Hollywood przyspieszyło z ekranizowaniem komiksów, po to, aby przed końcem świata mogło zadebiutować „The Avengers”. I tak w tym roku uraczono nas ekranizacjami przygód dwóch Marvelowskich bohaterów – Thora i Kapitana Ameryki. Dzisiaj będzie o tym pierwszym.
Jak przystało na wprowadzenie nowej postaci do kin – najpierw mamy prolog, czyli dosyć długą historię o tym, kim tak naprawdę jest Thor (Chris Hemsworth), syn króla Odyna (Anthony Hopkins). Przez chciwość, głupotę i pochopność bohater zostaje pozbawiony swoich mocy i zrzucony na Ziemię. Tam trafia prosto pod koła ślicznej Jane Foster (Natalie Portman). Jego znak rozpoznawczy, czyli młot Mjollnir również ląduje na Ziemi.
„Thor” należy chyba do najmniej udanych ekranizacji komiksów Marvela. Już sama postać została umieszczona w wielkim uniwersum, jako odpowiedź na buszującego Herkulesa w komiksach DC Comics. Nie jest to jakoś strasznie fascynująca postac, a przynajmniej nie została tak pokazana w tym filmie. Prolog był fantastyczny, potem już wszystko kuleje, począwszy od głównego bohatera, poprzez kolejne postaci. Nie pasowało mi praktycznie nic. Humor był bardzo słaby, opierał się głównie na schemacie wrzucenia syna nordyckiego boga w zwykły świat i wszystko, co się z tym wiążę. Również emocje były nijakie, bo oto w kilka dni bohaterka grana przez Portman od razu pała uczuciami do Thora.
Wracając do prologu, tutaj brawa dla wszystkich projektantów i designerów. Asgard był pokazana naprawdę rewelacyjnie, połączenie starych ‘bogowych’ elementów z nowoczesnością, lekkim przerysowaniem i przekarykaturowaniem. Co prawda na wizję świata Lodowych Gigantów już zabrakło pomysłów, ale nadal pochwała za to wszystko.
Przeobrażenie Thora z lekkomyślnego gagatka w wielkiego herosa było po prostu śmieszne. Wszystko to, co twórcy wcisnęli w jeden film śmiało można by rozłożyć na świetną trylogię, gdyby tylko bardziej popracować nad bohaterami i całą historią. Miałem wrażenie, że ten film to taki wstęp stworzony tylko po to, aby w przyszłorocznym hicie Marvela (chyba nikt nie ma wątpliwości, że to będzie hit?), czyli „The Avengers” darować już sobie pokazywanie, kim jest Thor. Po obejrzeniu wiemy już kim jest Thor, Loki czy Hawkeye (wszystkich zobaczymy we wspomnianym obrazie).
W ten sposób przyszłoroczne „The Avengers” prawdopodobnie będzie pozbawione jakiegokolwiek przedstawiania postaci i zagłębiania się w to, kim oni są, bo już mieliśmy filmy o Iron Manie (z którego również wzięta będzie Czarna Wdowa), Thorze (+Loki i Hawkman) czy Hulku (były dwa niespokrewnione ze sobą filmy, z dwoma różnymi aktorami grającymi Hulka, a nadchodzącym będzie kolejny aktor, Mark Rufallo, próbujący zmierzyć się z tą postacią).
Podsumowując – Thor, władający młotem, to syn nordyckiego boga, Odyna. Loki to jego zły brak, a Hawkeye pracuje w S.H.I.E.L.D. i bardzo dobrze włada łukiem. Teraz mając te informacje możecie darować sobie „Thora” i czekać na „The Avengers”. Tak będzie prościej. No chyba, że sami chcecie się przekonać, jaki to nijaki i ciężkostrawny film.
Moja ocena: 3/10
P.S. The Avengers to drużyna skupiająca wiele postaci z Marvelowskiego uniwersum. Jego członkami byli/są m.in. Iron Man, Kapitan Ameryka, Captain Britain (Kapitan Wielka Brytania?), Hulk, Czerwony Hulk, Wolverine, Thor, Czarna Wdowa, Beast (ten ‘duży’, niebieski człowiek z X-menów), Spider-Man, Spider-Woman, Ant-Man (człowiek mrówka) i wiele, wiele innych postaci. Wymieniłem głównie te, które mogą wydawać się znajome w Polsce.
Warto także dodać, że w konkurencyjnym uniwersum, DC Comics, również pojawiła się podobna drużyna, Justice League of America (Liga Sprawiedliwości) skupiająca m.in. Batmana, Supermana, Zieloną Latarnię, Flasha, Aguamana, Zieloną Strzałę, Wonder Woman, Black Canary, Martina Manhuntera, Hawkmana, Hawkgirl i również wiele innych. Informacji na temat filmu o nich brak (prawdopodobnie, dlatego że z wymienionych przeze mnie postaci swoje filmy miało zaledwie troje bohaterów). Zakładam, że za kilka(naście) lat i taki film powstanie.

