Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna (2010)

Oryginalny tytuł: Percy Jackson & The Olympians - The Lightning Thief | Reżyseria: Chris Columbus Mitologia dla nastolatków

Percy Jackson Mitologia grecka (I w ogóle jakakolwiek) to tak rozległy temat, że śmiało można by raz do roku robić jeden film opowiadający którąś z historii. Co ciekawe, w 2010 powstały dwa filmy wykorzystujące mity – jeden z nich to „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna”. Mitologia w wersji soft od twórcy pierwszych dwóch części „Harrego Pottera” – Chrisa Columbusa.

Bohaterem filmu jest Percy Jackson (Logan Lerman) który zupełnie przypadkiem odkrywa, że jest pół-bogiem, synem Posejdona (Kevin McKidd), władcy mórz. Zeus (Sean Bean) oskarża go o kradzież swojej największej broni pioruna piorunów. Percy najpierw przejdzie trening dla pół-bogów, aby potem móc obronić się przez złymi mocami i udowodnić, że to nie on ukradł broń Zeusa.

Filmy Chrisa Columbusa zawsze miały swój urok. Były proste, nie zbyt wymagające, ale jednocześnie ciekawe i miło spędzało się przy nich czas. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak „Kevin sam w domu” (a później „…w Nowym Jorku”) czy „Pani Doubtfire”. „Percy Jackson” dołącza do tej listy, co prawda nie stanie się tak kultowy jak chociażby „Kevin…” nie mniej jednak jest to bardzo ciekawa bajka dla całej rodziny. Reżyser sprawnie wykorzystuje wszystko to, co dało mu sławę i dzięki czemu jego poprzednie dzieła były i są nadal tak bardzo lubiane – biedny chłopiec, odkrycie mocy, zbawienie świata… granica między inteligentnym żonglowaniem powtarzalnością, a rzemieślniczą robotą jest bliska przekroczeniu… Jednym nadal to będzie się podobało, innych może już znużyć. Osobiście miałem ochotę właśnie na taki film – lekki i zabawny, więc jestem zadowolony.

Film warto także obejrzeć dla ról drugoplanowych, to one skradły całe show. Cudowna była Uma Thurman w roli Meduzy, zaraz za nią mamy Rosario Dawson, jako Persefona, żona Hadesa, która spędza ¾ roku w podziemiach (znacie mitologię?). Niestety, zarówno Zeus jak i Posejdon (odpowiednio Sean Bean i Kevin McKidd) byli maksymalnie drętwi, a przecież można było, chociaż odrobinę zaszaleć…

…ok., rozmarzyłem się. Marzy mi się jakaś szalona wariacja na tematy mitologiczne, która czerpie z niej pełnymi garściami, a jednocześnie tak inteligentnie przekręca fakty, że byłoby śmiechu, co nie miara. I nie, nie mówię o tym, aby wzięli się za to panowie od „Komedii Romantycznej” czy „Totalnego kataklizmu”. Pobożne życzenia, bo znając życie to nikt nigdy nie wpadnie na zabawę z mitologią. W dobie sequeli i remake’ów…

Wróćmy do „Percy’ego Jacksona…”. Jest to ekranizacja pierwszego tomu sagi, która obecnie w Stanach posiada już pięć tomów, a w Polsce wydano dopiero trzy („Złodziej pioruna”, „Morze potworów” i „Klątwa Tytana” – na wydanie czekają „The Battle of The Labirynth” i „The Last Olympian”). Niestety, za oceanem nie wszystko poszło tak jak należy i przy budżecie 95 milionów, historia Percy’ego zarobiła ‘tylko’ 88,7 mln dolarów. Lepiej poszło na całym świecie (137,2 mln $), nie mniej jednak Amerykanie, gdy podejmują decyzję o kręcenie kolejnych części patrzą głównie na zyski w kraju. Tak, więc nie wiadomo, czy Percy’ego zobaczymy jeszcze w kinach – jako iż saga Harrego Pottera powoli zmierza ku końcowi, Percy Jackson byłby ciekawym zamiennikiem… Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7-/10

