10 Mar 2010
Oryginalny tytuł: UP | Reżyseria: Pete Docter, Bob Peterson Słowa to za mało

Odlot / UPJakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.

Już sam bohater filmu jest bardzo nietypowy. Oto podstarzały, samotny dziadek, Carl Fredricksen na starość wybiera się w podróż marzeń. Domek w samym centrum wielkiego miasta nagle wznosi się ku górze, a pomaga mu w tym mnóstwo małych baloników. Przypadkiem jednak na „pokładzie” znalazł się młody skaut Russell. Razem dotrą do dżungli, gdzie czeka ich mnóstwo niesamowitych przygód.

Najodpowiedniejsze w tym momencie byłoby napisanie zdania: musicie to obejrzeć, i zakończenie tej recenzji. Bo moje słowa i tak nie oddadzą całej magii „Odlotu”. Już przy „Wall-E’im” brakło mi słów, teraz jest podobnie. Dzieło Pixara urzeka pod każdym względem. Przede wszystkim przepiękna animacja, która współgra z fabułą – mam tu na myśli fakt, że gdy oglądaliśmy życie Carla po śmierci żony, wszystko było szare, wyblakłe, dopiero po wyruszeniu w podróż nabrało kolorów. Pod koniec również na moment jest zauważalny ten trend, ale nie będę zdradzał, z jakiego powodu.

Odlot” porusza mnóstwo tematów, które wydawałoby się nie są odpowiednie dla bajek. Bo i śmierć żony, i kłopot z posiadaniem dziecka. Starość, konflikt pokoleń, zmierzenie się dorosłości z dzieciństwem – w tym archetyp bohatera z dzieciństwa. Ale co ważne, nie jest to jakoś mocno zaznaczone tak, aby przytłaczało czy było głównym motywem. To tylko tło, jednak zauważalne. Najważniejsza jest tutaj przygoda bohaterów oraz przyjaźń. Twórcom udało się w idealny sposób połączyć świetny i wciągający film z przesłaniem i morałem. Często zdarza się, że gdy dobiegamy do końca jakiejś produkcji filmowej, sam morał albo nas śmieszny albo w ogóle jest niezauważalny. Nic takiego nie zdarzyło się w „Odlocie”. Tu wszystko jest na miejscu i tak jak powinno być.

I po raz kolejny Pixar stworzył najlepszą animację roku. Tym razem jednak inaczej. „Odlotowi” po piętach deptał „Fantastyczny Pan Lis” oraz „Koralina”. Tego pierwszego nie widziałem, a ta druga świetna, choć słabsza od opisywanego tu filmu. I na koniec, to, co miałem napisać wcześniej: musicie to obejrzeć!

Moja ocena: 9/10

Oryginalny tytuł: Where the Wild Things Are | Reżyseria: Spike Jonze Gdzie mieszkają marzenia

Gdzie mieszkają dzikie stwory Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.

Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?

Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.

Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.

Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.

Moja ocena: 7+/10

Oryginalny tytuł: Monsters vs. Aliens | Reżyseria: Conrad Vernon, Rob Letterman Glut i nic więcej

Potwory kontra obcyTakiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.

3DPotwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.

Zupełnie inaczej by było, gdyby oceniać wytwór Dreamworksu pod kątem najmłodszych widzów – wtedy tak, jest to idealna historia, która na pewno zabawi dzieci, wciągnie i po seansie długo jeszcze będą skakać i mówić jak im się podobało. Sam byłem świadkiem, jak czekałem pod kinem na film – wyszło dziecko i skakało z radości i krzyczało „a on był taki niebieski i miał jedno oko, łał!”. Jednak wszystkie filmy i bajki na Filmlogu oceniam pod własnym kątem, a nie czyimś, to też ocena będzie niska.

Dodatkowo, aby jednak aż tak bardzo nie zanudzić opiekunów, którzy przyszli z dziećmi oraz jeszcze bardziej rozentuzjazmować maluchy bajkę zaopatrzono w efekt 3D. Już mnie denerwuje ten cały szał na robienie filmów w trójwymiarze. Oczy mnie bolą, okulary są niewygodne a w każdym filmie samego trójwymiaru tyle, co kot napłakał. Podobnie było i tu. A, i jeszcze bilety droższe.

