Jakkolwiek nie zacząłbym tej recenzji, nie będzie to odpowiednie. Bo większość została już powiedziana, a resztę trzeba po prostu zobaczyć. Z filmami, a właściwie animacjami Pixara jest tak, że trudno je oceniać. Bo czegokolwiek by się nie napisało, wciąż czuje się nie dosyt, że to za mało. I mimo, że „Odlot” jest odrobinę słabszy od „Wall-E’ego”, to nadal mamy do czynienia z wielkim dziełem.
Już sam bohater filmu jest bardzo nietypowy. Oto podstarzały, samotny dziadek, Carl Fredricksen na starość wybiera się w podróż marzeń. Domek w samym centrum wielkiego miasta nagle wznosi się ku górze, a pomaga mu w tym mnóstwo małych baloników. Przypadkiem jednak na „pokładzie” znalazł się młody skaut Russell. Razem dotrą do dżungli, gdzie czeka ich mnóstwo niesamowitych przygód.
Najodpowiedniejsze w tym momencie byłoby napisanie zdania: musicie to obejrzeć, i zakończenie tej recenzji. Bo moje słowa i tak nie oddadzą całej magii „Odlotu”. Już przy „Wall-E’im” brakło mi słów, teraz jest podobnie. Dzieło Pixara urzeka pod każdym względem. Przede wszystkim przepiękna animacja, która współgra z fabułą – mam tu na myśli fakt, że gdy oglądaliśmy życie Carla po śmierci żony, wszystko było szare, wyblakłe, dopiero po wyruszeniu w podróż nabrało kolorów. Pod koniec również na moment jest zauważalny ten trend, ale nie będę zdradzał, z jakiego powodu.
„Odlot” porusza mnóstwo tematów, które wydawałoby się nie są odpowiednie dla bajek. Bo i śmierć żony, i kłopot z posiadaniem dziecka. Starość, konflikt pokoleń, zmierzenie się dorosłości z dzieciństwem – w tym archetyp bohatera z dzieciństwa. Ale co ważne, nie jest to jakoś mocno zaznaczone tak, aby przytłaczało czy było głównym motywem. To tylko tło, jednak zauważalne. Najważniejsza jest tutaj przygoda bohaterów oraz przyjaźń. Twórcom udało się w idealny sposób połączyć świetny i wciągający film z przesłaniem i morałem. Często zdarza się, że gdy dobiegamy do końca jakiejś produkcji filmowej, sam morał albo nas śmieszny albo w ogóle jest niezauważalny. Nic takiego nie zdarzyło się w „Odlocie”. Tu wszystko jest na miejscu i tak jak powinno być.
I po raz kolejny Pixar stworzył najlepszą animację roku. Tym razem jednak inaczej. „Odlotowi” po piętach deptał „Fantastyczny Pan Lis” oraz „Koralina”. Tego pierwszego nie widziałem, a ta druga świetna, choć słabsza od opisywanego tu filmu. I na koniec, to, co miałem napisać wcześniej: musicie to obejrzeć!
Ileż to już mieliśmy uosabiania zwierząt… Praktycznie prawie każde już rozmawiało, ratowało świat lub próbowało nas rozbawić (niektórym się udało, przeważnie tym od Pixara). Teraz przyszedł czas na świnki morskie. Będą ratować świat.
Oto owe świnki – Darwin, Blaster i Juarez – oraz dodatkowo kret Speckles i mucha Mooch pracują w agencji szpiegowskiej, a szkolone są przez Bena (Zach Galifianakis). Jedna z misji polegała na wykradnięciu tajnych informacji z komputera twórcy sprzętów gospodarstwa domowego (Bill Nighy), jednak niestety nie powiodła się. W związku z tym grupa szpiegowskich zwierzątek zostaje rozwiązana, a świnki trafiają do sklepu zoologicznego. Tam Darwin spotyka swojego brata o istnieniu, którego nie miał pojęcia. Wkrótce jednak świnki będą musiały uciec ze sklepu i uratować świat przez zmutowanymi sprzętami AGD i RTV.
Ot, kolejny durny film w trzecim wymiarze. Ani trochę mi się nie podobało. No może prócz przesympatycznych i maksymalnie głupich (przez co tak śmiesznych…) myszek. Bohaterowie byli nijacy, humor wymuszony… Właściwie to jest to zdecydowanie film dla najmłodszych, a starsi nie znajdą tutaj nic, co mogłoby ich zachwycić lub rozbawić. Teraz to już tego filmu nie grają w kinach, dlatego dobrym pomysłem jest zakup DVD, włączenie owej bajeczki dzieciom i mamy ich z głowy na jakiś czas. Myślę, że nie będą się nudzić, ponieważ świnki są takie słodki i w ogóle, że z uśmiechem na twarzy wchłoną wszystko, co im reżyser serwował.
