Rok 2012 dla Polaków oznacza jedno – Euro. To czy będzie to katastrofa czy nie, to dopiero się okażę, a każdy ma swoje zdanie na ten temat. W USA rok ten kojarzony jest głównie z przepowiednią Majów, jako iż 21 grudnia 2012 nastąpi koniec świata. Temat podchwycił Roland Emmerich – Master of Disaster.
Scenarzyści (Emmerich & Harald Kloser) obmyślili, że nowym powodem do masowej zagłady będą niejakie neutriny, czyli coś w rodzaju rozbłysków wysłanych przez nasze ukochane słońce. Spowodują one roztopienie warstwy tuż pod skorupą ziemską, która działa trochę jak taki klej – gdy nie będzie, kontynenty będą dryfować jak góry lodowe po oceanach, a w dalszej konsekwencji to spowoduje trzęsienia ziemi, tornada… i sami wiecie co jeszcze.
Jest widowiskowo – temu nie da się zaprzeczyć. Reżyser takich hitów jak „Dzień niepodległości” czy moje ukochane „Pojutrze” po raz kolejny w pełni wykorzystuje możliwości komputerów. I mimo, że w większości wypadków można powiedzieć ‘ale to już było’, nigdzie wcześniej wszystkiego tego ‘co już było’ nie mieliśmy w jednym miejscu. Sceny trzymają w napięciu i zabawa jest przednia. Moja ulubiona scena, to jak ze spokojnego Yellowstone robi się wybuchowy wulkan.

Oczywiście film Emmericha musiał zawierać w sobie wszystkie niepotrzebne rzeczy, które katastroficzne potworki powielają zawsze, takie jak patos, mnóstwo niezwykłych zbiegów okoliczności, nieśmiertelność głównych bohaterów i olbrzymie szczęście u tychże. Co pół godziny ktoś ze śmiertelną miną przemawia, Jackson „Zbawca Świata” z rodziną może odwiedzić walące się Las Vegas czy wybuchające Yellowstone, brak paliwa w samolocie też mu nie straszny. Jest tego jeszcze więcej, ale nie będę wam psuł seansu. Co też niezmienne – aktorstwo nie jest na najwyższym poziomie, za to muzyka jest bardzo dobra.
„2012” trzyma ciekawy poziom do pewnego momentu – mniej więcej do czasu, gdy na ekranie widzimy już wielkie Arki, która uratują wybrańców. Gdyby sceny na nich były inne – i nie chodzi mi o samo zakończenie, bo te było dobre – bardziej o to, że wspomniany wcześniej przeze mnie Jackson, nikomu nieznany człowiek nagle zaczyna obchodzić całą ludzkość zgromadzoną na statkach. A gdy zniknie nam z oczy na kilka sekund… płacz i zgrzytanie zębów… potem pojawia się i tadam! Brawa, okrzyki, szampan! I to nie wśród rodziny bohatera, ale wśród głów państw itp. – no dla mnie to normalnie nie jest i gdyby nie to, było by 8. Mocne i zdecydowane 8. A tak? Tu pan Emmerich przegiął maksymalnie i stracił punkcik.
Kolejną wadą, którą tak pod koniec już wymienię – jeszcze przed premierą filmu ogłoszono, że powstanie serial „2013”, który opowie o wydarzeniach po filmie „2012”. Po co taka wiadomość zanim obraz trafił do kin? Ja np. brałem pod uwagę możliwość, że nikt nie przeżyje i nawet byłbym zainteresowany takim zakończeniem. A tak, widziałem, że ktoś na pewno przeżyje. Taki trochę spoiler na siłę.

Podsumowując jednak, „2012” to porządna rozp….ucha, którą zobaczyć warto i to najlepiej w kinie. Pamiętajcie tez, aby nie iść do kina z nastawieniem, ze idziecie na jakiś nowatorski i fantastyczny film. To po prostu udana superprodukcja, do jakich nas Roland Emmerich przyzwyczaił. Jeśli to wiecie, to nie powinniście być zawiedzeni. Ja nie jestem i z czystym sumieniem wystawiam siódemkę.
„Zapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…
50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.
„Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.
W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?
Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…
P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.
Typowy i schematyczny film katastroficzny. Najpierw poznajemy losy mieszkańców małej mieściny. Pani Burmistrz, Rachel Wando (Linda Hamilton), dostaje nagrodę dla najmilszego miasta poniżej 17 tysięcy mieszkańców. Zaraz po tym poznaje wulkanologa, Harry’ego Daltona (Pierce Brosnan), który chce zbadać Górę Dantego, znajdujący się nie opodal Cascade Mountains, wulkan. W gorących źródłach Harry, Rachel i jej dzieci znajdują dwoje martwych nastolatków. Harry podejrzewa, że może nastąpić erupcja, która całkowicie zniszczy miasto. I tu mamy drugi punkt filmy katastroficznego – katastrofę – wybuch wulkanu. Potem kolejne schematy – tragiczne wydarzenia wymagające z tego, że trzeba jechać po kogoś w miejsce katastrofy. I na koniec mamy oczywiście happy-end. W całość wpisany jest jeszcze romans głównych bohaterów, a tak żeby było ciekawiej.
W filmie prócz ciekawych zdjęć, dobrych efektów specjalnych oraz wybuchu wulkanu nie ma nic ciekawego. Po Prost kolejny - i jak już wspomniałem schematyczny – film katastroficzny. Wrzucono tu dwoje mniej lub bardziej znanych aktorów – Lindę Hamilton oraz Pierce’a Brosnana. Całość zbyt wielkiego wrażenia nie robi. Jeśli macie ochot e, to oglądnijcie, jeśli nie, to nie – żadna strata. Ja trochę żałuję tych 109 minut. :)

