Księga ocalenia (2010)

Oryginalny tytuł: The Book of Eli | Reżyseria: Albert Hughes, Allen Hughes Księga pamięci

The Book of Eli Postapokaliptyczny świat, ludzie jak zwierzęta, zniszczona natura, zdemolowane domy i całe miasta… czyli co by było, gdyby… lubię takie filmy. Oto „księga ocalonych”, gdzie cała akcja kręci się wokół jednej książki.

Bohaterem jest Eli (Denzel Washington) który (na początku nie wiadomo dlaczego) ale idzie na zachód. Podróżuje przez wyżej przeze mnie opisany świat – zniszczony, brudny, zdegradowany. I oczywiście na początku nie wiemy nic, lecz z czasem wyjaśnia się, co nie co – aczkolwiek nadal są to informacje szczątkowe. Eli niesie książkę, która jest bardzo ważna dla ludzkości. Niestety, trafia na prowizoryczne miasto, gdzie jego boss (Gary Oldman) stwierdził, że chce tę książkę.

Zdjęcia powalają. Wszystko jest naprawdę mocno zniszczone i za każdym razem robi wielkie wrażenie. Szczególnie nad niebem musieli dużo napracować się w komputerze, bo jest bardzo realistyczny, przerażające i żywe. Przez większość filmu Eli podróżuje przez pustynię, ale gdy już trafia do miasta… Cóż, mogło być odrobinę lepiej, bo czasami praca komputera za bardzo rzuca się w oczy.

Przyczepiłbym się do fabuły – jest bardzo naiwna i rozdmuchana. Szczególnie, gdy już dowiadujemy się, o jaką książkę chodzi. Eli jest niezniszczalny, dużo pić nie musi, o jedzeniu nie wspominając. Już nie powiem nic na temat, że całe Stany przemierza na piechotę, a bandę uzbrojonych złoczyńców pokona jednym paluszkiem. Być może to taka konwencja, a pomaga mu książka, ale ja tego nie łykam. Śmieszyło mnie to, film mnie nie wciągnął. Nie oczekiwałem niczego, zachęciły mnie zdjęcia i zapowiedź, która była bardzo klimatyczny. Ale nic bardziej mylącego, klimatu nie było, a zamiast tego momentami była nuda.

Denzel Washington zagrał bardzo fajnie, może dzięki niemu te patetyczne i nadmuchane teksty nie były aż tak śmieszne, nie mniej jednak to nie dla niego film… Miło też patrzyło się na Milę Kunis. W sumie stracone prawie dwie godziny, nie polecam – mogło być lepiej.

Moja ocena: 4-/10

Nostalgia anioła (2009)

Oryginalny tytuł: The Lovely Bones | Reżyseria: Peter Jackson Nostalgia Petera

Nostalgia anioła Jak ja to lubię, wręcz uwielbiam, gdy znany, wielki, ceniony reżyser, który nakręci coś wielkiego i bardzo dobrze przyjętego postanawia na zrobienie czegoś kompletnie odwrotnego. Peter Jackson, którego przedstawiać nikomu nie trzeba zrobił bardzo skromny dramat fantasy, z nominowaną trzy lata temu do Oscara Saoirse Ronan, w roli głównej.

Już sam początek jest bardzo niestandardowy. Bohaterka, Susie Salmon (Saoirse Ronan), zostaje zamordowana. My wiemy, przez kogo, jednak jej rodzice nie. Cała fabuła będzie opierała się na tym, iż Susie będzie przyglądać się z nieba postępującemu śledztwu, będzie próbowała zrozumieć, co tak naprawdę się stało, a także w jakiś sposób pomóc rodzicom.

I tak jak rzeczywiście lubię dramaty i to, jak ci znani i poważani próbują je kręcić, tak Peterowi nie do końca wyszło. Zapowiadało się bardzo dobrze, historia, która początkowo została przedstawiona na łamach książki Alice Sobold o tym samym tytule, mogła być naprawdę wciągająca. Jednak Jacksona poniosło. Kompletnie nie podobała mi się warta fantazyjna, część, w której Susie spaceruje po niebie – ta taka bardzo kolorowa i sugestywna. Zepsuło mi to odbiór filmu, wolałbym coś mrocznego i posępnego.