Podsumowując, „Potwory kontra Obcy” narobiły mi smaka i miałem nadzieję na dobrą bajkę, oczywiście nie tak jak każda od Pixara, ale myślałem, że będzie, chociaż w odrobinie tak dobra jak te od twórców „Wall.E’ego”. Nic bardziej mylnego – nudna, wtórna i płytka.

Moja ocena: 3/10

Oryginalny tytuł: Coraline | Reżyseria: Henry Selick

Koralina Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?

Ceniona opowieść Neila Gaimana, animacja poklatkowa plus jako smaczek wszystko w technice 3D. „Koralina i tajemnicze drzwi” to niesamowita bajka, która obroniłaby się nawet, gdyby została zrobiona w zwykłej technice – czy to animacji klasycznej, animacji CGI i nawet bez efektu 3D. Bajka ta pokazuje nam świetną opowieść, która wciąga i urzeka od samego początku. Koralina jest sympatyczna, a widz kibicuje jej z zapartym tchem od samego początku.

3D Wyreżyserowana przez Henry’ego Selicka (twórca „Miasteczka Halloween”) bajka, to mimo wszystko obraz dla całej rodziny. Co prawda skłaniałbym się ku temu, aby odrobinę przerobić to dziełko i ukierunkować je tylko dla starszych widzów, jednak taka wersja, jaką dostaliśmy śmiało nadaje się do obejrzenia dla wszystkich. Bo mamy tu zarówno elementy grozy, elementy komedii, trochę umoralniania, ale w ogólnym rozrachunku jest to doskonała rozrywka, w której i młodszy i starszy znajdzie coś dla siebie. „Koralina...” dopracowana jest pod każdym względem. Wspomniana przeze mnie wyżej Coraline / Koralina i tajemnicze drzwi animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.

Nie czytałem powieści Gaimana, jednak spoglądając na recenzje różnych ludzi słyszę pozytywne opinie odnośnie dobrego przeniesienia klimatu z książki na film. Patrząc na ten film oraz wcześniejszą ekranizację książki autora – „Gwiezdny Pył” – stwierdzam, że musi to być całkiem ciekawa twórczość, skoro filmy na ich postawie są tak świetne. Czytanie książek idzie mi dosyć opornie, jednak obok „Pokuty” oraz „Drogi do szczęścia”, mam też ochotę na przeczytanie właśnie „Koraliny...”. Cóż, może wkrótce, może niedługo.

Podsumowując, obraz Selicka to film naprawdę udany, godny obejrzenia i jak najbardziej polecam go wszystkim. Wciągający scenariusz i świetna oprawa wizualna, a dodatkowo mistyczna muzyka. Do wypożyczalni!

Moja ocena: 9/10

Marley & me / Marley i ja Większość ludzi kocha zwierzęta, część ma do nich stosunek obojętny, a mały odsetek ich nienawidzi. W związku z tym, skoro większość to ta kochająca, Hollywood, co raz robi filmy ze zwierzakami w roli głównej – niestety dla mnie większość z nich jest o psach. Jednym z nich jest „Marley i ja”.

Jenny (Jennifer Aniston) i John (Owen Wilson) są świeżo po małżeństwie. John w rozmowie z przyjacielem zdaje sobie sprawę, że Jenny wkrótce może chcieć mieć dziecko – postanawia, więc na chwilę odwlec owy „kłopot” i przynosi Jenny malutkiego szczeniaczka. Piesek dostaje imię Marley i szybko się zadomawia. Jednak z dnia na dzień wychodzi prawdziwa natura psiaka – kłopotliwy, uparty, rozrabiający i mający wszystko i wszystkich w nosie. Jak Jen i John poradzą sobie w takiej sytuacji?

Reżyserem tego filmu jest David Frankel, twórca absolutnie fantastycznego „Diabeł ubiera się u Prady” z jakże absolutnie fantastyczną kreacją Meryl Streep. Tym razem nie udało mu się zrobić tak dobrego filmu, niemniej jednak nie jest najgorzej. „Marley i Ja” to prosta opowieść o psie i jego właścicielach. Niestety, trochę za długa, co jednak rekompensuje dobre zakończenie. Co prawda słowo ‘dobre’ powinienem zamknąć w cudzysłowie, ale to już inna bajka… Dobre, w sensie satysfakcjonujące i takie, dzięki któremu film dostał ode mnie oczko wyżej.

