Oryginalny tytuł: Four Christmases | Reżyseria: Seth Gordon Z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na obrazku.

Na samym początku – zdrowych, ciepłych, szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Najedzcie się, wypocznijcie. A w nowym roku samych sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym. Dzisiaj, specjalnie przeze mnie wybrana – recenzja świąteczna. Bo co roku w kinach mamy kilka nowych filmów ze świętami w tle. Mniej lub bardziej ciekawych. A „Cztery gwiazdki” to propozycja świetna.

Cztery gwiazdkiOto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…

Ubiegłoroczna premiera, całkiem spory sukces (120 mln $) i bardzo dobra komedia. Ubawiłem się, mimo, że tak naprawdę był to odgrzewany kotlet w nowym wydaniu. Ale to jest właśnie urok świąt, że tu wszystko smakuje inaczej. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to jeszcze „świeży” film, ale miło by było go zobaczyć kiedyś w telewizji – już niekoniecznie zamiast „Kevina” (u nas brak Kevina to jak brak karpia), ale np. zamiast oklepanej nie-świątecznej „Szklanej Pułapki”.

Reese kwietnie, przeurocza, śliczna aktorka – uzdolniona przede wszystkim, bo to nie tak, że gra w samych komedyjkach, jest przecież laureatką Oscara („Spacer po linie”). Trochę gryzł mi się tu Vince Vaughn, ale ten film chyba potrzebował takiego misia, a nie jakiegoś lalusiowatego pana. Absolutną perełką jest tutaj Kristin Chenoweth, która od „Gdzie pachną stokrotki” jest dla mnie fenomenem. Cudownie głupia i głupio genialna – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu! Gdy ona pojawia się na ekranie nie widać nikogo poza nią. Widziałem – a może inaczej – podziwiałem ją już we wspomnianym „Gdzie pachną stokrotki” (serial, Emmy dla najlepszego aktorki za tę rolę), później w tegorocznym, serialowym odkryciu „Glee”, a teraz błysnęła w „Czterech gwiazdkach”. Panie i panowie, oto rodzi się nam gwiazda!

Cztery gwiazdki

Jeśli szukacie jakiegoś świątecznego filmu, który chcielibyście obejrzeć (sami bądź z rodziną) to „Cztery gwiazdki” będą idealne. Kilka gwiazd, świetnie poprowadzona fabuła, dobry humor, udana zabawa. Polecam i do przeczytania w Nowym Roku!

Moja, świąteczna ocena: 7++/10

Oryginalny tytuł: Confessions of a Shopaholic | Reżyseria: P.J. Hogan A można było zrobić dramat o poważnym problemie społecznym

Wyznania zakupoholiczkiBecky (Isla Fisher) chciałaby pracować w znanym piśmie o modzie. Na jej nieszczęście dostaje prace w piśmie o finansach. I co teraz? Becky jest specjalistką w robienie zakupów. Jak się okazuje, robienie zakupów można łatwo przełożyć na wszystkie słupki i wykresy związane z finansami. Czy dzięki nowej pracy bohaterka będzie w końcu mogła sobie pozwolić na wszystko, co chciałaby kupić?

Film ten jest ekranizacją książki. Tak sobie czytałem o nim i pomyślałem czy zakupoholizm to rzeczywiście coś tak poważnego jak alkoholizm czy narkomania. Nie wiem czy już to leczą, ale bardzo możliwe. Momentami to nawet u siebie widzę pewne objawy – jakby np. oglądanie gazetek z marketów i szukanie najciekawszych promocji, czy też czwartkowe wycieczki do hipermarketów, gdyż to wtedy zaczynają się nowe promocje w tychże. Można to tłumaczyć, jako owy zakupoholizm, albo, jako fakt, że jestem zdrowo popieprzony. Sami wybierzcie, co wam pasuje.