Ale z drugiej strony – bardzo muszę pochwalić wszystkich aktorów. Poczynając od głównej bohaterki, Saoirse Ronan, która już w „Pokucie” pokazała, że jest i będzie wielka, tutaj kontynuuje to wszystko. Mark Wahlberg i Rachel Weisz, którzy zagrali rodziców Salmon również bardzo ładnie oddali emocje, które nimi szargały. Nominowany za tę rolę do Oscara Stanley Tucci również był bardzo dobry, aczkolwiek moim zdaniem bardziej należałaby mu się nominacja za rolę w „Julie i Julia”. I w końcu dochodzimy do Susan Sarandon, która zagrała babcię bohaterki. Mistrzostwo! Oczywiście nikogo nie trzeba przekonywać, jak dobrą aktorką jest Sarandon, jednak warto obejrzeć ten film chociażby dla Saoirse i właśnie Susan.

Nostalgia anioła

Nostalgia anioła” to film dobry, jednak bardzo nierówny i niespójny. Podczas gdy początek jest świetny, tak już po śmierci Susie wszystko się rozpływa. Tak jak życie jej rodziców się załamało, tak cała konwencja w filmie się rozbiła, rozpuściła i przestała być do końca znośna. Zdecydowanie wyciąłbym stąd całe te mnóstwo kolorów i podróże po fantazyjnym niebie. Mamy tu kilka naprawdę dobrych i klimatycznych scen, ale i kilka, które psują ten klimat.

Peterowi Jacksonowi wyszedł film dający się do oglądania, ale na pewno oczekiwania była większe. Być może reżyser spróbuje raz jeszcze nakręcić coś tak skromnego, aczkolwiek zauważalnym jest fakt, że najlepiej mu wychodzą filmy widowiskowe i wielkie. Cóż, nie każdy może, nie każdy powinien. Ale obejrzyjcie.

Moja ocena: 6/10

Nine - Dziewięć (2009)

Oryginalny tytuł: Nine | Reżyseria: Rob Marshall Be Italian!

To był najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2009. Plejada gwiazd, spośród których Nicole Kidman i Penélope Cruz, które wielbię. Ceniony reżyser, dobry temat. Wydawałoby się, że sukces gwarantowany. A tu klapa – i finansowa, i artystyczna. Co poszło nie tak?

Nine Dziewięć Bohaterem „Nine” (nic mi nie mówicie o polskim tytule) jest Guido Contini (Daniel Day-Lewis), mega popularny reżyser, który ma poważne problemy nad stworzeniem nowego dzieła. Jego myśli nie są skupione na scenariuszu, a na kobietach, które skutecznie mącą mu w głowie: żona, Luisa Contini (Marion Cotillard); muza filmowa, Claudia (Nicole Kidman); duch matki, z którą reżyser rozmawia (Sophia Loren); ponętna kochanka, Carla (Penélope Cruz); projektantka kostiumów do filmów Guido oraz jego odwieczna przyjaciółka, Liliane La Fleur (Judi Dench); ideał kobiety, Saraghina (Stacy „Fergie” Ferguson) oraz dziennikarka, Stephanie (Kate Hudson). Każda z pań chciałaby kawałek Guido dla siebie. Każda z nich skutecznie miesza w jego życiu, przez co myśli on o wszystkim innym tylko nie scenariusz.

Podstawową i najważniejszą wadą filmu Marshalla jest brak ładu i składu. Brak – jak ja to ładnie nazwałem – „kleju” – swoistego spoiwa, która w jakiś sensowny sposób połączyłoby cały ten film, ten zlepek scen. Bo taka jest prawda – oto mamy sześć aktorek i jednego aktora. Nicole Kidman, Fergie oraz Kate Hudson pojawiają się w epizodach, coś tam robią, śpiewają i już ich nie ma. Sophia Loren pojawia się kilkukrotnie, ale też mogłoby jej nie być. Całość toczy się pomiędzy Danielem Day-Lewisem, Marion Cotillard oraz Penélope Cruz. Może gdyby okroić film to tych trzech postaci i na nich skupić całą historią, wyszłoby lepiej?

