W czasie, kiedy wszystko jest remake’owane, sequel’owane, reebotowane czy ostatnio przerabiane na 3D trudno jest znaleźć film, który jest jedynym z powyższych, zachowuje poziom i ogląda się go miło. „Transformers 2” strasznie mnie zawiódł, „Oszukać przeznaczenie 4” znużyło, „Harry Potter VI” podobał się, jednak jest to ‘ale’. Przyszedł też czas, aby twórcy sięgnęli po sagę Star Trek – olbrzymi – można już nawet powiedzieć- kult, który liczy 10 filmów kinowych (z tym 11), kilkaset odcinków seriali, książki, komiksy… I chyba wstyd jest się przyznać, że nic z tego, o czym mówię nie widziałem. Na „Star Treka” z 2009 wybrałem się, bo stworzył go J. J. Abrams, pan, który ma na koncie serial „Zagubieni” czy film „Projekt: Monster”. Tak więc, jest to recenzja zupełnego laika w świecie Star Treka.
Akcja filmu rozgrywa się przed wszystkimi wydarzeniami, które poznaliśmy w 10 filmach kinowych i kilku seriach seriali. Poznajemy młodego Jamesa Kirka (Chris Pine), który zaciąga się na statek kosmiczny U. S. S. Enterprise. Tam na pokładzie jest już Spock (Zachary Quinto), pół-Wolkanin, pół-człowiek, który został wychowany bez emocji, a także inni, młodzi, rządni przygód ludzie. Ich zadaniem będzie pokonanie złego Nero (Eric Bana). Historia jest mocno pogmatwana, a filmie mamy podróże w czasie, alternatywne wersje zdarzeń czy widowiskowe pościgi międzyplanetarne.

Mój opis jedenastego „Star Treka” jest trochę koślawy, jednak w tym filmie dzieje się tak dużo, że nie sposób tego skrócić kilka zdań. Mocno zaskoczył mnie ten obraz sci-fi. Abrams przeszedł sam siebie, stworzył dziełko, jakiego pozazdrościć mogą mu najlepsi. Oglądając, czas leci bardzo szybko, historia wciąga, a po seansie czujemy satysfakcję. Świetne efekty specjalne, dobrze dobrana obsada, urokliwa muzyka, luz i lekkość filmu. Znów odniosę się do innego filmu widowiskowego z bieżącego roku – takie „Transformers 2”, mimo, że ma dużo więcej efektów, jest niesamowicie ciężkie i męczące w odbierze – nic takiego nie ma miejsca w „Star Treku”. Twórcy idealnie wyważyli ilość efektów, dialogów i akcji. Całość mija w oka mgnieniu.
Co prawda nie interesowałem się wcześniej sagą „Star Treka”, ale po obejrzeniu filmu Abramsa mam ochotę nadrobić zaległości i obejrzeć całą serię filmów kinowych. Czytałem, że z każdym filmem było coraz gorzej i mam niesamowitą chrapkę, aby samemu to ocenić. Również chciałbym się dowiedzieć i stwierdzić, czy jedenasty „Star Trek” mocno odbiega od poprzednich filmów i jak się to ma do osób (takich jak ja), które w ogóle nie miały do czynienia z tą sagą – dla mnie film był zrozumiały, wciągający i bardzo dobry – ciekaw jestem, jakby wyglądało moje zdanie, gdybym pozostałe 10 filmów widział przed seansem tegoż.

Na konto obrazu Abramsa spłynęło mnóstwo pieniędzy, to też kolejna część jest prawdopodobnie już tylko formalnością (chociaż, o dziwo, cisza na ten temat w mediach). Ja z przyjemnością obejrzałbym jeszcze z dwa tego filmy, o ile wyreżyseruje je J. J. Abrams i nie będzie przebierał w środkach, stworzy filmy dobre, godne kontynuacje i nie takie pustaki jak „Transformers 2” (ależ żem się przyczepił do tego filmu :F). Tak, więc, moim drodzy, jeśli jeszcze nie widzieliście nowego „Star Treka” to gorąco was zachęcam do jego obejrzenia.