Wracając jednak do filmu – Isla Fisher promienieje! Już w przypadku „Na pewno, być może” można było zauważyć, jaka świetna, śliczna z niej aktorka, ale tutaj nadała pazura całemu filmowi. Oglądało się miło, ale jak wspomniałem w przypadku recenzji „Za jakie grzechy”, film ten to nic nowego czy świeżego, no może prócz błyszczącej Isli, dla której głównie warto obejrzeć tę komedię romantyczną. Poziom podobny do „Za jakie grzechy”, aczkolwiek ten film podobał mi się bardziej i ma u mnie oczko wyżej.

A teraz idę zrobić jakieś zakupy.

Moja ocena: 3+/10

15 Paź 2009
Oryginalny tytuł: New in Town | Reżyseria: Jonas Elmer Błądzisz Renée...

Za jakie grzechyLucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…

Standard pogania standard, sprawdzone motywy, powielenia, nic nowego – komedia romantyczna, jakich wiele, która na tle tych wszystkich innych nie wyróżnia się niczym nowym. Nawet, jeśli wspomnieć o Renee Zellweger, to lepiej obejrzeć ją w innej komedii romantycznej z jej udziałem – „Dziennik Bridget Jones”.

Czytając to zadasz sobie pytanie – to, po co on to oglądał? To trudne pytanie. Jedyna odpowiedź to chyba fakt, że ja po prostu lubię takie proste, niezobowiązujące filmy. Nawet, jeśli potem mam im wystawić jakieś niskie noty, to w końcu jakieś filmy muszą mieć takie oceny, bo same ósemki i dziewiątki to byłoby nudno. A w takich komediach romantycznych zawsze jest jakaś fajna aktorka, której się wydaje, że robi świetny film i wszyscy będą ją za kochać, a tak naprawdę wszyscy oglądają film, bo chcą po prostu na nią popatrzeć. Tak było w przypadku „Za jakie grzechy”, bo tu mamy Renee. Tak też było w przypadku „Wyznań zakupoholiczki”, gdzie błyszczała Isla Fisher. Poziom obu filmów jednak taki sam (porównuję oba filmy, bo obejrzałem je w krótkim odstępie czasowym, a recenzja „Wyznań zakupoholiczki” to kolejna po tej).

Moja ocena: 2/10

22 Sie 2009

Ślubne WojnyJak zwykle w pierwszym kwartale roku mamy w kinach trochę komedii romantycznych, trochę horrorów (głównie remaków azjatyckich dzieł) i jakąś animację. Pierwszy typ filmów w tym roku reprezentują „Ślubne wojny” z Kate Hudson oraz Anne Hathaway i jak zwykle, poziom nie jest zbyt wygórowany, ale i nie najgorszy.

Dwie bohaterki, Liv (Kate Hudson) i Emma (Anne Hathaway) to przyjaciółki praktycznie od zawsze. Mimo że ich kariery różnią się znacznie – Liv to zimna i twarda kobieta sukcesu, natomiast Emma stoi raczej w jej cieniu. Obie panie bez przerwy marzą o bajecznie wielkim i wystawnym ślubie. I gdy ich mężczyźni w końcu im się oświadczają, wielka machina ślubna rusza. Pech sprawia, że za błędem jakiejś sekretarki, przyjaciółki dostały tę samą datę ślubu w wymarzonym hotelu Plaza. Przyjaźń się zatraca, rozpoczyna się wojna o to, kto będzie miał lepszy ślub.

Jak już na początku napisałem, „Ślubne wojny” nie jest jakąś nowością w gatunku komedii romantycznych, ale nie jest też strasznie złym filmem. Ogląda to się tak jak większości tego typu filmów – na luzie, czasem z uśmiechem, najlepiej w większym gronie lub z ukochaną osobą. Pozycja idealna na randki.