Sceny z Nicole, Fergie oraz Kate przypominają teledyski na którejś ze stacji muzycznych (w sumie to już nawet nie wiem, która rzeczywiście nadaje głównie teledyski, bo to, co idzie na Vivie czy MTV to… bez komentarza). Owszem, epizod Fergie wbija w fotel, epizod Kate jest udany, a Nicole Kidman jak zawsze genialna i cudowna, nie mniej jednak równie dobrze mogłoby tych scen tutaj nie być. Przechodzą do głównych postaci – Marion Cotillard dwukrotnie śpiewa i dwukrotnie są te prawdopodobnie najlepsze momenty „Nine”. Liczyłem, chociaż na nominację do Oscara, ale była do Złotego Globu. Dalej – Penélope Cruz niesamowicie ponętna i pociągająca. Uwielbiam jej akcent. Miód dla uszu. I na sam koniec… Daniel Day-Lewis jest świetnym aktorem, jednak mógłby nie śpiewać. Zagrał bardzo dobrze, jednak sceny śpiewane nie przekonują i czasem nawet aż bolą. Cała śmietanka aktorska razem pojawia się tym dwukrotnie i nie ma to prawie żadnego związku z filmem – są to sceny symboliczne, taka metafora tego, że owe panie są w życiu Gudio i ‘czegoś’ od niego chcą.

Podsumowując, niestety zawiodłem się. Oglądało się miło, bo zawsze miło jest patrzeć na ulubione twarze, jednak nic nowego ten film nie wniósł, nic nie zdobył i na pewno nie zapadnie w pamięć. Ani mi, ani prawdopodobnie nikomu. Smutne, ale prawdziwe, moje olbrzymie oczekiwania nie zostały zaspokojone. Daleko filmowi Marshalla od „Chicago”, nie wspominając już o „Moulin Rouge!”. Nawet prosta „Mamma Mia!” czy „Lakier do włosów” bardziej mi się spodobały. Co ciekawe, Rob Marshall chyba lekko ‘przejechał się’ na musicalach, ponieważ jego następnym filmem ma być… czwarta część Piratów z Karaibów! 1

Moja ocena: 5/10

The Hurt Locker. W pułapce wojny (2008)

Oryginalny tytuł: The Hurt Locker | Reżyseria: Kathryn Bigelow War Is a Drug

 Słowem wstępu napiszę po raz kolejny, że nie lubię filmów o wojnie w Iraku, Afganistanie czy innych tamtejszych miastach. Takowe filmy zazwyczaj tworzą Amerykanie i ukazują w nich, jacy to oni są nieskazitelni i słuszni, a ludzie tam żyjący są złymi terrorystami. Po film „The Hurt Locker” sięgnąłem, bo w obecnym sezonie Oscarowym zbiera wszystkie najważniejsze nagrody i zostawia konkurencję daleko w tyle. Chciałem się przekonać, co obraz byłej żony Jamesa Camerona – Kathryn Bigelow – ma w sobie takiego…

Bohaterami obrazu są amerykańscy saperzy, którzy co chwila wzywani są w różne miejsca Iraku, aby rozbroić bomby – w samochodach, budynkach, na ludziach. Wszystko zaczyna się od porządnego boom – a mianowicie ginie jeden z sierżantów. Zostaje on zastąpiony przez Williama Jamesa (Jeremy Renner), który wszelakie regulaminy i środki bezpieczeństwa ma za mało istotne, a liczy się głównie adrenalina.