Oświadczyny po irlandzku (2010)

Oryginalny tytuł: Leap Year | Reżyseria: Anand Tucker Kocham Cię jak Irlandię

Leap Year / Oświadczyny po IrlandzkuIstnieje stara, irlandzka tradycja, że w roku przestępnym, 29 lutego kobieta może oświadczyć się mężczyźnie (jakby nie patrzeć, to przecież kobiety tak walczą o równouprawnienie, że taka możliwość powinna istnieć zawsze, no, ale…). I właśnie ta tradycja będzie główną osią nowego filmu z Amy Adams w roli głównej.

Bo oto Anna Brady (Amy Adams) idealna, ułożona i z zaplanowanym życiem na kolejne tygodnie postanawia wyruszyć do Irlandii, gdzie właśnie znajduje się jej chłopak. Koleżanka bohaterki widziała, jak mężczyzna wychodził ze sklepu z biżuterią to też wywnioskowała, że pewnie się jej oświadczy. Tak się nie stało, to też dziewczyna bierze sprawy w swoje ręce. Niestety, podróż do Irlandii nie będzie taka prosta.

Amy Adams po kilku naprawdę dobrych rolach („Zaczarowana”, Oscarowa „Wątpliwość”, „Julie i Julia”) postanowiła przejść na lżejszy repertuar. Bardzo lżejszy. „Oświadczyny po irlandzku” to prosta, to bólu oklepana komedia romantyczna, jakich wiele. Ale! Ogląda się ją miło, po prostu, jeśli ktoś lubi ten gatunek, to nie zawiedzie się. Jest para. Nie ma pary. Nie było miłości. Jest miłość. I oczywiście kontrast – ułożona + cham/prostak. No cóż, skoro taki motyw sprawdza się dobrze, to, dlaczego by go nie używać, aż się kompletnie przeje ludziom?

Dodatkowym i właściwie chyba najlepszym motywem tej komedii jest Irlandia. Mamy możliwość podziwienia pięknych widoków tego kraju, a także poznania wielu ciekawostek, wierzeń i stereotypów na jego temat. Niewątpliwie ostatnimi czasy mamy komedie, które – oprócz standardowego motywu – przemycają nam po drodze wycieczki po malowniczych krajach (była już Grecja, Rzym, Irlandia…)

Podsumowując, sprawna, dobrze nakręcona i zagrana komedia romantyczna, która idealnie wpisuje się w swój gatunek. No i Amy Adams.

Moja ocena: 5/10

Nigdy nie mów nigdy (2009)

Reżyseria: Wojciech Pacyna

Nigdy nie mów nigdyGdy Ania Dąbrowska zgadza się na napisanie i zaśpiewanie piosenki do filmu to są dwie możliwości: albo jest on bardzo dobry, albo zapłacono jej dużo pieniędzy. Postanowiłem się przekonać jak jest z filmem „Nigdy nie mówi nigdy”, do którego powstała piosenka o tym samym tytule sygnowana przez artystkę.

Bohaterką filmu jest Ama - co to za imię w ogóle jest?! - (Anna Dereszowska) – zajmuje się ona wyszukiwaniem odpowiednich ludzi na najwyższe stanowiska. Tzw. Łowieniem głów. Jest w tym perfekcyjna i dokładna. Drugą sprawą jest fakt, że Ama chce mieć dziecko poprzez zapłodnienie In vitro, ale nie do końca jej to wychodzi. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych poznaje Marka (Jan Wieczorkowski), z którym idzie do łóżka.