W filmie główne role powierzono Kate Hudson oraz Anne Hathaway. Pani Hudson od lat gra głównie właśnie w tego typu filmach – pewną odskocznią będzie musical „Nine”, który premierę będzie miał pod koniec bieżącego roku. Odnośnie pani Hathaway to można stwierdzić, że jest to aktorka, która cały czas próbuje różnych gatunków i szuka czegoś najbardziej odpowiedniego dla siebie. Bo w jej filmografii mamy zarówno świetne komedie „Diabeł ubiera się u Prady” i „Dorwać Smarta”, dramaty „Rachel wychodzi za mąż” i „Tajemnica Brockeback Mountain”, pseudo thriller psychologiczny „Ocaleni” oraz dwie części „Pamiętnika dla księżniczki” familijnego obrazu dla najmłodszych. Ja jednak najbardziej czekam na „Alicję w Krainie Czarów” gdzie Hathaway wcieli się w Białą Królową. Reżyserią zajmie się sam Tim Burton – premiera w 2010.

Co ważne – film się nie dłuży. Całość jest tak poprowadzona, że oczywiście wiemy jak się to skończy, jednak sprawna reżyseria (Gary Winick) spowodowała, że ogląda się miło, zgranie i powabnie. Nie powiem wam, czy macie iść i to obejrzeć, bo to już wasza decyzja, jednak ja bawiłem się dobrze. No i na Hudson to mógłbym patrzeć i patrzeć, a w tym filmie prezentowała się wyjątkowo dobrze.

Moja ocena: 4/10

Marley & me / Marley i ja Większość ludzi kocha zwierzęta, część ma do nich stosunek obojętny, a mały odsetek ich nienawidzi. W związku z tym, skoro większość to ta kochająca, Hollywood, co raz robi filmy ze zwierzakami w roli głównej – niestety dla mnie większość z nich jest o psach. Jednym z nich jest „Marley i ja”.

Jenny (Jennifer Aniston) i John (Owen Wilson) są świeżo po małżeństwie. John w rozmowie z przyjacielem zdaje sobie sprawę, że Jenny wkrótce może chcieć mieć dziecko – postanawia, więc na chwilę odwlec owy „kłopot” i przynosi Jenny malutkiego szczeniaczka. Piesek dostaje imię Marley i szybko się zadomawia. Jednak z dnia na dzień wychodzi prawdziwa natura psiaka – kłopotliwy, uparty, rozrabiający i mający wszystko i wszystkich w nosie. Jak Jen i John poradzą sobie w takiej sytuacji?

Reżyserem tego filmu jest David Frankel, twórca absolutnie fantastycznego „Diabeł ubiera się u Prady” z jakże absolutnie fantastyczną kreacją Meryl Streep. Tym razem nie udało mu się zrobić tak dobrego filmu, niemniej jednak nie jest najgorzej. „Marley i Ja” to prosta opowieść o psie i jego właścicielach. Niestety, trochę za długa, co jednak rekompensuje dobre zakończenie. Co prawda słowo ‘dobre’ powinienem zamknąć w cudzysłowie, ale to już inna bajka… Dobre, w sensie satysfakcjonujące i takie, dzięki któremu film dostał ode mnie oczko wyżej.

Marley i ja

Ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp filmów z pasami w roli głównej – najpierw „Beverly Hills Cziłała” (śliczny tytuł, co?), którego nie zamierzam oglądać, potem właśnie „Marley i Ja”, a na dokładkę był też „Hotel dla psów”. Dlaczego koty są dyskryminowane? Ja chciałbym obejrzeć film z kotem w roli głównej. I nie chce ani Garfielda, ani Kota W Butach ze „Shreka” (wkrótce w kinach „Prawdziwa historia Kota W Butach”, ale tego kota z bajki Charlesa Perraulta, natomiast w 2011 pełnometrażowy film animowany z Kotem W Butach ze „Shreka”). Chce kota, którego nikt nie zna (tak jak nie znał Marleya), a którego wszyscy pokochają i tak dalej. Może kiedyś…

Podsumowując, „Marley i Ja” to prosta, za długa opowieść z psem w roli głównej. Dzieciom powinno się spodobać, trochę gorzej z dorosłymi. Nie sądzę, abym sięgnął po ten film po raz drugi, jednak pierwszego seansu nie żałuję.