Marley i ja

Ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp filmów z pasami w roli głównej – najpierw „Beverly Hills Cziłała” (śliczny tytuł, co?), którego nie zamierzam oglądać, potem właśnie „Marley i Ja”, a na dokładkę był też „Hotel dla psów”. Dlaczego koty są dyskryminowane? Ja chciałbym obejrzeć film z kotem w roli głównej. I nie chce ani Garfielda, ani Kota W Butach ze „Shreka” (wkrótce w kinach „Prawdziwa historia Kota W Butach”, ale tego kota z bajki Charlesa Perraulta, natomiast w 2011 pełnometrażowy film animowany z Kotem W Butach ze „Shreka”). Chce kota, którego nikt nie zna (tak jak nie znał Marleya), a którego wszyscy pokochają i tak dalej. Może kiedyś…

Podsumowując, „Marley i Ja” to prosta, za długa opowieść z psem w roli głównej. Dzieciom powinno się spodobać, trochę gorzej z dorosłymi. Nie sądzę, abym sięgnął po ten film po raz drugi, jednak pierwszego seansu nie żałuję.

Moja ocena: 4-/10

Bedtime Stories / Opowieści na dobranocAdam Sandler to aktor naprawdę dziwny. Kiedyś go lubiłem, ale teraz zaczął grać w tak nieznośnie złych filmach, że zraziłem się. Po „Nie zadzieraj z fryzjerem” miałem nadzieję, że kolejny film będzie lepszy. Owszem, był, ale to nadal nie ten sam, stary, zabawny Sandler…

Bohaterem „Opowieści na dobranoc” jest Skeeter (Adam Sandler), pracownik wielkiego hotelu, którego miał zostać właścicielem, ale zrobiono go w balona. Jego siostra musi wyjechać, to też pozostawia mu w opiece dwójkę swoich dzieci. Skeeter zaczyna opowiadać siostrzeńcom bajki, dzięki którym mają zasnąć. Przy każdej z nich maluchy dodają coś od siebie. Jakże wielkie zdziwienia i konsternacja następuje w życiu mężczyzny, gdy kolejnego dnia wszystkie sceny z opowiadanych bajek stają się realne.

Miałem nadzieję, że będzie to bardzo ciekawa, fascynująca przygoda. W końcu pomysł nie głupi i można było z tego zrobić naprawdę dobrą produkcję dorównującą poziomem „Kronikom Spiderwick” czy pierwszym „Opowieściom z Narnii”. Niestety, nie wiem, kto zawiódł. Bo i reżyser nie taki zły – Adam Shankman wyreżyserował przecież świetny „Lakier do włosów” czy wzruszającą „Szkołę uczuć” – a scenarzysta, Tim Herlihy, ma na koncie skrypt do filmu „Super tata”, w którym również wystąpił Adam Sandler. Nie mniej jednak zmarnowano potencjał, bo opowieść się nie klei, jest nudna i nijaka. Sandler już nie bawi tak jak kiedyś, a i pozostali aktorzy próbują coś z siebie wykrzesać, ale im nie idzie. Zupełnie nie mam pojęcia, co w takim filmie robi taki aktor jak Guy Pearce. Znany mi z absolutnie rewelacyjnego „Memento” musi mieć naprawdę chude lata, skoro zgodził się na rolę w takim potworku.

Bedtime Stories / Opowieści na dobranoc

Nie jest to udana produkcja familijna. Niewciągająca fabuła i niesympatyczni bohaterowie mogą zrazić nawet najmłodszych. Ja, jako ten starszy również się nudziłem. Chciałem, aby jak najszybciej się zakończyło. Nie polecam i odradzam. Czy dałbym radę znaleźć tutaj jakiekolwiek plusy? Na pewno ciekawy pomysł (+2), który niestety został zaprzepaszczony (-1), Sandler lepszy niż w „Nie zadzieraj z fryzjerem” (+1), chociaż z drugiej strony słaby Guy Pearce (-1). No, ale na koniec zostawiłem sobie naprawdę najlepsze: Wytrzeszcz (+2)! Taką świnkę morską to ja chcę! Sumując moje rozważanie wychodzi mi słabe trzy oraz ogólnie niezadowolenie – nie oglądajcie tego.

Moja ocena: 3/10

Piorun / Bolt W 2008 roku animacji pojawiło się kilkanaście, jednak te dobre można było policzyć na palcach jednej ręki - ponadczasowy "Wall-E" oraz dobra "Kung Fu Panda". Był też znośny "Madagaskar 2". W listopadzie 2008 pojawił się "Piorun" i muszę przyznać, że pokonał "Kung Fu Pandę" jednym szczeknięciem!

