Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.
Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?
Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.
Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.
Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.
„Dragonball” to obok Pokemonów i Rycerzy Zodiaku jedna z bajek z mojego dzieciństwa. Siedziałem, oglądałem, chłonąłem. Jak na małego dzieciaka to byłem pod wrażeniem. Teraz w sumie, gdybym miał okazję obejrzeć owe kilkaset odcinków to prawdopodobnie nadal by mi się podobało. Gdy jakiś rok czy dwa temu wyszła pierwsza informacja, że planowana jest filmowa wersja serialu podszedłem do tego z rezerwą. Jednak, gdy po jakimś czasie podano nazwiska twórców – zamarłem.
Filmowa fabuła łączy w sobie kilka wątków z każdego sezonu serialu – mamy tutaj Songo (Justin Chatwin), który wraz z Bulmą (Emmy Rossum) szukają siedmiu smoczych kul. Co w serialu zajęło kilkadziesiąt odcinków, w filmie daje nam kilka minut. Głównym przeciwnikiem bohaterów jest Lord Piccolo (James Marsters), który wraz z niejaką Mai (Eriko Tamura) również poszukuje kul. Wkrótce dojdzie do nieuniknionej konfrontacji.
OK. – żeby wszystko było jasne, będę nazywał rzeczy po imieniu – po obejrzeniu tej szmiry cisnęło mi się na usta tysiące niecenzuralnych słów, których tu jednak nie przytoczę. Na samym początku jednak napiszę, że ten film powinien mieć tytuł „Dragonball – Desecration” (Dragonball - Profanacja); niestety, to nie mi dane było nadać tytuł… Ewolucja… Ekhm.

Reżyserem filmu jest James Wong, twórca „Oszukać przeznaczenie” oraz „Oszukać przeznaczenie 3”, scenarzysta jest jeszcze bardziej no-name. O aktorach nie wspomnę, bo i debiutanci czasem potrafią dobrze zagrać, potrzeba tylko kogoś, kto im wskaże dobrą drogę – czego powiedzieć na pewno nie można o reżyserze tego filmu.
Zawiodło wszystko, co zawieść mogło. Scenariusz, który powinien być ukierunkowany na jedną z serii (dzięki czemu w razie sukcesu można by ekranizować kolejne części) czerpie z każdej po trochu. Spektakularne walki, które oglądaliśmy przez kilka odcinków w serialu tutaj trwają ułamki sekund. Nie ma krwi, choćby nie wiem jak kogoś mocny by bili. Efekty specjalne aż gryzą w oczy swoją sztucznością. Z każdą kolejną minutą tego filmu narastało moje zażenowanie i zdenerwowanie.

Bo to nie jest tak, że saga „Dragonball” nie jest do zekranizowania. Na pewno jest – gdy wziął się za to taki Steven Spielberg, Peter Jackson czy James Cameron – do tego trzeba kogoś z doświadczeniem, kogoś kto by miał pomysł, wizję, możliwości, talent i potencjał. Wszystko to, czego zabrakło twórcom tego filmu.
Z przerażeniem spoglądam na stronę Filmweba, gdzie w powiązanych widnieje film „Dragonball 2: Reborn” z datą 2011. Czy takie coś powstanie? W chwili obecnej ciężko powiedzieć, wyniki finansowe „Dragonball – Ewolucja” były fatalne i tak naprawdę nie wiadomo, co dalej. Z niektórych źródeł dobiegają informacje (link), że Fox (producent) może chcieć zresetować serię i nadać jej prawidłowy bieg. Cóż, zaangażujecie kogoś odpowiedniego to i prawdopodobnie film się uda. Jednak obraz Wonga, to kicz w czystej esencji, profanacja legendy i zbezczeszczenie bajki mojego dzieciństwa. Nie polecam, odradzam, przestrzegam.
Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?