Moja ocena: 4-/10

11 Cze 2009

Role Models / WyrolowaniObejrzałem kolejną komedię. Tym razem nie była to komedia romantyczna, a raczej coś w stylu komediu familijnej… jednak całej rodzinie tego bym nie polecił, to coś bardziej w styli familijnego pseudocacka dla młodzieży. Ale do rzeczy.

Pewna kobieta wymyśliła dziwny program. Zapracowani dorośli oddają swoje dzieci do czegoś w rodzaju przedszkola, tam, inni dorośli, którzy mają aż nadto czas zajmują się nieswoim dziećmi. Spędzają z nimi czas, nawiązują przyjaźnie. Trafiają tam nie tylko dzieci, ale także nastolatki i młodzież w różnym wieku. Bohaterami filmu jest dwójka mężczyzn, którzy za złamanie prawa dostali alternatywę: albo pójdą do więzienia, albo będą musieli przystąpić do wyżej opisanego programu i zająć się dwójką podopiecznych. Los sprawia, że Wheeler (Seann William Scott) dostaje pod opiekę dzieciaka z nadwyraz rozwiniętym słownictwem, natomiast Danny (Paul Rudd) nastolatka, który żyje w świecie jakiejś głupiej gry i wydaje się nie akceptować tego, że już wkrótce stanie się dorosłym.

Poprzednia komedia Davida Waina - „Jak złamać 10 przykazań” – była bardzo podobna do tej. I nie chodzi mi tylko o to, że w obydwu grał Paul Rudd. Bardziej mam tutaj na myśli podobny poziom – jest tak, że oglądamy sobie film, podczas niego czasem się zaśmiejemy, krócej mówiąc dobrze spędzamy czas. Po seansie pojawia się lekki uśmiech na twarzy, po czym bez żadnego zastanowienia przechodzimy do robienia innych czynności pofilmowych. Nie jest to produkcja, która mogłaby nas skłonić do refleksji, nie jest też to obraz, do którego chcielibyśmy wrócić któregoś dnia. Po prostu obejrzeć i zapomnieć. Opcja ‘nie obejrzeć’ również jest możliwa i nie zrobi to większej różnicy.

Ja dla przykładu nie czuję, że straciłem półtorej godziny. Bawiłem się dobrze, przystępnie, chociaż nie był to humor na miarę „Diabeł ubiera się u Prady” czy absolutnie genialnej „Małej miss” (będę to powtarzał do znudzenia, dla mnie póki co komediodramat wszechczasów). Jest to średniak, jakich wiele, tak, więc kwestia obejrzenia zależy tylko od tego, co akurat chcemy zobaczyć. Być może jednym z powodów, dla którego ktoś może chcieć sięgnąć po ten film są dwaj panowie – Seann William Scott oraz Paul Rudd. Obydwoje pokazali dokładnie to, do czego nas przyzwyczaili – proste, nieskomplikowane role półgłupków – szczególnie Scott. Jest też urocza Elizabeth Banks, która właśnie jest urocza i to tyle. Podsumowując, „Wyrolowanych” da się oglądać, ale da się też obejść bez obejrzenia. Ja nie żałuję.

Moja ocena: 5-/10

28 Maj 2009

Jestem na tak / Yes ManCzy zdajemy sobie z tego sprawę, że najczęściej wypowiadanym przez nas słowem jest ‘nie’? Praktycznie na prawie każde pytanie główna odpowiedź jaka nam się nasuwa to właśnie ‘nie’. Bohater filmu, Carl (Jim Carrey) za namową swojego przyjaciela idzie na spotkanie ludzi, którzy wyznają ideologią ‘zawsze-mówienia-tak’. Krócej mówiąc, tacy ludzie zawsze odpowiadają na każde pytanie ‘tak’, a w ich słowniku nie istnieje słowo ‘nie’. Wkrótce Carl przystąpi do nich i sam stanie się człowiekiem na tak.

