O George’u Clooneyu można by pisać i pisać. Co roku pojawia się w jakimś filmie i nie można obok niego przejść obojętnie. W 2005 roku dostał Oscara („Syriana”) a w 2007 i 2009 był o krok od otrzymania kolejnego („Michael Clayton”, „W chmurach”). Rok 2010 przynosi kolejną zauważalną rolę, ale na nominację nie ma, co liczyć. Film „Amerykanin” poza dobrą rolą wspomnianego aktora nie wyróżnia się niczym, co byłoby godne uwagi.
Bohaterem jest płatny zabójca Jack (George Clooney). Jedna z misji zmusiła go do zabicia ukochanej – po tym ucieka ze Stanów i osiada w małym, włoskim miasteczku. Chce zrezygnować ze swojej pracy. Okazuje się, że wcale nie jest to takie łatwe. Zgadza się przyjąć ostatnie zadanie…
Postać Clooneya jest mocno tajemnicza i skryta, ale jednocześnie dobrze zarysowana. Wszystko to oczywiście sprawa świetnej gry aktorskiej. Clooney po raz kolejny pokazuje, że jest jednym z najlepszych aktorów w Hollywood. Niestety, film jest nudny. Obserwujemy jak płatny zabójca próbuje wieść normalne życie – zaprzyjaźnia się z księdzem, wdaje się w romans z prostytutką… Wszystko to robi się coraz bardziej ciasne, napiętrzone, aż w końcu… nic się nie dzieje. Oczekiwałem jakiegoś spektakularnego zakończenia, czegoś, na co przez prawie dwie godziny nas szykowano. Przynajmniej tak to wyglądało, dawało nadzieję, że to wszystko nie jest tak po prostu bez sensu. A było – zakończenie zawodzi. Mniej więcej w połowie, jak nie wcześniej, można już się domyślić jak to się skończy.

Na uwagę jednak na pewno zasługuje bardzo dobra muzyka Herberta Grönemeyera – gdyby nie ona to chyba bym zasnął. Do tego malownicze, małe miasteczko we Włoszech. Aż chce się tam pojechać, tak ładnie i urokliwie. Anton Corbijn, reżyser, popularny jest raczej z kręcenia teledysków (Nirvana, Metallica, U2) niż z filmów – na swoim koncie ma jedynie ten film i „Control” z 2007 roku. Wygląda na to, że pan reżyser nie potrafi skupić uwagi widza na dłużej – lepiej mu to wychodzi w trzy-cztery minutowych teledyskach.
Podsumowując, nie podobało mi się – George, muzyka, scenografia – razem będzie trzy punkty. A wydawało mi się, że będzie to coś w stylu dwóch wcześniejszych filmów, za które Clooney dostał nominacje do Oscara… nic bardziej mylnego. Nie oglądajcie.
Moja ocena: 3/10
Niesamowitych przeżyć podczas oglądania tego nudnego filmu dostarczył mi wielki telewiozor Philipsa - 46PFL9705H - o którym dużo więcej przeczytacie na moim prywatnym blogu.

Ciężko jest pisać o tym filmie w świetle tego wszystkiego, co wydarzyło się w życiu Sandry Bullock po jego premierze. Przypomnę – najpierw dostała Oscara, podczas przemowy dziękowała głównie mężowi. Potem wyszło na jaw, że owy mąż zdradzał ją, niejednokrotnie. Dziś już aktorka jest po rozwodzie, okazało się też, że adoptowała chłopczyka. Tak, więc już jest ok., ale nie sposób o tym wszystkim zapomnieć i nie współczuć jej. Szczęście (w cudzysłowie) też, że kolejność tego wszystkiego była taka a nie inna, bo jakby dostała Oscara po wiadomości o zdradzie, to wszyscy by mówili, że dostała go na pocieszenie. A tak, możemy się tylko zastanawiać, czy aktorsko rzeczywiście była taka dobra. Oto „The Blind Side”, przełomowy film w całej karierze Sandry Bullock.