Ceniona opowieść Neila Gaimana, animacja poklatkowa plus jako smaczek wszystko w technice 3D. „Koralina i tajemnicze drzwi” to niesamowita bajka, która obroniłaby się nawet, gdyby została zrobiona w zwykłej technice – czy to animacji klasycznej, animacji CGI i nawet bez efektu 3D. Bajka ta pokazuje nam świetną opowieść, która wciąga i urzeka od samego początku. Koralina jest sympatyczna, a widz kibicuje jej z zapartym tchem od samego początku.
Wyreżyserowana przez Henry’ego Selicka (twórca „Miasteczka Halloween”) bajka, to mimo wszystko obraz dla całej rodziny. Co prawda skłaniałbym się ku temu, aby odrobinę przerobić to dziełko i ukierunkować je tylko dla starszych widzów, jednak taka wersja, jaką dostaliśmy śmiało nadaje się do obejrzenia dla wszystkich. Bo mamy tu zarówno elementy grozy, elementy komedii, trochę umoralniania, ale w ogólnym rozrachunku jest to doskonała rozrywka, w której i młodszy i starszy znajdzie coś dla siebie. „Koralina...” dopracowana jest pod każdym względem. Wspomniana przeze mnie wyżej
animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.
Nie czytałem powieści Gaimana, jednak spoglądając na recenzje różnych ludzi słyszę pozytywne opinie odnośnie dobrego przeniesienia klimatu z książki na film. Patrząc na ten film oraz wcześniejszą ekranizację książki autora – „Gwiezdny Pył” – stwierdzam, że musi to być całkiem ciekawa twórczość, skoro filmy na ich postawie są tak świetne. Czytanie książek idzie mi dosyć opornie, jednak obok „Pokuty” oraz „Drogi do szczęścia”, mam też ochotę na przeczytanie właśnie „Koraliny...”. Cóż, może wkrótce, może niedługo.
Podsumowując, obraz Selicka to film naprawdę udany, godny obejrzenia i jak najbardziej polecam go wszystkim. Wciągający scenariusz i świetna oprawa wizualna, a dodatkowo mistyczna muzyka. Do wypożyczalni!
Każda recenzja tego filmu zaczyna się tak samo, mówi, że bohater urodził się w niezwykłych okolicznościach. To chyba pierwsze i nie jedyne zakłamanie „Ciekawego przypadku Benjamina Buttona”. Tytułowy bohater (Brad Pitt) urodził się normalnie tj. wyciągnięto go z brzucha kobiety, która wcześniej nosiła tę ciążę dziewięć miesięcy. Jedyna anomalia, to taka, iż Benjamin Button był bardzo brzydki i bardzo stary. Rodzice go porzucili, a pod swoje skrzydła przygarnęła go Queenie (Taraji P. Henson), opiekunka w Domu Starców. Benjamin z dnia na dzień, zamiast się dorastać, a potem się starzeć – młodnieje. Wygląda coraz młodziej, i młodziej… najpierw przeżywa starość, dorosłość, młodość aż w końcu dzieciństwo… Poznaje piękną Daisy (Cate Blanchett), która niestety jest już normalna.
Obiecywałem sobie po tym filmie bardzo wiele. Fabuła zapowiadała się znakomicie. Niestety, zawiodłem się i to bardzo. Właściwie jest to jedyne rozczarowanie wśród Oscarowej piątki Najlepszych filmów, które ogłosiła Amerykańska Akademia Filmowa. Spodziewałem się, że skoro Benjamin ‘idzie w dół’ to będzie to miało duży wpływ nie tylko na jego życie, ale także innych ludzi. Nic bardziej mylnego. Jedyne, w czym mu przeszkodził ten odwrotny proces to miłość. No może aż miłość, nie jest to byle co, jednak równie dobrze bohater mógłby dorastać normalnie i film wyglądałby tak samo. Żebyśmy się dobrze zrozumieli – chodzi mi o to, że nikt, nawet sam Button nie zainteresował się tym, dlaczego jest tak, a nie inaczej, dlaczego młodnieje, a nie starzeje się, dlaczego to właśnie on, a nie ktoś inny. Nic, zupełnie nic, i on i ludzie mieli to w nosie. A przecież to chyba miała być główna oś zawieszenia dla tego filmu.

