Ciężko jest pisać o tym filmie w świetle tego wszystkiego, co wydarzyło się w życiu Sandry Bullock po jego premierze. Przypomnę – najpierw dostała Oscara, podczas przemowy dziękowała głównie mężowi. Potem wyszło na jaw, że owy mąż zdradzał ją, niejednokrotnie. Dziś już aktorka jest po rozwodzie, okazało się też, że adoptowała chłopczyka. Tak, więc już jest ok., ale nie sposób o tym wszystkim zapomnieć i nie współczuć jej. Szczęście (w cudzysłowie) też, że kolejność tego wszystkiego była taka a nie inna, bo jakby dostała Oscara po wiadomości o zdradzie, to wszyscy by mówili, że dostała go na pocieszenie. A tak, możemy się tylko zastanawiać, czy aktorsko rzeczywiście była taka dobra. Oto „The Blind Side”, przełomowy film w całej karierze Sandry Bullock.
Historia – która zdarzyła się naprawdę – opowiada Michaelu Oherze (Quinton Aaron), amerykańskiej gwieździe futbolu. Bohater, jako nastolatek zostaje przygarnięty przez Leigh Anne Touhy (Sandra Bullock), która wbrew mężowi oraz znajomym daje czarnoskóremu, bezdomnemu chłopakowi dom, ciepło i rodzinę. Pozwala również na spełnienie swoich marzeń, którymi jest właśnie futbol.

Powiadają, że nie jest to najlepszy film Sandry. Ponoć ciekawsze role zagrała w „Mieście gniewu” czy „Śmiertelnej wyliczance”. Nie oglądałem obydwu, nie mniej jednak, rola Bullock na pewno nie była najlepsza spośród pięciu wyłonionych przez Akademię (Streep za „Julie i Julia”, Mirren za „The Last Station”, Mulligan za „Była sobie dziewczyna” i Sidibe za „Precious”). Najlepsza oczywiście była Meryl Streep, której zdecydowanie należał się trzeci Oscar w karierze. Jednak wspomniana Akademia przy swoich wyborach nie zawsze kieruje się głównie talentem aktorskim, czasem daje nagrody ‘bo wypada’, ale najczęściej daje je tym, którzy są najpopularniejsi, a nie da się ukryć, że 2009 był rokiem Sandry Bullock. Zagrała w trzech filmach, jej filmy zarobiły ponad 300 milionów dolarów (sama zaś zainkasowała 56).
Mi Bullock przypadła do gustu. Jej rola nie była za bardzo wymagająca, jednak tam, gdzie trzeba było pokazać, to zrobiła to. Zdecydowanie wolałbym, aby częściej grała w filmach tego typu, niż prostych komediach romantycznych – z drugiej strony, jeśli mają to być tak świetne komedie jak „Narzeczony mimo woli”, to raz na kilka lat może zagrać i w czymś takim. Nie mniej jednak – niech pokaże więcej talentu aktorskiej, niech się wykaże. Niech zagra alkoholiczkę, narkomankę, psychopatkę… serio, w takiej roli bym chciał ją zobaczyć i czy sobie poradzi. Bo tak się jakoś przyjęło, że właśnie takie role są wymagające i jak ktoś sobie poradzi, to znaczy, że ma talent. Taka Angelina Jolie dostała Oscara za granie psychopatki („Przerwana lekcja muzyki”), Javier Bardem zresztą też („To nie jest kraj dla starych ludzi”), Helen Mirren dostała za granie twardej babki („Królowa”), a Mo’Nique alkoholiczki („Precious”). Role komediowe rzadko są nagrodzone, przypominam sobie głównie Penelope Cruz za frywolną Marię Elenę w „Vicky Cristina Barcelona”. No, ale należało się jej. Ale już dość o tych żółtych, pozłacanych figurkach.

„The Blind Side” to ciepła i wzruszająca opowieść (nie płakałem!) pokazująca, że są na świecie jeszcze dobrzy ludzie, którzy potrafią pomóc innym. Takich filmów powinno być trochę więcej. Obraz w reżyserii Johna Lee Hancocka (scenarzysta niesamowitego „Doskonałego świata” Clinta Eastwooda z Kevinem Costnerem w roli głównej, na pewno oglądaliście) nie jest ani nachalny, a nie przesadnie moralizatorski czy przesłodzony. To prosta i wciągająca opowieść o tym, jak to wszystko się zdarzyło. I tu z podkreśleniem tłumaczę – takich, w sensie prostych, nieprzesłodzonych i normalnych filmów. Bo niestety, ale ostatnio dobre historie są rozpieprzane albo złymi aktorami, albo przesadną ilością efektów specjalnych, albo po prostu złym scenariuszem. „The Blind Side” geniuszem nie powala, nie mniej jednak oglądało się bardzo miło. Polecam.

