Planeta 51 (2009)

Oryginalny tytuł: Planet 51 | Reżyseria: Jorge Blanco „No patrzcie, patrzcie – oni też mają antenki!”

Planeta 51 Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.

Bardzo ciekawe podejście do najazdu obcych, gdzie to ludzie są tymi złymi. W ogóle bajka ta zawiera mnóstwo przeróżnych odniesień do znanych obrazów – jak chociażby piesek głównego bohatera, który przypomina Obcego z filmu „Obcy - ósmy pasażer "Nostromo"”. Oglądanie i wyłapywanie tych smaczków jest bardzo ciekawym zajęciem, bo sama historia jest prosta, ale bardzo miła i znośna. Po prostu kolejna, odprężająca bajka dla całej rodziny. Podobała mi się dużo bardziej niż przereklamowane „Potwory kontra Obcy”, które również chciały pomiędzy wierszami nawiązać do znanych filmów, jednak tutaj wyszło to fajniej i bardziej subtelnie. Warto też zaznaczyć, że scenariusz napisał ten sam człowiek,Piesek który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.

Podsumowując tę krótką recenzję, szukając ciekawej bajki dla dzieci (czy dla siebie), warto sięgnąć po „Planetę 51” niż chociażby po wspomniane „Potwory kontra Obcy”.

Moja ocena: 6/10

Alvin i wiewiórki 2 (2009)

Oryginalny tytuł: Alvin and the Chipmunks: The Squeakquel | Reżyseria: Betty Thomas Klątwa drugiej części

Alvin i wiewiórki 2Alvin i wiewiórki” miało być jednorazową przygodą. Jednak zarobiło kupę kasy, tak, więc powstała część druga. I jej poziom jest dokładnie taki, jak drugie części innych filmów powstających tylko i wyłącznie dla pieniędzy – źle.

W „Alvin i wiewiórki 2” poznajemy trzy siostry-wiewiórki, Britanny, Jeanette i Eleonorę. Ian (David Cross), któremu nie udało się zarobić pieniędzy na Alvinie i jego braciach, bierze pod skrzydła dziewczęta i tak powstaje konkurencja dla Chipmunków – The Chipettes. Dodatkowo Alvin, Teodor i Szymon muszą sobie radzić sami, bo Dave (Jason Lee) po nieszczęśliwym wypadku trafia do szpitala, a braćmi opiekuje się niezdarny Toby (Zachary Levi).

Reżyserka tej kontynuacji, Betty Thomas, ma na swoim koncie takie filmy jak „Dr Dolittle” z Eddie’m Murphy czy „28 dni” z Sandrą Bullock. Zrobiła też całkiem udaną komedię „John Tucker musi odejść”. W związku z tym nie wiem, co poszło nie tak, ale ten film tej pani się nie udał. Jest nieznośny, ciężko dotrwać do końca i nie ma w sobie nic, co cieszyło w poprzedniej części. Bzdetny scenariusz, jakby pisany na kolanie na szybko tylko po to, aby zrobić kolejny obraz a ludzie nie zapomnieli o Alvinie i jego braciach.

The Chipettes

A przecież, gdyby odczekać ze dwa lata, popracować nad scenariuszem i zrobić naprawdę dobry film, to na pewno zrobiłby sporo, a może nawet więcej, bo im dłużej się na coś czeka, tym bardziej się tego chce. Ale to jest Hollywood. Tutaj wszystko trzeba szybko, na skróty i ważne, aby zarobiło. To straszne i przerażające. „Alvin i wiewiórki 2” to film zły. Myślę, że nawet dzieciom może się nudzić, już nie mówiąc o starszych, którzy absolutnie nic ciekawego tutaj nie znajdą. Powinien leżeć nisko na jakiejś półce, pomiędzy „Załogą G” a „Sezonem na misia 2”. Odradzam.

Moja ocena: 2/10

Odlot (2009)

Oryginalny tytuł: UP | Reżyseria: Pete Docter, Bob Peterson Słowa to za mało

Odlot / UPJakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.

