Starcie Tytanów (2010)

Oryginalny tytuł: Clash of the Titans | Reżyseria: Louis Leterrier Mitologia dla starszych

Starcie Tytanów Dzisiaj wszystko trzeba zrobić lepiej, mocniej i w 3D. I tak ze starego „Zmierzchu Tytanów” (nie widziałem) zrobiono nowe „Starcie Tytanów”. Obowiązkowo w 3D i z plejadą gwiazd – tutaj, w roli głównej, wschodząca gwiazda, pan Avatar – Sam Worthington. Fabuła trochę podobna do „Percy’ego Jacksona…”.

Perseusz (Sam Worthington) został wychowany jak człowiek, chociaż jest pół-bogiem, synem Zeusa (Liam Neeson). Ludzie buntują się przeciwko Bogom. Mają dość ich humorów, przestają się do nich modlić, składać im ofiary, w końcu tez niszczą świątynie i pomniki. Zeus do końca chce wierzyć w ludzi, jednak Hades (Ralph Fiennes) przekonuje go, że trzeba coś zrobić. Ostatecznie szalę goryczy przechyla zniszczenie pomnika Zeusa. Bóg podziemi w złości zabija wszystkich, którzy to uczynili, a także niewinną rodzinę Perseusza. Później stawia śmiertelnikom ultimatum – albo córka królowej Kasjopei (Polly Walker), Andromeda (Alexa Davalos) zostanie złożona w ofierze Bogom, albo zostanie uwolniony Kraken, wielki, morski potwór, którego boją się nawet Bogowie.

Starcie Tytanów

Nie warto patrzeć na „Starcie Tytanów” jak na film o wielkich ambicjach, uczący mitologii lub cokolwiek. Nie patrzcie nawet na scenariusz, grę aktorską czy cokolwiek. Po prostu oglądajcie i podziwiajcie ciekawe historie Perseusza i jego kompanów. Ten film ma być rozrywką, którą świetnie ogląda się w większym gronie, przegryzając popcorn i popijając colą. Bo to nie jest wcale zły film o ile spojrzy się właśnie pod takim kątem, o jakim tu piszę. Może nie dostarcza on tyle rozrywki, co chociażby „Transformers” (póki, co będzie to dla mnie jakieś odniesienie pustego filmu rozrywkowego, który mimo wszystko ogląda się znakomicie), jednak wciąż ogląda się go bardzo dobrze.

I muszę to napisać – zbojkotowałem 3D. I chyba będę robił to coraz częściej, bo już mam tego dość. Specjalnie nie poszedłem do kina, bo nie było zwykłej wersji, poczekałem na… no sami wiecie. :P Szalę goryczy przechyliło „Toy Story 3” na które wydałem 22 zł (seans 3D) a równie dobrze mogłem wydać 18 zł (seans 2D), bo połowę bajki oglądałem bez okularów, zero, dosłownie Z E R O trójwymiaru. Ale dobra, na ten temat wyżalę się przy okazji (fenomenalnego) „Toy Story 3”.

Starcie Tytanów

Wracając do „Starcia Tytanów”, to jednak można było pokusić się o więcej mitologii (no ja ją po prostu lubię, serio), a nie skupić się na samej nawalance. A, i sposób unicestwienia Krakena był dla mnie taki jakiś… błahy. A i wiecie, co jeszcze? Będzie druga część, bo pierwsza zarobiła mnóstwo pieniędzy. Nie wiem, co w niej będzie to jedynka była taka skończona, że nie wiem, co oni chcą jeszcze dopisać. No chyba, że wezmą się za całą mitologię, to w ten sposób można i zrobić z 10 filmów. Tylko czy wszędzie był Perseusz? Nie wydaje mi się. Aaaaaalbo! Napiszą własną historię z bohaterami mitologicznymi – byłoby ciekawie gdyby scenariusz pisał ktoś inteligentny (np. Jonathan Nolan), ale niestety to nie ta półka… Podsumowując – obejrzeć warto jeśli naprawdę macie ochotę na prosty i wciągający film rozrywkowy.

Moja ocena: 7/10

Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna (2010)

Oryginalny tytuł: Percy Jackson & The Olympians - The Lightning Thief | Reżyseria: Chris Columbus Mitologia dla nastolatków

Percy Jackson Mitologia grecka (I w ogóle jakakolwiek) to tak rozległy temat, że śmiało można by raz do roku robić jeden film opowiadający którąś z historii. Co ciekawe, w 2010 powstały dwa filmy wykorzystujące mity – jeden z nich to „Percy Jackson i Bogowie Olimpijscy - Złodziej Pioruna”. Mitologia w wersji soft od twórcy pierwszych dwóch części „Harrego Pottera” – Chrisa Columbusa.