„Transformers 2: Zemsta Upadłych” to jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku – również przeze mnie. Wielki hit z 2007 roku, „Transformers”, był świetną rozrywką, którą oglądało i chłonęło się z olbrzymią przyjemnością. Wszystko, co dobre, szybko się kończy, a „Transformers 2” mogłoby posłużyć za przykład w pracy licencjackiej na temat „Dowód, że nakręcenie dobrej drugiej części filmu to rzecz bardzo trudna”.
Nasz bohater, Sam Witwicky (Shia LeBeouf) wybiera się do college’u. Tam spotyka go wszystko to, co spotyka nastolatków – problemy ze współlokatorem, problemy z dziewczyną (którą o dziwo, wciąż jest Mikaela (Megan Fox)). Jednak Sam będzie miał też inny, większy kłopot i to już nie taki, z którym radzić sobie muszą normalni nastolatkowie. Wkrótce bohater znów stanie w samym środku wojny między Decepticonami i Autobotami. Na Ziemię powraca Starscream, a Megatron zostaje wykradziony i jakimś cudem wskrzeszony.

Podstawowym zarzutem do kolejnego filmu Michaela Baya jest fakt, iż wszystkiego było tam zdecydowanie za dużo. Pierwsza część chwaliła się udanym kompromisem pomiędzy wciskającymi w fotel efektami specjalnymi, a tzw. ‘przystankiem’ czy też ‘odpoczynkiem’ między jedną potyczką, a drugą. „Zemsta Upadłych” zatarła te granicę i poszła w kierunku efektów. W ten sposób mamy ponad dwie godziny wielkiej masakry – owszem, dopracowanej i robiącej wrażenie – ale mnie osobiście już pół godziny po rozpoczęciu seansu rozbolała głowa. Im dłużej to trwało, tym coraz bardziej stawało się męczące i nieznośne.
Kolejną wadą Transformersów był mało wysublimowany i momentami aż chamski i niesmaczny humor. Śmieszyło tylko na początku, im dalej w las, tym gorzej. Robot kopulujący z nogą bohaterki czy dwie kule zwisający między nogami Dewastatora nie są zabawne. A można by tak wymieniać i wymieniać. Oprócz tego jest tu jeszcze więcej głupot i nieścisłości niż w pierwszy filmie. To, w co tam daliśmy radę uwierzyć tutaj robi się po prostu żenująco śmieszne. Scenariusz praktycznie nie istnieje, a opiera się prawdopodobnie tylko na tekstach typu „teraz X rozwali Y”, „teraz będzie wybuch…”, „… kolejny wybuch…”, „…i jeszcze jeden.”.
Kolejnym zupełnie niepotrzebnym i zbędnym elementem tego filmu była Megan Fox. Aktorka – jeśli mogę ją tak nazwać – która niesamowicie mi gra na nerwach i której fenomenu nie rozumiem. Nigdy nie pojmę tego jak można nazwać ją ‘drugą Angeliną Jolie’ i tym podobne. W „Transformers 2” robiła tylko i wyłącznie za ozdobnik i jeśli jej to pasuje to pogratulować. Kolejne wypowiedzi, które czytam czy to na pudelku czy innych tego typu portalach tylko utwierdzają mnie w przekonaniu, że jest niesamowicie głupiutka i zrobiłaby wszystko, aby tylko się wybić.