„Ciekawy przypadek Benjamina Buttona” ma bardzo dużo plusów. Przepiękna oprawa wizualna począwszy od świetnie odwzorowanej scenografii lat dwudziestych i trzydziestych, poprzez charakteryzację, kostiumy czy spokojną i nastrojową muzykę Alexandre Desplata. Zachwycają również zdjęcia. Bardzo dobrze zagrał również Brad Pitt, chociaż większe oklaski należą się Taraji. P. Henson. Obydwie role nominowane do Oscara, chociaż Pitt niekoniecznie zasłużenie, w końcu dużo za niego wykonały komputery i charakteryzacja, a nie on sam. Skoro jestem już przy Oscarach – 13 nominacji (najwięcej podczas tego rozdania) zamieniło się tylko w 3 statuetki: za charakteryzację, scenografię i… Efekty specjalne. Wiedziałem, że tak będzie, wiedziałem, że Akademia woli dać Oscara dla pięknie animującej się twarzy Pitta niż dla niesamowitych efektów w „Mrocznym rycerzu”. No, ale cóż, jej członkowie chyba nie mają pojęcia odnośnie tych technologii, skoro rok temu woleli dać Oscara za ładnie wykreowane zwierzątka w „Złotym kompasie” niż dla zjawiskowych robotów w „Transformers”. Cóż, ale to temat na inne opowiadanie.

Ktoś mógłby stwierdzić, że skoro taki film, takie nazwiska, tyle plusów – to musi być rewelacja. Nie dla mnie. To, co napisałem w drugim akapicie (minus) przewyższa to, co napisałem w trzecim (plusy), co w ogólny rozrachunku kwalifikuje się, jako film nieudany i wielkie rozczarowanie. Można jeszcze dorzucić długość filmu – dłużył się niemiłosiernie – oraz to, że po takim reżyserze jak Fincher naprawdę spodziewałem się więcej. Podsumowując, nie podobało mi się, mimo kilku wartości i pięknej oprawy wizualnej, jest to film słaby i po prostu nudny.
| Pięć filmów nominowanych do Oscara w kategorii 'Najlepszy film' roku 2008 |
||||
![]() Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (2008) |
![]() Obywatel Milk (2008) |
![]() Lektor (2008) |
![]() Slumdog. Milioner z ulicy (2008) |
![]() Frost/Nixon (2008) |
Adam Sandler to aktor naprawdę dziwny. Kiedyś go lubiłem, ale teraz zaczął grać w tak nieznośnie złych filmach, że zraziłem się. Po „Nie zadzieraj z fryzjerem” miałem nadzieję, że kolejny film będzie lepszy. Owszem, był, ale to nadal nie ten sam, stary, zabawny Sandler…
Bohaterem „Opowieści na dobranoc” jest Skeeter (Adam Sandler), pracownik wielkiego hotelu, którego miał zostać właścicielem, ale zrobiono go w balona. Jego siostra musi wyjechać, to też pozostawia mu w opiece dwójkę swoich dzieci. Skeeter zaczyna opowiadać siostrzeńcom bajki, dzięki którym mają zasnąć. Przy każdej z nich maluchy dodają coś od siebie. Jakże wielkie zdziwienia i konsternacja następuje w życiu mężczyzny, gdy kolejnego dnia wszystkie sceny z opowiadanych bajek stają się realne.
Miałem nadzieję, że będzie to bardzo ciekawa, fascynująca przygoda. W końcu pomysł nie głupi i można było z tego zrobić naprawdę dobrą produkcję dorównującą poziomem „Kronikom Spiderwick” czy pierwszym „Opowieściom z Narnii”. Niestety, nie wiem, kto zawiódł. Bo i reżyser nie taki zły – Adam Shankman wyreżyserował przecież świetny „Lakier do włosów” czy wzruszającą „Szkołę uczuć” – a scenarzysta, Tim Herlihy, ma na koncie skrypt do filmu „Super tata”, w którym również wystąpił Adam Sandler. Nie mniej jednak zmarnowano potencjał, bo opowieść się nie klei, jest nudna i nijaka. Sandler już nie bawi tak jak kiedyś, a i pozostali aktorzy próbują coś z siebie wykrzesać, ale im nie idzie. Zupełnie nie mam pojęcia, co w takim filmie robi taki aktor jak Guy Pearce. Znany mi z absolutnie rewelacyjnego „Memento” musi mieć naprawdę chude lata, skoro zgodził się na rolę w takim potworku.

