Oryginalny tytuł: The Hurt Locker | Reżyseria: Kathryn Bigelow War Is a Drug

 Słowem wstępu napiszę po raz kolejny, że nie lubię filmów o wojnie w Iraku, Afganistanie czy innych tamtejszych miastach. Takowe filmy zazwyczaj tworzą Amerykanie i ukazują w nich, jacy to oni są nieskazitelni i słuszni, a ludzie tam żyjący są złymi terrorystami. Po film „The Hurt Locker” sięgnąłem, bo w obecnym sezonie Oscarowym zbiera wszystkie najważniejsze nagrody i zostawia konkurencję daleko w tyle. Chciałem się przekonać, co obraz byłej żony Jamesa Camerona – Kathryn Bigelow – ma w sobie takiego…

Bohaterami obrazu są amerykańscy saperzy, którzy co chwila wzywani są w różne miejsca Iraku, aby rozbroić bomby – w samochodach, budynkach, na ludziach. Wszystko zaczyna się od porządnego boom – a mianowicie ginie jeden z sierżantów. Zostaje on zastąpiony przez Williama Jamesa (Jeremy Renner), który wszelakie regulaminy i środki bezpieczeństwa ma za mało istotne, a liczy się głównie adrenalina.

Nie zachwyciło mnie. Oto przez dwie godziny oglądamy, jak owi saperzy rozbrajają bomby. Dosłownie – mamy oczywiście tu zarys jakiejś fabuły, głównego bohatera Williama Jamesa i jego problemy, nie mniej jednak to wszystko jest jakby zepchnięta na boczny plan, a osią są bomby. Całość jest bardzo realistyczna, co jest jednym z plusów filmu. Aczkolwiek Bigelow zastosowała tu „trzęsącą się kamerę”, aby dodać realizmu. Udało się to raz – ale i strasznie denerwowało – to dwa. Bo generalnie prócz dwóch czy trzech momentów nic tu się nie dzieje. Od razu zaznaczam – nie oczekiwałem akcji, wybuchów i nie wiadomo, czego. Tu po prostu brak filmu, mamy coś na kształt dokumentu bądź paradokumentu.

Niewątpliwie jednym z wielkich plusów – obok wspomnianego realizmu – jest rola Jeremy’ego Rennera. Mało komu znany aktor wykazał się i bardzo możliwe, że zostanie za to należycie nagrodzony (już ma na koncie nominację Gildii Aktorów oraz wygraną Satelitę od Międzynarodowej Akademii Prasowej). Czy „The Hurt Locker” otworzy mu drogę do kariery? Zobaczymy.

Zabawna jest również sprawa z premierą tego filmu – pojawił się on już w 2008 roku na kilku festiwalach (wygrał, co nie, co), po czym słuch o nim zaginął. Dopiero w czerwcu 2009 pojawił się na limitowanych pokazach w USA – dopiero to dało mu możliwość pretendowania do jakichkolwiek nagród. Obraz został zauważony przez krytyków, którzy od połowy listopada przyznają swoje nagrody. A co z Polską? Otóż Canal+ pokaże go w lutym w telewizji – można to uznać za pewien ewenement, bo oto główny kandydat do Oscarów zostanie u nas pokazany krótko po ogłoszeniu nominacji do tychże nagród, a jeszcze przed ich rozdaniem.

To wszystko jednak nie zmienia faktu, że w moim mniemaniu jest to film słaby, a rok 2009 obfitował w wiele dużo lepszych dzieł jak chociażby „Avatar” Camerona. Mimo rzeczywiście ważnego tematu i w końcu prawdziwego obrazu tamtego miejsca, nie poruszyło mnie i nie wywołało we mnie żadnych emocji.

Moja ocena: 3+/10

2 lutego 2010: No i doczekaliśmy się polskiego tytułu. Lepiej go nie komentować.