Piorun (Bolt) występuje w serialu o psie, który ma supermoce. Zwierzak zawzięcie wierzy, ze wszystko, co widzi na planie produkcji jest prawdą. Dbają o to producenci jak i właścicielka Pioruna, Penny. Kiedy w jednym z odcinków Penney zostaje porwana, a producenci postanawiają zakończyć ten epizod wielkim cliffhangerem, Piorun myśli, że jego ukochana pani naprawdę została porwana. Sprytny psiak ucieka z przyczepy campingowej, w której mieszka i rusza na ratunek dziewczynce. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że to już prawdziwy świat, a jego moce były tylko dobrze zrobionymi efektami specjalnymi.

Puk, puk. Kto tam? Pani Przeznaczenie. Niech Pani wejdzie i się rozgości. (Atylla do siebie) Rewelacja! Co prawda występuje tutaj podobnym problem, co w "Madagaskarze 2", tzn. denerwujący główny bohater oraz zachwycające postacie drugoplanowe (a może pierwszo?). Piorun przedstawiony jest, jako typowy pies - głupi i szaleńczo zakochany w swojej właścicielce. Mnie natomiast niesamowicie olśniła kotka Marlenka oraz chomik Atylla. Wszelakie teksty, jakie wygłasza Marlenka to perełki same w sobie. To właśnie dzięki niej ta bajka była tak niesamowicie udana i zabawna. Również chomik stara się jej dorównać - fanatycznie zapatrzony w Pioruna próbuje naśladować, a jednocześnie zaimponować swojemu idolowi.

Piorun / Bolt

Przechyl głowę. Teraz w górę... w dół. Pochyl lewe ucho... nie, to drugie lewe. Teraz oba... a teraz spójrz do góry... Skaml! (Marlenka do Pioruna) Osobnym akapitem potraktuję gołębie. Każda animacja (każda dobra animacja…) posiada taką czy takie postacie dalszoplanowe, które pojawiają się na naprawdę krótki czas, ale są tak dopieszczone i dokładnie zrobione, że kradną dla siebie cały poklask i glamour. Wystarczy tylko przypomną Wiewióra z "Epoki lodowcowej 2" (w pierwszej części pozostali bohaterowie dotrzymywali mu taktu) pingwiny z "Madagaskaru". W "Piorunie" obok Marlenki i chomika dużą uwagę przykuły właśnie 3 gołębie, które bohater spotyka w pewnym momencie. W polskim dubbing przemówiły one głosami Krzysztofa Kowalewskiego, Jerzego Kryszaka oraz Roberta Górskiego (Kabaret Moralnego Niepokoju). Każdy wypowiedziany przez nich tekst bawił do rozpuku.

Piorun / Bolt

- Część ciała na "Ł" / - Łoko! (odgłos telewizora) W moim prywatnym rankingu animacji, "Piorun" plasuje się dosyć wysoko, natomiast w roku 2008 jest na miejscu drugim - po "Wall-E'em". Barwna, kolorowa bajka zachwyca od pierwszych minut. I co ważne - nie tylko dzieci, ale także dorosłych. Zabawa gwarantowana, a efekt uwydatnił fakt, że animacja była pokazywana w 3D. Szczerze żałuję, że nie wybrałem się do kina. A Wam polecam, bo zabawa gwarantowana!

Moja ocena: 9-/10

PS: W ogóle nie zauważyłem poprzednio - ta recenzja ma numer 401. :D

Madagascar 2: Escape from Africa / Madagaskar 2Bohaterowie, których poznaliśmy w części pierwszej lew Alex, hipopotamica Gloria, zebra Marty oraz żyrafa Melman wciąż są na Madagaskarze. Na ich (nie)szczęście pingwiny (również znane z poprzedniej części) zbudowały coś, co przypomina samolot. Ale ważne, że lata. Zwierzęta oraz kilku dodatkowych pasażerów chce tym czymś dotrzeć do Nowego Jorku. Niestety, nie wszystko idzie po ich myśli i rozbijają się gdzieś w Afryce w dzikiej dżungli. I co teraz?

Średnio mi się podobało. Głownie z jednej, prostej przyczyny – fakt, że bohaterowie drugoplanowi są dużo ciekawsi i zabawniejsi niż główne postacie. Alex mnie irytował, potyczki zakochanej żyrafy w hipopotamicy nudne, jedynie zebra Marty i jego spotkanie ze swoimi rodakami było znośnie zabawne. Zupełnie inaczej ma się sprawa z wspomnianymi postaciami drugoplanowymi: pingwiny to klasa w sama w sobie (powstał o nich serial!), Król Julian to najśmieszniejsza postać tego filmu, a waleczna babcia jest zaraz za Julianem na liście jasnych punktów „Madagaskaru 2”.

Po seansie miałem mieszane uczucia. Bawiłem się dobrze, ale tylko przez jakieś 50% filmu (oczywiście dodając poszczególne sceny wyszłoby właśnie te 50%) – zupełnie nie przypadł mi do gustu wątek rodziców Alexa (a przecież to była główna oś tego sequela…). Zakończenie również mnie nie zadowoliło.

Madagascar 2: Escape from Africa / Madagaskar 2

Kończąc, „Madagaskar 2” nie zachwyca już tak samo jak jego poprzednik, a jedynymi pozytywami były postacie drugoplanowe, co chyba nie powinno mieć miejsca. Czy warto poświęcić swój cenny czas dla tych kilku wątków, skoro główna historia jest nudna? Myślę, że tak chociażby, aby samemu się przekonać czy jest gorzej – czy lepiej, niż w animacji z roku 2005.

Moja ocena: 5/10

Wesołych, spokojnych i sytych Świąt!

Open Season 2 / Sezon na misia 2Pierwszy „Sezon na misia” nie był rewelacyjny. Po co więc powstał drugi?

Głównym bohaterem tej bajki jest jamnik Kabanos, który uciekł od ludzi. Podczas spaceru zostaje odnaleziony przez swoją wcześniejszą właścicielkę. Niedźwiedź Boguś, renifer Eliot oraz reszta zwierząt z pierwszego filmu wyruszają na pomoc Kabanosowi, gdyż myślą, że został porwany. Tymczasem piękna Gazela nie jest do końca zadowolona z tego pomysłu, ponieważ właśnie miała wyjść za mąż za Eliota.

Jak już wcześniej napisałem, „Sezon na misia” z roku 2006 sukcesem nie był – ani kasowym, ani artystycznym. Nie spodobał się również i mi. Sequel poniósł jeszcze większą porażkę, i słusznie, gdyż słaba i daremna bajka to jest.

Bohaterowie nie wzbudzali sympatii, nie bawili a całość była zbyt nudna dla starszego widza. Wręcz przeciwnie może być z młodszymi kinomaniakami. Jest to wręcz idealna, wzorowa i nienaganna bajka dla dzieci. Kolorowa, wesoła i ze szczęśliwym zakończeniem. Nawet polski dubbing jest normalny i nie został nafaszerowany niepotrzebnymi żarcikami, których dzieci by nie zrozumiały. Zważywszy na te dwie kwestie racja jest jedna – do kina nie, na DVD tak. Rodzice mogą kupić swoim pociechom „Sezon na misia 2”, włączyć w odtwarzaczu DVD czy komputerze a w tym czasie zająć się czymś innym. Dlaczego nie kino? Ano, bo wtedy rodzice też musieliby obejrzeć tę bajkę, a to już nie byłoby tak miłe.

Podsumowując, ja się wynudziłem. Żałuję seansu. Czasem naprawdę powinny być oznaczenia „Tylko dla dzieci”, skoro już mamy oznaczenia typu „Tylko dla dorosłych” czy „Za zgodą rodziców”. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że nikt z twórców części pierwszej nie wziął udziału przy produkcji części drugiej, a w Stanach Zjednoczonych „Sezon na misia 2” nie pojawił się w kinach tylko trafił prosto na rynek DVD. W Polsce powinno być tak samo…

Moja ocena: 2/10

Inkheart / Atramentowe serceBrendan Fraser ma za sobą bardzo pracowity rok. Wystąpił aż w trzech dużych filmach – „Mumia: Grobowiec Cesarza Smoka”, „Podróż do wnętrza Ziemi” i film, o którym napiszę za chwilę – „Atramentowe serce”. I wydawałoby się, że skoro aktor jest tak rozchwytywany, oznacza to, że musi być w nim coś dobrego (Talent? Sława? Nazwisko?). Nic bardziej mylącego, pan Brendan, ani utalentowany nie jest, ani sławny, a tym bardziej nie ma (póki, co) jakoś bardziej rozpoznawalnego nazwiska.