Przede wszystkim Dereszowska nie poradziła sobie ze swoją rolą. Niby miała być zła, ale jakoś tak nie do końca się jej udało. Cała ta bajeczka była strasznie nijaka i wątła. Znów wszyscy byli bogaci, utalentowani, piękni i och-ach. Zupełnie nierealne jak na polskie warunki. Na szczęście plakaty promocyjne nie zawierały sloganów „Najlepsze coś roku”. Tym razem mieliśmy pytanie „Czego naprawdę chcą kobiety?”. W filmie tym nie znalazłem odpowiedzi na to pytanie.

nnn

Średnio mi się podobało, jest to bardziej film obyczajowy niż komedia (jakakolwiek, ni to romantyczne, ni śmieszne). Jedynym plusem, jest wspomniana przeze mnie na samym początku piosenka przewodnia Ani Dąbrowskiej. Ale tę można posłuchać, zamiast oglądać cały film. I tak też zróbcie.

Moja ocena: 2/10

Planeta 51 (2009)

Oryginalny tytuł: Planet 51 | Reżyseria: Jorge Blanco „No patrzcie, patrzcie – oni też mają antenki!”

Planeta 51 Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.

Bardzo ciekawe podejście do najazdu obcych, gdzie to ludzie są tymi złymi. W ogóle bajka ta zawiera mnóstwo przeróżnych odniesień do znanych obrazów – jak chociażby piesek głównego bohatera, który przypomina Obcego z filmu „Obcy - ósmy pasażer "Nostromo"”. Oglądanie i wyłapywanie tych smaczków jest bardzo ciekawym zajęciem, bo sama historia jest prosta, ale bardzo miła i znośna. Po prostu kolejna, odprężająca bajka dla całej rodziny. Podobała mi się dużo bardziej niż przereklamowane „Potwory kontra Obcy”, które również chciały pomiędzy wierszami nawiązać do znanych filmów, jednak tutaj wyszło to fajniej i bardziej subtelnie. Warto też zaznaczyć, że scenariusz napisał ten sam człowiek,Piesek który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.

Podsumowując tę krótką recenzję, szukając ciekawej bajki dla dzieci (czy dla siebie), warto sięgnąć po „Planetę 51” niż chociażby po wspomniane „Potwory kontra Obcy”.

Moja ocena: 6/10

Alvin i wiewiórki 2 (2009)

Oryginalny tytuł: Alvin and the Chipmunks: The Squeakquel | Reżyseria: Betty Thomas Klątwa drugiej części

Alvin i wiewiórki 2Alvin i wiewiórki” miało być jednorazową przygodą. Jednak zarobiło kupę kasy, tak, więc powstała część druga. I jej poziom jest dokładnie taki, jak drugie części innych filmów powstających tylko i wyłącznie dla pieniędzy – źle.

W „Alvin i wiewiórki 2” poznajemy trzy siostry-wiewiórki, Britanny, Jeanette i Eleonorę. Ian (David Cross), któremu nie udało się zarobić pieniędzy na Alvinie i jego braciach, bierze pod skrzydła dziewczęta i tak powstaje konkurencja dla Chipmunków – The Chipettes. Dodatkowo Alvin, Teodor i Szymon muszą sobie radzić sami, bo Dave (Jason Lee) po nieszczęśliwym wypadku trafia do szpitala, a braćmi opiekuje się niezdarny Toby (Zachary Levi).

Reżyserka tej kontynuacji, Betty Thomas, ma na swoim koncie takie filmy jak „Dr Dolittle” z Eddie’m Murphy czy „28 dni” z Sandrą Bullock. Zrobiła też całkiem udaną komedię „John Tucker musi odejść”. W związku z tym nie wiem, co poszło nie tak, ale ten film tej pani się nie udał. Jest nieznośny, ciężko dotrwać do końca i nie ma w sobie nic, co cieszyło w poprzedniej części. Bzdetny scenariusz, jakby pisany na kolanie na szybko tylko po to, aby zrobić kolejny obraz a ludzie nie zapomnieli o Alvinie i jego braciach.