Bohaterem filmu jest Percy Jackson (Logan Lerman) który zupełnie przypadkiem odkrywa, że jest pół-bogiem, synem Posejdona (Kevin McKidd), władcy mórz. Zeus (Sean Bean) oskarża go o kradzież swojej największej broni pioruna piorunów. Percy najpierw przejdzie trening dla pół-bogów, aby potem móc obronić się przez złymi mocami i udowodnić, że to nie on ukradł broń Zeusa.

Filmy Chrisa Columbusa zawsze miały swój urok. Były proste, nie zbyt wymagające, ale jednocześnie ciekawe i miło spędzało się przy nich czas. Wystarczy wspomnieć takie klasyki jak „Kevin sam w domu” (a później „…w Nowym Jorku”) czy „Pani Doubtfire”. „Percy Jackson” dołącza do tej listy, co prawda nie stanie się tak kultowy jak chociażby „Kevin…” nie mniej jednak jest to bardzo ciekawa bajka dla całej rodziny. Reżyser sprawnie wykorzystuje wszystko to, co dało mu sławę i dzięki czemu jego poprzednie dzieła były i są nadal tak bardzo lubiane – biedny chłopiec, odkrycie mocy, zbawienie świata… granica między inteligentnym żonglowaniem powtarzalnością, a rzemieślniczą robotą jest bliska przekroczeniu… Jednym nadal to będzie się podobało, innych może już znużyć. Osobiście miałem ochotę właśnie na taki film – lekki i zabawny, więc jestem zadowolony.

Film warto także obejrzeć dla ról drugoplanowych, to one skradły całe show. Cudowna była Uma Thurman w roli Meduzy, zaraz za nią mamy Rosario Dawson, jako Persefona, żona Hadesa, która spędza ¾ roku w podziemiach (znacie mitologię?). Niestety, zarówno Zeus jak i Posejdon (odpowiednio Sean Bean i Kevin McKidd) byli maksymalnie drętwi, a przecież można było, chociaż odrobinę zaszaleć…

…ok., rozmarzyłem się. Marzy mi się jakaś szalona wariacja na tematy mitologiczne, która czerpie z niej pełnymi garściami, a jednocześnie tak inteligentnie przekręca fakty, że byłoby śmiechu, co nie miara. I nie, nie mówię o tym, aby wzięli się za to panowie od „Komedii Romantycznej” czy „Totalnego kataklizmu”. Pobożne życzenia, bo znając życie to nikt nigdy nie wpadnie na zabawę z mitologią. W dobie sequeli i remake’ów…

Wróćmy do „Percy’ego Jacksona…”. Jest to ekranizacja pierwszego tomu sagi, która obecnie w Stanach posiada już pięć tomów, a w Polsce wydano dopiero trzy („Złodziej pioruna”, „Morze potworów” i „Klątwa Tytana” – na wydanie czekają „The Battle of The Labirynth” i „The Last Olympian”). Niestety, za oceanem nie wszystko poszło tak jak należy i przy budżecie 95 milionów, historia Percy’ego zarobiła ‘tylko’ 88,7 mln dolarów. Lepiej poszło na całym świecie (137,2 mln $), nie mniej jednak Amerykanie, gdy podejmują decyzję o kręcenie kolejnych części patrzą głównie na zyski w kraju. Tak, więc nie wiadomo, czy Percy’ego zobaczymy jeszcze w kinach – jako iż saga Harrego Pottera powoli zmierza ku końcowi, Percy Jackson byłby ciekawym zamiennikiem… Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7-/10

Alicja w Krainie Czarów (2010)

Oryginalny tytuł: Alice in Wonderland | Reżyseria: Tim Burton Burton w krainie Disneya

Alice in Wonderland / Alicja w Krainie Czarów Jakiś dawny czas temu, jak jeszcze nie było wiadomo, że Tim Burton nakręci „Alicję w Krainie Czarów” to naprawdę sobie pomyślałem, że gdyby on się za to wziął, to powstałoby arcydzieło. Rozmyślałem, że mógłby nakręcić właśnie „Alicję…” albo „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Z jego wyobraźnią… no i Burton zabrał się za „Alicję w krainie czarów” oraz „Alicję po drugiej stronie lustra”. Dla Disneya. Arcydzieło nie powstało.