Postapokaliptyczny świat, ludzie jak zwierzęta, zniszczona natura, zdemolowane domy i całe miasta… czyli co by było, gdyby… lubię takie filmy. Oto „księga ocalonych”, gdzie cała akcja kręci się wokół jednej książki.
Jak ja to lubię, wręcz uwielbiam, gdy znany, wielki, ceniony reżyser, który nakręci coś wielkiego i bardzo dobrze przyjętego postanawia na zrobienie czegoś kompletnie odwrotnego. Peter Jackson, którego przedstawiać nikomu nie trzeba zrobił bardzo skromny dramat fantasy, z nominowaną trzy lata temu do Oscara Saoirse Ronan, w roli głównej.
Bohaterem „Nine” (nic mi nie mówicie o polskim tytule) jest Guido Contini (Daniel Day-Lewis), mega popularny reżyser, który ma poważne problemy nad stworzeniem nowego dzieła. Jego myśli nie są skupione na scenariuszu, a na kobietach, które skutecznie mącą mu w głowie: żona, Luisa Contini (Marion Cotillard); muza filmowa, Claudia (Nicole Kidman); duch matki, z którą reżyser rozmawia (Sophia Loren); ponętna kochanka, Carla (Penélope Cruz); projektantka kostiumów do filmów Guido oraz jego odwieczna przyjaciółka, Liliane La Fleur (Judi Dench); ideał kobiety, Saraghina (Stacy „Fergie” Ferguson) oraz dziennikarka, Stephanie (Kate Hudson). Każda z pań chciałaby kawałek Guido dla siebie. Każda z nich skutecznie miesza w jego życiu, przez co myśli on o wszystkim innym tylko nie scenariusz.
Słowem wstępu napiszę po raz kolejny, że nie lubię filmów o wojnie w Iraku, Afganistanie czy innych tamtejszych miastach. Takowe filmy zazwyczaj tworzą Amerykanie i ukazują w nich, jacy to oni są nieskazitelni i słuszni, a ludzie tam żyjący są złymi terrorystami. Po film „The Hurt Locker” sięgnąłem, bo w obecnym sezonie Oscarowym zbiera wszystkie najważniejsze nagrody i zostawia konkurencję daleko w tyle. Chciałem się przekonać, co obraz byłej żony Jamesa Camerona – Kathryn Bigelow – ma w sobie takiego…
Nie da się ukryć, że rok 2009 był bardzo udany dla kina Science Fiction. Nie tylko mieliśmy świetnego „
Nie powiem, że nie oczekiwałem tego filmu. Gdy tylko się o nim dowiedziałem, zaciekawił mnie. Zapowiedź obiecywała coś skromnego, ale ciekawego i pasjonującego. Czy to dostałem? Pośrednio, ponieważ jest to na pewno film godny uwagi. Wciąga i ogląda się go bardzo szybko. Satysfakcjonuje też zakończenie. Jak więc są moje zarzuty? Właściwie jasnych i klarownych minusów przedstawić nie mogę, jednak czegoś mi brakowało.
Wszystko tutaj jest inaczej, niż mogłoby się wydawać. Oto 28 lat temu na Ziemię przylecieli kosmici. Jednak nie do Stanów Zjednoczonych, a do Johannesburga w Republice Południowej Afryki. Nie są mądrzejsi od ludzi, a wyglądem przypominają krewetki (tak też są nazywani). Zostali wrzuceni do oddzielonej części miasta nazwanej Dystryktem 9, która przypomina getto. Przez te kilkanaście lat krewetki i ludzie nie żyli w zgodzie, handel bronią kosmitów w zamian za jedzenie dla kotów, ‘mafia’ na terenie getta a nawet międzygatunkowa prostytucja to tylko niektóre z problemów. Korporacja zajmująca się Dystryktem 9 postanawia przetransportować wszystkich obcych z dala od ludzi. Jednak, aby wszystko wyglądało dobrze, trzeba zdobyć podpisy wszystkich Krewetek, co by wiedziały o przenosinach. W tym celu Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) odwiedza dom po domu i zdobywa podpisy. Niestety, zostaje zarażony jakimś wirusem, który modyfikuje jego DNA…
Oto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…
„Zapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…