Nie jest to udana produkcja familijna. Niewciągająca fabuła i niesympatyczni bohaterowie mogą zrazić nawet najmłodszych. Ja, jako ten starszy również się nudziłem. Chciałem, aby jak najszybciej się zakończyło. Nie polecam i odradzam. Czy dałbym radę znaleźć tutaj jakiekolwiek plusy? Na pewno ciekawy pomysł (+2), który niestety został zaprzepaszczony (-1), Sandler lepszy niż w „Nie zadzieraj z fryzjerem” (+1), chociaż z drugiej strony słaby Guy Pearce (-1). No, ale na koniec zostawiłem sobie naprawdę najlepsze: Wytrzeszcz (+2)! Taką świnkę morską to ja chcę! Sumując moje rozważanie wychodzi mi słabe trzy oraz ogólnie niezadowolenie – nie oglądajcie tego.
Brendan Fraser ma za sobą bardzo pracowity rok. Wystąpił aż w trzech dużych filmach – „Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka”, „Podróż do wnętrza Ziemi” i film, o którym napiszę za chwilę – „Atramentowe serce”. I wydawałoby się, że skoro aktor jest tak rozchwytywany, oznacza to, że musi być w nim coś dobrego (Talent? Sława? Nazwisko?). Nic bardziej mylącego, pan Brendan, ani utalentowany nie jest, ani sławny, a tym bardziej nie ma (póki, co) jakoś bardziej rozpoznawalnego nazwiska.
W „Atramentowym sercu”, Brendan Fraser wciela się w Mortimera Folcharta, człowieka obdarzonego niezwykłym darem – gdy czyta na głos jakąkolwiek książkę, bohaterowie w niej występujący przenikają do prawdziwego świata. I nie tylko bohaterowie, ale także rzeczy i wydarzenia. Jednak nic nie jest tak proste, podczas gdy ktoś z książki przechodzi do świata rzeczywistego, w tym samym czasie, ktoś ze świata rzeczywistego zostaje przeniesiony w fikcję. To właśnie stało się kilka lat temu z żoną Mortimera, Teresa (Sienna Gulliory). Teraz pojawia się Smolipaluch (Paul Bettany), który niegdyś został wyczytany przez Mortimera, a teraz chce wrócić do swojego świata. Ostrzega on naszego bohatera przez Capricornem (Andy Serkis), złym charakterem, który również przypadkiem uciekł z książki.
„Atramentowe serce” to kolejne kino familijne z Fraserem w roli głównej. I w przeciwieństwie do „Podróży do wnętrza Ziemi” – podobało mi się. Tym razem mamy do czynienia z przystępną bajką, świetnie zrealizowaną i dobrze poprowadzoną. Akcja wciąga i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Przedstawione nam wydarzenia są jak najbardziej fantastyczne, jednak na tyle realne, że jesteśmy w stanie w nie uwierzyć – co trudnością było we wcześniej wspomniany filmie, do którego pewnie jeszcze kilka razy nawiążę. Film ten stworzył Iain Softley, reżyser, który co prawda zbyt dużo filmów nie zrobił, jednak cenię go za bardzo dobry thriller „Klucz do koszmaru”, który w moim osobistym rankingu jest jednym z najlepszych filmów grozy, jakie dane było mi widzieć. Dodatkowo Softley ma na swoim koncie interesującego „K-PAX’a” z Kevinem Spacey’em i Jeffem Bridgesem w rolach głównych.