Nie zachwyciło mnie. Oto przez dwie godziny oglądamy, jak owi saperzy rozbrajają bomby. Dosłownie – mamy oczywiście tu zarys jakiejś fabuły, głównego bohatera Williama Jamesa i jego problemy, nie mniej jednak to wszystko jest jakby zepchnięta na boczny plan, a osią są bomby. Całość jest bardzo realistyczna, co jest jednym z plusów filmu. Aczkolwiek Bigelow zastosowała tu „trzęsącą się kamerę”, aby dodać realizmu. Udało się to raz – ale i strasznie denerwowało – to dwa. Bo generalnie prócz dwóch czy trzech momentów nic tu się nie dzieje. Od razu zaznaczam – nie oczekiwałem akcji, wybuchów i nie wiadomo, czego. Tu po prostu brak filmu, mamy coś na kształt dokumentu bądź paradokumentu.

Niewątpliwie jednym z wielkich plusów – obok wspomnianego realizmu – jest rola Jeremy’ego Rennera. Mało komu znany aktor wykazał się i bardzo możliwe, że zostanie za to należycie nagrodzony (już ma na koncie nominację Gildii Aktorów oraz wygraną Satelitę od Międzynarodowej Akademii Prasowej). Czy „The Hurt Locker” otworzy mu drogę do kariery? Zobaczymy.

Zabawna jest również sprawa z premierą tego filmu – pojawił się on już w 2008 roku na kilku festiwalach (wygrał, co nie, co), po czym słuch o nim zaginął. Dopiero w czerwcu 2009 pojawił się na limitowanych pokazach w USA – dopiero to dało mu możliwość pretendowania do jakichkolwiek nagród. Obraz został zauważony przez krytyków, którzy od połowy listopada przyznają swoje nagrody. A co z Polską? Otóż Canal+ pokaże go w lutym w telewizji – można to uznać za pewien ewenement, bo oto główny kandydat do Oscarów zostanie u nas pokazany krótko po ogłoszeniu nominacji do tychże nagród, a jeszcze przed ich rozdaniem.

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że w moim mniemaniu jest to film słaby, a rok 2009 obfitował w wiele dużo lepszych dzieł jak chociażby „Avatar” Camerona. Mimo rzeczywiście ważnego tematu i w końcu prawdziwego obrazu tamtego miejsca, nie poruszyło mnie i nie wywołało we mnie żadnych emocji.

Moja ocena: 3+/10

2 lutego 2010: No i doczekaliśmy się polskiego tytułu. Lepiej go nie komentować.

Moon (2009)

Oryginalny tytuł: Moon | Reżyseria: Duncan Jones Tajemnica Księżyca

Moon Nie da się ukryć, że rok 2009 był bardzo udany dla kina Science Fiction. Nie tylko mieliśmy świetnego „Star Treka” czy „Strażników”, ale mnóstwo mniejszych filmów, po których nie wiadomo było, czego się spodziewać („Dystrykt 9”, „Moon”, „Pandorum”, „Push”). Całość na koniec dopełniła najbardziej oczekiwana wisienka – „Avatar”. Jednak póki, co, skupmy się na brytyjskim „Moon”.

Bohaterem jest Sam Bell (Sam Rockwell), który już od prawie trzech lat przebywa w placówce Sarang na Księżycu. Firma Lunar, dla której pracuje, przeczesuje Księżyc w poszukiwaniu energii. Kontrakt bohatera przewidywał trzy, pełne lata to też jego myśli skupiają się już głównie na powrocie do żony i córki. Jednak na dwa tygodnie przed końcem pracy, dzieje się coś dziwnego, a w Sarang pojawia się ktoś dziwnie znany…

Sam Rockwell Nie powiem, że nie oczekiwałem tego filmu. Gdy tylko się o nim dowiedziałem, zaciekawił mnie. Zapowiedź obiecywała coś skromnego, ale ciekawego i pasjonującego. Czy to dostałem? Pośrednio, ponieważ jest to na pewno film godny uwagi. Wciąga i ogląda się go bardzo szybko. Satysfakcjonuje też zakończenie. Jak więc są moje zarzuty? Właściwie jasnych i klarownych minusów przedstawić nie mogę, jednak czegoś mi brakowało.