Jima Carrey’a cenię za kilka naprawdę dobrych, komediowych ról – głównie za „Truman Show”, „Kłamca, kłamca”, „Maskę” oraz „Bruce’a wszechmogącego”. W 2007 roku postanowił sprawdzić się w repertuarze odrobinę ambitniejszym – wystąpił w thrillerze „Liczba 23”, jednak śmiało można stwierdzić, że nie był to udany film. Inaczej spawa miała się z „Zakochanym bez pamięci” – tamta rola, mimo że połowicznie komediowa, połowicznie dramatyczna wyszła mu doskonale. Teraz powraca do komedii. Rola w „Jestem na tak” to powrót do korzeni, świetna i zwariowana kreacja bohatera do jakich przyzwyczaił nas Carrey. Szkoda jednak, że film pozostawia pewien niesmak.

Bo i owszem, Carrey jak zwykle pokazuje, że jest dobrym komikiem i to dzięki niemu w ogóle dało oglądać się ten film. Niestety, oprócz samego aktora „Jestem na tak” nie posiada nic, co byłoby godne uwagi. Wręcz przeciwnie, na myśl przychodzi film „Kłamca, kłamca” gdzie bohater (również grany przez Carreya) nie mógł kłamać. Lekko oklepany motyw i genialny aktor niestety w tym przypadku nie wywróżyły sukcesu. Po obejrzeniu tej produkcji czułem się zawiedziony, bo oczekiwałem czegoś lepszego. Oglądałem już lepsze komedie.

Jestem na tak / Yes man

Jeśli ktoś zastanawia się nad obejrzeniem „Jestem na tak” powinien głęboko to przemyśleć, ponieważ nie jest to strasznie inteligentna i zabawna komedia. Słaby przeciętniak z dobrą rolę Carreya nie gwarantuje obiecanej rozrywki, spodobać się może głównie zawziętym fanom aktora. A tym, którzy oczekiwali rozrywki może sprawić przykrość, że stracili swój cenny czas. Głęboko się zastanówcie, bo ja np. trochę żałuję, mogło być dużo lepiej.

Moja ocena: 4-/10

Dziewczyna mojego kumplaBohaterem filmu jest Tank (Dane Cook), który trudzi się bardzo dziwnym zajęciem. A mianowicie umawia się na ranki z kobietami, które właśnie rzuciły swoich chłopaków. Na owych spotkaniach jest niesamowicie chamski i nieznośny. Przez to zachowanie, kobiety zauważają, że ich wcześniejszy chłopak był ideałem, a kolejny taki może się nie trafić, to też postanawiają wrócić do swoich byłych. Nie wiedzą jednak, że Tank jest wynajmowany przez właśnie takiego ‘porzuconego’. Problemy pojawią się, gdy Tanka zaangażuje jego najlepszy kumpel Dustin (Jason Biggs) porzucony właśnie przez piękną Alexis (Kate Hudson).

Z początku było zabawnie. Brutalnie chamsko, ale mimo wszystko śmiesznie. Jednak, czym bliżej końca, tym gorzej. Robi się nudna, nieznośna i oklepana komedia romantyczna. Pomysł ciekawy, ale znów zepsuty i nie do końca dobrze rozegrany. Nie widziałem jeszcze komedii romantycznej z negatywnym zakończeniem…, ale to wtedy to się już chyba dramat nazywa. Nieistotne.

Kate Hudson jest śliczna, to już kolejny film, w którym błyszczy i promieniuje (ale, nie radioaktywnie)… no dobra, promienieje. Tak jak w „Nie wszystko złoto, co się świeci” denerwował mnie Matthew McConaughey, tak tutaj taką nieznośną postacią był tytułowy kumpel, grany przez znanego z serii „American Pie”, Jason Biggs. Natomiast Dane Cook nie zachwycał, ale też nachalnie nie irytował.