Fraser gra jak zwykle – ni to dobrze, ni to źle; wystarczająco dobrze, żeby mu uwierzyć. Jest jednak inna gwiazda, która całkowicie pochłonęła cały zainteresowanie widza, gdy tylko pojawiła się na ekranie – Helen Mirren. Laureatka Oscara za rolę w „Królowej” stworzyła niesamowicie zabawną i ciekawą postać. Przypominała mi ona trochę podobną kreację ze „Skarbu Narodu 2”, jednak każda z tych ról miała w sobie coś, co czyniło, że były tak świetne. Chyba nie trzeba ukrywać, że Mirren to aktorka bardzo dobra i utalentowana. Sceny z nią (niestety, nie za wiele) to prawdziwe perełki.
Film Softleya jest ekranizacją książki Cornelii Funke o tym samym tytule, będącej pierwszej częścią „atramentowej trylogii”, w której skład wchodzą jeszcze „Atramentowa krew” (Inkspell) oraz „Atramentowa śmierć” (Inkdeath). Czy zobaczymy jeszcze bohaterów Atramentowego świata w kinach? Póki, co – cisza. Jednak patrząc na wyniki kasowe filmu – budżet: 60 milionów dolarów; zarobek w USA: 17,1 mln $; na całym świecie: 54,0 mln $ - można spekulować, że jednak nie. Film nawet na całym świecie zarobił ‘na siebie’, nie mówiąc już o zyskach. Również wśród krytyków został całkowicie niezauważony i przemknął jakby go w ogóle nie było. A już w ogóle absolutną tajemnicą wydaje się być data polskiej premiery – początkowo mówiło się o 3 kwietnia 2009, jednak w chwili obecnej data premiery znikła prawie z każdego, polskiego serwisu filmowego. Czyżby dystrybutorzy przestraszyli się słabych wyników w USA?

Szkoda, bo ja z miłą chęcią bym zobaczył jeszcze dwa filmy z tej serii, bardzo miłe kino, taki odmóżdzacz dla wszystkich. Opowieść prorodzinna itp. Jak w końcu uda się „Atramentowemu sercu” trafić do polskich kin, to możecie się wybrać – oczywiście, jeśli nie będzie nic innego, bardziej interesującego. Ja seansu nie żałuję.
Zagłada świata. Temat rzeka. Ile już widzieliśmy filmów o tym, że nadchodzi koniec? I ileż to razy się z niego ratowaliśmy… Tymczasem nadszedł czas na film o końcu świata po końcu świata. Zagmatwane? Oto „Miasto cienia”.
Powietrze na Ziemi stało się tak zanieczyszczone, że dalsza ludzka egzystencja na nim groziła wyginięciem, to też naukowcy wymyślili taki trik, że wybudowali miasto pod kopułą planety, a całość zasilana jest ogromnym generatorem. Problem jednak w tym, że owi ludzie ustawili żywotność tej maszyny na dwieście lat – nie przewidzieli jednak, że ludzkość przetrwa ten czas. Praca urządzenia staje się coraz mniej efektowna, nikt nie podejrzewa, że owe 200 lat zaczyna mijać i w końcu zapadnie ciemność. Dwójka bohaterów postanawia znaleźć wyjście z miasta Ember i zobaczyć, czy na zewnątrz rzeczywiście jest tak źle, jak się mówi.
Pomysł na film jest ciekawy i można by z tego zrobić naprawdę udany obraz science-fiction. Niestety, zabrał się za to reżyser (Gil Kenan, twórca animacji „Straszny dom”), który stwierdził, że będzie to kino familijne. Tak, więc mamy wszystko, co dla owego gatunku jest typowe – młodych, zbuntowanych bohaterów, cel, podróż i szczęśliwy finał. Po drodze oczywiście przeszkody, które wydają się do niepokonania i dorośli, którzy są źli i okrutni (udana kreacja Billa Murray’a).