Pewne jest, że każdy ten film może odebrać inaczej. Bo oto przed nami obraz o samotności, ale i poświęceniu. O wszechobecnym złym systemie i walce człowieka z nim. O walce z samym sobą (pośrednio i dosłownie). Momentami atmosfera staje się duszna i klaustrofobiczna. Całego, pozytywnego wydźwięku dodaje doskonała muzyka Clinta Mansella. Siłą dzieła Duncuna Jonesa jest tajemniczy i kameralny klimat. To się po prostu czuje, ten świat, uczucia i samotność bohatera.

I w końcu – „Moon” to absolutnie genialna kreacja Sama Rockwella. Bez niego tego filmu by nie było – i nie tylko, dlatego, że przez jakieś 90% widzimy tylko go oraz słyszymy głos Kevina Spacey’a (GERTY). Rockwell tworzy ten film swoją osobowością i charyzmą. Jest to zdecydowanie jedna z ciekawszych ról tego roku, jednak podobnie jak Sharlto Copley w „Dystrykcie 9”, strasznie niedoceniona i niezauważona. Zupełnie tego nie rozumiem…

Podsumowując, „Moon” urzeka i wciąga. Ogląda się go z ogromną przyjemnością i dlatego też jak najbardziej wam go polecam. Kawał porządnego kina science-fiction z domieszką dramat życiowo-obyczajowego.

Moja ocena: 8+/10

Dystrykt 9 (2009)

Oryginalny tytuł: District 9 | Reżyseria: Neill Blomkamp You Are Not Welcome Here

Jeśli twoja krótkometrażówka odniesie sukces, wkrótce prawdopodobnie nakręcisz film pełnometrażowy. Taki wniosek mi się nasunął jakiś czas temu (patrz „Dystrykt 9”, „9” i „Galerianki”). Ale nie o tym tutaj miałem pisać. Oto powstał film „Dystrykt 9” w reżyserii Neilla Blomkampa, który wcześniej nakręcił „Alive In Joburg”, krótkometrażówkę na ten sam temat.

Dystrykt 9Wszystko tutaj jest inaczej, niż mogłoby się wydawać. Oto 28 lat temu na Ziemię przylecieli kosmici. Jednak nie do Stanów Zjednoczonych, a do Johannesburga w Republice Południowej Afryki. Nie są mądrzejsi od ludzi, a wyglądem przypominają krewetki (tak też są nazywani). Zostali wrzuceni do oddzielonej części miasta nazwanej Dystryktem 9, która przypomina getto. Przez te kilkanaście lat krewetki i ludzie nie żyli w zgodzie, handel bronią kosmitów w zamian za jedzenie dla kotów, ‘mafia’ na terenie getta a nawet międzygatunkowa prostytucja to tylko niektóre z problemów. Korporacja zajmująca się Dystryktem 9 postanawia przetransportować wszystkich obcych z dala od ludzi. Jednak, aby wszystko wyglądało dobrze, trzeba zdobyć podpisy wszystkich Krewetek, co by wiedziały o przenosinach. W tym celu Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) odwiedza dom po domu i zdobywa podpisy. Niestety, zostaje zarażony jakimś wirusem, który modyfikuje jego DNA…

W tym filmie można by odnaleźć sporo ciekawych rzeczy. A to np. różnice rasowe na przykładzie traktowania kosmitów mogą być odniesieniem do stosunków czarni – biali, Dystrykt 9 mógłby służyć, jako metafora getta, a Żydów stanowiłyby Krewetki. I jeszcze wiele innych odniesień – gdyby tylko reżyser chciał. Niestety, gdzieś w połowie filmu ucieka cała magia i poziom spada łeb na szyję. Bo „Dystrykt 9” to nie jest zły film, baa, jest bardzo ciekawy. Po prostu twórca chyba nie miał za bardzo pomysłu jak doprowadzić go do końca. Cała ta strzelanina pod koniec na nic się nie przydaje i psuje dobre wrażenie.

