Seria o ludziach z dodatkowym genem X, czyli X-menach jest jedną z moich ulubionych w całym uniwersum komiksowym. Jej rozległość, zawiłość i mnogość postaci przebija wszelakie Super-many, Spider-many i tym podobne. I chociaż filmy nie są wybitne (póki, co, najlepszy film komiksowy to „Mroczny rycerz”) to ja je uwielbiam. Trylogia Briana Singera była w miarę równa (chociaż poziom wyraźnie spadł w „Ostatnim Bastionie”), natomiast spin-off „Wolverine” to kompletna porażka. A teraz przyszedł czas na prequel „Pierwsza klasa” w reżyserii Matthew Vaughna, twórcy „Kick-Assa” i „Gwiezdnego pyłu”.
„Pierwsza klasa” opowiada o początkach dwóch głównych bohaterów – Charlesa Xaviera (James McAvoy) (później Profesor X) oraz Erika Lensherra (Michael Fassbender) (później Magneto). Początkowo przyjaciele, później wrogowie. Poznajemy ich losy, które doprowadziły do zniszczenia przyjaźni i opowiedzenia się po dwóch, przeciwnych stronach. Poznajemy również pierwszą generację uczniów Xaviera oraz pierwszych sprzymierzeńców Magneto.
Film Vaughna to nowa świeżość w ekranizowaniu komiksów. Widać inspirację Nolanem, bo podobnie jak w „Mrocznym Rycerzu”, tak tutaj, całość jest bardziej ludzka, rzeczywista niż komiksowa, przerysowana. Reżyser skoncentrował się na dokładnym pokazaniu psychiki bohaterów oraz ich historii niż na efektach specjalnych, pościgach i akcji. To obraz sensacyjny niż fantastyczny. Oczywiście nie znaczy to, że w ogóle zrezygnowano z efektów specjalnych czy z pokazywania mocy X-menów. Nie, nie, to nadal jest, ale pokazane w tak inteligentny i sprytny sposób, że nie razi a zachwyca. Efekty specjalne są tylko tam, gdzie rzeczywiście są potrzebne. Dla reżysera najważniejsza jest historia.
Zdecydowanie najlepszą rolę aktorską w tym filmie stworzył Michael Fassbender w roli Magneto. Rzeczywiście miał dużo do pokazania, bo Magneto to bardzo skomplikowana postać. Nie mniej jednak myślałem, że równie dobrze partnerować będzie mu James McAvoy. Zagrał dobrze, poprawnie, ale Fassbender skradł całe show. Osobiście miło się patrzyło również Rose Byrne pojawiającą się tutaj na drugim planie, jako agentka MacTaggert. Znam ją z genialnego serialu „Damages” i od tamtej pory pokochałem ją bezgranicznie. Ogólnie cała obsada spisała się bardzo dobrze.
Podsumowując, dzieją się dobre rzeczy. Wybrane ekranizacje komiksów nie są już miałkie, nijakie i dziecinne – powstaje kilka naprawdę dobrych, konkretnych i sensownych adaptacji, które ogląda się z przyjemnością. Taki właśnie jest „X-Men: Pierwsza klasa”. Teraz swoje nadzieje pokładam w ekranizacji „Kapitana Ameryki” (sierpień 2011) oraz finale trylogii Batmana w reżyserii Christophera Nolana, czyli „The Dark Knight Rises” (Lipiec 2012).

Co roku musi powstać przynajmniej jeden film, w którym Amerykanie będą masowo niszczyć swoje miasta. Problem jest zawsze taki, że dobro wygrywa, miasta zostają zniszczone, ale zawsze ktoś przeżyje, odbudują się i takie tam. Jeszcze chyba nie było filmu, w którym by zniszczyli wszystko do końca, ładnie to pokazali i koniec filmu. Oto „Inwazja: Bitwa o Los Angeles”, ostrzejsze podejście do tematu.
Przy okazji recenzji „
W czasie, kiedy wszystko jest remake’owane, sequel’owane, reebotowane czy ostatnio przerabiane na 3D trudno jest znaleźć film, który jest jedynym z powyższych, zachowuje poziom i ogląda się go miło. „

„Transformers 2: Zemsta Upadłych” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku – również przeze mnie. Wielki hit z 2007 roku, „

Gdy słyszę stwierdzenie „czwarta część filmu” mam złe skojarzenia. Wtórność, nijakość, schematy, odcinanie kuponów… Mało jest filmów, których czwarte części były dobre. O dziwo, śmiało mogę do nich zaliczyć „Szybko i wściekle” – film dobre, aczkolwiek bez rewelacji.
Takiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.
„Potwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.
Oglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „
Na „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.
Duch Miasta, a dawniej Denny Colt (Gabriel Macht) przeżył własną śmierć i teraz pod osłoną nocy strzeże Central City. Złoczyńców jest wielu, jednak największe problemy sprawia Octopus (Samuel L. Jackson). Na drodze Ducha i Octopusa staje piękna Sand Saref (Eva Mendes), która przypadkiem kradnie to, co chciał Octopus. Natomiast jego wspólniczka, Silken Floss (Scarlett Johansson) zabiera to, na czym zależało Sand. W dodatku Duch odkrywa, że Sand Saref, to jego miłość z dzieciństwa. Octopus chce polubownie dojść do porozumienia z Sand, jednak wszystko może popsuć Duch, który chce schwytać złoczyńcę i pomóc ukochanej, która… jego pomocy wcale nie potrzebuje.
