To był wspaniały rok dla Sandry Bullock. Dwa znakomite filmy, za które otrzymała nominacje do Złotych Globów („Narzeczony mimo woli” oraz „The Blind Side”). Za ten drugi Globa odebrała, a teraz jeszcze jest nominowana do Oscara – i mówi się, że może pokonać Meryl Streep. O tym przy okazji recenzji tamtego filmu, a teraz skupmy się na lżejszej roli – zabawnej komedii „Narzeczony mimo woli”, gdzie u jej boku zagrał Ryan Reynolds.
Margaret Tate (Sandra Bullock) to coś na kształt Meryl Streep z „Diabeł ubiera się u Prady” – czyli zła szefowa, której wszyscy się boją. Jej asystentem i drugą ręką jest Andrew Paxton (Ryan Reynolds). Sprawy potoczą się tak, że Margaret będzie musiała poślubić Andrew, bo jeśli nie, to zostanie deportowana do sąsiedniej Kanady. Na nieszczęście kobiety, rodzina chłopaka jest bardzo zżyta ze sobą, a ślub to wielkie wydarzenie…
Zdecydowanie nie oczekiwałem niczego nowego po tym filmie. Baa, wiedziałem jeszcze przed seansem jak się skończy. Nie mniej jednak sam seans sprawił mi dużą przyjemność, oglądało się znakomicie, śmiałem się niejednokrotnie. Duży udział w tym miała właśnie Sandra Bullock, która wybornie odegrała swoją rolę. Może nie jest to dokładnie ten sam geniusz, co Meryl w wyżej wymienionym filmie, jednak porównania na pewno nie są bezpodstawne. Swoją drogą Reynolds też nieźle się spisał, raz tworzyli udany duet, Swoją drogą a reżyserka Anne Fletcher rozkręca się. Zaczęła reżyserię „Step Up’em”, po czym wyreżyserowała udane „27 sukienek”, a teraz to. Oby tak dalej.
„Narzeczony mimo woli” to – śmiało mogę to powiedzieć – odgrzewany kotlet, jednak podany na ładniejszym talerzu i w nowej restauracji. Ekskluzywnej i wyrafinowanej. Tą znaną historię podano nam w tak świetnym opakowaniu, że całość zleci nam szybciej niż mogłoby się wydawać. A i uśmiech z twarzy nie schodzi. Dodatkowo, gdy już „gołąbki” wyruszą do rodziny Andrew, możemy podziwiać piękną scenerię Alaski. Jest, na co popatrzeć. Inna sprawa – że jakkolwiek zły byłby ten film, moje uwielbienie do Sandry Bullock przyćmi błędy i dziury w scenariuszu – czego tutaj jednak robić nie muszę, bo film Anne Fletcher to zgrabna historia, która uniknęła jakichś większych błędów, dłużyzn czy zwyczajnej nudy.
Podobało mi się. Bardzo – ocena będzie wysoka, a tutaj właśnie napiszę: polecam Wam. Warto obejrzeć chociażby po to, aby się pośmiać. Ot, kolejna komedia romantyczna w najbardziej pozytywnym znaczeniu tych dwóch słów – i komedia (zabawna, śmieszy!) i romantyczna (jest miłość, nie patetyczna i rozbuchana, a nieoczekiwana i prosta, momentami nawet wzruszająca).

Miłością do Jennifer Aniston pałam od zawsze. Ludzie podzielili się na “team Aniston” oraz “team Jolie”, od kiedy obie biły się o Brada Pitta. Ja tam obydwie uwielbiam i do żadnego teamu nie należę. Miłością do Aniston ostatnimi czasy zacząłem pałać jeszcze bardziej, ponieważ postanowiłem od nowa obejrzeć wszystkie sezony „Przyjaciół”. W czasie seansu filmu „Dorwać byłą” byłem mniej więcej w połowie, dziś zakończyłem oglądanie tego ponadczasowego serialu, a Aniston wielbię i wielbić będę zawsze (…jak i pozostałą piątkę „Friendsów”, nałogowo zacząłem oglądać ich wszystkie późniejsze filmy). Dobra, ale to nie miejsce na pisanie o tym, oto komedia „Dorwać byłą”.

Mitologia grecka (I w ogóle jakakolwiek) to tak rozległy temat, że śmiało można by raz do roku robić jeden film opowiadający którąś z historii. Co ciekawe, w 2010 powstały dwa filmy wykorzystujące mity – jeden z nich to „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna”. Mitologia w wersji soft od twórcy pierwszych dwóch części „Harrego Pottera” – Chrisa Columbusa.

Istnieje stara, irlandzka tradycja, że w roku przestępnym, 29 lutego kobieta może oświadczyć się mężczyźnie (jakby nie patrzeć, to przecież kobiety tak walczą o równouprawnienie, że taka możliwość powinna istnieć zawsze, no, ale…). I właśnie ta tradycja będzie główną osią nowego filmu z Amy Adams w roli głównej.
Gdy Ania Dąbrowska zgadza się na napisanie i zaśpiewanie piosenki do filmu to są dwie możliwości: albo jest on bardzo dobry, albo zapłacono jej dużo pieniędzy. Postanowiłem się przekonać jak jest z filmem „Nigdy nie mówi nigdy”, do którego powstała piosenka o tym samym tytule sygnowana przez artystkę. 
Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.
który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.
„
Jakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.
Oto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…
Becky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?