Bardzo jasny punktem filmu – chyba można rzec, że nawet najlepszym jest Sharlto Copley, nikomu nieznany aktor z RPA. Świetny debiut i dziwi mnie, że kolejne koła krytyków z Ameryki nie zauważają tej roli, podobnie dziennikarze od Złotych Globów i jak się domyślam tak też będzie i z Akademią (doceniana jest tylko reżyseria i scenariusz). A szkoda, bo warto by, chociaż nominacją nagrodzić aktora, bo świetnie odegrał swoją rolę. Ale prawdopodobnie jeszcze nie raz będzie miał okazję się wykazać, bo już został zauważony w Hollywood – w ekranizacji „Drużyny A” zagra Murdocka (w 2010).

Plusem filmu jest też ogólna nieszablonowość. Pomijam końcówkę, patrzę na ogół – w końcu kosmici nie lądują w Ameryce. Nie są inteligentni. Nie są zieloni. Nie chcą nas zniszczyć. Są zagubieni, bezradni. Ale i obrzydliwi, nie współczujemy im. Są jak obcy, którzy wtargnęli na nasz teren, ale zrobili to raczej nieświadomie i nie wiedzą jak teraz opuścić nie swój teren.

To dobry film ze świetną rolą główną. Dobry do połowy, bo potem już się rozjeżdża… Chyba reżyser (dla którego to również debiut w pełnym metrażu) lepiej radzi sobie w krótszych formach. Szkoda, szkoda, bo naprawdę mogłoby z tego wyjść coś świetnego, zamysł był genialny. Podobało mi się, jak na kino science fiction to jest to bardzo dobry film. Polecam.

Moja ocena: 6+/10

Cztery gwiazdki (2008)

Oryginalny tytuł: Four Christmases | Reżyseria: Seth Gordon Z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na obrazku.

Na samym początku – zdrowych, ciepłych, szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Najedzcie się, wypocznijcie. A w nowym roku samych sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym. Dzisiaj, specjalnie przeze mnie wybrana – recenzja świąteczna. Bo co roku w kinach mamy kilka nowych filmów ze świętami w tle. Mniej lub bardziej ciekawych. A „Cztery gwiazdki” to propozycja świetna.

Cztery gwiazdkiOto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…

Ubiegłoroczna premiera, całkiem spory sukces (120 mln $) i bardzo dobra komedia. Ubawiłem się, mimo, że tak naprawdę był to odgrzewany kotlet w nowym wydaniu. Ale to jest właśnie urok świąt, że tu wszystko smakuje inaczej. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to jeszcze „świeży” film, ale miło by było go zobaczyć kiedyś w telewizji – już niekoniecznie zamiast „Kevina” (u nas brak Kevina to jak brak karpia), ale np. zamiast oklepanej nie-świątecznej „Szklanej Pułapki”.

Reese kwietnie, przeurocza, śliczna aktorka – uzdolniona przede wszystkim, bo to nie tak, że gra w samych komedyjkach, jest przecież laureatką Oscara („Spacer po linie”). Trochę gryzł mi się tu Vince Vaughn, ale ten film chyba potrzebował takiego misia, a nie jakiegoś lalusiowatego pana. Absolutną perełką jest tutaj Kristin Chenoweth, która od „Gdzie pachną stokrotki” jest dla mnie fenomenem. Cudownie głupia i głupio genialna – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu! Gdy ona pojawia się na ekranie nie widać nikogo poza nią. Widziałem – a może inaczej – podziwiałem ją już we wspomnianym „Gdzie pachną stokrotki” (serial, Emmy dla najlepszego aktorki za tę rolę), później w tegorocznym, serialowym odkryciu „Glee”, a teraz błysnęła w „Czterech gwiazdkach”. Panie i panowie, oto rodzi się nam gwiazda!