13 Sty 2010
Oryginalny tytuł: Moon | Reżyseria: Duncan Jones Tajemnica Księżyca

Moon Nie da się ukryć, że rok 2009 był bardzo udany dla kina Science Fiction. Nie tylko mieliśmy świetnego „Star Treka” czy „Strażników”, ale mnóstwo mniejszych filmów, po których nie wiadomo było, czego się spodziewać („Dystrykt 9”, „Moon”, „Pandorum”, „Push”). Całość na koniec dopełniła najbardziej oczekiwana wisienka – „Avatar”. Jednak póki, co, skupmy się na brytyjskim „Moon”.

Bohaterem jest Sam Bell (Sam Rockwell), który już od prawie trzech lat przebywa w placówce Sarang na Księżycu. Firma Lunar, dla której pracuje, przeczesuje Księżyc w poszukiwaniu energii. Kontrakt bohatera przewidywał trzy, pełne lata to też jego myśli skupiają się już głównie na powrocie do żony i córki. Jednak na dwa tygodnie przed końcem pracy, dzieje się coś dziwnego, a w Sarang pojawia się ktoś dziwnie znany…

Sam Rockwell Nie powiem, że nie oczekiwałem tego filmu. Gdy tylko się o nim dowiedziałem, zaciekawił mnie. Zapowiedź obiecywała coś skromnego, ale ciekawego i pasjonującego. Czy to dostałem? Pośrednio, ponieważ jest to na pewno film godny uwagi. Wciąga i ogląda się go bardzo szybko. Satysfakcjonuje też zakończenie. Jak więc są moje zarzuty? Właściwie jasnych i klarownych minusów przedstawić nie mogę, jednak czegoś mi brakowało.

Pewne jest, że każdy ten film może odebrać inaczej. Bo oto przed nami obraz o samotności, ale i poświęceniu. O wszechobecnym złym systemie i walce człowieka z nim. O walce z samym sobą (pośrednio i dosłownie). Momentami atmosfera staje się duszna i klaustrofobiczna. Całego, pozytywnego wydźwięku dodaje doskonała muzyka Clinta Mansella. Siłą dzieła Duncuna Jonesa jest tajemniczy i kameralny klimat. To się po prostu czuje, ten świat, uczucia i samotność bohatera.

I w końcu – „Moon” to absolutnie genialna kreacja Sama Rockwella. Bez niego tego filmu by nie było – i nie tylko, dlatego, że przez jakieś 90% widzimy tylko go oraz słyszymy głos Kevina Spacey’a (GERTY). Rockwell tworzy ten film swoją osobowością i charyzmą. Jest to zdecydowanie jedna z ciekawszych ról tego roku, jednak podobnie jak Sharlto Copley w „Dystrykcie 9”, strasznie niedoceniona i niezauważona. Zupełnie tego nie rozumiem…

Podsumowując, „Moon” urzeka i wciąga. Ogląda się go z ogromną przyjemnością i dlatego też jak najbardziej wam go polecam. Kawał porządnego kina science-fiction z domieszką dramat życiowo-obyczajowego.

Moja ocena: 8+/10

Oryginalny tytuł: District 9 | Reżyseria: Neill Blomkamp You Are Not Welcome Here

Jeśli twoja krótkometrażówka odniesie sukces, wkrótce prawdopodobnie nakręcisz film pełnometrażowy. Taki wniosek mi się nasunął jakiś czas temu (patrz „Dystrykt 9”, „9” i „Galerianki”). Ale nie o tym tutaj miałem pisać. Oto powstał film „Dystrykt 9” w reżyserii Neilla Blomkampa, który wcześniej nakręcił „Alive In Joburg”, krótkometrażówkę na ten sam temat.

Dystrykt 9Wszystko tutaj jest inaczej, niż mogłoby się wydawać. Oto 28 lat temu na Ziemię przylecieli kosmici. Jednak nie do Stanów Zjednoczonych, a do Johannesburga w Republice Południowej Afryki. Nie są mądrzejsi od ludzi, a wyglądem przypominają krewetki (tak też są nazywani). Zostali wrzuceni do oddzielonej części miasta nazwanej Dystryktem 9, która przypomina getto. Przez te kilkanaście lat krewetki i ludzie nie żyli w zgodzie, handel bronią kosmitów w zamian za jedzenie dla kotów, ‘mafia’ na terenie getta a nawet międzygatunkowa prostytucja to tylko niektóre z problemów. Korporacja zajmująca się Dystryktem 9 postanawia przetransportować wszystkich obcych z dala od ludzi. Jednak, aby wszystko wyglądało dobrze, trzeba zdobyć podpisy wszystkich Krewetek, co by wiedziały o przenosinach. W tym celu Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) odwiedza dom po domu i zdobywa podpisy. Niestety, zostaje zarażony jakimś wirusem, który modyfikuje jego DNA…