The Chipettes

A przecież, gdyby odczekać ze dwa lata, popracować nad scenariuszem i zrobić naprawdę dobry film, to na pewno zrobiłby sporo, a może nawet więcej, bo im dłużej się na coś czeka, tym bardziej się tego chce. Ale to jest Hollywood. Tutaj wszystko trzeba szybko, na skróty i ważne, aby zarobiło. To straszne i przerażające. „Alvin i wiewiórki 2” to film zły. Myślę, że nawet dzieciom może się nudzić, już nie mówiąc o starszych, którzy absolutnie nic ciekawego tutaj nie znajdą. Powinien leżeć nisko na jakiejś półce, pomiędzy „Załogą G” a „Sezonem na misia 2”. Odradzam.

Moja ocena: 2/10

Odlot (2009)

Oryginalny tytuł: UP | Reżyseria: Pete Docter, Bob Peterson Słowa to za mało

Odlot / UPJakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.

Już sam bohater filmu jest bardzo nietypowy. Oto podstarzały, samotny dziadek, Carl Fredricksen na starość wybiera się w podróż marzeń. Domek w samym centrum wielkiego miasta nagle wznosi się ku górze, a pomaga mu w tym mnóstwo małych baloników. Przypadkiem jednak na „pokładzie” znalazł się młody skaut Russell. Razem dotrą do dżungli, gdzie czeka ich mnóstwo niesamowitych przygód.

Najodpowiedniejsze w tym momencie byłoby napisanie zdania: musicie to obejrzeć, i zakończenie tej recenzji. Bo moje słowa i tak nie oddadzą całej magii „Odlotu”. Już przy „Wall-E’im” brakło mi słów, teraz jest podobnie. Dzieło Pixara urzeka pod każdym względem. Przede wszystkim przepiękna animacja, która współgra z fabułą – mam tu na myśli fakt, że gdy oglądaliśmy życie Carla po śmierci żony, wszystko było szare, wyblakłe, dopiero po wyruszeniu w podróż nabrało kolorów. Pod koniec również na moment jest zauważalny ten trend, ale nie będę zdradzał, z jakiego powodu.

Odlot” porusza mnóstwo tematów, które wydawałoby się nie są odpowiednie dla bajek. Bo i śmierć żony, i kłopot z posiadaniem dziecka. Starość, konflikt pokoleń, zmierzenie się dorosłości z dzieciństwem – w tym archetyp bohatera z dzieciństwa. Ale co ważne, nie jest to jakoś mocno zaznaczone tak, aby przytłaczało czy było głównym motywem. To tylko tło, jednak zauważalne. Najważniejsza jest tutaj przygoda bohaterów oraz przyjaźń. Twórcom udało się w idealny sposób połączyć świetny i wciągający film z przesłaniem i morałem. Często zdarza się, że gdy dobiegamy do końca jakiejś produkcji filmowej, sam morał albo nas śmieszny albo w ogóle jest niezauważalny. Nic takiego nie zdarzyło się w „Odlocie”. Tu wszystko jest na miejscu i tak jak powinno być.

I po raz kolejny Pixar stworzył najlepszą animację roku. Tym razem jednak inaczej. „Odlotowi” po piętach deptał „Fantastyczny Pan Lis” oraz „Koralina”. Tego pierwszego nie widziałem, a ta druga świetna, choć słabsza od opisywanego tu filmu. I na koniec, to, co miałem napisać wcześniej: musicie to obejrzeć!

Moja ocena: 9/10

Cztery gwiazdki (2008)

Oryginalny tytuł: Four Christmases | Reżyseria: Seth Gordon Z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na obrazku.

Na samym początku – zdrowych, ciepłych, szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Najedzcie się, wypocznijcie. A w nowym roku samych sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym. Dzisiaj, specjalnie przeze mnie wybrana – recenzja świąteczna. Bo co roku w kinach mamy kilka nowych filmów ze świętami w tle. Mniej lub bardziej ciekawych. A „Cztery gwiazdki” to propozycja świetna.