Już sam bohater filmu jest bardzo nietypowy. Oto podstarzały, samotny dziadek, Carl Fredricksen na starość wybiera się w podróż marzeń. Domek w samym centrum wielkiego miasta nagle wznosi się ku górze, a pomaga mu w tym mnóstwo małych baloników. Przypadkiem jednak na „pokładzie” znalazł się młody skaut Russell. Razem dotrą do dżungli, gdzie czeka ich mnóstwo niesamowitych przygód.

Najodpowiedniejsze w tym momencie byłoby napisanie zdania: musicie to obejrzeć, i zakończenie tej recenzji. Bo moje słowa i tak nie oddadzą całej magii „Odlotu”. Już przy „Wall-E’im” brakło mi słów, teraz jest podobnie. Dzieło Pixara urzeka pod każdym względem. Przede wszystkim przepiękna animacja, która współgra z fabułą – mam tu na myśli fakt, że gdy oglądaliśmy życie Carla po śmierci żony, wszystko było szare, wyblakłe, dopiero po wyruszeniu w podróż nabrało kolorów. Pod koniec również na moment jest zauważalny ten trend, ale nie będę zdradzał, z jakiego powodu.

Odlot” porusza mnóstwo tematów, które wydawałoby się nie są odpowiednie dla bajek. Bo i śmierć żony, i kłopot z posiadaniem dziecka. Starość, konflikt pokoleń, zmierzenie się dorosłości z dzieciństwem – w tym archetyp bohatera z dzieciństwa. Ale co ważne, nie jest to jakoś mocno zaznaczone tak, aby przytłaczało czy było głównym motywem. To tylko tło, jednak zauważalne. Najważniejsza jest tutaj przygoda bohaterów oraz przyjaźń. Twórcom udało się w idealny sposób połączyć świetny i wciągający film z przesłaniem i morałem. Często zdarza się, że gdy dobiegamy do końca jakiejś produkcji filmowej, sam morał albo nas śmieszny albo w ogóle jest niezauważalny. Nic takiego nie zdarzyło się w „Odlocie”. Tu wszystko jest na miejscu i tak jak powinno być.

I po raz kolejny Pixar stworzył najlepszą animację roku. Tym razem jednak inaczej. „Odlotowi” po piętach deptał „Fantastyczny Pan Lis” oraz „Koralina”. Tego pierwszego nie widziałem, a ta druga świetna, choć słabsza od opisywanego tu filmu. I na koniec, to, co miałem napisać wcześniej: musicie to obejrzeć!

Moja ocena: 9/10

Załoga G (2009)

Oryginalny tytuł: G-Force | Reżyseria: Hoyt Yeatman Dlaczego świnki morskie nazywają się morskie?

Załoga G / G-Force Ileż to już mieliśmy uosabiania zwierząt… Praktycznie prawie każde już rozmawiało, ratowało świat lub próbowało nas rozbawić (niektórym się udało, przeważnie tym od Pixara). Teraz przyszedł czas na świnki morskie. Będą ratować świat.

Oto owe świnki – Darwin, Blaster i Juarez – oraz dodatkowo kret Speckles i mucha Mooch pracują w agencji szpiegowskiej, a szkolone są przez Bena (Zach Galifianakis). Jedna z misji polegała na wykradnięciu tajnych informacji z komputera twórcy sprzętów gospodarstwa domowego (Bill Nighy), jednak niestety nie powiodła się. W związku z tym grupa szpiegowskich zwierzątek zostaje rozwiązana, a świnki trafiają do sklepu zoologicznego. Tam Darwin spotyka swojego brata o istnieniu, którego nie miał pojęcia. Wkrótce jednak świnki będą musiały uciec ze sklepu i uratować świat przez zmutowanymi sprzętami AGD i RTV.

Ot, kolejny durny film w trzecim wymiarze. Ani trochę mi się nie podobało. No może prócz przesympatycznych i maksymalnie głupich (przez co tak śmiesznych…) myszek. Bohaterowie byli nijacy, humor wymuszony… Właściwie to jest to zdecydowanie film dla najmłodszych, a starsi nie znajdą tutaj nic, co mogłoby ich zachwycić lub rozbawić. Teraz to już tego filmu nie grają w kinach, dlatego dobrym pomysłem jest zakup DVD, włączenie owej bajeczki dzieciom i mamy ich z głowy na jakiś czas. Myślę, że nie będą się nudzić, ponieważ świnki są takie słodki i w ogóle, że z uśmiechem na twarzy wchłoną wszystko, co im reżyser serwował.

Starsi jednak niech zdecydowanie sobie ten film odpuszczą. Lepiej sięgnąć ponownie po któryś z obrazów Pixara, bądź cierpliwie poczekać na nowy. W lipcu 2010 „Toy Story 3”.

Moja ocena: 2-/10 (za myszy)

Potwory kontra Obcy (2009)

Oryginalny tytuł: Monsters vs. Aliens | Reżyseria: Conrad Vernon, Rob Letterman Glut i nic więcej

Potwory kontra obcyTakiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.

3DPotwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.

Zupełnie inaczej by było, gdyby oceniać wytwór Dreamworksu pod kątem najmłodszych widzów – wtedy tak, jest to idealna historia, która na pewno zabawi dzieci, wciągnie i po seansie długo jeszcze będą skakać i mówić jak im się podobało. Sam byłem świadkiem, jak czekałem pod kinem na film – wyszło dziecko i skakało z radości i krzyczało „a on był taki niebieski i miał jedno oko, łał!”. Jednak wszystkie filmy i bajki na Filmlogu oceniam pod własnym kątem, a nie czyimś, to też ocena będzie niska.

Dodatkowo, aby jednak aż tak bardzo nie zanudzić opiekunów, którzy przyszli z dziećmi oraz jeszcze bardziej rozentuzjazmować maluchy bajkę zaopatrzono w efekt 3D. Już mnie denerwuje ten cały szał na robienie filmów w trójwymiarze. Oczy mnie bolą, okulary są niewygodne a w każdym filmie samego trójwymiaru tyle, co kot napłakał. Podobnie było i tu. A, i jeszcze bilety droższe.

Podsumowując, „Potwory kontra Obcy” narobiły mi smaka i miałem nadzieję na dobrą bajkę, oczywiście nie tak jak każda od Pixara, ale myślałem, że będzie, chociaż w odrobinie tak dobra jak te od twórców „Wall.E’ego”. Nic bardziej mylnego – nudna, wtórna i płytka.

Moja ocena: 3/10

Koralina i tajemnicze drzwi (2009)

Oryginalny tytuł: Coraline | Reżyseria: Henry Selick

Koralina Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?

Ceniona opowieść Neila Gaimana, animacja poklatkowa plus jako smaczek wszystko w technice 3D. „Koralina i tajemnicze drzwi” to niesamowita bajka, która obroniłaby się nawet, gdyby została zrobiona w zwykłej technice – czy to animacji klasycznej, animacji CGI i nawet bez efektu 3D. Bajka ta pokazuje nam świetną opowieść, która wciąga i urzeka od samego początku. Koralina jest sympatyczna, a widz kibicuje jej z zapartym tchem od samego początku.

3D Wyreżyserowana przez Henry’ego Selicka (twórca „Miasteczka Halloween”) bajka, to mimo wszystko obraz dla całej rodziny. Co prawda skłaniałbym się ku temu, aby odrobinę przerobić to dziełko i ukierunkować je tylko dla starszych widzów, jednak taka wersja, jaką dostaliśmy śmiało nadaje się do obejrzenia dla wszystkich. Bo mamy tu zarówno elementy grozy, elementy komedii, trochę umoralniania, ale w ogólnym rozrachunku jest to doskonała rozrywka, w której i młodszy i starszy znajdzie coś dla siebie. „Koralina...” dopracowana jest pod każdym względem. Wspomniana przeze mnie wyżej Coraline / Koralina i tajemnicze drzwi animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.