Ktoś zapyta czy ten film ma jakieś plusy… Linkin Park stworzyli fajną piosenkę przewodnią „New Divide”. I naprawdę ja szukam i szukam jakichś plusów i sam nie wiem, co napisać. Ktoś inny zapyta w komentarzu, że skoro nie mogę znaleźć żadnych plusów, to, dlaczego taka, a nie inna ocena. Przede wszystkim – pierwszy raz w życiu – żałuję, że obejrzałem coś w kinie a nie na monitorze komputera/telewizora. Wtedy to na pewno byłoby mniej męczące i oglądało się spokojniej, bez bólu głowy. W takim przypadku, „Transformers 2” to takie niedzielne kino, obejrzeć raz, może dwa i zapomnieć. Nie entuzjazmować się i nie mówić o tym więcej. Pierwsza część pokazała, że można zrobić świetne kino akcji i nie przesadzić z efektami, jednak druga już temu nie podołała. Pani Michaelu Bay, w trzeciej części, która za pewne powstanie, proszę pamiętać, że głośniej, więcej i mocniej wcale nie znaczy lepiej. „Transformers 2 – Zemsta upadłych” (swoją drogą błędne tłumaczenie…) to jedno z największych rozczarowań roku 2009.
Gdy słyszę stwierdzenie „czwarta część filmu” mam złe skojarzenia. Wtórność, nijakość, schematy, odcinanie kuponów… Mało jest filmów, których czwarte części były dobre. O dziwo, śmiało mogę do nich zaliczyć „Szybko i wściekle” – film dobre, aczkolwiek bez rewelacji.
W czwartym filmie tej serii spotykają się bohaterowie zarówno pierwszej jak i drugiej części. Dominic (Vin Diesel) ukrywa się na Karaibach, jednak, gdy jego dziewczyna Letty (Michelle Rodriguez) ginie, bohater wraca do Los Angeles. Chce pomścić ukochaną i dowiedzieć, co właściwie się stało. Pomaga mu w tym Brian (Paul Walker) – oboje, chociaż nie pałają do siebie sympatią zjednoczą siły i spróbują dorwać importera kokainy, Antonio Braga (John Ortiz).
Po słabej trójce, seria wraca na właściwy tor. Za kamerą stanął Justin Lin, twórca „Tokyo Drift”. I to mnie zastanawia – co takiego się stało w główce tego pana, że potrafi zrobić tak złą trójkę i o wiele lepszą czwórkę? Czyżby aż tak dużo do powiedzenia miało zatrudnienie oryginalnej obsady?
„Szybko i wściekle” to świetny film akcji, szybkie samochody, piękne kobiety… czyli wszystko to, co posiadały poprzednie części. Ale to także dobra historia, krótka, ale wciągająca i udana aż do samego końca. Sam tytuł mówi wiele, bo rzeczywiście jest szybko i wściekle. Jeśli ktoś oglądał część trzecią bardzo się na niej zawiódł, powinien obejrzeć ten film, natomiast, jeśli ktoś nie widział jeszcze żadnego filmu z tej serii, niech pominie „Tokyo Drift” i potraktuje „Szybko i wściekle”, jako część trzecią – tyle w temacie.
Takiego ślubu na pewno nie chcielibyście mieć. Susan Murphy podczas najważniejszego dnia w swoim życiu zostaje trafiona przez meteoryt. Przeżywa, jednak zostaje powiększona do gigantycznych rozmiarów. Chwilę po tym pojawia się amerykańskie wojsko, a Susan zostaje uśpiona i przetransportowana do tajemniczej jednostki. Okazuje się, że rząd USA ma w swoich zakamarkach również inne dziwolągi np. niebieskiego gluta bez mózgu, olbrzymiego insekta czy karalucha o inteligencji człowieka. Wkrótce razem będą musieli stworzyć drużynę, która ochroni świat przed najazdem obcych.
„Potwory kontra Obcy” nie będzie bajką, która przerwie artystyczny tryumf Pixara nad Dreamworksem. Ba, nawet nie będzie najlepszą bajką tego studia. Jest jedna z wielu historii dla dzieci, przy której dorośli będą się nudzić. Bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka mogliby bawić i wzbudzać zaufanie są tutaj przedstawieni bardzo płasko i nijako. Bajka, mimo że krótka to i tak potrafi mieć momenty, przy których się nudzimy. Po wyjściu z kina pojawia się niedosyt i wrażenie, że już to gdzieś widzieliśmy.