Bardzo często bywa tak, ze wielka gwiazda grająca w danym filmie – poprzez swoje występki w życiu publicznym opisywane przez tabloidy – może zaszkodzić. Takie obawy pojawiły się przed seansem „
Filmów politycznych staram się unikać. Zawsze istnieje ryzyko, że owy film nie będzie w pełni obiektywny, a między wierszami (kadrami) zostanie pokazany nam nad wyraz dobry i przesłodzony obraz jakiegoś polityka. Co prawda zdarzają się filmy wybitne, które są genialne same w sobie – nawet, jeśli ukazują kogoś ze złej czy dobrej strony – nie mniej jednak „W.” Olivera Stone’a do takich nie należy.
Historia Edith Piaf (Marion Cotillard) – francuskiej piosenkarki przedstawiona jest bardzo kolorowo i muzycznie, chociaż nie zawsze. Edith urodziła się w Paryżu, jednak jej matką ją porzuciła i oddała ojcu. Ojciec pracował w cyrku, jednak został z niego wyrzucony i zaczął zarabiać na ulicy rozśmieszając ludzi. To tam właśnie po raz pierwszy ujawnił się talent Edith, gdy jako dziewczynka zaczęła śpiewać, dzięki czemu ona i ojciec mieli, co jeść. Jako nastolatka śpiewem zarabiała na alkohol, żyła pełną piersią, nie przejmowała się niczym. I tu znów, na ulicy zauważył ją Louis Leplee (Gérard Depardieu), który zaproponował jej występu w słynnym paryskim klubie „Le Gerny’s”. Jej kariera potoczyła się szybko. Nagrała mnóstwo płyt, występowała również w USA, także odnosząc sukces. Słynęła z recitali pełnych ekspresji i dramaturgii. Zmarła na raka w wieku 48 lat. Jej muzyka przetrwała po dziś dzień.
Jesse James (Brad Pitt) jest jednym z najbardziej znanych przestępców w Teksasie. Jego banda rabuje pociągi, banki i nigdy jeszcze nie została złapana. Nikt nie wie jak wygląda Jesse James, nawet jego żona nie wie, że jej mąż to przestępca. Nikt prócz ludzi, z którymi Jesse współpracuje. Dołącza do nich Robert Ford (Casey Affleck) wyraźnie zafascynowany Jamesem. Ich współpraca nabierze tempa, Robert będzie pogłębiał swoją fascynację Jesse'm, z czasem przerodzi się to w obsesję. Jednak sam zainteresowany długo nie będzie tego widział, gdy to zauważy będzie już za późno. Robert będzie chciał być nowym Jessie Jamesem, a żeby tego dokonać nie zawaha się przed niczym.
Młody Christopher McCandless (Emile Hirsh) jest zagubiony, szuka swojego miejsca na świecie, celu w życia. Po skończeniu nauki na Uniwersytecie Emory podejmuje bardzo ważną decyzję – oddaje wszystkie swoje oszczędności na cele charytatywne, pakuje się i wyrusza w podróż. Jego wyprawa nie ma żadnego określonego celu, chce dowiedzieć się, kim jest. Ta podroż to także bunt przeciwko rodzicom i całemu światu. Film opowiada głownie o nim, ale mamy też ważne wątki poboczne, jak historia jego rodziców czy siostry, która miała olbrzymi wpływ na decyzje bohatera.
Z pozoru zwyczajny makler sprzedający ogromne urządzenia do robienia zdjęć UV, Chris Gardner (Will Smith) nie ma prostego życia. Nie dość, że owe urządzenie nie jest wcale najbardziej pożądanym obiektem w szpitalach, a jest to jego jedyny sposób na zarobienie pieniędzy, to jeszcze w domu non stop kłóci się z żoną, popada w długi, a na wychowaniu ma jeszcze syna, który musi uczęszczać do przedszkola, a za to zapłacić też trzeba. Chris cały czas stara wyciągnąć rodzinę z dołka finansowego. Wkrótce jednak po kolei wszystko się wali, żona odchodzi od Chrisa, traci on mieszkanie. Jednak na horyzoncie pojawia się możliwość poprawy sytuacji – rozmowa kwalifikacyjna, szkolenie… czy się uda?
Erin Brockovich (Julia Roberts) jest samotną matką trójki dzieci, dwukrotnie rozwiedziona i bezrobotna. Mało tego ulega niegroźnemu wypadkowi i zamierza posądzić jego sprawcę. Niestety sprawę przegrywa i wyładowuje swoją frustrację na swoim adwokacie, Edzie Masry (Albert Finney). Nie mija dużo czasu, gdy Erin wraca do biura Eda i prosi go o pracę. Ed pod wpływem Erin zgadza się i przyjmuje kobietę na okres próbny. Niedługo po tym Brockovich przygląda się jednej ze spraw i wpada na trop ogromnej afery. Erin i Ed wkrótce pomogą setkom ludzi i staną się jedną z najbardziej znanych firm adwokackich, a Erin w końcu zapewni dostatni byt dla swoich dzieci.

