Michelle Pfeiffer. Aktorka idealnie pokazała dwoistość tej postaci – raz niezdarna, nijaka sekretarka Shrecka, później niesamowicie seksowna, namiętna i cudowna Kobieta-Kot. I z całym szacunkiem dla Halle Berry, ale pomiędzy Kobietą-Kot Michelle Kobietą-Kot Halle jest taka przepaść jak między Uwe Bollem a Stephenem Spielbergiem (zaznaczam: chodzi mi tylko i wyłącznie o tę jedną, konkretną rolę - kobiety kota). Zresztą, co tu kryć, Michelle to jedna z moich ulubionych aktorek, więc była to uczta dla moich oczu.

Ponownie mamy również niesamowity klimat, imponującą scenerię i zdjęcia, oraz nadzwyczajną muzykę Danny’ego Elfmana. Wspomniany wcześniej scenariusz jest w pełni zaakceptowaną i najwierniejszą wizją Burtona, jaką kiedykolwiek chciał przedstawić. Przy pierwszy filmie („Batman”) scenariusz został lekko zmodyfikowany przez wytwórnię, mimo to jednak film odniósł olbrzymi sukces komercyjny, to też Warner Bros. zgodziło się na każdą wizję Burtona byle by tylko powstał. I powstał, po czym studio podziękowało Burtonowi za współpracę, ze szkodą na wszystkich fanów Batmana, komiksów i dobrych filmów.

Powrót Batmana” to film jeszcze bardziej mroczny, bardziej Burtonowski i bardziej klimatyczny niż jego poprzednik. I co prawda ocena będzie taką samą liczbą, jednak to właśnie ta część podobała mi się bardziej. Polecam ten film Wam wszystkim, bo jest to jeszcze świetna i godna obejrzenia ekranizacja przygód Człowieka Nietoperza. Niestety, kolejne dwie okażą się czymś ciężkostrawnym, o czym napiszę już niedługo – na szczęście pojawił się też Christopher Nolan i wskrzesił ikonę.

Moja ocena: 8/10

Batman (1989)

BatmanGotham City to miasto pełne mroku, niebezpieczeństw i skorumpowanej policji. Rządzi w nim mafiozo Carl, jednak szybko zostaje pogromiony przez nowego złoczyńcę, Jokera (Jack Nicholson). Zwariowany osobnik, który traktuje wszystko i wszystkich, jako dobrą zabawę. Dla niego nie ma granic, potrafi zabić zarówno kogoś obcego jak i kogoś ze swoich kompanów. Jednak Joker na swojej drodze spotka potężnego przeciwnika, postać, która stanie w obronie całego miasta Gotham. Jest nim Batman, Człowiek Nietoperz, pod którego maską kryje się multimilioner Bruce Wayne (Michael Keaton). Bohater ma u swojego boku wiernego lokaja Alfreda (Michael Gough) oraz zafascynowaną Batmanem dziennikarkę, Vicki Vale (Kim Basinger).

Pierwsza część przygód Batmana. A te były burzliwe, bo nakręcono aż 6 filmów o jego przygodach, poczynając właśnie od tego filmu w reżyserii Tima Burtona kończąc na „Mrocznym rycerzu” wg Christophera Nolana (nie biorę pod uwagę filmu z 1966 roku, bo to był raczej jakiś pastisz). W rolę Batmana wcieliło się aż 4 aktorów. I tylko cztery z sześciu filmów godne są uwagi. Ale to słowem wstępu, przejdźmy do dzieła Burtona.

Jako iż jest to film Burtona jest to właśnie bardzo widoczne. Przede wszystkim plastyczność, świetna scenografia, dużo groteski i mroku. Wielu nawet uważa, że film był zbyt groteskowy, jednak mi właśnie taka konwencja bardzo się podobała. Nie była to zwykła ekranizacja komiksu, ale coś więcej, balans na granicy dramatu, thrillera oraz komedii. Tak, tak – komedii. I nie chodzi już tylko o Jokera, ale nawet sam Batman potrafił czasem zrobić czy powiedzieć coś zabawnego.

U Burtona na uwagę również zasługują postacie. Przede wszystkim Joker w wykonaniu Jacka Nicholsona. Nie jest mi jeszcze dane porównać tej kreacji do Jokera, jakiego stworzył Heath Ledger, jednak Joker Nicholsona to po prostu niesamowicie zabawny, nieobliczalny i śmieszny psychopata. Jak już napisałem na samym początku, nie obchodzi go nic – potrafi zabić przypadkową osobę, ale także swojego kompana. Oczywiście jego głównym celem jest Człowiek Nietoperz.