Zupełnie inaczej by było, gdyby oceniać wytwór Dreamworksu pod kątem najmłodszych widzów – wtedy tak, jest to idealna historia, która na pewno zabawi dzieci, wciągnie i po seansie długo jeszcze będą skakać i mówić jak im się podobało. Sam byłem świadkiem, jak czekałem pod kinem na film – wyszło dziecko i skakało z radości i krzyczało „a on był taki niebieski i miał jedno oko, łał!”. Jednak wszystkie filmy i bajki na Filmlogu oceniam pod własnym kątem, a nie czyimś, to też ocena będzie niska.

Dodatkowo, aby jednak aż tak bardzo nie zanudzić opiekunów, którzy przyszli z dziećmi oraz jeszcze bardziej rozentuzjazmować maluchy bajkę zaopatrzono w efekt 3D. Już mnie denerwuje ten cały szał na robienie filmów w trójwymiarze. Oczy mnie bolą, okulary są niewygodne a w każdym filmie samego trójwymiaru tyle, co kot napłakał. Podobnie było i tu. A, i jeszcze bilety droższe.
Podsumowując, „Potwory kontra Obcy” narobiły mi smaka i miałem nadzieję na dobrą bajkę, oczywiście nie tak jak każda od Pixara, ale myślałem, że będzie, chociaż w odrobinie tak dobra jak te od twórców „Wall.E’ego”. Nic bardziej mylnego – nudna, wtórna i płytka.
Oglądając ten film cały czas miałem deja vu. Cały czas nasuwało mi się na usta stwierdzenie – ej! Ja już gdzieś to widziałem. No oczywiście, że widziałem. „Eagle Eye” to się nazywało i było bardzo dobrym filmem. „Echelon Conspiracy” czymś takim nie jest.
Bohaterem filmu jest Max (Shane West), który zajmuje się instalacją systemów alarmowych. Podczas wyjazdu do Bangkoku otrzymuje tajemniczą przesyłkę, w której jest supernowoczesny telefon. Jakby tego było mało ktoś przesyła mu informacje, w których napisane jest jak ma dalej postępować i co robić. A gdy Max się sprzeciwia, telefon ‘udowadnia’, że ma nad nim władzę…
„Echelon Conspiracy” to „Eagle Eye” dla ubogich, niewymagających. Nie ma w nim nic nowego, czego nie widzielibyśmy w „Eagle Eye”, a dodatkowo jest jeszcze głupszy, bardziej tępy i ogląda go się fatalnie. Co prawda Shane West (znany ze „Szkoły uczuć”) radzi sobie całkiem dobrze, to debilizm scenariusza psuje wszystko.
Są tu jakieś tam efekty, jakaś tam historia, ale wszystko to takie nijakie, płytkie i proste, że naprawdę nie chce się tego oglądać. Jakimś cudem dobrnąłem do końca (jak już zaczynam to staram się kończyć oglądanie filmu), ale chyba tylko po to, aby potem wyżyć się na tym czymś w recenzji.

Za reżyserię odpowiedzialny jest Greg Marcks, który stworzył świetną, czarną komedię „11:14”, ale to coś, co tu nazywa się scenariuszem Michael Nitsberg dla którego był to debiut oraz Kevin Elders, który również za bardzo wybitnych dzieł w swojej scenariuszowej karierze nie ma. Wszystko to złożyło się na ten jakże zły film, którego oglądać nie polecam, lepiej obejrzeć drugi raz „Eagle Eye”.