Fabuła filmu to taka hybryda obydwu książek o Alicji. Jest już ona (Mia Wasikowska) dorosła, a rodzice wybrali jej mężczyznę, z którym ma się pobrać. Niestety nie widzi się jej to, podczas szaleńczej ucieczki, będącej jednocześnie pogonią za Białym Królikiem, Alicja wpada do króliczej nory. Przenosi się do krainy, w której kilkanaście lat temu już była. Wtedy to też, źle przeczytała jej nazwę. Krainą rządzi zła Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Nie będzie bajecznie.

Zacznę od najlepszego elementu filmu Burtona – od aktorów. Większość spisała się doskonale, a niektórzy prawdopodobnie zagrali swoje najlepsze role w karierze. Absolutnie rozbrajająca i nieziemsko genialna była Helena Bonham Carter w roli Królowej Kier. Nie ma słów by opisać geniusz roli, który wyczarowała nam Carter. Już dla niej samej warto by to obejrzeć, ale to nie koniec. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że i Johnny Depp spisze się doskonale? Każda jego rola to perełka i nie było inaczej tym razem. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jest to pierwszy film, w której Bonham Carter była lepsza od Deppa. Nawet znacznie lepsza.

Red Queen

Osobna bajka jest z Białą Królową – tutaj Anne Hathaway. Jej oderwanie od rzeczywistości oraz zachowanie podobne do tego po zażyciu jakichś narkotyków było świetne. Pochwały tu należą się oczywiście dla Hathaway, była zagrała to naprawdę dobrze. Zaraz za tą trójką są pozostałe role drugoplanowe, każda z nich miała coś w sobie, każda z nich… ahhh! Kot z Cheshire, Biały Królik, Marcowy Zając, Gąsienica Absolem… wymieniać by długo. Do plusów należy dopisać jeszcze znakomitą (jak zawsze) muzykę Danny’ego Elfmana. Majstersztyk!

Przy całych tych zachwytach celowo nie wspominam o Mii Wasikowskiej, która odegrała najważniejszą rolę, czyli Alicję. Nie podobała mi się. Miałem wrażenie, że cały czas grała jedną miną, niezależnie czy miała się akurat cieszyć, bać czy uciekać. Poker Face i już. Tu jednak zdania są podzielone, są ludzie, których rola Wasikowskiej zachwyciła. Mnie nie.

Marcowy zając

Ale to wszystko nic, ponieważ – z bólem to muszę napisać – ale „Alicja w krainie czarów” to film słaby. Może nawet najsłabszy w jakże kolorowej filmografii Tima Burtona. Ogląda to się dobrze, ale Burton to reżyser, od którego oczekuje się znacznie, znacznie więcej. Owszem, gdyby taki film nakręcił ktoś inny, to można by powiedzieć, że wow, udało się komuś, ale… ale Burton zrobiłby to lepiej. Wszyscy tak myśleli, wszyscy się zawiedli. Ja się zawiodłem, bo brakowało mi tutaj tej „magii” Burtona, tych szalonych, odważnych pomysłów. Za mało Burtona w Burtonie, za dużo Disneya. Tak, zdecydowanie całą winę za spieprzenie*Alicji…” ponosi Disney, który zapewne chciał zarobić jak najwięcej, przez co te bardziej szalone pomysły Burtona być może były łagodzone lub usuwane. A może sam Burton chciał zrobić lżejszy film? Cóż, udało mu się już raz zrobić coś genialnego a jednocześnie lekkiego i dla wszystkich („Charlie i Fabryka Czekolady”), myślę, że i tego tym razem oczekiwaliśmy.

Niestety, panie Burton, wytwórnio Disney – spieprzyliście*. Powstał film znośny – ogólnie, oraz film słaby – jak na Burtona. Warto obejrzeć jedynie dla genialnych kreacji Heleny Bonham Carter i Johnny’ego Deppa, oraz świetnej Anne Hathaway.

Moja ocena: 6-/10

* - pierwszy raz używam takich słów w recenzji, ale niestety, inaczej nie da się tego określić. „Zepsuć” nie oddaje tego.

Filmlog 2.0, oto on. Jak wrażenia? :D

Nostalgia anioła (2009)

Oryginalny tytuł: The Lovely Bones | Reżyseria: Peter Jackson Nostalgia Petera

Nostalgia anioła Jak ja to lubię, wręcz uwielbiam, gdy znany, wielki, ceniony reżyser, który nakręci coś wielkiego i bardzo dobrze przyjętego postanawia na zrobienie czegoś kompletnie odwrotnego. Peter Jackson, którego przedstawiać nikomu nie trzeba zrobił bardzo skromny dramat fantasy, z nominowaną trzy lata temu do Oscara Saoirse Ronan, w roli głównej.

Już sam początek jest bardzo niestandardowy. Bohaterka, Susie Salmon (Saoirse Ronan), zostaje zamordowana. My wiemy, przez kogo, jednak jej rodzice nie. Cała fabuła będzie opierała się na tym, iż Susie będzie przyglądać się z nieba postępującemu śledztwu, będzie próbowała zrozumieć, co tak naprawdę się stało, a także w jakiś sposób pomóc rodzicom.

I tak jak rzeczywiście lubię dramaty i to, jak ci znani i poważani próbują je kręcić, tak Peterowi nie do końca wyszło. Zapowiadało się bardzo dobrze, historia, która początkowo została przedstawiona na łamach książki Alice Sobold o tym samym tytule, mogła być naprawdę wciągająca. Jednak Jacksona poniosło. Kompletnie nie podobała mi się warta fantazyjna, część, w której Susie spaceruje po niebie – ta taka bardzo kolorowa i sugestywna. Zepsuło mi to odbiór filmu, wolałbym coś mrocznego i posępnego.

Ale z drugiej strony – bardzo muszę pochwalić wszystkich aktorów. Poczynając od głównej bohaterki, Saoirse Ronan, która już w „Pokucie” pokazała, że jest i będzie wielka, tutaj kontynuuje to wszystko. Mark Wahlberg i Rachel Weisz, którzy zagrali rodziców Salmon również bardzo ładnie oddali emocje, które nimi szargały. Nominowany za tę rolę do Oscara Stanley Tucci również był bardzo dobry, aczkolwiek moim zdaniem bardziej należałaby mu się nominacja za rolę w „Julie i Julia”. I w końcu dochodzimy do Susan Sarandon, która zagrała babcię bohaterki. Mistrzostwo! Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać, jak dobrą aktorką jest Sarandon, jednak warto obejrzeć ten film chociażby dla Saoirse i właśnie Susan.

Nostalgia anioła

Nostalgia anioła” to film dobry, jednak bardzo nierówny i niespójny. Podczas gdy początek jest świetny, tak już po śmierci Susie wszystko się rozpływa. Tak jak życie jej rodziców się załamało, tak cała konwencja w filmie się rozbiła, rozpuściła i przestała być do końca znośna. Zdecydowanie wyciąłbym stąd całe te mnóstwo kolorów i podróże po fantazyjnym niebie. Mamy tu kilka naprawdę dobrych i klimatycznych scen, ale i kilka, które psują ten klimat.

Peterowi Jacksonowi wyszedł film dający się do oglądania, ale na pewno oczekiwania była większe. Być może reżyser spróbuje raz jeszcze nakręcić coś tak skromnego, aczkolwiek zauważalnym jest fakt, że najlepiej mu wychodzą filmy widowiskowe i wielkie. Cóż, nie każdy może, nie każdy powinien. Ale obejrzyjcie.

Moja ocena: 6/10

Gdzie mieszkają dzikie stwory (2009)

Oryginalny tytuł: Where the Wild Things Are | Reżyseria: Spike Jonze Gdzie mieszkają marzenia

Gdzie mieszkają dzikie stwory Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.

Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?

Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.

Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.

Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7+/10

Dragonball - Ewolucja (2009)

Oryginalny tytuł: Dragonball Evolution | Reżyseria: James Wong Profanacja mojego dzieciństwa

Dragonball - EwolucjaDragonball” to obok Pokemonów i Rycerzy Zodiaku jedna z bajek z mojego dzieciństwa. Siedziałem, oglądałem, chłonąłem. Jak na małego dzieciaka to byłem pod wrażeniem. Teraz w sumie, gdybym miał okazję obejrzeć owe kilkaset odcinków to prawdopodobnie nadal by mi się podobało. Gdy jakiś rok czy dwa temu wyszła pierwsza informacja, że planowana jest filmowa wersja serialu podszedłem do tego z rezerwą. Jednak, gdy po jakimś czasie podano nazwiska twórców – zamarłem.

Filmowa fabuła łączy w sobie kilka wątków z każdego sezonu serialu – mamy tutaj Songo (Justin Chatwin), który wraz z Bulmą (Emmy Rossum) szukają siedmiu smoczych kul. Co w serialu zajęło kilkadziesiąt odcinków, w filmie daje nam kilka minut. Głównym przeciwnikiem bohaterów jest Lord Piccolo (James Marsters), który wraz z niejaką Mai (Eriko Tamura) również poszukuje kul. Wkrótce dojdzie do nieuniknionej konfrontacji.

OK. – żeby wszystko było jasne, będę nazywał rzeczy po imieniu – po obejrzeniu tej szmiry cisnęło mi się na usta tysiące niecenzuralnych słów, których tu jednak nie przytoczę. Na samym początku jednak napiszę, że ten film powinien mieć tytuł „Dragonball – Desecration” (Dragonball - Profanacja); niestety, to nie mi dane było nadać tytuł… Ewolucja… Ekhm.

Dragonball

Reżyserem filmu jest James Wong, twórca „Oszukać przeznaczenie” oraz „Oszukać przeznaczenie 3”, scenarzysta jest jeszcze bardziej no-name. O aktorach nie wspomnę, bo i debiutanci czasem potrafią dobrze zagrać, potrzeba tylko kogoś, kto im wskaże dobrą drogę – czego powiedzieć na pewno nie można o reżyserze tego filmu.

Zawiodło wszystko, co zawieść mogło. Scenariusz, który powinien być ukierunkowany na jedną z serii (dzięki czemu w razie sukcesu można by ekranizować kolejne części) czerpie z każdej po trochu. Spektakularne walki, które oglądaliśmy przez kilka odcinków w serialu tutaj trwają ułamki sekund. Nie ma krwi, choćby nie wiem jak kogoś mocny by bili. Efekty specjalne aż gryzą w oczy swoją sztucznością. Z każdą kolejną minutą tego filmu narastało moje zażenowanie i zdenerwowanie.

Dragonball

Bo to nie jest tak, że saga „Dragonball” nie jest do zekranizowania. Na pewno jest – gdy wziął się za to taki Steven Spielberg, Peter Jackson czy James Cameron – do tego trzeba kogoś z doświadczeniem, kogoś kto by miał pomysł, wizję, możliwości, talent i potencjał. Wszystko to, czego zabrakło twórcom tego filmu.

Z przerażeniem spoglądam na stronę Filmweba, gdzie w powiązanych widnieje film „Dragonball 2: Reborn” z datą 2011. Czy takie coś powstanie? W chwili obecnej ciężko powiedzieć, wyniki finansowe „Dragonball – Ewolucja” były fatalne i tak naprawdę nie wiadomo, co dalej. Z niektórych źródeł dobiegają informacje (link), że Fox (producent) może chcieć zresetować serię i nadać jej prawidłowy bieg. Cóż, zaangażujecie kogoś odpowiedniego to i prawdopodobnie film się uda. Jednak obraz Wonga, to kicz w czystej esencji, profanacja legendy i zbezczeszczenie bajki mojego dzieciństwa. Nie polecam, odradzam, przestrzegam.

Moja ocena: 1/10

Koralina i tajemnicze drzwi (2009)

Oryginalny tytuł: Coraline | Reżyseria: Henry Selick

Koralina Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?

Ceniona opowieść Neila Gaimana, animacja poklatkowa plus jako smaczek wszystko w technice 3D. „Koralina i tajemnicze drzwi” to niesamowita bajka, która obroniłaby się nawet, gdyby została zrobiona w zwykłej technice – czy to animacji klasycznej, animacji CGI i nawet bez efektu 3D. Bajka ta pokazuje nam świetną opowieść, która wciąga i urzeka od samego początku. Koralina jest sympatyczna, a widz kibicuje jej z zapartym tchem od samego początku.

3D Wyreżyserowana przez Henry’ego Selicka (twórca „Miasteczka Halloween”) bajka, to mimo wszystko obraz dla całej rodziny. Co prawda skłaniałbym się ku temu, aby odrobinę przerobić to dziełko i ukierunkować je tylko dla starszych widzów, jednak taka wersja, jaką dostaliśmy śmiało nadaje się do obejrzenia dla wszystkich. Bo mamy tu zarówno elementy grozy, elementy komedii, trochę umoralniania, ale w ogólnym rozrachunku jest to doskonała rozrywka, w której i młodszy i starszy znajdzie coś dla siebie. „Koralina...” dopracowana jest pod każdym względem. Wspomniana przeze mnie wyżej Coraline / Koralina i tajemnicze drzwi animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.