W tym filmie można by odnaleźć sporo ciekawych rzeczy. A to np. różnice rasowe na przykładzie traktowania kosmitów mogą być odniesieniem do stosunków czarni – biali, Dystrykt 9 mógłby służyć, jako metafora getta, a Żydów stanowiłyby Krewetki. I jeszcze wiele innych odniesień – gdyby tylko reżyser chciał. Niestety, gdzieś w połowie filmu ucieka cała magia i poziom spada łeb na szyję. Bo „Dystrykt 9” to nie jest zły film, baa, jest bardzo ciekawy. Po prostu twórca chyba nie miał za bardzo pomysłu jak doprowadzić go do końca. Cała ta strzelanina pod koniec na nic się nie przydaje i psuje dobre wrażenie.

Bardzo jasny punktem filmu – chyba można rzec, że nawet najlepszym jest Sharlto Copley, nikomu nieznany aktor z RPA. Świetny debiut i dziwi mnie, że kolejne koła krytyków z Ameryki nie zauważają tej roli, podobnie dziennikarze od Złotych Globów i jak się domyślam tak też będzie i z Akademią (doceniana jest tylko reżyseria i scenariusz). A szkoda, bo warto by, chociaż nominacją nagrodzić aktora, bo świetnie odegrał swoją rolę. Ale prawdopodobnie jeszcze nie raz będzie miał okazję się wykazać, bo już został zauważony w Hollywood – w ekranizacji „Drużyny A” zagra Murdocka (w 2010).

Plusem filmu jest też ogólna nieszablonowość. Pomijam końcówkę, patrzę na ogół – w końcu kosmici nie lądują w Ameryce. Nie są inteligentni. Nie są zieloni. Nie chcą nas zniszczyć. Są zagubieni, bezradni. Ale i obrzydliwi, nie współczujemy im. Są jak obcy, którzy wtargnęli na nasz teren, ale zrobili to raczej nieświadomie i nie wiedzą jak teraz opuścić nie swój teren.

To dobry film ze świetną rolą główną. Dobry do połowy, bo potem już się rozjeżdża… Chyba reżyser (dla którego to również debiut w pełnym metrażu) lepiej radzi sobie w krótszych formach. Szkoda, szkoda, bo naprawdę mogłoby z tego wyjść coś świetnego, zamysł był genialny. Podobało mi się, jak na kino science fiction to jest to bardzo dobry film. Polecam.

Moja ocena: 6+/10

Oryginalny tytuł: Four Christmases | Reżyseria: Seth Gordon Z rodziną najlepiej wychodzi się tylko na obrazku.

Na samym początku – zdrowych, ciepłych, szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Najedzcie się, wypocznijcie. A w nowym roku samych sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym. Dzisiaj, specjalnie przeze mnie wybrana – recenzja świąteczna. Bo co roku w kinach mamy kilka nowych filmów ze świętami w tle. Mniej lub bardziej ciekawych. A „Cztery gwiazdki” to propozycja świetna.

Cztery gwiazdkiOto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…

Ubiegłoroczna premiera, całkiem spory sukces (120 mln $) i bardzo dobra komedia. Ubawiłem się, mimo, że tak naprawdę był to odgrzewany kotlet w nowym wydaniu. Ale to jest właśnie urok świąt, że tu wszystko smakuje inaczej. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to jeszcze „świeży” film, ale miło by było go zobaczyć kiedyś w telewizji – już niekoniecznie zamiast „Kevina” (u nas brak Kevina to jak brak karpia), ale np. zamiast oklepanej nie-świątecznej „Szklanej Pułapki”.