Co ciekawe, system Echelon, który pojawia się w filmie naprawdę istnieje. Jest to największa sieć Wywiadu Elektronicznego stworzona przez USA, Wielką Brytanię, Kanadę i Nową Zelandię, a zarządzany przez amerykańskie NSA – Echelon posiada urządzenia do podsłuchu wiadomości w kanałach telekomunikacji na całym świecie tak więc – jesteście podsłuchiwani! ;D
Na „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.
Film zaczyna się od młodości bohatera, Jamesa Howletta, który ‘przypadkiem’ zabija swojego ojca. Ucieka z bratem, Victorem. Razem wstępują do wojska, walczą na wojnie. To tam zauważa ich William Stryker (Danny Houston), który proponuje im wstąpienie do Drużyny X, w której również są inni mutanci obdarzeni niezwykłymi zdolnościami. Jednak podczas jeden z akcji, James (Hugh Jackman) zauważa prawdziwą naturę swojego brata (Liev Schreiber), a jednocześnie zawiedziony jest działaniem Drużyny X. Postanawia uciec. Rozpoczyna nowe życie u boki pięknej Kayli (Lynn Collins). Jednak nie wszystko będzie takie kolorowe…
Podchodziłem do tego filmu ostrożnie. Nie miałem żadnych oczekiwań, żeby potem się nie zawieść. Co się i tak stało, bo film ten to 100 minut nudnej fabuły plus kilka efektów specjalnych, które wcale wrażenie nie robią, ponieważ do takich już dawno zdążyłem się przyzwyczaić. Od samego początku nie podobał mi się reżyser – Gavin Hood ma na swoim koncie m.in. dobre „W pustyni i w puszczy” czy niezły „Transfer”. Są to jednak gatunkowo zupełnie inne filmy niż „Wolverine” i było dokładnie tak jak się spodziewałem – pan Hood powinien wrócić do reżyserowania czegoś innego niż filmy science-fiction – może komedie romantyczne? Dramaty?
„X-men Geneza: Wolverine” ma wiele minusów. Po pierwsze za dużo bohaterów-mutantów. Było ich tak dużo, że zanim ktokolwiek się pojawił na ekranie to już znikał. Samej akcji, gdzie byłoby, na co popatrzeć też za dużo się nie naliczyłem, więcej było gadania i planowania. Kolejnym – ale to już moim prywatnym minusem jest fakt, że nigdy nie lubiłem Logana. Dużo chętniej zobaczyłbym historię Ororo Munroe (Storm) bądź Jean Grey (Dark Phoenix). A już w ogóle to kompletnie mi się nie podoba pomysł tworzenia oddzielnego filmu dla każdego mutanta – w ten sposób takich filmów może powstać z tysiąc, a to, że kręcą już „X-men Geneza: Wolverine 2” jest przegięciem, bo jak tak każdy film o mutancie będą ‘trylogiować’ to… sami wiecie. Wolałbym poczekać (nawet dłużej) na albo „X-men 4” albo wspólną historię początków wszystkich X-menów (były takie plany, ale chyba już z nich zrezygnowano).
Podsumowując, „Wolverine” to film słaby, momentami nudny, który obejrzeć można, ale zachwytu nie będzie. Rozczarowałem się, mimo że kompletnie nic sobie nie obiecywałem. Pocieszam się faktem, że część druga (ponoć trwają przygotowania do rozpoczęcia zdjęć w Japonii) nie ma jeszcze reżysera. Panie Singer, nie chciałby pan?
P.S.: Na Filmlogu nastąpi krótka (mam nadzieję) przerwa spowodowana awarią komputera.
Duch Miasta, a dawniej Denny Colt (Gabriel Macht) przeżył własną śmierć i teraz pod osłoną nocy strzeże Central City. Złoczyńców jest wielu, jednak największe problemy sprawia Octopus (Samuel L. Jackson). Na drodze Ducha i Octopusa staje piękna Sand Saref (Eva Mendes), która przypadkiem kradnie to, co chciał Octopus. Natomiast jego wspólniczka, Silken Floss (Scarlett Johansson) zabiera to, na czym zależało Sand. W dodatku Duch odkrywa, że Sand Saref, to jego miłość z dzieciństwa. Octopus chce polubownie dojść do porozumienia z Sand, jednak wszystko może popsuć Duch, który chce schwytać złoczyńcę i pomóc ukochanej, która… jego pomocy wcale nie potrzebuje.
