Alicja w Krainie Czarów (2010)

Oryginalny tytuł: Alice in Wonderland | Reżyseria: Tim Burton Burton w krainie Disneya

Alice in Wonderland / Alicja w Krainie Czarów Jakiś dawny czas temu, jak jeszcze nie było wiadomo, że Tim Burton nakręci „Alicję w Krainie Czarów” to naprawdę sobie pomyślałem, że gdyby on się za to wziął, to powstałoby arcydzieło. Rozmyślałem, że mógłby nakręcić właśnie „Alicję…” albo „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Z jego wyobraźnią… no i Burton zabrał się za „Alicję w krainie czarów” oraz „Alicję po drugiej stronie lustra”. Dla Disneya. Arcydzieło nie powstało.

Fabuła filmu to taka hybryda obydwu książek o Alicji. Jest już ona (Mia Wasikowska) dorosła, a rodzice wybrali jej mężczyznę, z którym ma się pobrać. Niestety nie widzi się jej to, podczas szaleńczej ucieczki, będącej jednocześnie pogonią za Białym Królikiem, Alicja wpada do króliczej nory. Przenosi się do krainy, w której kilkanaście lat temu już była. Wtedy to też, źle przeczytała jej nazwę. Krainą rządzi zła Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Nie będzie bajecznie.

Zacznę od najlepszego elementu filmu Burtona – od aktorów. Większość spisała się doskonale, a niektórzy prawdopodobnie zagrali swoje najlepsze role w karierze. Absolutnie rozbrajająca i nieziemsko genialna była Helena Bonham Carter w roli Królowej Kier. Nie ma słów by opisać geniusz roli, który wyczarowała nam Carter. Już dla niej samej warto by to obejrzeć, ale to nie koniec. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że i Johnny Depp spisze się doskonale? Każda jego rola to perełka i nie było inaczej tym razem. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jest to pierwszy film, w której Bonham Carter była lepsza od Deppa. Nawet znacznie lepsza.

Red Queen

Osobna bajka jest z Białą Królową – tutaj Anne Hathaway. Jej oderwanie od rzeczywistości oraz zachowanie podobne do tego po zażyciu jakichś narkotyków było świetne. Pochwały tu należą się oczywiście dla Hathaway, była zagrała to naprawdę dobrze. Zaraz za tą trójką są pozostałe role drugoplanowe, każda z nich miała coś w sobie, każda z nich… ahhh! Kot z Cheshire, Biały Królik, Marcowy Zając, Gąsienica Absolem… wymieniać by długo. Do plusów należy dopisać jeszcze znakomitą (jak zawsze) muzykę Danny’ego Elfmana. Majstersztyk!

Przy całych tych zachwytach celowo nie wspominam o Mii Wasikowskiej, która odegrała najważniejszą rolę, czyli Alicję. Nie podobała mi się. Miałem wrażenie, że cały czas grała jedną miną, niezależnie czy miała się akurat cieszyć, bać czy uciekać. Poker Face i już. Tu jednak zdania są podzielone, są ludzie, których rola Wasikowskiej zachwyciła. Mnie nie.

Marcowy zając

Ale to wszystko nic, ponieważ – z bólem to muszę napisać – ale „Alicja w krainie czarów” to film słaby. Może nawet najsłabszy w jakże kolorowej filmografii Tima Burtona. Ogląda to się dobrze, ale Burton to reżyser, od którego oczekuje się znacznie, znacznie więcej. Owszem, gdyby taki film nakręcił ktoś inny, to można by powiedzieć, że wow, udało się komuś, ale… ale Burton zrobiłby to lepiej. Wszyscy tak myśleli, wszyscy się zawiedli. Ja się zawiodłem, bo brakowało mi tutaj tej „magii” Burtona, tych szalonych, odważnych pomysłów. Za mało Burtona w Burtonie, za dużo Disneya. Tak, zdecydowanie całą winę za spieprzenie*Alicji…” ponosi Disney, który zapewne chciał zarobić jak najwięcej, przez co te bardziej szalone pomysły Burtona być może były łagodzone lub usuwane. A może sam Burton chciał zrobić lżejszy film? Cóż, udało mu się już raz zrobić coś genialnego a jednocześnie lekkiego i dla wszystkich („Charlie i Fabryka Czekolady”), myślę, że i tego tym razem oczekiwaliśmy.