Oprócz wspomnianego Murray’a w obsadzie mamy jeszcze Saoirse Ronan, póki co znana z roli w „Pokucie” za którą otrzymała nominację do Oscara oraz Harrego Treadaway’a. Oboje sprawdzili się w swoich rolach, ja jednak jestem trochę zaniepokojony tym, że młoda i utalentowana Ronan poszła w stronę filmów familijnych, zamiast wybrać coś ciekawszego, w czym mogła by się wykazać i być może znów powalczyć o jakieś nagrody. Być może była rola w „Miasto cienia” była jednorazowa, a może nikt nie zaproponował nic ciekawszego? Nie wiem, nie mniej jednak mam nadzieję, że jeszcze nie raz o niej usłyszymy (druga Dakota Fanning?).
Podsumowując, „Miasto cienia” to produkcja wpisująca się w gatunek filmów bliski „Kronikom Spiderwick” oraz „Mostu do Terabithii”, niestety, dużo słabsza od nich. Obejrzeć można, ale zachwytu nie ma. Młodszym na pewno się spodoba.
Zobacz również inne filmy dla całej rodziny:
3 lata po premierze „Lwa, czarownicy i starej szafy”, czyli części pierwszej cyklu Opowieści z Narnii, do kin trafiła kolejna ekranizacja książki C. S. Lewisa. Tym razem jest to „Książę Kaspian”, drugim tom z siedmioczęściowej sagi. I o ile pierwszy film był piękną, bajkową produkcją familijną, o tyle drugi jest podobny, jednak znacząco inny.
Minął rok od wydarzeń z poprzedniej części. Rodzeństwo Pevensie wciąż rozmyśla i rozmawia o bajkowej krainie. A tam minęło już tysiąc lat, Telmarowie władają nią w trochę despotyczny sposób. Kiedy królowi Mirazowi (Sergio Castellitto) rodzi się potomek, Książę Kaspian (Ben Barnes), który miał objąć tron musi uciekać, bo wie, że Miraz zrobi wszystko, aby rządzić Narnią, wydał również rozkaz zabicia wszystkich mitycznych stworzeń żyjących w lasach. Kaspian będąc w kłopotach poprzez róg Zuzanny wzywa całą czwórkę pradawnych rządzących. Tak wzmożone siły – Kaspian, Pevensiowie i pozostali Narnijczycy zbiorą się i wspólnie stawią czoło Mirazowi i jego armii. Do kompletu brakuje im tylko Aslana…
Część pierwsza podobała mi się bardzo, dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego filmu. Moje odczucia odnośnie „Księcia Kaspiana” są mieszane. Z jednej strony to, co obejrzałem było w jakimś stopniu zadawalające, jednak z drugiej strony to już nie to, spodziewałem się czegoś innego. „Czarownica, lew i stara szafa” był filmem bardzo magicznym, bajkowym i po prostu familijnym. Taką Narnię pokochałem. Kolejna część poszła trochę dalej, postanowiono zrobić film dla trochę starszych widzów, całą magię i bajkowość zastąpiono efektownością, scenami walk i akcją. A takich filmów jest jak na pęczki…
Chciałem właśnie obejrzeć film tak magiczny i uroczy jak część pierwsza, niestety, reżyser Andrew Adamson zrobił coś bardzo niedobrego. „Książę Kaspian” przypomina ocenzurowaną wersję „Władcy Pierścieni”. Walki są podobne, czasem nawet aż za bardzo – niestety Adamson zapomniał, że „Władca…” prócz niesamowitej strony wizualnej ma jeszcze genialny scenariusz. Tutaj jego film poległ, ponieważ tym razem historia, którą nam opowiedziano już nie była tak ciekawa i pasjonująca. Oglądało się znośnie, ale nie mogę powiedzieć, że jakoś wybitnie mnie wciągnęło, że było coś, co zapamiętam na zawsze.
Denerwowało mnie również aktorstwo – szczególnie młodych aktorów. Jednak chyba gwoździem do trumny był tytułowym Książę Kaspian. Przypominał mi jakieś słabe Emo, jakoś inaczej sobie wyobrażałem tego bohatera. Również krótkie nakreślenie pewnych uczyć między nim, a Zuzanną było kompletnie nietrafione.