Reese kwietnie, przeurocza, śliczna aktorka – uzdolniona przede wszystkim, bo to nie tak, że gra w samych komedyjkach, jest przecież laureatką Oscara („Spacer po linie”). Trochę gryzł mi się tu Vince Vaughn, ale ten film chyba potrzebował takiego misia, a nie jakiegoś lalusiowatego pana. Absolutną perełką jest tutaj Kristin Chenoweth, która od „Gdzie pachną stokrotki” jest dla mnie fenomenem. Cudownie głupia i głupio genialna – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu! Gdy ona pojawia się na ekranie nie widać nikogo poza nią. Widziałem – a może inaczej – podziwiałem ją już we wspomnianym „Gdzie pachną stokrotki” (serial, Emmy dla najlepszego aktorki za tę rolę), później w tegorocznym, serialowym odkryciu „Glee”, a teraz błysnęła w „Czterech gwiazdkach”. Panie i panowie, oto rodzi się nam gwiazda!

Cztery gwiazdki

Jeśli szukacie jakiegoś świątecznego filmu, który chcielibyście obejrzeć (sami bądź z rodziną) to „Cztery gwiazdki” będą idealne. Kilka gwiazd, świetnie poprowadzona fabuła, dobry humor, udana zabawa. Polecam i do przeczytania w Nowym Roku!

Moja, świąteczna ocena: 7++/10

Zapowiedź / KnowingZapowiedź” zapowiadała się dobrze. Odrobinę przerażało mnie, to, że główną rolę gra tam drewniany Nicolas Cage, jednak mimo wszystko nie byłem jakoś specjalnie uprzedzony do tego filmu i miałem dużą chęć go zobaczyć. Po seansie mój entuzjazm szybko opadł…

50 lat przed właściwą akcją pewna dziewczynka ma wizję i nieświadomie pisze na kartce jakieś cyfry. Potem owa kartka, wraz z obrazkami innych dzieci zostaje zakopana w kapsule czasu. We właściwym czasie trwania filmu, w szkole syna głównego bohatera, Johna (Nicolas Cage) owa kapsuła zostaje odkopana, a każde z dzieci może wziąć jedną z kopert z obrazkami. Właśnie dzieciak Johna dostaje kopertę z owymi cyframi. Mężczyzna dokładnie przygląda się cyfrom i znajduje pewną ich właściwość – układają się one w daty katastrof, które miały miejsce w przeciągu ostatnich 50 lat. Trzy z nich jeszcze się nie odbyły. John będzie musiał im zapobiec.

Zapowiedź” wyreżyserował Alex Proyas, twórca świetnego „Ja, Robot”. Myślałem, że znów będę miał do czynienia ze świetnym, rozrywkowym kinem z pokrętnie przemyconym morałem. Niestety, „Zapowiedź” to tylko trochę ciekawych efektów specjalnych i nic poza tym. Opowiedziana nam historia nie jest interesująca, a to w dodatku zbyt abstrakcyjna. Nie pasuje mi do przyjętej tutaj konwencji filmu. Szczególnie zakończenie jest okropne, a zamiast poczucia obejrzenia dobrego filmu, może pojawienia się głębszych refleksji, czy co tam jeszcze sobie reżyser wymyślił pojawia się raczej szyderczy uśmiech i uczucie zażenowania.

W dodatku Nicolas Cage, który już dawno powinien zakończyć karierę aktorską, a jeśli nie to wybrać się może na jakiś porządny kurs aktorska. Każda scena została zagrana jedną twarzą. Już w przypadku jego poprzednich filmów pisałem, że jest źle, nie mam pojęcia, dlaczego producenci czy reżyserzy nadal robią z nim filmy. Owszem, znane nazwisko to jedno, ale czy naprawdę aktor uwielbia tak za każdym razem zbierać wiadro pomyj?

Jak już wspomniałem, nie podobało mi się – po za efektami specjalnymi (trzema) nie ma tu nic godnego uwagi. Nie polecam tego filmu, a sam żałuję. Ostatnia nadzieja na dobry film katastroficzny (które tak lubię) pozostała mi w „2012” Emmericha…

Moja ocena: 2+/10

P.S.: Komputer jeszcze nie wrócił, ale ja tak, mniej więcej.