Niestety, panie Burton, wytwórnio Disney – spieprzyliście*. Powstał film znośny – ogólnie, oraz film słaby – jak na Burtona. Warto obejrzeć jedynie dla genialnych kreacji Heleny Bonham Carter i Johnny’ego Deppa, oraz świetnej Anne Hathaway.

Moja ocena: 6-/10

* - pierwszy raz używam takich słów w recenzji, ale niestety, inaczej nie da się tego określić. „Zepsuć” nie oddaje tego.

Filmlog 2.0, oto on. Jak wrażenia? :D

Alvin i wiewiórki 2 (2009)

Oryginalny tytuł: Alvin and the Chipmunks: The Squeakquel | Reżyseria: Betty Thomas Klątwa drugiej części

Alvin i wiewiórki 2Alvin i wiewiórki” miało być jednorazową przygodą. Jednak zarobiło kupę kasy, tak, więc powstała część druga. I jej poziom jest dokładnie taki, jak drugie części innych filmów powstających tylko i wyłącznie dla pieniędzy – źle.

W „Alvin i wiewiórki 2” poznajemy trzy siostry-wiewiórki, Britanny, Jeanette i Eleonorę. Ian (David Cross), któremu nie udało się zarobić pieniędzy na Alvinie i jego braciach, bierze pod skrzydła dziewczęta i tak powstaje konkurencja dla Chipmunków – The Chipettes. Dodatkowo Alvin, Teodor i Szymon muszą sobie radzić sami, bo Dave (Jason Lee) po nieszczęśliwym wypadku trafia do szpitala, a braćmi opiekuje się niezdarny Toby (Zachary Levi).

Reżyserka tej kontynuacji, Betty Thomas, ma na swoim koncie takie filmy jak „Dr Dolittle” z Eddie’m Murphy czy „28 dni” z Sandrą Bullock. Zrobiła też całkiem udaną komedię „John Tucker musi odejść”. W związku z tym nie wiem, co poszło nie tak, ale ten film tej pani się nie udał. Jest nieznośny, ciężko dotrwać do końca i nie ma w sobie nic, co cieszyło w poprzedniej części. Bzdetny scenariusz, jakby pisany na kolanie na szybko tylko po to, aby zrobić kolejny obraz a ludzie nie zapomnieli o Alvinie i jego braciach.

The Chipettes

A przecież, gdyby odczekać ze dwa lata, popracować nad scenariuszem i zrobić naprawdę dobry film, to na pewno zrobiłby sporo, a może nawet więcej, bo im dłużej się na coś czeka, tym bardziej się tego chce. Ale to jest Hollywood. Tutaj wszystko trzeba szybko, na skróty i ważne, aby zarobiło. To straszne i przerażające. „Alvin i wiewiórki 2” to film zły. Myślę, że nawet dzieciom może się nudzić, już nie mówiąc o starszych, którzy absolutnie nic ciekawego tutaj nie znajdą. Powinien leżeć nisko na jakiejś półce, pomiędzy „Załogą G” a „Sezonem na misia 2”. Odradzam.

Moja ocena: 2/10

Odlot (2009)

Oryginalny tytuł: UP | Reżyseria: Pete Docter, Bob Peterson Słowa to za mało

Odlot / UPJakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.

Już sam bohater filmu jest bardzo nietypowy. Oto podstarzały, samotny dziadek, Carl Fredricksen na starość wybiera się w podróż marzeń. Domek w samym centrum wielkiego miasta nagle wznosi się ku górze, a pomaga mu w tym mnóstwo małych baloników. Przypadkiem jednak na „pokładzie” znalazł się młody skaut Russell. Razem dotrą do dżungli, gdzie czeka ich mnóstwo niesamowitych przygód.

Najodpowiedniejsze w tym momencie byłoby napisanie zdania: musicie to obejrzeć, i zakończenie tej recenzji. Bo moje słowa i tak nie oddadzą całej magii „Odlotu”. Już przy „Wall-E’im” brakło mi słów, teraz jest podobnie. Dzieło Pixara urzeka pod każdym względem. Przede wszystkim przepiękna animacja, która współgra z fabułą – mam tu na myśli fakt, że gdy oglądaliśmy życie Carla po śmierci żony, wszystko było szare, wyblakłe, dopiero po wyruszeniu w podróż nabrało kolorów. Pod koniec również na moment jest zauważalny ten trend, ale nie będę zdradzał, z jakiego powodu.