„Spirit – Duch Miasta” (jakże cudowny, polski tytuł amerykańskiego „The Spirit”) dawał nadzieję, na dziełko przynajmniej ułamkiem zbliżone do przegenialnego „Sin City”. I mówię tu nie tylko o oprawie wizualnej, ale także o tym, że Frank Miller, reżyser tego filmu jest twórcą komiksów, na podstawie, których powstało „Sin City” (ale także „300”). Teraz wziął się on za komiks Willa Eisnera, zaangażował kilka gwiazd m.in. Samuela L. Jacksona, Evę Mendes oraz Scarlett Johansson. Rolę główną powierzył niezbyt popularnemu – ale także niezbyt utalentowanemu – aktorowi, Gabrielowi Macht. Powstał film, co najmniej dziwny, ale i niezachwycający. Oczekiwania były większe, pozostał niedosyt.

Przede wszystkim film Millera nie ma jakiejś twardej, zrozumiałej konwencji. Nie wiadomo, co to miało być – pastisz, komedia, thriller, czy jeszcze coś innego? Nawet, jeśli to miała być mieszkanka tego wszystkiego, to i tak wyszło źle. Dominują dłużyzny, a także fakt, że wciąż przed oczami mamy „Sin City” a wszystko tutaj, co w zapewnieniach reżysera miało nie przypominać filmu z 2005 roku, jednak przypomina. Ale nie w pozytywnym sensie – bo przecież gdyby Miller zrobił film podobny, to mimo wtórności mogłoby być ciekawie – jednak nie jest. Zabrakło dynamizmu, wciągającej fabuły, odrobiny akcji i szczypty humoru. Najbardziej denerwował mnie Samuel L. Jackson, chociaż Gabriel Macht również był bardzo nijaki i drętwy.
Sytuację w całości uratowały dwie panie – Eva Mendes oraz Scarlett Johansson. Szczególnie postać tej drugiej była cudowna, zabawna i niesamowita. Naprawdę duży plus filmu. Chyba tylko dla owych pań warto sięgnąć po ten film, chociaż ja i tak odradzam. Lepiej obejrzeć po raz kolejny genialne „Sin City”.
Ekranizacji gier ostatnimi czasy było kilka. Dobrych? Jedna – ubiegłoroczny „Hitman” może ideałem nie był, jednak oglądało go się znośnie. Przed nami kolejna ekranizacja, tym razem na tablicę poszła świetna gra z 2001 roku – „Max Payne”.
Bohaterem filmu (i gry) jest tytułowy Max Payne (Mark Wahlberg), jest gliniarzem nowojorskiej policji. Przed laty jego żona i syn zostali brutalnie zamordowani. Od tamtego czasu Max myśli tylko o jednym – o zemście. I mimo, że śledztwo w tej sprawie już dawno zostało umorzone, on działa na własną rękę. Gdy pewna dziewczyna, Natasha (Olga Kurylenko) zostaje zamordowana, Max wpada na trop, który może mu pomóc w odnalezieniu mordercy jego rodziny. Wraz z siostrą dziewczyny, Moną (Mila Kunis) stawiają czoło organizacji rozprowadzającej narkotyk Valkyria, zamieszanej w obie zbrodnie.
„Max Payne” wyróżnia się bardzo ciekawym klimatem. Jest mrocznie, ciemnie i groźnie. Szczególnie podobał mi się motyw narkotyku Valkyria oraz jego działanie. Sceny ukazujące ludzi pod jego wpływem było bardzo efektowne i zachwycające. Wizualna perełka.