Batman zagrany przez Michaela Keatona jest dobry. Prawdopodobnie powiedziałbym więcej, jednak na chwilę obecną najlepszym Batmanem jest oczywiście Christian Bale („Batman Początek” i „Mroczny rycerz”). Niemniej jednak Keaton jest tuż za nim. Na Killmera („Batman Forever”) i Clooney’a („Batman i Robin”) będę narzekać przy okazji filmów, w których wystąpili.

Jak zwykle u Burtona, jednym z najpotężniejszych i najważniejszych środków przekazu jest muzyka. Tak też i w „Batmanie” była ona niesamowita, cudowna i naprawdę klimatyczna. Idealnie wpasowała się w całą konwencję mroku i grozy filmu. Stworzył ją oczywiście nadworny kompozytor Tima, Danny Elfman.

Podsumowując, „Batman” Burtona to doskonała ekranizacja komiksów o Batmanie, świetny i wciągający film przepełniony tak charakterystycznym dla reżysera klimatem. I właśnie głównie dla wielbicieli twórczość Burtona film będzie się podobał, jednak fani Batmana również powinni być zadowoleni. Ja jestem pod wrażeniem i zaliczam ten film do moich ulubionych – mimo, że jest już dosyć stary, to wciąż znakomity. A Wam polecam zdecydowanie, jeśli jeszcze nie widzieliście.

Moja ocena: 8+/10

Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj (2008)

Oryginalny tytuł: In Bruges | Reżyseria: Martin McDonagh

Ken (Brendan Gleeson) i Ray (Colin Farrell) to dwaj zabójcy, którzy po nieudanej robocie zostają wysłani do Belgii, do malowniczego miasteczka Brugia. Ken, spokojny i zrównoważony, napawa się pięknymi widokami i zwiedza okolice. Ray przeciwnie, jest wręcz zdegustowany miejscem zesłania i zamiast odwiedzać kościoły i wieżyczki woli iść się zabawić. Poznaje miejscową piękność - Chloe (Clémence Poésy), z którą romansuje. Jednocześnie musi sobie poradzić z jej chłopakiem, skinheadem. Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze wspólne imprezy z kręcącym surrealistyczny film, amerykańskim karłem. Finał będzie jednak dużo bardziej zaskakujący, zarówno dla Kena jak i Ray’a.

Zacznę od rewelacyjnej kreacji, jaką stworzył Collin Farrell. Zarówno w „Telefonie” jak i „Śnie Kasandry” udowodnił, że role dramatyczne nie są mu obce. Jednak to, co pokazał w „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ray, w jego wykonaniu jest wiarygodny i budzi nasze współczucie. Wiem, że to rzadkie, aby filmy i role z pierwszej części roku były doceniane przez Amerykańską Akademię Filmową, ale szczerze to życzyłbym Farrellowi nominacji do Oscara. Zakończenie w jego wykonaniu miażdży.

Film „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” to istny powiew świeżości. Zawarte tu dialogi są tak absurdalne, że śmieszą. Ale w pozytywnym znaczeniu tego słowa, gdyż jednocześnie są superinteligentne, dyskusje nie toczą się tutaj o gotowaniu czy nowych ciuszkach jakieś gwiazdy, a o wojnie pomiędzy czarnymi i białymi, która wg karła-reżysera, niedługo nadejdzie. A to, po której stronie barykady się stanie, nie jest wcale zależne od koloru skóry. Nie ma znaczenia czy jesteś biały, czy czarny – masz wybór. I pamiętaj, Wietnamczycy staną po stronie czarnych. Ot taki absurdzik.

Po raz kolejny przekonuję się, że poczucie humoru Brytyjczyków to naprawdę coś godnego uwagi. Zachwycił mnie „Hot Fuzz”, oczarował „Zgon na pogrzebie” i w końcu zafascynował „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Amerykanie to powinni się od Brytyjczyków uczyć, a nie tworzyć kolejne „badziewia” pokroju „Poznaj moich Spartan” czy „Wielkie kino”.

