Oryginalny tytuł: The Final Destination | Reżyseria: David R. Ellis Śmierć w trójwymiarze

Oszukać przeznaczenie 4 / The Final Destination Przeżyjmy to po raz czwarty. Na „Oszukać przeznaczenie 4” czekałem z utęsknieniem, bo mimo niskiego poziomu i wszelakich głupot, to serię tę lubię bardzo. Jakież wielkie rozczarowanie mnie spotkało, gdy pojawiły się napisy końcowe.

Tym razem akcja filmu dzieje się podczas wyścigów samochodowych. Rozpędzone samochody wpadają na publiczność, latają części aut i ludzi, a na sam koniec cały stadion wali się. Po chwili bohater, Nick (Bobby Campo) dochodzi do wniosku, że to wszystko była zaledwie wizja, która za chwilę ma się spełnić. Pospiesznie ucieka z miejsca przyszłej katastrofy z przyjaciółmi i grupką innych ludzi. I rzeczywiście, po chwili mamy wielkie boom.

Jakiś czas temu pisałem, jak bardzo nie lubię tego marnego efektu 3D, którego doświadczamy teraz… (wciąż wierzę, że wszystko zmieni Cameron). W tym przypadku nie było lepiej, owa trójwymiarowość znacząco wpłynęła na moją ocenę filmu. Całość była stanowczo zbyt ciemna, a 3D zdemaskowało całą sztuczność efektów specjalnych. Były one płaski i niejakie.

Oszukać przeznaczenie 4” nie wywołało we mnie strachu, nie bawiłem się dobrze. Przez cały seans bardziej towarzyszył mi znikomy uśmieszek politowania i zażenowania tym, co widzę. Było znacznie gorzej niż w części trzeciej, która już nie do końca przypadła mi do gustu. Miernie, pusto, nijak.

3D Jedyną ciekawostką, zbiegiem okoliczności, który szczerze mnie rozbawił, to fakt, że w filmie mamy scenę, gdzie w kinie ludzie oglądają film w 3D, a za ścianą jest remont, po czym jest wybuch i masakra. Podobnie było w Olsztyńskim Heliosie – oglądaliśmy film w 3D, a za ścianą trwało rozbudowywanie kina. Na szczęście nic nie wybuchło. Żyję.

Tym razem śmierć nie miała zbyt oryginalnych pomysłów na uśmiercenie swoich wybrańców. Nie miał ich także scenarzysta, reżyser się nie postarał. Bardzo marny film, który najlepiej żeby nie powstał. Nie oglądajcie go. Lepiej po raz kolejny obejrzeć drugą część, najlepszą. I nie kręćcie piątki!

Moja ocena: 2/10

01 Sie 2009

Piątek 13-go / Friday 13thRozpoczynając tę recenzję muszę zaznaczyć dwie rzeczy: a) oglądam bardzo mało horrorów, ponieważ ich nie lubię – tych z duchami się boję, tych z krwią się brzydzę; b) nie widziałem żadnego wcześniejszego „Piątku trzynastego”, co ma związek z punktem a. „Piątek 13-go” Anno Domini 2009 obejrzałem w większym gronie, co częściowo rozładowało mój strach i pozwoliło na analizę filmu nie zawracając sobie głowy, że potem nie zasnę.

Fabuła filmu jest bardzo zbliżona do każdego slashera. Ot, grupka znajomych wyrusza w tajemnicze, odludnione miejsce. Po jakim czasie – zazwyczaj w nocy – ilość bohaterów spada w bardzo szybkim tempie. Różnice w scenariuszach takich filmów sprowadzają się do osoby zabijającego. W tym przypadku jest nim Jason, który zabija maczetą ludzi chcą zemścić się za to, że kilkanaście lat temu, ktoś zabił jego matkę.

Momentami było strasznie. Były elementy zaskoczenie. Były standardowe triki, które straszyły. Byli bohaterowie debile, bohaterowie wzbudzający sympatię, blondynka-idiotka, murzyn oraz Japończyk (bądź Koreańczyk, bądź Chińczyk – nie pamiętam). Wszystkie podstawowe założenie tego typu horroru zostały spełnione. I w sumie, nie narzekam, bo oglądało się ciekawe, z lekkim dreszczykiem i emocjami. Podobało mi się również zakończenie, które jasno nam mówi – to nie koniec. Tak, więc za jakiś czas zobaczymy (uwaga, będzie fajne stwierdzenie) – trzynastą część „Piątku trzynastego”. Plotki mówią, że już w 2011, aczkolwiek nigdy nic nie wiadomo. Swoją drogą to chyba jest najdłużej istniejąca na ekranach kin seria filmów – póki, co, ponieważ w 2010 premierę będzie miała już siódma część „Piły”, tak, więc jest kilka lat i… kto wie, kto wie.

Piątek 13-go

Jak już w pierwszym akapicie napisałem, oglądałem „Piątek 13-go” w większym gronie. Wydaje mi się, że właśnie w takim zestawieniu ten film może najbardziej się spodobać. W końcu horrory są po to, by oglądać je wspólnie, a nie samemu, a ten spisuje się całkiem dobrze. Nie będę polecał i nie będę odradzał, na temat takich filmów każdy powinien zdecydować sam. Mi się podobało, ale wysokich ocen nie będzie.

Moja ocena: 4/10

28 Sty 2009

Kwarantanna / QuarantineWszyscy doskonale wiedzą, że Amerykanie lubią mieć wszystko po swojemu. Niesamowicie popularne jest robienie japońskich horrorów po amerykańsku. W taki sposób powstała nowa wersja japońskiej „Klątwy” czy dwa „Ringi”. Tym razem pod nóż poszła jeszcze świeża, hiszpańska produkcja „[REC]”. Amerykanie zrobili dokładną, wręcz staranna kopię.

Bohaterką filmu jest dziennikarka Angela Vidal (Jennifer Carpenter), która robi reportaż na temat funkcjonowania straży pożarnej. Wyrusza ze strażakami do pewnego domu – tam po chwili budynek zostaje zamknięty i odizolowany od świata. Nikt nie wie, co się dzieje, dwoje ludzi zostaje zaatakowanych przez oszalałą mieszkankę kamienicy. Panika narasta, a informacji na temat tego, co się dzieje jest jak na lekarstwo.

Znacie ten opis? Oczywiście, dokładnie taki sam, jedynie ze zmianą imion pojawił się w recenzji „[REC]”. Dlaczego tak zrobiłem. Bo o ile amerykańskie wersje japońskich horrorów trochę różnią się od oryginałów, to „Kwarantanna” nie wnosi nic nowego. Historia jest identyczna, nakręcona w ten sam sposób, te same motywy straszą i panuje tu taka sama niewiedza jak wcześniej. No oczywiście jeśli ktoś oglądał „[REC]” to doskonale wie, co wydarzy się dalej. Reżyser John Erick Dowdle wraz ze scenarzystą Drew Dowdle nie wysilili się. Co prawda dodali trochę nowych scen, budynek jest trochę inny (pojawiła się m.in. winda), wszystko jest trochę bardziej krwawe, a główna bohaterka bardziej histeryzuje i lamentuje, to i tak nadal jest to kompletna kalka. Idąc do kina wiedziałem, że motyw jest ten sam i wiele się powtórzy, jednak liczyłem, że czymś mnie zaskoczą. Chociaż jedną sceną, jednym wątkiem. Niestety. Wynudziłem się niesamowicie.

I teraz najważniejsze – „Kwarantanna” nie jest filmem złym. Wszystko zależy od punktu widzenia. Jeśli widzieliśmy „[REC]” to nie mamy po co oglądać „Kwarantannę”, natomiast jeśli nie widzieliśmy żadnego, to mimo wszystko namawiać będę do obejrzenia hiszpańskiego horroru. Gdyby „Kwarantanna” powstała jako oddzielny film, a „[REC]” nie istniał, byłaby naprawdę świetnym horrorem. Podobna sytuacja spotka nas, gdy ktoś najpierw obejrzy „Kwarantannę”, a dopiero potem „[REC]”. Wtedy to ten drugi wyda się gorszy, bo jak już napisałem – to są dwa, takie same filmy i naprawdę nie ma sensu oglądać obydwa – no chyba, że ktoś chce się sam przekonać o tym fakcie. Ja polecam „[REC]”.

Moja ocena: 4/10

13 Sty 2009
Gatunek: Horror

[REC][REC]” to pewien powiew świeżości w światowym kinie. Hiszpanie nie od dziś zaskakują nas swoimi produkcjami. Nie inaczej jest i tym razem.

Bohaterką filmu jest dziennikarka Angela (Manuela Velasco), która robi reportaż na temat funkcjonowania straży pożarnej. Wyrusza ze strażakami do pewnego domu – tam po chwili budynek zostaje zamknięty i odizolowany od świata. Nikt nie wie, co się dzieje, dwoje ludzi zostaje zaatakowanych przez oszalałą mieszkankę kamienicy. Panika narasta, a informacji na temat tego, co się dzieje jest jak na lekarstwo.

Fabuła „[REC]” prowadzona jest ‘na żywo’, tzn. wszystko widzimy dzięki kamerze, którą ma ze sobą kamerzysta bohaterki. Nie znoszę tego typu narracji, dlatego trochę się męczyłem w kinie, gdzie ekran jest przecież wielki. Sceny czasem nabierają szybkiego tempa i o zawrót głowy nie trudno. Z drugiej strony dzięki temu zabiegowi było jeszcze straszniej. Wszystko odczuwaliśmy tak, jakbyśmy byli w owej kamienicy a cała sytuacja dotyczyła również nas. Podobało mi się również to ogłupienie i niewiedza mieszkańców. Do końca filmu, a nawet po nim nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło. Być może dowiemy się tego w drugiej części –„[REC]2” która planowana jest na rok 2009. W listopadzie tego roku mieliśmy okazję obejrzeć amerykański remake filmu pod tytułem „Kwarantanna”. Amerykanie we wszystko muszą wsadzić nos, ale o tym napiszę przy okazji recenzji ich wersji „[REC]”.

Nie przepadam za horrorami, jednak ten naprawdę przypadł mi do gustu. Obejrzałem go podczas Nocy Europejskiego Kina Grozy i był to zdecydowanie najlepszy nowy film, jaki widziałem podczas tego ENEMEF’u (był tam też lepszy „Labirynt Fauna”, ale go już widziałem kilkakrotnie). Tak czy owak, „[REC]” to naprawdę dobry film grozy, który polecam każdemu, kto ma ochotę na odrobinę adrenaliny.

Moja ocena: 7/10

07 Sty 2009

Sierociniec / El Orfanato / The OrphanageFilm „Sierociniec” obejrzałem przy okazji Nocy Europejskiego Kina Grozy. Moje oczekiwania były dosyć wygórowane, ponieważ słyszałem wiele pochlebnych opinii na temat owego filmu – porównywano go nawet do rewelacyjnego „Labiryntu Fauna”. Niestety, oba filmy łączy tylko i wyłącznie nazwisko Guillermo Del Toro.

Laura (Belén Rueda) wraca do budynku będącego kiedyś sierocińcem. To w nim bohaterka spędziła swoje dzieciństwo. Teraz chce ponownie otworzyć tutaj dom, w którym będzie pomagać chorym dzieciom. Niestety, powoli zauważa pewne problemy u swojego syna, Simona. Podczas przyjęcia zorganizowanego dla wszystkich dzieci Simon przepada. Zrozpaczona matka rozpoczyna poszukiwania zaginionego syna.

Jak już powiedziałem, oczekiwałem dobrego, trzymającego w napięciu filmu. Przeliczyłem się. „Sierociniec” nie podobał mi się, nie wciągnął mnie i nie zachwycił. Wręcz przeciwnie – był dla mnie nudny i irytująco głupi. Cała intryga i zaginięcie dziecka okazało się zbyt błahe i proste. Spodziewałem się czegoś inteligentnego, imponującego i naprawdę świeżego, a to, co dostałem było nijakie, banalne.

Pochwalić jednak mogę Belén Ruedę, aktorkę wcielającą się w Laurę. Zagrała naprawdę dobrze i przekonywująco. A co poza tym? Chyba nic, najlepsze sceny pokazano w zwiastunach (przestroga, aby więcej zwiastunów nie oglądać!). Jedyny moment, kiedy się naprawdę wystraszyłem to było typowe i wtórne wyskoczenie ‘czegoś’ w najmniej oczekiwanym momencie. I jeszcze na dodatek owa scena w ogóle nie pasowała do filmu.