Nie czytałem powieści Gaimana, jednak spoglądając na recenzje różnych ludzi słyszę pozytywne opinie odnośnie dobrego przeniesienia klimatu z książki na film. Patrząc na ten film oraz wcześniejszą ekranizację książki autora – „Gwiezdny Pył” – stwierdzam, że musi to być całkiem ciekawa twórczość, skoro filmy na ich postawie są tak świetne. Czytanie książek idzie mi dosyć opornie, jednak obok „Pokuty” oraz „Drogi do szczęścia”, mam też ochotę na przeczytanie właśnie „Koraliny...”. Cóż, może wkrótce, może niedługo.

Podsumowując, obraz Selicka to film naprawdę udany, godny obejrzenia i jak najbardziej polecam go wszystkim. Wciągający scenariusz i świetna oprawa wizualna, a dodatkowo mistyczna muzyka. Do wypożyczalni!

Moja ocena: 9/10

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008)

Oryginalny tytuł: The Curious Case of Benjamin Button | Reżyseria: David Fincher Nie taki ciekawy...

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina ButtonaKażda recenzja tego filmu zaczyna się tak samo, mówi, że bohater urodził się w niezwykłych okolicznościach. To chyba pierwsze i nie jedyne zakłamanie „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Tytułowy bohater (Brad Pitt) urodził się normalnie tj. wyciągnięto go z brzucha kobiety, która wcześniej nosiła tę ciążę dziewięć miesięcy. Jedyna anomalia, to taka, iż Benjamin Button był bardzo brzydki i bardzo stary. Rodzice go porzucili, a pod swoje skrzydła przygarnęła go Queenie (Taraji P. Henson), opiekunka w Domu Starców. Benjamin z dnia na dzień, zamiast się dorastać, a potem się starzeć – młodnieje. Wygląda coraz młodziej, i młodziej… najpierw przeżywa starość, dorosłość, młodość aż w końcu dzieciństwo… Poznaje piękną Daisy (Cate Blanchett), która niestety jest już normalna.

Obiecywałem sobie po tym filmie bardzo wiele. Fabuła zapowiadała się znakomicie. Niestety, zawiodłem się i to bardzo. Właściwie jest to jedyne rozczarowanie wśród Oscarowej piątki Najlepszych filmów, które ogłosiła Amerykańska Akademia Filmowa. Spodziewałem się, że skoro Benjamin ‘idzie w dół’ to będzie to miało duży wpływ nie tylko na jego życie, ale także innych ludzi. Nic bardziej mylnego. Jedyne, w czym mu przeszkodził ten odwrotny proces to miłość. No może aż miłość, nie jest to byle co, jednak równie dobrze bohater mógłby dorastać normalnie i film wyglądałby tak samo. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – chodzi mi o to, że nikt, nawet sam Button nie zainteresował się tym, dlaczego jest tak, a nie inaczej, dlaczego młodnieje, a nie starzeje się, dlaczego to właśnie on, a nie ktoś inny. Nic, zupełnie nic, i on i ludzie mieli to w nosie. A przecież to chyba miała być główna oś zawieszenia dla tego filmu.

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” ma bardzo dużo plusów. Przepiękna oprawa wizualna począwszy od świetnie odwzorowanej scenografii lat dwudziestych i trzydziestych, poprzez charakteryzację, kostiumy czy spokojną i nastrojową muzykę Alexandre Desplata. Zachwycają również zdjęcia. Bardzo dobrze zagrał również Brad Pitt, chociaż większe oklaski należą się Taraji. P. Henson. Obydwie role nominowane do Oscara, chociaż Pitt niekoniecznie zasłużenie, w końcu dużo za niego wykonały komputery i charakteryzacja, a nie on sam. Skoro jestem już przy Oscarach – 13 nominacji (najwięcej podczas tego rozdania) zamieniło się tylko w 3 statuetki: za charakteryzację, scenografię i… Efekty specjalne. Wiedziałem, że tak będzie, wiedziałem, że Akademia woli dać Oscara dla pięknie animującej się twarzy Pitta niż dla niesamowitych efektów w „Mrocznym rycerzu”. No, ale cóż, jej członkowie chyba nie mają pojęcia odnośnie tych technologii, skoro rok temu woleli dać Oscara za ładnie wykreowane zwierzątka w „Złotym kompasie” niż dla zjawiskowych robotów w „Transformers”. Cóż, ale to temat na inne opowiadanie.