Slumdog. Milioner z ulicy / Slumdog MilionaireNajczęściej nagradzany film roku 2008. Zdobywca ośmiu Oscarów – w tym dla Najlepszego Filmu – 4 Złotych Globów, Złotej Żaby na festiwalu Camerimage oraz wielu, wielu innych nagród. I mimo że moim zdaniem najlepszy film roku 2008 to to nie był, nie mniej jednak jest to obraz niesamowity.

Jego bohaterem jest Jamal Malik (Dev Patel) , który przesłuchiwany jest przez indyjską policję. Chłopak bierze udział w tamtejszej wersji „Milionerów” i stoi już przed ostatnim pytaniem. Tak zakończył się poprzedni odcinek, jednak owy sukces zwykłego chłopaka ze slumsów wydawał się nieprawdopodobny, to też zaraz po nagraniu Jamal ląduje na posterunku policji. Tłumaczy się, że wcale nie oszukiwał, a poszczególne pytania miały bardzo wyraźny związek z jego życiem. Poprzez szeroko ukazane retrospekcje poznajemy owe pytania jak i całe życie Jamala.

Reżyser „Slumdoga” – Danny Boyle – znany jest mi głównie ze świetnej dylogii „28 dni później” i „28 miesięcy później” (tu już inny reżyser, jednak nadal pod czujnym okiem Boyle’a). Boyle ma też na koncie cenione „Transpotting”, którego nie widziałem, a także „Niebiańską plażę” zrównaną z Ziemią przez krytykę – dla mnie obraz, co najmniej udany – oraz „W stronę słońca” – widowisko science fiction nie do końca udane. Dopiero teraz, za sprawą omawianego tutaj filmu brytyjski reżyser stał się naprawdę ceniony, a dodatkowo licznie nagrodzony.

Slumdog. Milioner z ulicy / Slumdog Milionaire

Boyle stworzył barwną bajkę, którą ogląda się z niesamowitym zainteresowaniem. Pokazane przez niego Indie to kraj biedny, skontrastowany poprzez nędzne slumsy, w których żyje Jamal oraz bogate jednostki, która „rządzą” krajem. Chłopak to typowy bohater romantyczny – cechuje go ślepa miłość do Latiki. To dla niej robi wszystko i to jej chce pomóc. Wszystkie zdarzenia, sytuacje i problemy spowodowane są miłością do dziewczyny. Chłopak nie dba o nic, odczuwaną samotność może zakończyć jedynie Latika.

Slumdog. Milioner z ulicy” to techniczne i artystyczne cudo. Film dopracowany jest od każdej strony. Zachwycają przepiękne zdjęcia, wrażenie robi scenografia, całość potęguje i dynamizuje świetny montaż. Również bardzo dobrym i elektryzującym elementem jest muzyka stworzona przez A. R. Rahmana (nagrodzony dwoma Oscarami, właśnie za muzykę oraz za piosenkę „Jai Ho”). A co do samem piosenki „Jai Ho” to na fali popularności, amerykański zespół The Pussycat Dolls nagrał jej anglojęzyczną wersję, w której również zaśpiewał Rahman. Całość jest znośna, ale wolę wersję oryginalną.

Jak już na początku napisałem, „Slumdog” zdobył mnóstwo nagród. Osobiście nie dałbym mu ich aż tyle, już na pewno nie tego najważniejszego Oscara – za Najlepszy Film. Bezapelacyjnie najlepsza w ubiegłym roku była „Droga do szczęścia”, ale to nie jest miejsce na pisanie o tym. Jak już od kilku (kilkunastu?) lat widzimy, Akademia miewa czasem dziwne wybory. Oscary to na pewno nie jest wyznacznik tego, jakie filmy oglądać, bardziej tego, na jakie zwrócić uwagę i wziąć pod uwagę przy szukaniu czegoś ciekawego. Jest to również bardzo ciekawe zjawisko społeczne, okazja do pooglądania naszych ulubionych gwiazd.