Aktorsko Mark Wahlberg wychodzi obronną ręką. Może i za „Infiltrację” dostał nominację do Oscara, ale już w „Zdarzeniu” był tragiczny, grał tam ‘jedną twarzą’. I właśnie ta ‘jedna twarz’ idealnie pasowała do roli Maksa Payne’a. Taki właśnie miał być bohater – zimny, zrezygnowany, pragnący zemsty. Mila Kunis oprócz urody pokazała również, że potrafi zagrać srogą, bezwzględną sukę. Podobnie jak główny bohater pałała nienawiścią i chęcią zemsty.
Z drugiej strony trochę za bardzo zaniedbano tak zwany ‘bullet time’, czyli element gry, który mi się strasznie podobał. Właściwie to głównie, dlatego czasem sobie włączałem „Max Payne’a”. A, to ja jeszcze nie napisałem tego, tak? Grałem w tę grę nie raz, ale tak jak mówię, głównie żeby sobie postrzelać, pobawić się, a nie konkretnie zagłębiać się w fabułę gry i dążyć do zakończenia.
Film Johna Moore’a, twórcy „Za linią wroga” oraz nowego „Omena”, jest na pewno lepszy od „Hitmana”. Posiada świetny klimat i po prostu ogląda się go dużo milej. Dodam jeszcze, że krótki epizod, w którym zagrała Nelly Furtado był sceną niesamowitą i choćby dla tej jednej, małej sceny trzeba ten film obejrzeć. Kilka minut, ale przeraźliwie emocjonalnych i godnych zapamiętania. No i Nelly wyglądała nieziemsko.
Zobacz również:
„Eagle Eye” to film w reżyserii D. J. Caruso, w którym główną rolę gra młody, utalentowany aktor Shia LeBeouf. Duet ten sprawdził się już przy innym thrillerze – „Niepokoju” z roku 2007. Wtedy to byłem zachwycony i podekscytowanym tamtym obrazem? Czy i tym razem panowie się spisali?
Jerry (Shia LeBeouf) dowiaduje się, że jego brat zginął. Ethan, bo tak miał na imię, był kompletnym przeciwieństwem Jerry’ego. Idealny syn, patriota i żołnierz, rodzice byli z niego dumni. Jerry natomiast uczy się, ledwo starcza mu na czynsz, a jego kontakty z rodziną są dalekie od dobrych. Gdy bohater wraca do swojego mieszkania zastaje tam cały arsenał i ekwipunek profesjonalnego terrorysty. Po chwili dzwoni telefon, a tajemniczy, kobiecy głos mówi mu, że za chwilę pojawi się FBI, aby go aresztować. Chłopak oczywiście jej nie wierzy, jednak FBI rzeczywiście przybywa. Drugą bohaterką filmu jest Rachel (Michelle Monaghan). Dzwoni do niej ten sam kobiecy głos i oświadcza, że ma wykonywać jej polecenia, inaczej syn, którego właśnie odprawiła na szkolną wycieczkę zginie. Losy Jerry’ego i Rachel wkrótce się połączą, a zupełnie nieznani sobie dotąd bohaterowie będą musieli współpracować.
„Eagle Eye” jest filmem ciekawym i wciągającym dopóki nie przestaniemy go oglądać. Podczas seansu trzyma w napięciu, jednak, gdy już wyjdziemy z kina nachodzi nas takie jedno, krótkie zdanie: „ale to był głupi film”. I rzeczywiście tak właśnie jest – film jest ciekawy, efektownym, ale strasznie głupi. Nie wymaga od nas żadnego myślenia, a jest ono wręcz niewskazane. Zapewnia nam dobrą rozrywkę w czasie oglądania, bohaterowie wzbudzają naszą sympatię, pościgi i efekty robią wrażenie. Nasz ogólny odbiór tego obrazu zależy głownie od tego, na co się nastawiamy. Jeśli idziemy do kina z przeświadczeniem, że chcemy spędzić miło czas, odprężyć się i zapomnieć o bożym świecie to jest to prawidłowe myślenie; natomiast, jeśli ktoś nastawia się na inteligentny film, który długo po seansie jeszcze będzie tkwił w naszym umyśle, to niestety zawiedzie się. To nie jest tego typu film i na pewno taki nie miał być.