Dziewczyna mojego kumpla” jest komedią romantyczną, którą ogląda się, bo nie ma się nic innego do roboty. Ciekawy pomysł, ale gorsze wykonanie, seansu nie żałuję, ale czy polecam? Co kto lubi i na co ma ochotę. Może, chociaż na Kate Hudson warto popatrzeć?

Moja ocena: 3/10

Vicky Cristina BarcelonaWoody Allen to reżyser nad wyraz płodny. Począwszy od lat 70. rok w rok robi kolejny film. I co ciekawe – każdy z nich trzyma poziom. Owszem, zdarzają się te lepsze i te gorsze, jednak zawsze jest w nich coś takiego specjalnego, coś allenowskiego. Na koncie mam już obejrzane jego cztery filmy, a teraz piszę recenzję piątego, póki, co najlepszego. Oto „Vicky Cristina Barcelona”.

Bohaterki filmu – Vicky (Rebecca Hall) oraz Christina (Scarlett Johansson) – wyruszają na wakacje do słonecznej Barcelony w Hiszpanii. Tam w galerii poznają malarza, Juana Antonio (Javier Bardem). Mężczyzna zaprasza kobiety na krótka podróż po malowniczym mieście nieopodal Barcelony, Oviedo. Tam bliżej poznają zarówno jego samego, jak i jego zwariowaną byłą żonę Marię Elenę (Penelope Cruz).

Najnowszy film Allena to cztery, bardzo mocne role aktorskie – w tym jedna nagrodzona Oscarem. Rebecca Hall, Scarlett Johansson, Penelope Cruz oraz Javier Bardem to aktorzy doskonali, którzy po raz kolejny stworzyli wspaniałe kreacje.

Vicky Cristina Barcelona

Penelope Cruz już trzy lata temu (w 2006) w obrazie Pedro Almodovara „Volver” stworzyła doskonałą kreację. Jednak teraz przeszła samą siebie. Maria Elena to piękna i namiętna kobieta, która balansuje na granicy obłędu, zabójczej zazdrości oraz swojej własnej seksualności. Bohaterka jest szalona, a Cruz świetnie to pokazuje, jest bardzo prawdziwa i naturalna. A w dodatku niesamowicie seksowna. Scena pocałunku ze Scarlett Johansson była niesamowita i powinna przejść do klasyki takich scen. Oczywiście to nie wszystko. Bardzo ciekawy jest również kontrast między spokojną, ułożoną Vicky graną przez Hall, a także szukającą i zagubioną Christiną, w którą świetnie wcieliła się Johansson. Obie panie doskonale wcieliły się w swoje role. No i na koniec nie sposób nie wspomnieć o świetnym Bardemie, który rok temu tryumfował na rozdaniu Oscarów dzięki swojej udanej roli w „To nie jest kraj dla starych ludzi” Coenów. W filmie Allena pokazał swoje zupełnie inne oblicze – aktora, który potrafi pokazać uczucia oraz zakręcić w głowie nie jednej kobiecie. Myślę, że za równo płeć męska jak i żeńska będzie bardzo usatysfakcjonowana oglądając „Vicky Cristina Barcelona”.

O czym właściwie jest nowy film Allena? Nie powiem, że o wszystkim, bo jak o wszystkim, to o niczym. Allen ukazuje nam dwie kobiety – jedna z nich ustatkowana, druga wręcz przeciwnie, chcąca się zabawić i poznać życie. Tak wydaje się na pierwszy rzut oka, jednak tak naprawdę obie tak naprawdę nie wiedzą czego chcą. Przypadkowo poznany mężczyzna namiesza w ich życiu, a jakby tego było mało – sam również ma nie do końca poukładane życie, a dwie Amerykanki na pewno w jakimś stopniu wpłyną na niego. „Vicky Cristina Barcelona” to film o poszukiwaniu samego siebie, o wyborach – oczywiście brzmi to bardzo poważnie, ale obraz ten to opowieść o tematach ważnych okraszona bardzo barwną, optymistyczną oprawą. Dodatkowo zachwyca przepiękna Hiszpania oraz urokliwa i miła muzyka.