Cztery gwiazdki

Jeśli szukacie jakiegoś świątecznego filmu, który chcielibyście obejrzeć (sami bądź z rodziną) to „Cztery gwiazdki” będą idealne. Kilka gwiazd, świetnie poprowadzona fabuła, dobry humor, udana zabawa. Polecam i do przeczytania w Nowym Roku!

Moja, świąteczna ocena: 7++/10

Zapowiedź (2009)

Zapowiedź / KnowingZapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…

50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.

Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.

W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?

Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…

Moja ocena: 2+/10

P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.

Slumdog. Milioner z ulicy (2008)

Slumdog. Milioner z ulicy / Slumdog MilionaireNajczęściej nagradzany film roku 2008. Zdobywca ośmiu Oscarów – w tym dla Najlepszego Filmu – 4 Złotych Globów, Złotej Żaby na festiwalu Camerimage oraz wielu, wielu innych nagród. I mimo że moim zdaniem najlepszy film roku 2008 to to nie był, nie mniej jednak jest to obraz niesamowity.

Jego bohaterem jest Jamal Malik (Dev Patel) , który przesłuchiwany jest przez indyjską policję. Chłopak bierze udział w tamtejszej wersji „Milionerów” i stoi już przed ostatnim pytaniem. Tak zakończył się poprzedni odcinek, jednak owy sukces zwykłego chłopaka ze slumsów wydawał się nieprawdopodobny, to też zaraz po nagraniu Jamal ląduje na posterunku policji. Tłumaczy się, że wcale nie oszukiwał, a poszczególne pytania miały bardzo wyraźny związek z jego życiem. Poprzez szeroko ukazane retrospekcje poznajemy owe pytania jak i całe życie Jamala.

Reżyser „Slumdoga” – Danny Boyle – znany jest mi głównie ze świetnej dylogii „28 dni później” i „28 miesięcy później” (tu już inny reżyser, jednak nadal pod czujnym okiem Boyle’a). Boyle ma też na koncie cenione „Transpotting”, którego nie widziałem, a także „Niebiańską plażę” zrównaną z Ziemią przez krytykę – dla mnie obraz, co najmniej udany – oraz „W stronę słońca” – widowisko science fiction nie do końca udane. Dopiero teraz, za sprawą omawianego tutaj filmu brytyjski reżyser stał się naprawdę ceniony, a dodatkowo licznie nagrodzony.

Slumdog. Milioner z ulicy / Slumdog Milionaire

Boyle stworzył barwną bajkę, którą ogląda się z niesamowitym zainteresowaniem. Pokazane przez niego Indie to kraj biedny, skontrastowany poprzez nędzne slumsy, w których żyje Jamal oraz bogate jednostki, która „rządzą” krajem. Chłopak to typowy bohater romantyczny – cechuje go ślepa miłość do Latiki. To dla niej robi wszystko i to jej chce pomóc. Wszystkie zdarzenia, sytuacje i problemy spowodowane są miłością do dziewczyny. Chłopak nie dba o nic, odczuwaną samotność może zakończyć jedynie Latika.

Slumdog. Milioner z ulicy” to techniczne i artystyczne cudo. Film dopracowany jest od każdej strony. Zachwycają przepiękne zdjęcia, wrażenie robi scenografia, całość potęguje i dynamizuje świetny montaż. Również bardzo dobrym i elektryzującym elementem jest muzyka stworzona przez A. R. Rahmana (nagrodzony dwoma Oscarami, właśnie za muzykę oraz za piosenkę „Jai Ho”). A co do samem piosenki „Jai Ho” to na fali popularności, amerykański zespół The Pussycat Dolls nagrał jej anglojęzyczną wersję, w której również zaśpiewał Rahman. Całość jest znośna, ale wolę wersję oryginalną.