Cztery gwiazdkiOto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…

Ubiegłoroczna premiera, całkiem spory sukces (120 mln $) i bardzo dobra komedia. Ubawiłem się, mimo, że tak naprawdę był to odgrzewany kotlet w nowym wydaniu. Ale to jest właśnie urok świąt, że tu wszystko smakuje inaczej. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to jeszcze „świeży” film, ale miło by było go zobaczyć kiedyś w telewizji – już niekoniecznie zamiast „Kevina” (u nas brak Kevina to jak brak karpia), ale np. zamiast oklepanej nie-świątecznej „Szklanej Pułapki”.

Reese kwietnie, przeurocza, śliczna aktorka – uzdolniona przede wszystkim, bo to nie tak, że gra w samych komedyjkach, jest przecież laureatką Oscara („Spacer po linie”). Trochę gryzł mi się tu Vince Vaughn, ale ten film chyba potrzebował takiego misia, a nie jakiegoś lalusiowatego pana. Absolutną perełką jest tutaj Kristin Chenoweth, która od „Gdzie pachną stokrotki” jest dla mnie fenomenem. Cudownie głupia i głupio genialna – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu! Gdy ona pojawia się na ekranie nie widać nikogo poza nią. Widziałem – a może inaczej – podziwiałem ją już we wspomnianym „Gdzie pachną stokrotki” (serial, Emmy dla najlepszego aktorki za tę rolę), później w tegorocznym, serialowym odkryciu „Glee”, a teraz błysnęła w „Czterech gwiazdkach”. Panie i panowie, oto rodzi się nam gwiazda!

Cztery gwiazdki

Jeśli szukacie jakiegoś świątecznego filmu, który chcielibyście obejrzeć (sami bądź z rodziną) to „Cztery gwiazdki” będą idealne. Kilka gwiazd, świetnie poprowadzona fabuła, dobry humor, udana zabawa. Polecam i do przeczytania w Nowym Roku!

Moja, świąteczna ocena: 7++/10

Wyznania zakupoholiczki (2009)

Oryginalny tytuł: Confessions of a Shopaholic | Reżyseria: P.J. Hogan A można było zrobić dramat o poważnym problemie społecznym

Wyznania zakupoholiczkiBecky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?

Film ten jest ekranizacją książki. Tak sobie czytałem o nim i pomyślałem czy zakupoholizm to rzeczywiście coś tak poważnego jak alkoholizm czy narkomania. Nie wiem czy już to leczą, ale bardzo możliwe. Momentami to nawet u siebie widzę pewne objawy – jakby np. oglądanie gazetek z marketów i szukanie najciekawszych promocji, czy też czwartkowe wycieczki do hipermarketów, gdyż to wtedy zaczynają się nowe promocje w tychże. Można to tłumaczyć, jako owy zakupoholizm, albo, jako fakt, że jestem zdrowo popieprzony. Sami wybierzcie, co wam pasuje.

Wracając jednak do filmu – Isla Fisher promienieje! Już w przypadku „Na pewno, być może” można było zauważyć, jaka świetna, śliczna z niej aktorka, ale tutaj nadała pazura całemu filmowi. Oglądało się miło, ale jak wspomniałem w przypadku recenzji „Za jakie grzechy”, film ten to nic nowego czy świeżego, no może prócz błyszczącej Isli, dla której głównie warto obejrzeć tę komedię romantyczną. Poziom podobny do „Za jakie grzechy”, aczkolwiek ten film podobał mi się bardziej i ma u mnie oczko wyżej.

A teraz idę zrobić jakieś zakupy.

Moja ocena: 3+/10

Za jakie grzechy (2009)

Oryginalny tytuł: New in Town | Reżyseria: Jonas Elmer Błądzisz Renée...

Za jakie grzechyLucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…

Standard pogania standard, sprawdzone motywy, powielenia, nic nowego – komedia romantyczna, jakich wiele, która na tle tych wszystkich innych nie wyróżnia się niczym nowym. Nawet, jeśli wspomnieć o Renee Zellweger, to lepiej obejrzeć ją w innej komedii romantycznej z jej udziałem – „Dziennik Bridget Jones”.