Vicky Cristina Barcelona

Zważywszy na te wszystkie plusy, nowy film Allena to zapewne jeden z lepszych obrazów tego twórcy w ostatniej dekadzie, a jak dla mnie jego najlepszy film ze wszystkich, które widziałem („Sen Kasandry”, „Scoop”, „Wszystko gra”, „Życia i cała reszta”). Polecam gorąco, bardzo ciepła opowieść na wiosenne wieczory.

Moja ocena: 9/10

Bedtime Stories / Opowieści na dobranocAdam Sandler to aktor naprawdę dziwny. Kiedyś go lubiłem, ale teraz zaczął grać w tak nieznośnie złych filmach, że zraziłem się. Po „Nie zadzieraj z fryzjerem” miałem nadzieję, że kolejny film będzie lepszy. Owszem, był, ale to nadal nie ten sam, stary, zabawny Sandler…

Bohaterem „Opowieści na dobranoc” jest Skeeter (Adam Sandler), pracownik wielkiego hotelu, którego miał zostać właścicielem, ale zrobiono go w balona. Jego siostra musi wyjechać, to też pozostawia mu w opiece dwójkę swoich dzieci. Skeeter zaczyna opowiadać siostrzeńcom bajki, dzięki którym mają zasnąć. Przy każdej z nich maluchy dodają coś od siebie. Jakże wielkie zdziwienia i konsternacja następuje w życiu mężczyzny, gdy kolejnego dnia wszystkie sceny z opowiadanych bajek stają się realne.

Miałem nadzieję, że będzie to bardzo ciekawa, fascynująca przygoda. W końcu pomysł nie głupi i można było z tego zrobić naprawdę dobrą produkcję dorównującą poziomem „Kronikom Spiderwick” czy pierwszym „Opowieściom z Narnii”. Niestety, nie wiem, kto zawiódł. Bo i reżyser nie taki zły – Adam Shankman wyreżyserował przecież świetny „Lakier do włosów” czy wzruszającą „Szkołę uczuć” – a scenarzysta, Tim Herlihy, ma na koncie skrypt do filmu „Super tata”, w którym również wystąpił Adam Sandler. Nie mniej jednak zmarnowano potencjał, bo opowieść się nie klei, jest nudna i nijaka. Sandler już nie bawi tak jak kiedyś, a i pozostali aktorzy próbują coś z siebie wykrzesać, ale im nie idzie. Zupełnie nie mam pojęcia, co w takim filmie robi taki aktor jak Guy Pearce. Znany mi z absolutnie rewelacyjnego „Memento” musi mieć naprawdę chude lata, skoro zgodził się na rolę w takim potworku.

Bedtime Stories / Opowieści na dobranoc

Nie jest to udana produkcja familijna. Niewciągająca fabuła i niesympatyczni bohaterowie mogą zrazić nawet najmłodszych. Ja, jako ten starszy również się nudziłem. Chciałem, aby jak najszybciej się zakończyło. Nie polecam i odradzam. Czy dałbym radę znaleźć tutaj jakiekolwiek plusy? Na pewno ciekawy pomysł (+2), który niestety został zaprzepaszczony (-1), Sandler lepszy niż w „Nie zadzieraj z fryzjerem” (+1), chociaż z drugiej strony słaby Guy Pearce (-1). No, ale na koniec zostawiłem sobie naprawdę najlepsze: Wytrzeszcz (+2)! Taką świnkę morską to ja chcę! Sumując moje rozważanie wychodzi mi słabe trzy oraz ogólnie niezadowolenie – nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 3/10