Nie czytałem powieści Gaimana, jednak spoglądając na recenzje różnych ludzi słyszę pozytywne opinie odnośnie dobrego przeniesienia klimatu z książki na film. Patrząc na ten film oraz wcześniejszą ekranizację książki autora – „Gwiezdny Pył” – stwierdzam, że musi to być całkiem ciekawa twórczość, skoro filmy na ich postawie są tak świetne. Czytanie książek idzie mi dosyć opornie, jednak obok „Pokuty” oraz „Drogi do szczęścia”, mam też ochotę na przeczytanie właśnie „Koraliny...”. Cóż, może wkrótce, może niedługo.

Podsumowując, obraz Selicka to film naprawdę udany, godny obejrzenia i jak najbardziej polecam go wszystkim. Wciągający scenariusz i świetna oprawa wizualna, a dodatkowo mistyczna muzyka. Do wypożyczalni!

Moja ocena: 9/10

Piorun (2008)

Piorun / Bolt W 2008 roku animacji pojawiło się kilkanaście, jednak te dobre można było policzyć na palcach jednej ręki - ponadczasowy "Wall-E" oraz dobra "Kung Fu Panda". Był też znośny "Madagaskar 2". W listopadzie 2008 pojawił się "Piorun" i muszę przyznać, że pokonał "Kung Fu Pandę" jednym szczeknięciem!

Piorun (Bolt) występuje w serialu o psie, który ma supermoce. Zwierzak zawzięcie wierzy, ze wszystko, co widzi na planie produkcji jest prawdą. Dbają o to producenci jak i właścicielka Pioruna, Penny. Kiedy w jednym z odcinków Penney zostaje porwana, a producenci postanawiają zakończyć ten epizod wielkim cliffhangerem, Piorun myśli, że jego ukochana pani naprawdę została porwana. Sprytny psiak ucieka z przyczepy campingowej, w której mieszka i rusza na ratunek dziewczynce. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że to już prawdziwy świat, a jego moce były tylko dobrze zrobionymi efektami specjalnymi.

Puk, puk. Kto tam? Pani Przeznaczenie. Niech Pani wejdzie i się rozgości. (Atylla do siebie) Rewelacja! Co prawda występuje tutaj podobnym problem, co w "Madagaskarze 2", tzn. denerwujący główny bohater oraz zachwycające postacie drugoplanowe (a może pierwszo?). Piorun przedstawiony jest, jako typowy pies - głupi i szaleńczo zakochany w swojej właścicielce. Mnie natomiast niesamowicie olśniła kotka Marlenka oraz chomik Atylla. Wszelakie teksty, jakie wygłasza Marlenka to perełki same w sobie. To właśnie dzięki niej ta bajka była tak niesamowicie udana i zabawna. Również chomik stara się jej dorównać - fanatycznie zapatrzony w Pioruna próbuje naśladować, a jednocześnie zaimponować swojemu idolowi.

Piorun / Bolt

Przechyl głowę. Teraz w górę... w dół. Pochyl lewe ucho... nie, to drugie lewe. Teraz oba... a teraz spójrz do góry... Skaml! (Marlenka do Pioruna) Osobnym akapitem potraktuję gołębie. Każda animacja (każda dobra animacja…) posiada taką czy takie postacie dalszoplanowe, które pojawiają się na naprawdę krótki czas, ale są tak dopieszczone i dokładnie zrobione, że kradną dla siebie cały poklask i glamour. Wystarczy tylko przypomną Wiewióra z "Epoki lodowcowej 2" (w pierwszej części pozostali bohaterowie dotrzymywali mu taktu) pingwiny z "Madagaskaru". W "Piorunie" obok Marlenki i chomika dużą uwagę przykuły właśnie 3 gołębie, które bohater spotyka w pewnym momencie. W polskim dubbing przemówiły one głosami Krzysztofa Kowalewskiego, Jerzego Kryszaka oraz Roberta Górskiego (Kabaret Moralnego Niepokoju). Każdy wypowiedziany przez nich tekst bawił do rozpuku.

Piorun / Bolt

- Część ciała na "Ł" / - Łoko! (odgłos telewizora) W moim prywatnym rankingu animacji, "Piorun" plasuje się dosyć wysoko, natomiast w roku 2008 jest na miejscu drugim - po "Wall-E'em". Barwna, kolorowa bajka zachwyca od pierwszych minut. I co ważne - nie tylko dzieci, ale także dorosłych. Zabawa gwarantowana, a efekt uwydatnił fakt, że animacja była pokazywana w 3D. Szczerze żałuję, że nie wybrałem się do kina. A Wam polecam, bo zabawa gwarantowana!

Moja ocena: 9-/10

PS: W ogóle nie zauważyłem poprzednio - ta recenzja ma numer 401. :D

Madagaskar 2 (2008)

Madagascar 2: Escape from Africa / Madagaskar 2Bohaterowie, których poznaliśmy w części pierwszej lew Alex, hipopotamica Gloria, zebra Marty oraz żyrafa Melman wciąż są na Madagaskarze. Na ich (nie)szczęście pingwiny (również znane z poprzedniej części) zbudowały coś, co przypomina samolot. Ale ważne, że lata. Zwierzęta oraz kilku dodatkowych pasażerów chce tym czymś dotrzeć do Nowego Jorku. Niestety, nie wszystko idzie po ich myśli i rozbijają się gdzieś w Afryce w dzikiej dżungli. I co teraz?

Średnio mi się podobało. Głownie z jednej, prostej przyczyny – fakt, że bohaterowie drugoplanowi są dużo ciekawsi i zabawniejsi niż główne postacie. Alex mnie irytował, potyczki zakochanej żyrafy w hipopotamicy nudne, jedynie zebra Marty i jego spotkanie ze swoimi rodakami było znośnie zabawne. Zupełnie inaczej ma się sprawa z wspomnianymi postaciami drugoplanowymi: pingwiny to klasa w sama w sobie (powstał o nich serial!), Król Julian to najśmieszniejsza postać tego filmu, a waleczna babcia jest zaraz za Julianem na liście jasnych punktów „Madagaskaru 2”.

Po seansie miałem mieszane uczucia. Bawiłem się dobrze, ale tylko przez jakieś 50% filmu (oczywiście dodając poszczególne sceny wyszłoby właśnie te 50%) – zupełnie nie przypadł mi do gustu wątek rodziców Alexa (a przecież to była główna oś tego sequela…). Zakończenie również mnie nie zadowoliło.

Madagascar 2: Escape from Africa / Madagaskar 2

Kończąc, „Madagaskar 2” nie zachwyca już tak samo jak jego poprzednik, a jedynymi pozytywami były postacie drugoplanowe, co chyba nie powinno mieć miejsca. Czy warto poświęcić swój cenny czas dla tych kilku wątków, skoro główna historia jest nudna? Myślę, że tak chociażby, aby samemu się przekonać czy jest gorzej – czy lepiej, niż w animacji z roku 2005.

Moja ocena: 5/10

Wesołych, spokojnych i sytych Świąt!

Sezon na misia 2 (2008)

Open Season 2 / Sezon na misia 2Pierwszy „Sezon na misia” nie był rewelacyjny. Po co więc powstał drugi?

Głównym bohaterem tej bajki jest jamnik Kabanos, który uciekł od ludzi. Podczas spaceru zostaje odnaleziony przez swoją wcześniejszą właścicielkę. Niedźwiedź Boguś, renifer Eliot oraz reszta zwierząt z pierwszego filmu wyruszają na pomoc Kabanosowi, gdyż myślą, że został porwany. Tymczasem piękna Gazela nie jest do końca zadowolona z tego pomysłu, ponieważ właśnie miała wyjść za mąż za Eliota.

Jak już wcześniej napisałem, „Sezon na misia” z roku 2006 sukcesem nie był – ani kasowym, ani artystycznym. Nie spodobał się również i mi. Sequel poniósł jeszcze większą porażkę, i słusznie, gdyż słaba i daremna bajka to jest.