Slumdog. Milioner z ulicy / Slumdog Milionaire

Zmierzając do końca, „Slumdog. Milioner z ulicy” to film fenomenalny, który obejrzeć na pewno trzeba. W moim osobistym rankingu należy do siódemki najlepszych filmów roku 2008 (piątki nie dałem rady wytypować, więcej czytaj tutaj). Obraz wciągający, barwny i napawający optymizmem. Wielka historia o wielkim miłości. Oglądać!

Moja ocena: 9+/10

16 Lip 2009

Frost/NixonRichard Nixon był 37. prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jego rządy były stanowcze i dobre, jednak mimo to, zapamiętany został z jednego powodu: afera Watergate, a co za tym idzie ustąpienie ze stanowiska głowy państwa. Jak do tej pory zdarzyło się to pierwszy raz w całej historii USA. Afera Watergate dotyczyła nielegalnych działań administracji Nixona skierowanych do jego przeciwników. Nixon ustąpił ze sprawowanego stanowiska, dzięki czemu uniknął procesu sądowego i być może kary.

Kilka lat po odejściu Nixona (Frank Langella), brytyjski showman David Frost (Martin Sheen) postanawia przeprowadzić serię wywiadów, która ma na celu ukazanie całej prawdy odnośnie afery Watergate. Początkowo przedstawiciela Nixona odrzucają propozycję, jednak po kolejnych okresie czasu dochodzi do spotkań. Przez cztery dni Frost przepytuje Nixona odnośnie jego prezydentury, życia, odejścia z polityki, czy też w końcu afery Watergate. Zwykłe wywiady przeradzają się w zawziętą i twardą walkę niczym na ringu bokserskim, z tym, że nie na pięści, a na słowa. A wszystko przed oczami olbrzymiej publiczności zgromadzonej przed telewizorami.

Trochę niedoceniony film, gdyż mimo zebrania sporej ilości nominacji (5 do Oscara, 5 do Złotego Globa, 6 do Bafta, 3 u mnie) nie zebrał praktycznie żadnej ważnej nagrody. A szkoda, gdyby był to słabszy rok to być może coś by się udało, a tak, gdy „Slumdog. Milioner z ulicy” kosił wszystkie rozdania jak kombajn na polu, to i wyszedł taki zonk. „Frost/Nixon” to przede wszystkim dwie, bardzo dobre kreacje aktorskie – Martina Sheena oraz Franka Langelii. Oboje idealnie wcielili się w swoje role, pokazali emocje. To dzięki nim obejrzeliśmy tak niesamowicie emocjonujący i wciągający pojedynek.

Frost/Nixon

Film Rona Howarda (wcześniej znany z wyreżyserowania „Kodu da Vinci”, „Pięknego umysłu” czy „Apollo 13” a już w tym roku mogliśmy już zobaczyć jego „Anioły i demony”) to sprawny dramat, z udanym montażem oraz spokojną i dyskretną muzyką. Wielu osobom nie podobały się tzw. przerywniki, w których różne osoby z otoczenia samych zainteresowanych wypowiadały się na temat przeprowadzonych wywiadów. Moim zdaniem był to bardzo ciekawy zabieg, dzięki, któremu jeszcze lepiej została oddana atmosfera tamtych czasów, tamtych wywiadów.

Podsumowując, z całej Oscarowej piątki roku 2008 „Frost/Nixon” moim zdaniem plasuje się na miejscu trzecim, jest to film godny obejrzenia, który wciąga, pochłania i pasjonuje. Zdecydowanie trzeba obejrzeć!

Moja ocena: 8/10

The Spirit / Spirit - Duch miastaDuch Miasta, a dawniej Denny Colt (Gabriel Macht) przeżył własną śmierć i teraz pod osłoną nocy strzeże Central City. Złoczyńców jest wielu, jednak największe problemy sprawia Octopus (Samuel L. Jackson). Na drodze Ducha i Octopusa staje piękna Sand Saref (Eva Mendes), która przypadkiem kradnie to, co chciał Octopus. Natomiast jego wspólniczka, Silken Floss (Scarlett Johansson) zabiera to, na czym zależało Sand. W dodatku Duch odkrywa, że Sand Saref, to jego miłość z dzieciństwa. Octopus chce polubownie dojść do porozumienia z Sand, jednak wszystko może popsuć Duch, który chce schwytać złoczyńcę i pomóc ukochanej, która… jego pomocy wcale nie potrzebuje.