Starsi jednak niech zdecydowanie sobie ten film odpuszczą. Lepiej sięgnąć ponownie po któryś z obrazów Pixara, bądź cierpliwie poczekać na nowy. W lipcu 2010 „Toy Story 3”.
Aż wstyd przyznać, że jedynym filmem Spike’a Jonze, który widziałem jest przegenialne „Polowanie na mysz” z 1997 roku. I mimo, że w kolejce stoją takie obrazy jak „Być jak John Malkovich” (doceniona Cameron Diaz) czy „Adaptacja” (za pewne jak zawsze genialna Meryl Streep, ale co ciekawe ponoć dobra rola Nicolasa Cage’a, co wydaje mi się intrygujące), to najpierw sięgnąłem po najnowsze dzieło reżysera, familijne „Gdzie mieszkają dzikie stwory”.
Bohaterem jest tutaj mały Max, którego wielkim problemem jest fakt, że nie ma się, z kim bawić. Po tym, jak został skrzyczany przez mamę, chłopiec ucieka i biegnie daleko przed siebie. Jakimś cudem ląduje na tajemniczej wyspie, gdzie mieszkają wielkie, dziwne, puchate stwory. Czy są przyjaźnie nastawione? Czy będą chciały się z nim bawić?
Wyreżyserowana na podstawie książki Maurice’a Sendaka „Where the Wild Things Are” bajka pod wieloma względami może zachwycić nie tylko dzieci, ale także ich opiekunów. Wspaniała i wciągająca opowieść o marzeniach bawi i uczy. Do gustu przypadła mi również przepiękna sceneria oraz przesympatyczni główni bohaterowie.
Wykreowany świat jest cudowny, a zakończenie proste, aczkolwiek poprawne. I tym bardziej dołujący jest fakt, że kilka tygodni przed premierą w USA, polski dystrybutor wycofał się z pokazania tego filmu w polskich kinach. Co prawda ponoć będzie można go zobaczyć w 2010, ale nadal nie ma dokładnej daty premiery. Smutne, bo takie filmy mimo, że są proste – to właśnie w ich prostocie tkwi cały urok.
Oglądając film możemy przenieść się w świat marzeń i poczuć się, chociaż przez chwilę jak w dzieciństwie. W prawdziwym dzieciństwie, a nie tym, co teraz się dzieje. Jakież to szczęście, że niektórzy z nas jeszcze mogą się pochwalić wspomnieniami typu „przebywanie do późna na podwórku”, „zabawy w chowanego” i tym podobne sprawy. A dzisiejsze dzieci… „…do późna na komputerze”, Tibia i używki. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego ten film dobry jest dla dorosłych, którzy musza zmagać się z takim potomstwem. To dobry odpoczynek od całego tego świata, który niesamowicie zbłądził. Obejrzyjcie.
Słowem wstępu napiszę po raz kolejny, że nie lubię filmów o wojnie w Iraku, Afganistanie czy innych tamtejszych miastach. Takowe filmy zazwyczaj tworzą Amerykanie i ukazują w nich, jacy to oni są nieskazitelni i słuszni, a ludzie tam żyjący są złymi terrorystami. Po film „The Hurt Locker” sięgnąłem, bo w obecnym sezonie Oscarowym zbiera wszystkie najważniejsze nagrody i zostawia konkurencję daleko w tyle. Chciałem się przekonać, co obraz byłej żony Jamesa Camerona – Kathryn Bigelow – ma w sobie takiego…
Bohaterami obrazu są amerykańscy saperzy, którzy co chwila wzywani są w różne miejsca Iraku, aby rozbroić bomby – w samochodach, budynkach, na ludziach. Wszystko zaczyna się od porządnego boom – a mianowicie ginie jeden z sierżantów. Zostaje on zastąpiony przez Williama Jamesa (Jeremy Renner), który wszelakie regulaminy i środki bezpieczeństwa ma za mało istotne, a liczy się głównie adrenalina.
Nie zachwyciło mnie. Oto przez dwie godziny oglądamy, jak owi saperzy rozbrajają bomby. Dosłownie – mamy oczywiście tu zarys jakiejś fabuły, głównego bohatera Williama Jamesa i jego problemy, nie mniej jednak to wszystko jest jakby zepchnięta na boczny plan, a osią są bomby. Całość jest bardzo realistyczna, co jest jednym z plusów filmu. Aczkolwiek Bigelow zastosowała tu „trzęsącą się kamerę”, aby dodać realizmu. Udało się to raz – ale i strasznie denerwowało – to dwa. Bo generalnie prócz dwóch czy trzech momentów nic tu się nie dzieje. Od razu zaznaczam – nie oczekiwałem akcji, wybuchów i nie wiadomo, czego. Tu po prostu brak filmu, mamy coś na kształt dokumentu bądź paradokumentu.