Podsumowując, „Sierociniec” był dla mnie filmem złym: zero klimatu, brak grozy, czerstwa atmosfera i banalne zakończenie. Odradzam obejrzenie. Jeśli jeszcze nie widzieliście, to naprawdę nic nie straciliście. Hiszpanie pokazali nam już wiele lepszych filmów grozy.

Moja ocena: 4-/10

Zobacz również:

Zombie nadchodzą. Shaun (Simon Pegg) i Ed (Nick Frost) żyją sobie w Londynie jak normalnie ludzie, leniwi i niczym się nieprzejmujący. Jednak pewnego dnia w ich otoczeniu zaczyna dziać się cos dziwnego. Ludzie staja się krwiożerczymi, ale niezdarnymi zombie. Poruszają się bardzo wolno i nie grzeszą inteligencja. Shaun i Ed zabierają przyjaciół i chcą skryć się w ich ulubionej restauracji. Problem w tym, że jeden zombie nie jest groźny, gorzej, gdy są ich dziesiątki… setki… tysiące… Wtedy zaczyna się prawdziwa jazda.

Od lat 70. do dziś powstało kilkanaście horrorów o zombie, były świty trupów, noce trupów i tak dalej. Remaki, sequele, prequele i tak dalej. W 2004 pojawiała się luźna parodia tych filmów z Simonem Peggiem i Nickiem Frostem w rolach głównych, wyreżyserowana przez Edgara Wrighta.

Wysyp żywych trupów” to świetna komedia, pełna absurdów, banałów oraz angielskiego humoru. To wspaniałe 99 minut, spędzone na doskonałej i wyborowej rozrywce, która niestety, mija bardzo szybko, a chciałoby się to oglądać trochę dłużej. Role głownie to świetny duet Pegg-Frost, który sprawdził się również w komedii o podobnej konwencji – „Hot Fuzz”. Widać, że panowie świetnie bawili się na planie filmowy, dzięki czemu wyszedł bardzo udany film. Zdecydowanie polecam obejrzeć, bo warto.

Moja ocena: 9/10

06 Wrz 2008

Bal maturalny to dzień, który każdy chce zapamiętać do końca życia. Bohaterka filmu, Donna (Brittany Snow) na pewno nigdy go nie zapomni. A to za sprawą psychopatycznego mordercy, który kilka lat temu na jej oczach zabił jej rodziców, a teraz wrócił po nią. Najpierw ofiarą padną jej przyjaciele, a potem… Zaczyna się, zatem najstraszniejszy bal maturalny blondwłosej piękności i jej znajomych.

Ja oglądam bardzo mało horrorów, a jak już na jakiś się skuszę, to raczej będzie on dosyć lekki, albo będę go oglądał z kimś. Co prawda „Bal maturalny” obejrzałem sam, ale raczej nie było, czego się tutaj bać. Był to fajny slasher, mało inteligentny i bardzo oklepany, ale mimo wszystko – podobało mi się.

Nie będę wymieniał błędów w scenariuszu, tego, że jest to remake, słabego aktorstwa, bo w takich filmach zazwyczaj nie chodzi o to. Ważne jest, żeby ktoś zabijał i było dużo trupów. Tutaj ilość ich była umiarkowana, ale ja tam nie narzekałem. Czytając kilka recenzji tego filmu wielu recenzentów zwracało uwagę na to, że uczestnicy balu wychodzili często do łazienek i że to nienormalne. Ja nie wiem, ale chyba ci ludzie chyba nigdy nie byli na studniówce czy balu. Osobiście pamiętam, że na mojej studniówce dziewczyny, co chwila latały do łazienek. Co one tam robiły? Pewnie pudrowały noski, co prawda w filmie nikt już z łazienki nie wracał, niemniej jednak to bardzo normalne. Bardziej dziwną sprawą było to, że chodziły one tam same (w filmie) bo w rzeczywistości to nie raz widziałem całe wycieczki do toalet. No, ale cóż…

Podsumowując, „Bal maturalny” to lekki slasher dla mało wymagających od tego gatunku – czyli dla mnie. Większa ilość krwi, rozerwanych ciał i tak dalej wzbudza we mnie jedynie obrzydzenie i powoduje wyłączenie filmu – tutaj było wszystko tak jak trzeba, dzięki czemu mogę powiedzieć, że był to bardzo fajny horrorek i polecam go ludziom takim jak ja - zakazać gore!