The Curious Case of Benjamin Button / Ciekawy przypadek Benjamina Buttona

Ktoś mógłby stwierdzić, że skoro taki film, takie nazwiska, tyle plusów – to musi być rewelacja. Nie dla mnie. To, co napisałem w drugim akapicie (minus) przewyższa to, co napisałem w trzecim (plusy), co w ogólny rozrachunku kwalifikuje się, jako film nieudany i wielkie rozczarowanie. Można jeszcze dorzucić długość filmu – dłużył się niemiłosiernie – oraz to, że po takim reżyserze jak Fincher naprawdę spodziewałem się więcej. Podsumowując, nie podobało mi się, mimo kilku wartości i pięknej oprawy wizualnej, jest to film słaby i po prostu nudny.

Moja ocena: 4/10

Opowieści na dobranoc (2008)

Bedtime Stories / Opowieści na dobranocAdam Sandler to aktor naprawdę dziwny. Kiedyś go lubiłem, ale teraz zaczął grać w tak nieznośnie złych filmach, że zraziłem się. Po „Nie zadzieraj z fryzjerem” miałem nadzieję, że kolejny film będzie lepszy. Owszem, był, ale to nadal nie ten sam, stary, zabawny Sandler…

Bohaterem „Opowieści na dobranoc” jest Skeeter (Adam Sandler), pracownik wielkiego hotelu, którego miał zostać właścicielem, ale zrobiono go w balona. Jego siostra musi wyjechać, to też pozostawia mu w opiece dwójkę swoich dzieci. Skeeter zaczyna opowiadać siostrzeńcom bajki, dzięki którym mają zasnąć. Przy każdej z nich maluchy dodają coś od siebie. Jakże wielkie zdziwienia i konsternacja następuje w życiu mężczyzny, gdy kolejnego dnia wszystkie sceny z opowiadanych bajek stają się realne.

Miałem nadzieję, że będzie to bardzo ciekawa, fascynująca przygoda. W końcu pomysł nie głupi i można było z tego zrobić naprawdę dobrą produkcję dorównującą poziomem „Kronikom Spiderwick” czy pierwszym „Opowieściom z Narnii”. Niestety, nie wiem, kto zawiódł. Bo i reżyser nie taki zły – Adam Shankman wyreżyserował przecież świetny „Lakier do włosów” czy wzruszającą „Szkołę uczuć” – a scenarzysta, Tim Herlihy, ma na koncie skrypt do filmu „Super tata”, w którym również wystąpił Adam Sandler. Nie mniej jednak zmarnowano potencjał, bo opowieść się nie klei, jest nudna i nijaka. Sandler już nie bawi tak jak kiedyś, a i pozostali aktorzy próbują coś z siebie wykrzesać, ale im nie idzie. Zupełnie nie mam pojęcia, co w takim filmie robi taki aktor jak Guy Pearce. Znany mi z absolutnie rewelacyjnego „Memento” musi mieć naprawdę chude lata, skoro zgodził się na rolę w takim potworku.

Bedtime Stories / Opowieści na dobranoc

Nie jest to udana produkcja familijna. Niewciągająca fabuła i niesympatyczni bohaterowie mogą zrazić nawet najmłodszych. Ja, jako ten starszy również się nudziłem. Chciałem, aby jak najszybciej się zakończyło. Nie polecam i odradzam. Czy dałbym radę znaleźć tutaj jakiekolwiek plusy? Na pewno ciekawy pomysł (+2), który niestety został zaprzepaszczony (-1), Sandler lepszy niż w „Nie zadzieraj z fryzjerem” (+1), chociaż z drugiej strony słaby Guy Pearce (-1). No, ale na koniec zostawiłem sobie naprawdę najlepsze: Wytrzeszcz (+2)! Taką świnkę morską to ja chcę! Sumując moje rozważanie wychodzi mi słabe trzy oraz ogólnie niezadowolenie – nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 3/10

Atramentowe serce (2008)

Inkheart / Atramentowe serceBrendan Fraser ma za sobą bardzo pracowity rok. Wystąpił aż w trzech dużych filmach – „Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka”, „Podróż do wnętrza Ziemi” i film, o którym napiszę za chwilę – „Atramentowe serce”. I wydawałoby się, że skoro aktor jest tak rozchwytywany, oznacza to, że musi być w nim coś dobrego (Talent? Sława? Nazwisko?). Nic bardziej mylącego, pan Brendan, ani utalentowany nie jest, ani sławny, a tym bardziej nie ma (póki, co) jakoś bardziej rozpoznawalnego nazwiska.