Spirit – Duch Miasta” (jakże cudowny, polski tytuł amerykańskiego „The Spirit”) dawał nadzieję, na dziełko przynajmniej ułamkiem zbliżone do przegenialnego „Sin City”. I mówię tu nie tylko o oprawie wizualnej, ale także o tym, że Frank Miller, reżyser tego filmu jest twórcą komiksów, na podstawie, których powstało „Sin City” (ale także „300”). Teraz wziął się on za komiks Willa Eisnera, zaangażował kilka gwiazd m.in. Samuela L. Jacksona, Evę Mendes oraz Scarlett Johansson. Rolę główną powierzył niezbyt popularnemu – ale także niezbyt utalentowanemu – aktorowi, Gabrielowi Macht. Powstał film, co najmniej dziwny, ale i niezachwycający. Oczekiwania były większe, pozostał niedosyt.

The Spirit / Spirit - Duch miasta

Przede wszystkim film Millera nie ma jakiejś twardej, zrozumiałej konwencji. Nie wiadomo, co to miało być – pastisz, komedia, thriller, czy jeszcze coś innego? Nawet, jeśli to miała być mieszkanka tego wszystkiego, to i tak wyszło źle. Dominują dłużyzny, a także fakt, że wciąż przed oczami mamy „Sin City” a wszystko tutaj, co w zapewnieniach reżysera miało nie przypominać filmu z 2005 roku, jednak przypomina. Ale nie w pozytywnym sensie – bo przecież gdyby Miller zrobił film podobny, to mimo wtórności mogłoby być ciekawie – jednak nie jest. Zabrakło dynamizmu, wciągającej fabuły, odrobiny akcji i szczypty humoru. Najbardziej denerwował mnie Samuel L. Jackson, chociaż Gabriel Macht również był bardzo nijaki i drętwy.

Sytuację w całości uratowały dwie panie – Eva Mendes oraz Scarlett Johansson. Szczególnie postać tej drugiej była cudowna, zabawna i niesamowita. Naprawdę duży plus filmu. Chyba tylko dla owych pań warto sięgnąć po ten film, chociaż ja i tak odradzam. Lepiej obejrzeć po raz kolejny genialne „Sin City”.

Moja ocena: 2/10

02 Lip 2009

AustraliaAustralia, ze stolicą w Canberrze (a nie Sydney, jak wszyscy mylą, tak dla przypomnienia), to kraj trudny, ale i piękny. Baz Luhrmann, reżyser rewelacyjnego „Moulin Rouge!” postanowił zrealizować wielką epopeję na miarę „Przeminęło z wiatrem”. Czy mu się udało?

Historia opowiada o angielskiej arystokratce Sary Ashley (Nicole Kidman), która dziedziczy farmę po swoim mężu. Sama nie jest w stanie nad nią zapanować to też z pomocą przychodzi jej doświadczony Poganiacz (Hugh Jackman). Okazuje się, że jej mąż został zabity, a miejscowy potentat bydła chce przejąć atrakcyjną farmę wraz z całym bydłem, które się na niej znajduje. Sara postanawia za wszelką cenę uratować to, czym zajmował się jej mąż.

Film Luhrmanna podobał mi się bardzo, mimo iż nie ustrzegł się od kilku bledów, ale o tym potem. Przede wszystkim zachwyca strona wizualna „Australii”. Przepiękne krajobrazy tego malowniczego państwa/kontynentu, piękne zdjęcia, scenografia i kostiumy. Dodatkowo czar tworzy cudowna muzyka.

Australia” to również wciągająca fabuła. Owszem, trwało to prawie trzy godziny i kończyło się kilka razy, to jednak nie nudziłem się, a wręcz przeciwnie – oglądałem z wielkim zainteresowaniem. Wielu zarzucało reżyserowi i scenarzyście, że nie potrzebnie przeciągnęli film w nieskończoność. Nie zgadzam się z tym poglądem, rzeczywiście, kilka razy myślałem, że ‘tak to właśnie teraz się skończy’, ale gdy się tak nie działo to pojawiał się uśmiech na twarzy i oglądałem dalej. A gdy już padło właściwe zakończenie i pojawiły się napisy byłem w pełni usatysfakcjonowany.