Podsumowując, „In Bruges”, bo tak brzmi oryginalny tytuł, to perełka wśród przeróżnych produkcji z całego świata. Godna obejrzenia, godna polecenia, wciągająca i fascynująca.

Moja ocena: 9/10

Gdzie jesteś Amando? (2007)

Gdzie jesteś Amando? / Gone Baby GonePatrick Kensi (Casey Affleck) oraz Angie Genarro (Michelle Monaghan) to para prywatnych detektywów, którzy działają w dzielnicy, w której mieszkają – biednej i zapomnianej przez świat. To tam właśnie zaginęła 4-letnia dziewczyna, Amanda. Jej matka, Helene McCready (Amy Adams) okazuje się ćpunką, co dodatkowo utrudnia śledztwo. I chociaż przy dochodzeniu Patrick i Angie odkrywają inne, ciężkie sprawy takie jak handel narkotykami czy molestowania seksualne to w żaden sposób nie przybliża to ich do kluczowej sprawy – gdzie jest Amanda?

Moim zdaniem, jeden z pięciu najlepszych filmów roku 2007. Bracia Affleck stworzyli film niesamowity, wstrząsający i wciągający. Reżyserią i scenariuszem zajął się Ben, laureat Oscara za skrypt do „Buntownika z wyboru” (współpraca z Mattem Damonem). Główną rolę powierzono młodszemu z Afflecków, ale na pewno bardziej utalentowanemu pod względem aktorskim – Casey’owi, który ma na swoim koncie m.in. nominację do Oscara za „Zabójstwo Jesse'ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda”. I obaj panowie idealnie sprawdzili się w swoich rolach, czego im gratuluję. Życzyłbym również sobie, aby Ben odłożył aktorstwo na rzecz reżyserii, a w swoich filmach obsadzał uzdolnionego brata. Takie połączenie jest naprawdę dobre.

Przejdźmy jednak do filmu. Podobały mi się świetnie zarysowane postacie oraz wyczuwalny klimat. Lekko mroczny, lekko kryminalny – no i zakończenie. Nie sposób go oceniać, ponieważ każdy z nas postąpiłby inaczej. Dodatkowym atutem filmu jest rola Amy Adams, którą nominowano za nią do Oscara i Złotego Globu. Całkowicie zasłużenie.

Gdzie jesteś Amando?” wywołuje w widzu emocje. Prawdziwie i często skrajne uczucia. Jest to sztuka trudna, bo nie każdemu filmowi się to udaje. Takich właśnie filmów poszukuję i takie lubię oglądać. Takie doceniam i takie każdemu będę polecać (nie oznacza, że nie lubię czasem obejrzeć czegoś lżejszego…). Zdecydowanie udany i wspaniały film, który obejrzeć musicie.

Moja ocena: 9/10

Zobacz również:

Trade (2007)

Do Meksyku zostają sprowadzone dwie młode kobiety, w tym jedna Polka, Weronika (Alicja Bachleda-Curuś). Pierwsza ginie, druga zostaje porwana i przebywa wśród innych uprowadzonych dziewcząt. Jest tam też siostra innego bohatera filmu, Jorge’a (Cesar Ramos). Dziewczynka ma tylko 12 lat. Jej brat chce ją uratować gdyż czuje się winny porwania siostry. Zakładniczki zostają przewożone i zmuszane do świadczenia usług seksualnych. Zaczyna się szaleńczy pościg. Czy uda się uratować porwane dziewczyny?

Film, jak film – o tym za chwilę. Wystąpiła w nim Polka, Alicja Bachleda-Curuś. Chwalona za tę rolę, mnie również zachwyciła. Ostatni raz widziałem ją, jako Zosię w „Panu Tadeuszu” i od tamtej roli zmieniła się znacznie. Widać, że ma talent i potencjał, brawo, trzymam kciuki za dalszą karierę.

A sam film był ciekawy, ale nie rewelacyjny. Oglądało się z zaciekawieniem, ale p seansie, prócz dobrej roli Curuś zbyt wiele mnie nie poruszyło i nie wbiło się w pamięć. A temat poważny, kilka razy już poruszany w kinie. Film ten nie wyróżnia się na ich tle, ale również nie spada gdzieś w dół, jest dobry i zobaczy warto, choćby dla kwitnącej Alicji, którą mam nadzieję zobaczymy jeszcze nie raz w amerykańskich filmach. :)

Moja ocena: 6/10