P.S.: Uroczo by było, gdyby film miał polski tytuł "Studniówka", nie sądzicie? :D

Moja ocena: 7/10

Zobacz również:

Pewne miasto nawiedza burza stulecia. Po wszystkim mieszkańcy zliczają straty. Bohater filmu, David Drayton (Thomas Jane), zabiera syna do pobliskiego supermarketu, aby zrobić zakupy. W tym czasie miasto spowija gęsta mgła. Przez okna sklepu nic nie widać, wśród klientów panuje konsternacja. Wkrótce pojawia się inny mieszkaniec i krzyczy, że w mgle jest ‘coś’, i to ‘coś’ złego. Wszyscy postanawiają pozostać w sklepie i poczekać na opadnięcie mgły. Jednak z klientek, pani Carmody (Marcia Gay Harden) obwiesza, iż nadeszła apokalipsa. Początkowo nikt jej nie wierzy, jednak później sklep podzieli się na dwa wrogie obozy. Mieszkańcy prócz walki z ‘czymś’ z mgły, stoczą walkę miedzy sobą.

Już przy „1408” wspominałem, że Stephen King to twórca największej ilości książek i opowiadań, które zostały zekranizowane. „Mgła” to kolejna taka adaptacja. Jak było? Sam już nie wiem jak podejść do tego filmu, bo, z której strony by nie patrzeć, dobrze nie jest.

Przede wszystkim główna rola, Thomas Jane kompletnie położona, niewiarygodna i sztuczna. Zero emocji, zero gry aktorskiej. Pozostali aktorzy nie lepiej. Jednak będąc przy obsadzie jest jeden powód, dla którego właściwie nie żałuję tego seansu. Marcia Gay Harden. Ona, jako jedyna gra w tym filmie, wiarygodnie odtworzyła postać i pokazała nam emocje i uczucia. Prawdziwe i przekonujące.

Te wszystkie potworki, stworki, muszki i pajączki był przełknął, ale to wielkie ‘coś’ to już mnie dobiło. To wszystko zamiast straszyć bardziej wywołuje zażenowanie czy też niechęć. Kompletny brak klimatu, z minuty na minutę gorsza fabuła i coś, co mnie kompletnie rozłożyło na części pierwsze – zakończenie. Nie wiedziałem czy mam usiąść i płakać czy się śmiać. Ani jedno a nie drugie mi jakoś nie wychodziło.

Jeśli ktoś potrafi znieść ponad dwie godziny bezsensu tylko ze względu na świetną rolę jednej aktorki, to może obejrzeć, jeśli to komuś nie wystarczy – odradzam. Film to kompletna porażka.

Moja ocena: 3-/10

Zobacz również:

04 Lip 2008
Gatunek: Horror

Allison (Jessica Alba) w wieku 5 lat miała wypadek w wyniku, którego straciła wzrok. Przez wszystkie te lata, które do tej pory przeżyła nauczyła się żyć z tym, jednak jej siostra – winna wypadkowi – cały czas szukała nowych oczy dla Allison, aby można było je przeszczepić. Tym samym siostra bohaterki chciała sobie oczyścić sumienie. I udaje się jej to, dochodzi do operacji i Allison odzyskuje wzrok. Jednak od samego początku coś jest nie tak. Dziewczyna zaczyna widzieć zjawy, zmory i postacie, których nikt prócz niej nie dostrzega. Rodzina i przyjaciele sądzą, że zwariowała, ona sama postanawia udowodnić, że tak nie jest i odkryć, co się tak naprawdę stało po przeszczepie oczu.