Cały czas tak narzekam na ten film, ale to nie jest tak, że kompletnie mi się nie podobało. Ten film był znośny i jak wcześniej napisałem – w pewnym stopniu podobało mi się. Nie żebym żałował seansu, piękne krajobrazy oraz sama Narnia, którą przecież tak lubię trochę zrekompensowały mi słaby scenariusz. Jednak nie mogę powiedzieć już, że „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian” to film familijny, to bardziej kino akcji z motywem familijnym, niestety.
Tym razem Gotham City spowija lód. Okazuje się, że sfrustrowany doktor Victor Fries (Arnold Schwarzenegger) uległ wypadkowi i zmienił się w Mr. Freeze’a, człowieka, który potrzebuje zimna i lodu, aby przeżyć. Teraz w akcie zemsty chce zamrozić całe Gotham, a następnie cały świat. Niespodziewanie u jego boku pojawia się kobieta, która żyje w niezwykłej symbiozie z fauną i florą. Trujący Bluszcz (Uma Thurman), bo o niej mowa, potrafi uwodzić feromonami a jej pocałunek jest śmiertelny. Do obrony miasta i walki z przestępcami rusza jak zwykle Bruce Wayne, przebrany za Batmana (George Clooney) oraz jego pomocnik, Dick Grayson, czyli Robin (Chris O'Donnell).
Tak jak przy okazji „Batman Forever” pisałem, że można by napisać książkę „Jak ginie legenda” tak na podstawie tego filmu, można by napisać jej kolejną część pod tytułem „Jak kopać leżącego”. Drugi film o przygodach Człowieka Nietoperza w reżyserii Joela Schumachera jest jeszcze gorszy, niż jego poprzednik.
Przede wszystkim zawiódł George Clooney, jako Batman. Po prostu nie pasował mi do tej roli, do tego wyraźnie nudził się, co aż biło z ekranu. Grał od niechcenia. Jednak w tym przypadku jest to raczej wina reżysera, który najwyraźniej nie potrafił dopilnować tego, aby plejada gwiazd, które zaangażował do swojego projektu pokazała, na co ich stać. Bo rzeczywiście, pozostali również niczym ciekawym się nie wykazali.
Arnold Schwarzenegger, jako jeden z moich nielubianych aktorów tutaj również nie pokazał nic nadzwyczajnego, baa, powiedziałbym nawet, że był straszny – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jest też Uma Thurman, której rola była bardzo nierówna. Raz świetnie opętana, demoniczna, seksowna i namiętna, ale innym razem jej zachowania przypominały pustą i nijaką blondynkę. Ale dwie najbardziej denerwujące postacie tego filmu to Robin i Batwoman. Jeszcze O’Donnella jakoś przetrawiłbym, mimo kolczyka w uchu nie przeszkadzał zbytnio. Ale Alicia? Co to miało być? Głupiutka, przesłodzona i nijaka. Bleh.
„Batman i Robin” odstrasza również zdjęciami i scenografią. Wszystko jest tak kolorowe, że, za przeproszeniem, aż rzygać się chce. Mogliśmy chyba zobaczyć pełną gamę barw i kolorów, bo czego tam nie było. Niebieskości, czerwienie, róże! Taaak, różowego to tu było chyba najwięcej. Aha, i znów były sutki na Batstrojach oraz długie ujęcia idealnie dopasowanych kostiumów na pupach bohaterów.