W dobie filmów, które są puste i nijakie, ale za to efektowne, „Super 8” to powiew świeżości, a może inaczej mówiąc – powrót do korzeni. Tak pisali krytycy, fani trochę psioczyli, że to narzekanie starych zgredów. Potem obejrzeli i sami zaczęli doceniać względy filmu J. J. Adramsa. Potem ja obejrzałem i cóż… wszyscy oni mieli rację. Bo „Super 8” rzeczywiście lepszy jest od tych nowych Transformersów czy innych Latarni czy Kaców, nie mniej jednak niczym nowym nie zaskakuje. To wspomniany już powrót do korzeni i ukłon w stronę takich arcydzieł jak „E.T.” czy „Pogromcy duchów”.
Duet Simon Pegg i Nick Frost to jeden z najzabawniejszych teamów w brytyjskim kinie. Najpierw „
Baa! Jakby tego było mało, pod koniec filmu mamy tak wielki smaczek i tak ogromne nawiązane do innego, bardzo popularnego obrazu, że choćby, dlatego trzeba obejrzeć „Paula”! W owej scenie, gościnnie pojawia się gwiazda, główna bohaterka tego filmu. Więcej nie zdradzę, bo gdy się okazało, o co chodzi (właściwie to jest zakończenie filmu i rozwiązanie fabuły) to pękałem ze śmiechu. Chociażby za to należą się brawa dla Pegga i Frosta, którzy napisali scenariusz. Za reżyserię nie wziął się Edgar Wright (reżyser dwóch wcześniej wspominanych), a Greg Mottola twórca np. „Supersamca” (który mi się nie podobał).
Duncan James zadebiutował w 2009 niesamowicie interesującym filmem pt. „
Seria o ludziach z dodatkowym genem X, czyli X-menach jest jedną z moich ulubionych w całym uniwersum komiksowym. Jej rozległość, zawiłość i mnogość postaci przebija wszelakie Super-many, Spider-many i tym podobne. I chociaż filmy nie są wybitne (póki, co, najlepszy film komiksowy to „
Film Vaughna to nowa świeżość w ekranizowaniu komiksów. Widać inspirację Nolanem, bo podobnie jak w „
Zdecydowanie najlepszą rolę aktorską w tym filmie stworzył Michael Fassbender w roli Magneto. Rzeczywiście miał dużo do pokazania, bo Magneto to bardzo skomplikowana postać. Nie mniej jednak myślałem, że równie dobrze partnerować będzie mu James McAvoy. Zagrał dobrze, poprawnie, ale Fassbender skradł całe show. Osobiście miło się patrzyło również Rose Byrne pojawiającą się tutaj na drugim planie, jako agentka MacTaggert. Znam ją z genialnego serialu „Damages” i od tamtej pory pokochałem ją bezgranicznie. Ogólnie cała obsada spisała się bardzo dobrze.
A już myślałem! Panna Portman dostała Oscara i miałem nadzieję, że teraz zacznie grywać tylko w takich ciekawych przedsięwzięciach jak „Czarny łabędź”. A tu dupa. Zagrała w komedyjce „Sex Story” (co za polski tytuł! Oryginał to „No Strings Attached” świetnie oddające treść filmu). I patrząc dalej pokazała się już w „Thorze” i „Your Highness”, może to i będą dobre filmy (nie oglądałem jeszcze), ale nie tego oczekuje po laureatce Oscara.
Ekranizacji, wariacji i różnych podejść do dramatu Williama Szekspira „Romeo i Julia” było już mnóstwo. Nie szkodzi. Będzie jeszcze jedno – bajkowe, kolorowe, frywolne. Ale czy udane?
Ja zdecydowanie i to już na samym początku muszę to napisać (chociaż to dla nikogo nowość nie będzie): filmowcom kończą się pomysły na filmy! I to nic, że niżej tutaj recenzowany film jest na podstawie prozy Philipa Dicka. Już samo to, że po raz kolejny i kolejny ekranizują coś wcale nie napawa optymizmem. No, ale dobra, nie będę już narzekać.
Kilka lat temu pisałem, że czwarta część „Piratów z Karaibów” prawdopodobnie powstanie. Wszystkie filmy zarobiły mnóstwo pieniędzy, z aktorów zrobiły megagwiazdy… Więc dlaczego by nie kontynuować tej serii? No proszę bardzo. Najpierw dowiedzieliśmy się, że reżyserem zostanie Rob Marshall, ten sam, który ma na koncie głównie musicale („