W „Atramentowym sercu”, Brendan Fraser wciela się w Mortimera Folcharta, człowieka obdarzonego niezwykłym darem – gdy czyta na głos jakąkolwiek książkę, bohaterowie w niej występujący przenikają do prawdziwego świata. I nie tylko bohaterowie, ale także rzeczy i wydarzenia. Jednak nic nie jest tak proste, podczas gdy ktoś z książki przechodzi do świata rzeczywistego, w tym samym czasie, ktoś ze świata rzeczywistego zostaje przeniesiony w fikcję. To właśnie stało się kilka lat temu z żoną Mortimera, Teresa (Sienna Gulliory). Teraz pojawia się Smolipaluch (Paul Bettany), który niegdyś został wyczytany przez Mortimera, a teraz chce wrócić do swojego świata. Ostrzega on naszego bohatera przez Capricornem (Andy Serkis), złym charakterem, który również przypadkiem uciekł z książki.

Atramentowe serce” to kolejne kino familijne z Fraserem w roli głównej. I w przeciwieństwie do „Podróży do wnętrza Ziemi” – podobało mi się. Tym razem mamy do czynienia z przystępną bajką, świetnie zrealizowaną i dobrze poprowadzoną. Akcja wciąga i pozwala oderwać się od rzeczywistości. Przedstawione nam wydarzenia są jak najbardziej fantastyczne, jednak na tyle realne, że jesteśmy w stanie w nie uwierzyć – co trudnością było we wcześniej wspomniany filmie, do którego pewnie jeszcze kilka razy nawiążę. Film ten stworzył Iain Softley, reżyser, który co prawda zbyt dużo filmów nie zrobił, jednak cenię go za bardzo dobry thriller „Klucz do koszmaru”, który w moim osobistym rankingu jest jednym z najlepszych filmów grozy, jakie dane było mi widzieć. Dodatkowo Softley ma na swoim koncie interesującego „K-PAX’a” z Kevinem Spacey’em i Jeffem Bridgesem w rolach głównych.

Helen Mirren / Brendan Fraser

Fraser gra jak zwykle – ni to dobrze, ni to źle; wystarczająco dobrze, żeby mu uwierzyć. Jest jednak inna gwiazda, która całkowicie pochłonęła cały zainteresowanie widza, gdy tylko pojawiła się na ekranie – Helen Mirren. Laureatka Oscara za rolę w „Królowej” stworzyła niesamowicie zabawną i ciekawą postać. Przypominała mi ona trochę podobną kreację ze „Skarbu Narodu 2”, jednak każda z tych ról miała w sobie coś, co czyniło, że były tak świetne. Chyba nie trzeba ukrywać, że Mirren to aktorka bardzo dobra i utalentowana. Sceny z nią (niestety, nie za wiele) to prawdziwe perełki.

Film Softleya jest ekranizacją książki Cornelii Funke o tym samym tytule, będącej pierwszej częścią „atramentowej trylogii”, w której skład wchodzą jeszcze „Atramentowa krew” (Inkspell) oraz „Atramentowa śmierć” (Inkdeath). Czy zobaczymy jeszcze bohaterów Atramentowego świata w kinach? Póki, co – cisza. Jednak patrząc na wyniki kasowe filmu – budżet: 60 milionów dolarów; zarobek w USA: 17,1 mln $; na całym świecie: 54,0 mln $ - można spekulować, że jednak nie. Film nawet na całym świecie zarobił ‘na siebie’, nie mówiąc już o zyskach. Również wśród krytyków został całkowicie niezauważony i przemknął jakby go w ogóle nie było. A już w ogóle absolutną tajemnicą wydaje się być data polskiej premiery – początkowo mówiło się o 3 kwietnia 2009, jednak w chwili obecnej data premiery znikła prawie z każdego, polskiego serwisu filmowego. Czyżby dystrybutorzy przestraszyli się słabych wyników w USA?

Inkheart / Atramentowe serce

Szkoda, bo ja z miłą chęcią bym zobaczył jeszcze dwa filmy z tej serii, bardzo miłe kino, taki odmóżdzacz dla wszystkich. Opowieść prorodzinna itp. Jak w końcu uda się „Atramentowemu sercu” trafić do polskich kin, to możecie się wybrać – oczywiście, jeśli nie będzie nic innego, bardziej interesującego. Ja seansu nie żałuję.

Moja ocena: 6+/10