Naukowiec Jack Hall (Dennis Quaid) przewiduje globalną katastrofę. Przedstawia ją rządowi USA, podając stosowne argumenty, jednak ten nie bardzo w to wierzy. Sytuacja zmienia się diametralnie, gdy Chicago zostaje prawie zmiecione z powierz nich Ziemi przez falę tornad, w Indiach zaczyna padać śnieg, a w Chinach olbrzymi grad. Świat stoi na skraju swojego końca. Jack twierdzi, że najpierw nastąpi globalne ocieplenie, lodowce zaczną topnieć, następnie temperatura spadnie do olbrzymich temperatur minusowych i nastąpi nowa epoka lodowcowa. Prezydent USA postanawia ewakuować ludność poniżej równika, gdzie skutki katastrofy będą odczuwalne w najmniejszym stopniu. Jack jednak wie, że jego syn. Sam (Jake Gyllenhaal). jest w tym czasie w Nowym Jorku na szkolnej olimpiadzie. Postanawia wyruszyć tam, aby uratować syna i jego przyjaciół.
Katastroficzny film – lubię takie – przepełniony świetnymi efektami specjalnymi, ale z nienajlepszym scenariuszem. Czyli standard takich filmów. Cel to głównie pokazać, a nie dać odczuć. I tutaj naprawdę dużo można było zobaczyć, co mi podobało się bardzo. Jeszcze jednak rzecz, która mnie zastanowiła, to, że katastrofa ukazana w filmie „Pojutrze” nie jest do końca taką kompletną fantazją scenarzysty. To, co się wydarzyło w tym obrazie, to bardzo możliwa wizja naszego świata. Oczywiście nie w tak szybkim tempie, jak to działo się tutaj, jednak, co raz słyszy się o tornadach, gradobiciach, tsunami czy powodziach – czy czeka nas zemsta natury? Chyba tak można to nazwać. Generalnie polecam film, mi podobało się bardzo.
‘Lot 93’ to tragiczna opowieść o jednym z porwanych samolotów podczas ataku terrorystycznego na USA, 11 września 2001 roku. Wydarzeń z tamtego dnia chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. W filmie mamy ukazane, co działo się w samolocie przed katastrofą, telefony do rodzin, pożegnania, w końcu próba odbicia samolotu i na końcu tragedia. Lot 93 to ten, który prawdopodobnie miał uderzyć w Biały Dom lub Kapitol – jednak prawdopodobnie dzięki pasażerom, terroryści rozbili go na jakimś polu w Kalifornii – po prostu bali się uczestników lotu.
Film prócz całego tragizmu i dramatyzmu jest bardzo poruszający – głownie za sprawą telefonów pasażerów do rodzin i pożegnań… Równie przykrą i powodującą płacz sceną jest finał i końcowe sceny. Każdy, chociaż odrobinę wrażliwy widz uroni nie raz łzę na tymże filmie. Prócz tego łatwo też dojrzeć bohaterstwo ludzi na pokładzie samolotu a także brak profesjonalizmu amerykańskich władz i instytucji zajmujących się obsługą lotów. Myślę, że po 11 września dużo zaszło zmian, ale nie tylko tam – zmienił się cały świat. Polecam ten film każdemu, bo warto.
11 września 2001 United Airlines Lot 93 był jednym z czterech porwanych w powietrzu samolotów. Trzy z nich dosięgły celu. Z Wielką odwagą i determinacją, pasażerowie i załoga lotu 93... Zapobiegłaby ich samolot dosięgną swojego przypuszczalnego celu, jakim był... Biały Dom lub Budynek Kapitolu. Ten Film jest dedykowany Pasażerom i załodze lotu 93 oraz ich rodzinom.
‘Posejdon’ to typowy film katastroficzny. Mamy tu obiekt katastrofy – luksusowy statek, mamy katastrofę – tsunami, potężna fala, która przewraca statek do góry dnem. Mamy także grupę śmiałków, którzy chcą wydostać się z tej pułapki. Na samą myśl o statku i jego katastrofie wszyscy myślą o Titanicu. Ten film nie uniknie porównań – jednak to trochę mylne, bo po za statkiem to nic wspólnego te dwa filmy nie mają. Podczas sylwestrowej zabawy, kilka minut po północy w statek uderza ogromna fala tsunami, widzimy tu spektakularne widowisko, wybuchy, zalewane pomieszczenia, tonący ludzie. Następnie bardzo ciekawym widokiem jest statek do góry nogami. W takiej też scenerii – odwrotnej – dzieje się cały film. Grupa ludzi postawia piąć się ku górze statku, aby tam znaleźć wyjście i uciec. I na tym właśnie skupia się większość filmu.
Uwielbiam filmy katastroficzne, dlatego też ten mi się bardzo podobał. Nie było tu tkliwej historyjki miłosnej, jak w Titanicu, co chyba wyszło twórcom na plus. W zamian było mnóstwo akcji, szybkiej akcji – w końcu pasażerowie musieli się spieszyć, bo statek powoli schodził na dno, a jakby tego mało to, co chwila coś wybuchało. Dla mnie ciekawym smaczkiem filmu było to, że o muzyczną oprawę sylwestrowej imprezy zadbała sama… Fergie z Black Eyed Peas i do tego wyglądała znakomicie. Generalnie to zapraszam do kin! Bo warto!