Podsumowując, „Batman i Robin” jest najgorszą ekranizacją komiksu, najgorszym filmem o Batmanie oraz jednym z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Jest to potworek nieznośny i ciężkostrawny. Nie polecam, nawet zagorzałym fanatykom.
| Cykl recenzji filmów o Batmanie | |||||
![]() Batman (1989) |
![]() Powrót Batmana (1992) |
![]() Batman Forever (1995) |
![]() Batman i Robin (1997) |
![]() Batman - Początek (2005) |
![]() Mroczny rycerz (2008) |
Gotham City znów terroryzowane jest przez kolejnego psychopatę. Tym razem jest nim Dwie Twarze (Tommy Lee Jones), człowiek, który kiedyś został oblany kwasem, przez co postradał zmysły i popadł w rozdwojenie jaźni. Teraz chce się zemścić na Batmanie (Val Kilmer), który niejako jest odpowiedzialny za jego wypadek. Jednak pojawia się również drugi złoczyńca, Edward Nygma (Jim Carrey) zafascynowany Brucem Waynem, jednak jednocześnie przez niego odrzucony postanawia zostać Panem Zagadką. Jakby tego było mało, w mieście pojawiła się pani psycholog, Dr Chase Meridian (Nicole Kidman), która oficjalnie ma zbadać chorobę Dwóch Twarz, jednak tak naprawdę bardziej zainteresowana jest Batmanem.
Na przykładzie tego filmu można by napisać pracę pod tytułem „Jak ginie legenda”. Tim Burton został wymieniony na Joela Schumachera, ponieważ poprzednie dwie części były zbyt mroczne i poważne, toteż najważniejszy target Warner Bros. – dzieci i młodzież – nie do końca były zadowolone z tych filmów, aczkolwiek powiedziałbym, że to bardziej rodzice bali się o swoje pociechy i nie pozwolili im oglądać takich filmów. To też WB zatrudniło innego reżysera i kazało nakręcić ‘lżejsze’ filmy. Po co? Wszystkiemu, jak zwykle, winne są pieniądze.
Po pierwsze z odtworzenia głównej roli zrezygnował Michael Keaton. Zastąpił go Val Killmer. Co można powiedzieć o jego Batmanie? Nie jest źle, aczkolwiek nie jest też idealnie. Po prostu wpasował się w konwencję całego filmu. I takie też są pozostałe postacie. Tommy Lee Jones, jako Dwie Twarze chyba jest najbardziej wyrazistą i najlepiej zagraną postacią tego filmu. Momentami przypominał mi nawet Jacka Nicholsona z pierwszego „Batmana”, ale podkreślam tylko momentami. Najsłabiej wypadł Jim Carrey. Jest to tylko i wyłącznie aktor komediowy i taką też rolę stworzył w tym filmie, co dla mnie jest nie do przyjęcia. Batman nie może być komedią! I na koniec moja ukochana Nicole… Zagrała dobrze, była taka, jaka powinna być kobieta Batmana – pozostawała w cieniu Nietoperza…
I jeszcze dwa zdania – Robin był głupi, zbyt luzakowaty i miał kolczyk w uchu. I najmocniejsze: stroje Batmana i Robina miały sutki, a podczas ich nakładania połowa ujęć pokazywała nam właśnie owe sutki oraz idealnie dopasowany kostium na pupie obu bohaterów. Co to miało być?!?!
Zatem postaje pytanie – kto jest winny temu, że tak spieprzono niesamowitą legendę Batmana? Osobiście, jako winne upatruje studio Warner Bros.. W końcu to oni wyrzucili Burtona, to przez nich zrezygnował Keaton i przez nich Schumacher musiał nakręcić to, co nakręcił. Konkluzją niech będzie, że „Batman Forever” zarobił 184 milionów dolarów – więcej niż „Powrót Batmana” (162, 8 mln $), ale dużo mniej niż pierwszy „Batman” (251, 1 mln $).
Podsumowując, „Batman Forever” jest filmem złym, jako całokształt. Posiada ciekawą postać Dwóch Twarzy, nienajgorszego Batmana i piękną Nicole. Niemniej jednak, daleko mu do filmów Burtona czy Nolana.
| Cykl recenzji filmów o Batmanie | |||||
![]() Batman (1989) |
![]() Powrót Batmana (1992) |
![]() Batman Forever (1995) |
![]() Batman i Robin (1997) |
![]() Batman - Początek (2005) |
![]() Mroczny rycerz (2008) |