Odlot” porusza mnóstwo tematów, które wydawałoby się nie są odpowiednie dla bajek. Bo i śmierć żony, i kłopot z posiadaniem dziecka. Starość, konflikt pokoleń, zmierzenie się dorosłości z dzieciństwem – w tym archetyp bohatera z dzieciństwa. Ale co ważne, nie jest to jakoś mocno zaznaczone tak, aby przytłaczało czy było głównym motywem. To tylko tło, jednak zauważalne. Najważniejsza jest tutaj przygoda bohaterów oraz przyjaźń. Twórcom udało się w idealny sposób połączyć świetny i wciągający film z przesłaniem i morałem. Często zdarza się, że gdy dobiegamy do końca jakiejś produkcji filmowej, sam morał albo nas śmieszny albo w ogóle jest niezauważalny. Nic takiego nie zdarzyło się w „Odlocie”. Tu wszystko jest na miejscu i tak jak powinno być.

I po raz kolejny Pixar stworzył najlepszą animację roku. Tym razem jednak inaczej. „Odlotowi” po piętach deptał „Fantastyczny Pan Lis” oraz „Koralina”. Tego pierwszego nie widziałem, a ta druga świetna, choć słabsza od opisywanego tu filmu. I na koniec, to, co miałem napisać wcześniej: musicie to obejrzeć!

Moja ocena: 9/10

Gdzie mieszkają dzikie stwory (2009)

Oryginalny tytuł: Where the Wild Things Are | Reżyseria: Spike Jonze Gdzie mieszkają marzenia

Gdzie mieszkają dzikie stwory Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.

Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?

Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.

Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.

Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7+/10

Potwory kontra Obcy (2009)

Oryginalny tytuł: Monsters vs. Aliens | Reżyseria: Conrad Vernon, Rob Letterman Glut i nic więcej

Potwory kontra obcyTakiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.

3DPotwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.

Zupełnie inaczej by było, gdyby oceniać wytwór Dreamworksu pod kątem najmłodszych widzów – wtedy tak, jest to idealna historia, która na pewno zabawi dzieci, wciągnie i po seansie długo jeszcze będą skakać i mówić jak im się podobało. Sam byłem świadkiem, jak czekałem pod kinem na film – wyszło dziecko i skakało z radości i krzyczało „a on był taki niebieski i miał jedno oko, łał!”. Jednak wszystkie filmy i bajki na Filmlogu oceniam pod własnym kątem, a nie czyimś, to też ocena będzie niska.

Dodatkowo, aby jednak aż tak bardzo nie zanudzić opiekunów, którzy przyszli z dziećmi oraz jeszcze bardziej rozentuzjazmować maluchy bajkę zaopatrzono w efekt 3D. Już mnie denerwuje ten cały szał na robienie filmów w trójwymiarze. Oczy mnie bolą, okulary są niewygodne a w każdym filmie samego trójwymiaru tyle, co kot napłakał. Podobnie było i tu. A, i jeszcze bilety droższe.

Podsumowując, „Potwory kontra Obcy” narobiły mi smaka i miałem nadzieję na dobrą bajkę, oczywiście nie tak jak każda od Pixara, ale myślałem, że będzie, chociaż w odrobinie tak dobra jak te od twórców „Wall.E’ego”. Nic bardziej mylnego – nudna, wtórna i płytka.

Moja ocena: 3/10

Koralina i tajemnicze drzwi (2009)

Oryginalny tytuł: Coraline | Reżyseria: Henry Selick

Koralina Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?

Ceniona opowieść Neila Gaimana, animacja poklatkowa plus jako smaczek wszystko w technice 3D. „Koralina i tajemnicze drzwi” to niesamowita bajka, która obroniłaby się nawet, gdyby została zrobiona w zwykłej technice – czy to animacji klasycznej, animacji CGI i nawet bez efektu 3D. Bajka ta pokazuje nam świetną opowieść, która wciąga i urzeka od samego początku. Koralina jest sympatyczna, a widz kibicuje jej z zapartym tchem od samego początku.

3D Wyreżyserowana przez Henry’ego Selicka (twórca „Miasteczka Halloween”) bajka, to mimo wszystko obraz dla całej rodziny. Co prawda skłaniałbym się ku temu, aby odrobinę przerobić to dziełko i ukierunkować je tylko dla starszych widzów, jednak taka wersja, jaką dostaliśmy śmiało nadaje się do obejrzenia dla wszystkich. Bo mamy tu zarówno elementy grozy, elementy komedii, trochę umoralniania, ale w ogólnym rozrachunku jest to doskonała rozrywka, w której i młodszy i starszy znajdzie coś dla siebie. „Koralina...” dopracowana jest pod każdym względem. Wspomniana przeze mnie wyżej Coraline / Koralina i tajemnicze drzwi animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.

Nie czytałem powieści Gaimana, jednak spoglądając na recenzje różnych ludzi słyszę pozytywne opinie odnośnie dobrego przeniesienia klimatu z książki na film. Patrząc na ten film oraz wcześniejszą ekranizację książki autora – „Gwiezdny Pył” – stwierdzam, że musi to być całkiem ciekawa twórczość, skoro filmy na ich postawie są tak świetne. Czytanie książek idzie mi dosyć opornie, jednak obok „Pokuty” oraz „Drogi do szczęścia”, mam też ochotę na przeczytanie właśnie „Koraliny...”. Cóż, może wkrótce, może niedługo.

Podsumowując, obraz Selicka to film naprawdę udany, godny obejrzenia i jak najbardziej polecam go wszystkim. Wciągający scenariusz i świetna oprawa wizualna, a dodatkowo mistyczna muzyka. Do wypożyczalni!

Moja ocena: 9/10

Marley i Ja (2008)

Marley & me / Marley i ja Większość ludzi kocha zwierzęta, część ma do nich stosunek obojętny, a mały odsetek ich nienawidzi. W związku z tym, skoro większość to ta kochająca, Hollywood, co raz robi filmy ze zwierzakami w roli głównej – niestety dla mnie większość z nich jest o psach. Jednym z nich jest „Marley i ja”.

Jenny (Jennifer Aniston) i John (Owen Wilson) są świeżo po małżeństwie. John w rozmowie z przyjacielem zdaje sobie sprawę, że Jenny wkrótce może chcieć mieć dziecko – postanawia, więc na chwilę odwlec owy „kłopot” i przynosi Jenny malutkiego szczeniaczka. Piesek dostaje imię Marley i szybko się zadomawia. Jednak z dnia na dzień wychodzi prawdziwa natura psiaka – kłopotliwy, uparty, rozrabiający i mający wszystko i wszystkich w nosie. Jak Jen i John poradzą sobie w takiej sytuacji?

Reżyserem tego filmu jest David Frankel, twórca absolutnie fantastycznego „Diabeł ubiera się u Prady” z jakże absolutnie fantastyczną kreacją Meryl Streep. Tym razem nie udało mu się zrobić tak dobrego filmu, niemniej jednak nie jest najgorzej. „Marley i Ja” to prosta opowieść o psie i jego właścicielach. Niestety, trochę za długa, co jednak rekompensuje dobre zakończenie. Co prawda słowo ‘dobre’ powinienem zamknąć w cudzysłowie, ale to już inna bajka… Dobre, w sensie satysfakcjonujące i takie, dzięki któremu film dostał ode mnie oczko wyżej.

Marley i ja

Ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp filmów z pasami w roli głównej – najpierw „Beverly Hills Cziłała” (śliczny tytuł, co?), którego nie zamierzam oglądać, potem właśnie „Marley i Ja”, a na dokładkę był też „Hotel dla psów”. Dlaczego koty są dyskryminowane? Ja chciałbym obejrzeć film z kotem w roli głównej. I nie chce ani Garfielda, ani Kota W Butach ze „Shreka” (wkrótce w kinach „Prawdziwa historia Kota W Butach”, ale tego kota z bajki Charlesa Perraulta, natomiast w 2011 pełnometrażowy film animowany z Kotem W Butach ze „Shreka”). Chce kota, którego nikt nie zna (tak jak nie znał Marleya), a którego wszyscy pokochają i tak dalej. Może kiedyś…

Podsumowując, „Marley i Ja” to prosta, za długa opowieść z psem w roli głównej. Dzieciom powinno się spodobać, trochę gorzej z dorosłymi. Nie sądzę, abym sięgnął po ten film po raz drugi, jednak pierwszego seansu nie żałuję.

Moja ocena: 4-/10

Opowieści na dobranoc (2008)

Bedtime Stories / Opowieści na dobranocAdam Sandler to aktor naprawdę dziwny. Kiedyś go lubiłem, ale teraz zaczął grać w tak nieznośnie złych filmach, że zraziłem się. Po „Nie zadzieraj z fryzjerem” miałem nadzieję, że kolejny film będzie lepszy. Owszem, był, ale to nadal nie ten sam, stary, zabawny Sandler…

Bohaterem „Opowieści na dobranoc” jest Skeeter (Adam Sandler), pracownik wielkiego hotelu, którego miał zostać właścicielem, ale zrobiono go w balona. Jego siostra musi wyjechać, to też pozostawia mu w opiece dwójkę swoich dzieci. Skeeter zaczyna opowiadać siostrzeńcom bajki, dzięki którym mają zasnąć. Przy każdej z nich maluchy dodają coś od siebie. Jakże wielkie zdziwienia i konsternacja następuje w życiu mężczyzny, gdy kolejnego dnia wszystkie sceny z opowiadanych bajek stają się realne.

Miałem nadzieję, że będzie to bardzo ciekawa, fascynująca przygoda. W końcu pomysł nie głupi i można było z tego zrobić naprawdę dobrą produkcję dorównującą poziomem „Kronikom Spiderwick” czy pierwszym „Opowieściom z Narnii”. Niestety, nie wiem, kto zawiódł. Bo i reżyser nie taki zły – Adam Shankman wyreżyserował przecież świetny „Lakier do włosów” czy wzruszającą „Szkołę uczuć” – a scenarzysta, Tim Herlihy, ma na koncie skrypt do filmu „Super tata”, w którym również wystąpił Adam Sandler. Nie mniej jednak zmarnowano potencjał, bo opowieść się nie klei, jest nudna i nijaka. Sandler już nie bawi tak jak kiedyś, a i pozostali aktorzy próbują coś z siebie wykrzesać, ale im nie idzie. Zupełnie nie mam pojęcia, co w takim filmie robi taki aktor jak Guy Pearce. Znany mi z absolutnie rewelacyjnego „Memento” musi mieć naprawdę chude lata, skoro zgodził się na rolę w takim potworku.

Bedtime Stories / Opowieści na dobranoc

Nie jest to udana produkcja familijna. Niewciągająca fabuła i niesympatyczni bohaterowie mogą zrazić nawet najmłodszych. Ja, jako ten starszy również się nudziłem. Chciałem, aby jak najszybciej się zakończyło. Nie polecam i odradzam. Czy dałbym radę znaleźć tutaj jakiekolwiek plusy? Na pewno ciekawy pomysł (+2), który niestety został zaprzepaszczony (-1), Sandler lepszy niż w „Nie zadzieraj z fryzjerem” (+1), chociaż z drugiej strony słaby Guy Pearce (-1). No, ale na koniec zostawiłem sobie naprawdę najlepsze: Wytrzeszcz (+2)! Taką świnkę morską to ja chcę! Sumując moje rozważanie wychodzi mi słabe trzy oraz ogólnie niezadowolenie – nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 3/10

Piorun (2008)

Piorun / Bolt W 2008 roku animacji pojawiło się kilkanaście, jednak te dobre można było policzyć na palcach jednej ręki - ponadczasowy "Wall-E" oraz dobra "Kung Fu Panda". Był też znośny "Madagaskar 2". W listopadzie 2008 pojawił się "Piorun" i muszę przyznać, że pokonał "Kung Fu Pandę" jednym szczeknięciem!

Piorun (Bolt) występuje w serialu o psie, który ma supermoce. Zwierzak zawzięcie wierzy, ze wszystko, co widzi na planie produkcji jest prawdą. Dbają o to producenci jak i właścicielka Pioruna, Penny. Kiedy w jednym z odcinków Penney zostaje porwana, a producenci postanawiają zakończyć ten epizod wielkim cliffhangerem, Piorun myśli, że jego ukochana pani naprawdę została porwana. Sprytny psiak ucieka z przyczepy campingowej, w której mieszka i rusza na ratunek dziewczynce. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że to już prawdziwy świat, a jego moce były tylko dobrze zrobionymi efektami specjalnymi.

Puk, puk. Kto tam? Pani Przeznaczenie. Niech Pani wejdzie i się rozgości. (Atylla do siebie) Rewelacja! Co prawda występuje tutaj podobnym problem, co w "Madagaskarze 2", tzn. denerwujący główny bohater oraz zachwycające postacie drugoplanowe (a może pierwszo?). Piorun przedstawiony jest, jako typowy pies - głupi i szaleńczo zakochany w swojej właścicielce. Mnie natomiast niesamowicie olśniła kotka Marlenka oraz chomik Atylla. Wszelakie teksty, jakie wygłasza Marlenka to perełki same w sobie. To właśnie dzięki niej ta bajka była tak niesamowicie udana i zabawna. Również chomik stara się jej dorównać - fanatycznie zapatrzony w Pioruna próbuje naśladować, a jednocześnie zaimponować swojemu idolowi.

Piorun / Bolt

Przechyl głowę. Teraz w górę... w dół. Pochyl lewe ucho... nie, to drugie lewe. Teraz oba... a teraz spójrz do góry... Skaml! (Marlenka do Pioruna) Osobnym akapitem potraktuję gołębie. Każda animacja (każda dobra animacja…) posiada taką czy takie postacie dalszoplanowe, które pojawiają się na naprawdę krótki czas, ale są tak dopieszczone i dokładnie zrobione, że kradną dla siebie cały poklask i glamour. Wystarczy tylko przypomną Wiewióra z "Epoki lodowcowej 2" (w pierwszej części pozostali bohaterowie dotrzymywali mu taktu) pingwiny z "Madagaskaru". W "Piorunie" obok Marlenki i chomika dużą uwagę przykuły właśnie 3 gołębie, które bohater spotyka w pewnym momencie. W polskim dubbing przemówiły one głosami Krzysztofa Kowalewskiego, Jerzego Kryszaka oraz Roberta Górskiego (Kabaret Moralnego Niepokoju). Każdy wypowiedziany przez nich tekst bawił do rozpuku.

Piorun / Bolt

- Część ciała na "Ł" / - Łoko! (odgłos telewizora) W moim prywatnym rankingu animacji, "Piorun" plasuje się dosyć wysoko, natomiast w roku 2008 jest na miejscu drugim - po "Wall-E'em". Barwna, kolorowa bajka zachwyca od pierwszych minut. I co ważne - nie tylko dzieci, ale także dorosłych. Zabawa gwarantowana, a efekt uwydatnił fakt, że animacja była pokazywana w 3D. Szczerze żałuję, że nie wybrałem się do kina. A Wam polecam, bo zabawa gwarantowana!

Moja ocena: 9-/10

PS: W ogóle nie zauważyłem poprzednio - ta recenzja ma numer 401. :D

Madagaskar 2 (2008)

Madagascar 2: Escape from Africa / Madagaskar 2Bohaterowie, których poznaliśmy w części pierwszej lew Alex, hipopotamica Gloria, zebra Marty oraz żyrafa Melman wciąż są na Madagaskarze. Na ich (nie)szczęście pingwiny (również znane z poprzedniej części) zbudowały coś, co przypomina samolot. Ale ważne, że lata. Zwierzęta oraz kilku dodatkowych pasażerów chce tym czymś dotrzeć do Nowego Jorku. Niestety, nie wszystko idzie po ich myśli i rozbijają się gdzieś w Afryce w dzikiej dżungli. I co teraz?

Średnio mi się podobało. Głownie z jednej, prostej przyczyny – fakt, że bohaterowie drugoplanowi są dużo ciekawsi i zabawniejsi niż główne postacie. Alex mnie irytował, potyczki zakochanej żyrafy w hipopotamicy nudne, jedynie zebra Marty i jego spotkanie ze swoimi rodakami było znośnie zabawne. Zupełnie inaczej ma się sprawa z wspomnianymi postaciami drugoplanowymi: pingwiny to klasa w sama w sobie (powstał o nich serial!), Król Julian to najśmieszniejsza postać tego filmu, a waleczna babcia jest zaraz za Julianem na liście jasnych punktów „Madagaskaru 2”.

Po seansie miałem mieszane uczucia. Bawiłem się dobrze, ale tylko przez jakieś 50% filmu (oczywiście dodając poszczególne sceny wyszłoby właśnie te 50%) – zupełnie nie przypadł mi do gustu wątek rodziców Alexa (a przecież to była główna oś tego sequela…). Zakończenie również mnie nie zadowoliło.

Madagascar 2: Escape from Africa / Madagaskar 2

Kończąc, „Madagaskar 2” nie zachwyca już tak samo jak jego poprzednik, a jedynymi pozytywami były postacie drugoplanowe, co chyba nie powinno mieć miejsca. Czy warto poświęcić swój cenny czas dla tych kilku wątków, skoro główna historia jest nudna? Myślę, że tak chociażby, aby samemu się przekonać czy jest gorzej – czy lepiej, niż w animacji z roku 2005.

Moja ocena: 5/10

Wesołych, spokojnych i sytych Świąt!