Czytając to zadasz sobie pytanie – to, po co on to oglądał? To trudne pytanie. Jedyna odpowiedź to chyba fakt, że ja po prostu lubię takie proste, niezobowiązujące filmy. Nawet, jeśli potem mam im wystawić jakieś niskie noty, to w końcu jakieś filmy muszą mieć takie oceny, bo same ósemki i dziewiątki to byłoby nudno. A w takich komediach romantycznych zawsze jest jakaś fajna aktorka, której się wydaje, że robi świetny film i wszyscy będą ją za kochać, a tak naprawdę wszyscy oglądają film, bo chcą po prostu na nią popatrzeć. Tak było w przypadku „Za jakie grzechy”, bo tu mamy Renee. Tak też było w przypadku „Wyznań zakupoholiczki”, gdzie błyszczała Isla Fisher. Poziom obu filmów jednak taki sam (porównuję oba filmy, bo obejrzałem je w krótkim odstępie czasowym, a recenzja „Wyznań zakupoholiczki” to kolejna po tej).

Moja ocena: 2/10

Ślubne wojny (2009)

Ślubne WojnyJak zwykle w pierwszym kwartale roku mamy w kinach trochę komedii romantycznych, trochę horrorów (głównie remaków azjatyckich dzieł) i jakąś animację. Pierwszy typ filmów w tym roku reprezentują „Ślubne wojny” z Kate Hudson oraz Anne Hathaway i jak zwykle, poziom nie jest zbyt wygórowany, ale i nie najgorszy.

Dwie bohaterki, Liv (Kate Hudson) i Emma (Anne Hathaway) to przyjaciółki praktycznie od zawsze. Mimo że ich kariery różnią się znacznie – Liv to zimna i twarda kobieta sukcesu, natomiast Emma stoi raczej w jej cieniu. Obie panie bez przerwy marzą o bajecznie wielkim i wystawnym ślubie. I gdy ich mężczyźni w końcu im się oświadczają, wielka machina ślubna rusza. Pech sprawia, że za błędem jakiejś sekretarki, przyjaciółki dostały tę samą datę ślubu w wymarzonym hotelu Plaza. Przyjaźń się zatraca, rozpoczyna się wojna o to, kto będzie miał lepszy ślub.

Jak już na początku napisałem, „Ślubne wojny” nie jest jakąś nowością w gatunku komedii romantycznych, ale nie jest też strasznie złym filmem. Ogląda to się tak jak większości tego typu filmów – na luzie, czasem z uśmiechem, najlepiej w większym gronie lub z ukochaną osobą. Pozycja idealna na randki.

W filmie główne role powierzono Kate Hudson oraz Anne Hathaway. Pani Hudson od lat gra głównie właśnie w tego typu filmach – pewną odskocznią będzie musical „Nine”, który premierę będzie miał pod koniec bieżącego roku. Odnośnie pani Hathaway to można stwierdzić, że jest to aktorka, która cały czas próbuje różnych gatunków i szuka czegoś najbardziej odpowiedniego dla siebie. Bo w jej filmografii mamy zarówno świetne komedie „Diabeł ubiera się u Prady” i „Dorwać Smarta”, dramaty „Rachel wychodzi za mąż” i „Tajemnica Brockeback Mountain”, pseudo thriller psychologiczny „Ocaleni” oraz dwie części „Pamiętnika dla księżniczki” familijnego obrazu dla najmłodszych. Ja jednak najbardziej czekam na „Alicję w Krainie Czarów” gdzie Hathaway wcieli się w Białą Królową. Reżyserią zajmie się sam Tim Burton – premiera w 2010.

Co ważne – film się nie dłuży. Całość jest tak poprowadzona, że oczywiście wiemy jak się to skończy, jednak sprawna reżyseria (Gary Winick) spowodowała, że ogląda się miło, zgranie i powabnie. Nie powiem wam, czy macie iść i to obejrzeć, bo to już wasza decyzja, jednak ja bawiłem się dobrze. No i na Hudson to mógłbym patrzeć i patrzeć, a w tym filmie prezentowała się wyjątkowo dobrze.

Moja ocena: 4/10