Australia

Role główne powierzono Hugh Jackmanowi oraz muzie reżysera, Nicole Kidman (podobno zgodziła się na udział w filmie w ogóle nie czytając scenariusza!). Oboje spisali się doskonale. Oczywiście mnie dużo bardziej zachwyciła Nicole, nie od dziś wiadomo, że jest to moja ulubiona aktorka. Świetnie pokazała zderzenie damy z Londynu z brutalnym i ciężkim światem Australii. Warto też nadmienić, że zarówno Hugh jak i Nicole są rodowitymi Australijczykami.

Podsumowując, „Australia” to film wielki i ważny. Mimo, że wywołał mieszane uczucia wśród krytyki i publiczności to wg mnie jest wśród moich siedmiu najważniejszych filmów roku 2008. Polecam go wszystko, bo warto obejrzeć, ja nie żałuję seansu (w kinie!)i jestem bardzo zadowolony. Z niecierpliwością czekam na kolejny film Luhrmanna.

Moja ocena: 9/10

Siedem najlepszych filmów roku 2008 wg mnie:

Valkyrie / Walkiria Bardzo często bywa tak, ze wielka gwiazda grająca w danym filmie – poprzez swoje występki w życiu publicznym opisywane przez tabloidy – może zaszkodzić. Takie obawy pojawiły się przed seansem „Oszukanej”. Jednak Angelina Jolie dała radę. W przypadku „Walkirii” Tom Cruise poległ na całej linii.

Walkiria” opowiada o zamachu na Hitlera. Pułkownik Klaus von Stauffenberg (Tom Cruise) wraca z pola walki i przystępuje do tajnej organizacji, która owy zamach przygotowuje. Do zdarzenia ma dojść w bunkrze w Wilczym Szańcu, nie opodal Kętrzyna…

Jeszcze kilka lat temu Cruise był aktorem, który pomagał filmom. Nie sposób tu nie wspomnieć o takich wspaniałych obrazach jak „Vanilla Sky”, ocenione przeze mnie na 10, czy „Raport mniejszości” z dziewiątką. Później Cruise’a widywaliśmy jedynie na okładkach gazet i w kolejnych wywiadach. Jego małżeństwo z Katie Holmes oraz ekscesy scjentologiczne znacząco wpłynęły na opinię o nim samym. „Walkiria” miała być wielkim powrotem do łask. Film skrojony idealnie pod Oscary – mamy dopracowaną scenografię, ładne zdjęcia czy patetyczną muzykę. Główna rola również mogłaby ubiegać się o nominację. Nie tym razem.

Valkyrie / Walkiria

Niestety dla Cruise’a – nie wyszło. Mimo ładnej oprawy technicznej – byli lepsi. Scenariusz kuleje od samego początku, a wszystko momentami ciągnie się i jest nudne. Jednak największym mankamentem jest sam Tom Cruise. Wszystkie miny i starania aktora w autentycznym ukazaniu swojej roli są patetyczne i niejakie. Momentami naprawdę mogą wywołać śmiech. Szczególnie motyw ze sztucznym okiem. Przykro mi to mówić, ale Cruise przez to całe zamieszanie ze scejontologią przestał być wiarygodnym aktorem, a bardziej karykaturą samego siebie. Jego rola była sztuczna i nijaka. A już na pewno nieprzekonywująca. Tom liczył na nominację do Oscara (ma już 3), ale nic z tego. Jeśli nic się nie zmieni, to kolejne role aktora będą coraz gorsze, równie komiczne i karykaturalne.

Podsumowując, „Walkiria” to film słaby z okropną rolą Toma Cruise’a. Obejrzałem, ale polecać nie będę. Oczekiwałem dużo więcej, ale się przeliczyłem. Mocno się zastanówcie, zanim sięgniecie po tę produkcję Bryana Singera – reżysera dobrego („X-Men”, „X-Men 2”) ale ostatnio trochę błądzącego („Superman – Powrót”, „Walkiria”).

Moja ocena: 3-/10