„Eagle Eye” to również obraz z dwoma bardzo dobrymi kreacjami aktorskimi. Shia LeBeouf i Michelle Monaghan bardzo dobrze wcielają się w swoje role. Widać na ich twarzach wiele emocji: przerażenie, dezorientację, strach, lęk, niepokój. Kończąc jasno mogę powiedzieć, że nie żałuję, że wybrałem się na ten film. Spełnił on moje oczekiwania i zapewnił mi chwilę rozrywki. Polecam każdemu, kto właśnie tego potrzebuje.
Zobacz również:
Z wielkim, zielonym Hulkiem już raz mieliśmy do czynienia. W 2003 roku wielki reżyser Ang Lee zwrócił uwagę na psychiczną stronę bohatera. Teraz, producenci niezadowoleni wynikami kasowymi tamtego filmu postanowili zrobić jeszcze jeden film o Hulku – bardziej wybuchowy, bardziej rozrywkowy, bardziej… Hollywoodzki.
Główny bohater, profesor Bruce Banner (Edward Norton) żyje gdzieś w Brazylii. Przed laty został napromieniowany podczas nieudanego eksperymentu, czego efektem podczas przekroczenia określonego pulsu swojego serca zmienia się w wielkiego, zielonego potwora, którego nie potrafi kontrolować. Bruce uciekł ze Stanów, ponieważ niegdyś jego przyjaciele, teraz wrogowie poszukują go w celu przeprowadzenia eksperymentów na nim. Wkrótce jednak będzie musiał zmierzyć się z potworem w nim drzemiącym, aby uratować kraj przez kolejnym, nieudanym wynikiem eksperymentu.
Szczerze mówiąc, to drugie podejście do tego bohatera ponownie jest nie do końca udane. Reżyser Louis Leterrier stworzył typową, pustą i prostą hollywódzką superprodukcję. „Incredible Hulk” być może zachwyca efektami specjalnymi i rozmachem jednak wciąż jest to opowieść bezbarwna i nijaka. Niestety, świetny aktor, jakim jest Edward Norton nie za bardzo mógł się wykazać – podjął złą decyzję i postanowił zagrać w tym „potworku”. Chciał jakoś pomóc tej produkcji, jednak słaby scenariusz po prostu mu to uniemożliwił. Podobnie Liv Tyler.
W czym doszukiwać się braku popularności historii o Hulku? Wydaje mi się, że jest to bohater, który po prostu nie wzbudza naszego zaufania, nie wywołuje w nas żadnych emocji. Pozostając jedynie w galerii bohaterów z tego roku – Iron Man bawił i był bardzo pozytywną postacią, podobnie Hancock, który i bawił, i irytował. Odczucia odnośnie Batmana były przeróżne, bohater ten porażał swoim heroizmem i realizmem, no i w końcu Indiana Jones był taki jak zwykle – bohaterski i kochany. A Hulk? Nie wiem, nie potrafię znaleźć jakiegokolwiek uczucia, które towarzyszyłoby tej postaci – obojętność?
Podsumowując, film ten obejrzałem, ale nie tego oczekiwałem. Zawiodłem się nijakością i pustką, którą otrzymałem. Szkoda Nortona, że swoją nienaganną filmografię oszpecił takim obrazem – ale bywa i tak. Generalnie nie polecam, odradzam i żałuję, że oglądałem – dobrze, że zrezygnowałem z seansu kinowego.
Zobacz inne, tegoroczne filmy oparte o komiks: