Ekranizacji, wariacji i różnych podejść do dramatu Williama Szekspira „Romeo i Julia” było już mnóstwo. Nie szkodzi. Będzie jeszcze jedno – bajkowe, kolorowe, frywolne. Ale czy udane?
Bohaterami tej bajki są Gnomeo i Julia, którzy żyją w dwóch różnych ogrodach – niebieskim i czerwonym. Oczywiście się nienawidzą, a to pewnie, dlatego że właściciele tychże ogrodów również nie pałają do siebie miłością. Historia jest raczej dla wszystkich (starszych) znana, dzieci będą się świetnie bawić, to w końcu raczej dla nich jeszcze nowość.
Wszystko jest bardzo kolorowe, są tam pokraczne żarciki, językowe niuanse itp. Trochę boli dubbing – widać, że mały to nasz kraj i kończą się nam znane nazwiska, które mogą dubbingować w bajkach. Chodzi mi tu głównie o Cezarego Pazurę, który stworzył przaśny dubbing sepleniącego flaminga. Wszystko by było dobrze, gdyby nie fakt, że brzmiał dokładnie tak samo jak Sid z „Epoki Lodowcowej”. I już w końcu momentami nie wiedziałem, czy oglądam którąś tam część Epoki czy coś innego.
Jest tutaj mnóstwo oklepanych już motywów z powtarzanym do bólu bullet-time’em z „Matriksa”. Żarty nie są interesujące. Niestety, ale dorośli, którzy dotrą na tę bajkę ze swoimi pociechami (bądź rodzeństwem, małymi znajomymi) zanudzą się. Tak jak ja – jedyny motyw, który mi się podobał, to, gdy główny bohater dociera pod pomnik Williama Szekspira – drobne zagranie konwencją oraz wyjaśnienie, dlaczego będzie happy end, skoro go być nie powinno. I tyle. Słabiutka bajeczka, zdecydowanie tylko dla najmłodszych.

Do kina polskiego ma uraz. Po obejrzeniu kilku bzdurnych komedii romantycznych oraz ciągłym męczeniu zapowiedziami kolejnych po prostu odpuściłem sobie wszystko, co polskie. Ostatnimi czasy nadeszły zmiany. Obejrzałem „Jak się pozbyć cellulitu” oraz recenzowaną tutaj „Salę samobójców”. O dziwo, obydwa mi się podobały.
Filmów i bajek o kosmitach było sporo. „Planeta 51” to odwrócenie wszystkiego tego, co dobrze znamy i niejednokrotnie widzieliśmy. Bo oto mamy Planetę 51, gdzie żyją zielone ludziki. Mają swoje domy, rodziny, prace. W tym idealnym świecie ląduje statek kosmiczny z USA, z którego wychodzić człowiek. I to on traktowany jest jak ufoludek i obcy.
który maczał palce we wszystkich trzech skryptach do filmów o Shreku – tak, więc tym razem formułka „Film twórców Shreka!”, którą straszą plakaty nie są bezpodstawne.
„
Jakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.
Ileż to już mieliśmy uosabiania zwierząt… Praktycznie prawie każde już rozmawiało, ratowało świat lub próbowało nas rozbawić (niektórym się udało, przeważnie tym od Pixara). Teraz przyszedł czas na świnki morskie. Będą ratować świat.
Takiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.
„Potwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.
Koralina wraz z rodzicami przeprowadza się do olbrzymiego, osamotnionego domu. Mieszkają w nim dwie emerytowane tancerki, a także dziwny artysta – ponoć pijak. Koralina jest znudzona, chce porozmawiać z rodzicami, chce, aby poświęcili oni dla niej choć odrobinę czasu. Nic z tego, tata dziewczynki każe jej policzyć wszystkie drzwi w domu. Podczas tego zajęcia bohaterka znajduje tajemnicze drzwi, które prowadzą do zagadkowego świata, gdzie wszystkie jest inne, lepsze. Mieszka tam druga mama i drugi tata Koraliny, którzy mają dla niej czas. I tylko dla niej. Czy aby na pewno wszystko jest w porządku?
animacja poklatkowa robi piorunujące wrażenie. Warto czasem zobaczyć coś takiego, a nie tylko idealnie wykreowane przez komputer animacje Pixara czy Dreamworksu. Bardzo podobał mi się klimat i mrok opowieści. Cały coś się działo, nie było czasu na nudę czy wyjście do toalety.
W 2008 roku animacji pojawiło się kilkanaście, jednak te dobre można było policzyć na palcach jednej ręki - ponadczasowy "

Bohaterowie, których poznaliśmy w części pierwszej lew Alex, hipopotamica Gloria, zebra Marty oraz żyrafa Melman wciąż są na Madagaskarze. Na ich (nie)szczęście pingwiny (również znane z poprzedniej części) zbudowały coś, co przypomina samolot. Ale ważne, że lata. Zwierzęta oraz kilku dodatkowych pasażerów chce tym czymś dotrzeć do Nowego Jorku. Niestety, nie wszystko idzie po ich myśli i rozbijają się gdzieś w Afryce w dzikiej dżungli. I co teraz?