Remake koreańskiego horroru „Jian Gui” braci Pang. Nikogo chyba nie zdziwi fakt, że oryginału nie oglądałem. Amerykanie lubią robić azjatyckie horrory po swojemu. O ile pierwsza część „Klątwy” oraz dwa „Ringi” podobały mi się bardzo, były straszne i dobre, to o tyle „Oko” jest już słabe i nijakie. Mało tutaj typowego straszenia, zwartej i wciągającej akcji i typowych ‘straszaczy’. Bardziej skupiono się na tym, aby pokazać, o co tak naprawdę chodzi i tak wraz z bohaterką odkrywamy, do kogo należały oczy i dlaczego dzieje się tak a nie inaczej. Ale końcowa sekwencja to już kompletnie mnie dobiła i zniszczyła ten film. Jest ona praktycznie pośrednią kopią z „Oszukać przeznaczenie”.

Oko” to już drugi film, który wymaga od Jessicy Alby czegoś więcej niż tylko ładnego wyglądu. I o ile w „Przebudzeniu” jeszcze dała sobie radę i była zadziwiająco dobra, tak tutaj wyszło, w jakich filmach Alba powinna grać. Z całą sympatią do niej, bardzo ją lubię, ale lepiej niech pozostanie przy takich filmach jak „Facet pełen uroku” czy „Fantastyczna czwórka 2”.

Podsumowując, „Oko” jest słaby horrorem, nieudaną próbą przeniesienia chwalonego filmu z Korei. Nie straszy, ma złe zakończenie, a pani Alba talentu nie ma. Obejrzeć można, ale też i nic wielkiego się nie stanie, jak tego nie zrobicie. Ja to bardziej potraktowałem, jako komedię, bo niektóre sceny naprawdę bawiły.

Moja ocena: 4/10

Zobacz również:

08 Lut 2008
Gatunek: Horror

Mike Enslin (John Cusack) ma bardzo dziwne hobby czy też zajęcie. Pisze książki, w których opowiada o domach, hotelach i innych miejscach, które rzekomo straszą, jednak Mike udowadnia, że wcale nie straszą. Bo on nie wierzy w żadne duchy, zjawy i tym podobne mary. Właśnie ma zamiar odwiedzić kolejne takie miejsce, jest nim Hotel Dolphin i tytułowy pokój o numerze 1408. Podobno dzieją się tam niesamowite rzeczy, a ludzie nie wytrzymują dłużej niż godzinę w owym pomieszczaniu. Mike oczywiście wątpi w takie coś. Dyrektor hotelu uparcie namawia Enslina, aby jednak zrezygnował z odwiedzin tego pokoju, ale Mike nie przejmuje się jego słowami. Jak się okaże – lepiej, żeby jednak posłuchał, bo będzie to dla niego najgorsza godzina w życiu.

Horrory takie właśnie jak „1408” należą do tych, które jeszcze potrafię oglądać i które straszą najbardziej. Mowa tu oczywiście o tym, że coś wyskoczy, coś wrzaśnie i jest fun. Horrory typy kreeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeew, należą do tych, których po prostu nie oglądam i nie mam zamiaru.

Wracając do omawianego filmu. Powstał on na podstawie opowiadania Stephana Kinga, pisarza, którego książki i opowiadania należą do najczęściej przenoszonych książek na duży ekran. Wychodzi to różnie, są tu Oscarowe adaptacje („Misery”, „Skazani na Shawshank”, „Zielona Mila”), są też kompletne pomyłki. „1408” oscyluje mniej więcej po środku. Jest znośny i da się go oglądać, jednak po seansie jakiegoś olbrzymiego zachwytu nie ma. Czasem straszy, ale ogólnie ogląda się całkiem normalnie. Film i cały motyw grozy opiera się na psychice głównego bohatera – ta została ładnie nakreślona i to ona jest głównym fundamentem filmu. Można nazwać to filmem jednego aktora, bo głownie widzimy na ekranie Johna Cusacka i jego lęki, obawy i zwidy. Swoją drogą aktor zagrał bardzo dobrze. Zakończenie filmu jest… no właśnie, są dwa. Kinowe jest iście hollywoodzkie i okropne, wersja reżyserska, czy też oryginalna (chyba tak można to nazwać?) jest dużo ciekawsza. Zainteresowanych odsyłam na FilmWeb.

Miło się oglądało, obejrzeć można, całkiem niezły. :)

Moja ocena: 6/10