Jak już na początku napisałem, „Slumdog” zdobył mnóstwo nagród. Osobiście nie dałbym mu ich aż tyle, już na pewno nie tego najważniejszego Oscara – za Najlepszy Film. Bezapelacyjnie najlepsza w ubiegłym roku była „Droga do szczęścia”, ale to nie jest miejsce na pisanie o tym. Jak już od kilku (kilkunastu?) lat widzimy, Akademia miewa czasem dziwne wybory. Oscary to na pewno nie jest wyznacznik tego, jakie filmy oglądać, bardziej tego, na jakie zwrócić uwagę i wziąć pod uwagę przy szukaniu czegoś ciekawego. Jest to również bardzo ciekawe zjawisko społeczne, okazja do pooglądania naszych ulubionych gwiazd.

Slumdog. Milioner z ulicy / Slumdog Milionaire

Zmierzając do końca, „Slumdog. Milioner z ulicy” to film fenomenalny, który obejrzeć na pewno trzeba. W moim osobistym rankingu należy do siódemki najlepszych filmów roku 2008 (piątki nie dałem rady wytypować, więcej czytaj tutaj). Obraz wciągający, barwny i napawający optymizmem. Wielka historia o wielkim miłości. Oglądać!

Moja ocena: 9+/10

Frost/Nixon (2008)

Frost/NixonRichard Nixon był 37. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jego rządy były stanowcze i dobre, jednak mimo to, zapamiętany został z jednego powodu: afera Watergate, a co za tym idzie ustąpienie ze stanowiska głowy państwa. Jak do tej pory zdarzyło się to pierwszy raz w całej historii USA. Afera Watergate dotyczyła nielegalnych działań administracji Nixona skierowanych do jego przeciwników. Nixon ustąpił ze sprawowanego stanowiska, dzięki czemu uniknął procesu sądowego i być może kary.

Kilka lat po odejściu Nixona (Frank Langella), brytyjski showman David Frost (Martin Sheen) postanawia przeprowadzić serię wywiadów, która ma na celu ukazanie całej prawdy odnośnie afery Watergate. Początkowo przedstawiciela Nixona odrzucają propozycję, jednak po kolejnych okresie czasu dochodzi do spotkań. Przez cztery dni Frost przepytuje Nixona odnośnie jego prezydentury, życia, odejścia z polityki, czy też w końcu afery Watergate. Zwykłe wywiady przeradzają się w zawziętą i twardą walkę niczym na ringu bokserskim, z tym, że nie na pięści, a na słowa. A wszystko przed oczami olbrzymiej publiczności zgromadzonej przed telewizorami.

Trochę niedoceniony film, gdyż mimo zebrania sporej ilości nominacji (5 do Oscara, 5 do Złotego Globa, 6 do Bafta, 3 u mnie) nie zebrał praktycznie żadnej ważnej nagrody. A szkoda, gdyby był to słabszy rok to być może coś by się udało, a tak, gdy „Slumdog. Milioner z ulicy” kosił wszystkie rozdania jak kombajn na polu, to i wyszedł taki zonk. „Frost/Nixon” to przede wszystkim dwie, bardzo dobre kreacje aktorskie – Martina Sheena oraz Franka Langelii. Oboje idealnie wcielili się w swoje role, pokazali emocje. To dzięki nim obejrzeliśmy tak niesamowicie emocjonujący i wciągający pojedynek.

Frost/Nixon

Film Rona Howarda (wcześniej znany z wyreżyserowania „Kodu da Vinci”, „Pięknego umysłu” czy „Apollo 13” a już w tym roku mogliśmy już zobaczyć jego „Anioły i demony”) to sprawny dramat, z udanym montażem oraz spokojną i dyskretną muzyką. Wielu osobom nie podobały się tzw. przerywniki, w których różne osoby z otoczenia samych zainteresowanych wypowiadały się na temat przeprowadzonych wywiadów. Moim zdaniem był to bardzo ciekawy zabieg, dzięki, któremu jeszcze lepiej została oddana atmosfera tamtych czasów, tamtych wywiadów.

Podsumowując, z całej Oscarowej piątki roku 2008 „Frost/Nixon” moim zdaniem plasuje się na miejscu trzecim, jest to film godny obejrzenia, który wciąga, pochłania i pasjonuje. Zdecydowanie trzeba obejrzeć!

Moja ocena: 8/10