W „Atramentowym sercu”, Brendan Fraser wciela się w Mortimera Folcharta, człowieka obdarzonego niezwykłym darem – gdy czyta na głos jakąkolwiek książkę, bohaterowie w niej występujący przenikają do prawdziwego świata. I nie tylko bohaterowie, ale także rzeczy i wydarzenia. Jednak nic nie jest tak proste, podczas gdy ktoś z książki przechodzi do świata rzeczywistego, w tym samym czasie, ktoś ze świata rzeczywistego zostaje przeniesiony w fikcję. To właśnie stało się kilka lat temu z żoną Mortimera, Teresa (Sienna Gulliory). Teraz pojawia się Smolipaluch (Paul Bettany), który niegdyś został wyczytany przez Mortimera, a teraz chce wrócić do swojego świata. Ostrzega on naszego bohatera przez Capricornem (Andy Serkis), złym charakterem, który również przypadkiem uciekł z książki.

Atramentowe serce” to kolejne kino familijne z Fraserem w roli głównej. I w przeciwieństwie do „Podróży do wnętrza Ziemi” – podobało mi się. Tym razem mamy do czynienia z przystępną bajką, świetnie zrealizowaną i dobrze poprowadzoną. Akcja wciąga i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Przedstawione nam wydarzenia są jak najbardziej fantastyczne, jednak na tyle realne, że jesteśmy w stanie w nie uwierzyć – co trudnością było we wcześniej wspomniany filmie, do którego pewnie jeszcze kilka razy nawiążę. Film ten stworzył Iain Softley, reżyser, który co prawda zbyt dużo filmów nie zrobił, jednak cenię go za bardzo dobry thriller „Klucz do koszmaru”, który w moim osobistym rankingu jest jednym z najlepszych filmów grozy, jakie dane było mi widzieć. Dodatkowo Softley ma na swoim koncie interesującego „K-PAX’a” z Kevinem Spacey’em i Jeffem Bridgesem w rolach głównych.

Helen Mirren / Brendan Fraser

Fraser gra jak zwykle – ni to dobrze, ni to źle; wystarczająco dobrze, żeby mu uwierzyć. Jest jednak inna gwiazda, która całkowicie pochłonęła cały zainteresowanie widza, gdy tylko pojawiła się na ekranie – Helen Mirren. Laureatka Oscara za rolę w „Królowej” stworzyła niesamowicie zabawną i ciekawą postać. Przypominała mi ona trochę podobną kreację ze „Skarbu Narodu 2”, jednak każda z tych ról miała w sobie coś, co czyniło, że były tak świetne. Chyba nie trzeba ukrywać, że Mirren to aktorka bardzo dobra i utalentowana. Sceny z nią (niestety, nie za wiele) to prawdziwe perełki.

Film Softleya jest ekranizacją książki Cornelii Funke o tym samym tytule, będącej pierwszej częścią „atramentowej trylogii”, w której skład wchodzą jeszcze „Atramentowa krew” (Inkspell) oraz „Atramentowa śmierć” (Inkdeath). Czy zobaczymy jeszcze bohaterów Atramentowego świata w kinach? Póki, co – cisza. Jednak patrząc na wyniki kasowe filmu – budżet: 60 milionów dolarów; zarobek w USA: 17,1 mln $; na całym świecie: 54,0 mln $ - można spekulować, że jednak nie. Film nawet na całym świecie zarobił ‘na siebie’, nie mówiąc już o zyskach. Również wśród krytyków został całkowicie niezauważony i przemknął jakby go w ogóle nie było. A już w ogóle absolutną tajemnicą wydaje się być data polskiej premiery – początkowo mówiło się o 3 kwietnia 2009, jednak w chwili obecnej data premiery znikła prawie z każdego, polskiego serwisu filmowego. Czyżby dystrybutorzy przestraszyli się słabych wyników w USA?

Inkheart / Atramentowe serce

Szkoda, bo ja z miłą chęcią bym zobaczył jeszcze dwa filmy z tej serii, bardzo miłe kino, taki odmóżdzacz dla wszystkich. Opowieść prorodzinna itp. Jak w końcu uda się „Atramentowemu sercu” trafić do polskich kin, to możecie się wybrać – oczywiście, jeśli nie będzie nic innego, bardziej interesującego. Ja seansu nie żałuję.

Moja ocena: 6+/10