Bohaterowie nie wzbudzali sympatii, nie bawili a całość była zbyt nudna dla starszego widza. Wręcz przeciwnie może być z młodszymi kinomaniakami. Jest to wręcz idealna, wzorowa i nienaganna bajka dla dzieci. Kolorowa, wesoła i ze szczęśliwym zakończeniem. Nawet polski dubbing jest normalny i nie został nafaszerowany niepotrzebnymi żarcikami, których dzieci by nie zrozumiały. Zważywszy na te dwie kwestie racja jest jedna – do kina nie, na DVD tak. Rodzice mogą kupić swoim pociechom „Sezon na misia 2”, włączyć w odtwarzaczu DVD czy komputerze a w tym czasie zająć się czymś innym. Dlaczego nie kino? Ano, bo wtedy rodzice też musieliby obejrzeć tę bajkę, a to już nie byłoby tak miłe.

Podsumowując, ja się wynudziłem. Żałuję seansu. Czasem naprawdę powinny być oznaczenia „Tylko dla dzieci”, skoro już mamy oznaczenia typu „Tylko dla dorosłych” czy „Za zgodą rodziców”. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że nikt z twórców części pierwszej nie wziął udziału przy produkcji części drugiej, a w Stanach Zjednoczonych „Sezon na misia 2” nie pojawił się w kinach tylko trafił prosto na rynek DVD. W Polsce powinno być tak samo…

Moja ocena: 2/10

Małpy w kosmosie (2008)

Space chimps / Małpy w kosmosieMałpy w kosmosie” to kolejna animacja, tym razem reklamowana, jako ‘film twórców „Shreka”’, co jest niesamowitą ściemą, bo ze „Shrekiem” ma to tyle wspólnego, co „Mroczny Rycerz” z „Mamma Mią!”. Ale przejdźmy do samej bajki.

Jej bohaterem jest cyrkowa małpa o imieniu Ham III. Jego przodek, Ham I był słynną małpą, która została wysłana w kosmos. Teraz taka sama okazja nadarzy się naszemu bohaterowi, wraz z innymi małpami – Tytanem i Luną odbędzie szkolenie, a następnie poleci w kosmos w celu znalezienia innych żywych istot. Człekokształtni trafią na planetę Malgor, a tam czeka ich wiele przygód i niespodzianek…

Wiele po tej bajce nie oczekiwałem, a i tak się zawiodłem. Jest to sztandarowy przykład tego, że polski dubbing raz może pomóc, a innym razem bardzo zaszkodzić. Jego polski reżyser, Dariusz Dunowski, postanowił wcisnąć w dialogi wszystkie powiedzonka i teksty, które w obecnych czasach dominują w polskich społeczności. I wszystko byłoby ok., gdyby nie fakt, że jest to bajka i prawdopodobnie większość widowni stanowią dzieci, a te na pewno nie będą wiedziały, czym są „wykształciuchy” i jak powstała „małpa w czerwonym”. Dunowski chciał zrobić sprytne połączenie bajki zarówno dorosłych jak i ich pociech. Niestety, wyszło to bardzo kulowo i nijako. Nie powiem, ze nie zaśmiałem się, choć raz, jednak więcej razy odczuwałem zażenowanie, nudę i fakt, że to, co usłyszałem, nie zostanie zrozumiane przez wszystkich.

Tak to już jest, że po premierze „Shreka” polscy dubbingowcy próbują znaleźć złoty środek między animacją dla widza dorosłego i małoletniego. Coraz udaje im się go znaleźć, ale coraz częściej zostaje przekroczona granica smaku i wyrachowania… Coraz częściej bajki zaczynają błądzić i w końcu nie trafiają do żadnego widza, bo jak mówię – przez dzieci nie zostaną zrozumiane, a dorośli będą zniesmaczeni i znudzeni. Ten los podzieliły „Małpy w kosmosie”, które dla mnie były ciężkostrawnym wywodem na temat tego, że sami w kosmosie nie jesteśmy. Najlepszy był mały kilowat i jego „łooooooooooooooooo”. I nic poza tym, nie warto oglądać.

Moja ocena 2/10