Niewątpliwie jednym z wielkich plusów – obok wspomnianego realizmu – jest rola Jeremy’ego Rennera. Mało komu znany aktor wykazał się i bardzo możliwe, że zostanie za to należycie nagrodzony (już ma na koncie nominację Gildii Aktorów oraz wygraną Satelitę od Międzynarodowej Akademii Prasowej). Czy „The Hurt Locker” otworzy mu drogę do kariery? Zobaczymy.
Zabawna jest również sprawa z premierą tego filmu – pojawił się on już w 2008 roku na kilku festiwalach (wygrał, co nie, co), po czym słuch o nim zaginął. Dopiero w czerwcu 2009 pojawił się na limitowanych pokazach w USA – dopiero to dało mu możliwość pretendowania do jakichkolwiek nagród. Obraz został zauważony przez krytyków, którzy od połowy listopada przyznają swoje nagrody. A co z Polską? Otóż Canal+ pokaże go w lutym w telewizji – można to uznać za pewien ewenement, bo oto główny kandydat do Oscarów zostanie u nas pokazany krótko po ogłoszeniu nominacji do tychże nagród, a jeszcze przed ich rozdaniem.
To wszystko jednak nie zmienia faktu, że w moim mniemaniu jest to film słaby, a rok 2009 obfitował w wiele dużo lepszych dzieł jak chociażby „Avatar” Camerona. Mimo rzeczywiście ważnego tematu i w końcu prawdziwego obrazu tamtego miejsca, nie poruszyło mnie i nie wywołało we mnie żadnych emocji.
2 lutego 2010: No i doczekaliśmy się polskiego tytułu. Lepiej go nie komentować.
Nie da się ukryć, że rok 2009 był bardzo udany dla kina Science Fiction. Nie tylko mieliśmy świetnego „Star Treka” czy „Strażników”, ale mnóstwo mniejszych filmów, po których nie wiadomo było, czego się spodziewać („Dystrykt 9”, „Moon”, „Pandorum”, „Push”). Całość na koniec dopełniła najbardziej oczekiwana wisienka – „Avatar”. Jednak póki, co, skupmy się na brytyjskim „Moon”.
Bohaterem jest Sam Bell (Sam Rockwell), który już od prawie trzech lat przebywa w placówce Sarang na Księżycu. Firma Lunar, dla której pracuje, przeczesuje Księżyc w poszukiwaniu energii. Kontrakt bohatera przewidywał trzy, pełne lata to też jego myśli skupiają się już głównie na powrocie do żony i córki. Jednak na dwa tygodnie przed końcem pracy, dzieje się coś dziwnego, a w Sarang pojawia się ktoś dziwnie znany…
Nie powiem, że nie oczekiwałem tego filmu. Gdy tylko się o nim dowiedziałem, zaciekawił mnie. Zapowiedź obiecywała coś skromnego, ale ciekawego i pasjonującego. Czy to dostałem? Pośrednio, ponieważ jest to na pewno film godny uwagi. Wciąga i ogląda się go bardzo szybko. Satysfakcjonuje też zakończenie. Jak więc są moje zarzuty? Właściwie jasnych i klarownych minusów przedstawić nie mogę, jednak czegoś mi brakowało.
Pewne jest, że każdy ten film może odebrać inaczej. Bo oto przed nami obraz o samotności, ale i poświęceniu. O wszechobecnym złym systemie i walce człowieka z nim. O walce z samym sobą (pośrednio i dosłownie). Momentami atmosfera staje się duszna i klaustrofobiczna. Całego, pozytywnego wydźwięku dodaje doskonała muzyka Clinta Mansella. Siłą dzieła Duncuna Jonesa jest tajemniczy i kameralny klimat. To się po prostu czuje, ten świat, uczucia i samotność bohatera.
I w końcu – „Moon” to absolutnie genialna kreacja Sama Rockwella. Bez niego tego filmu by nie było – i nie tylko, dlatego, że przez jakieś 90% widzimy tylko go oraz słyszymy głos Kevina Spacey’a (GERTY). Rockwell tworzy ten film swoją osobowością i charyzmą. Jest to zdecydowanie jedna z ciekawszych ról tego roku, jednak podobnie jak Sharlto Copley w „Dystrykcie 9”, strasznie niedoceniona i niezauważona. Zupełnie tego nie rozumiem…
Podsumowując, „Moon” urzeka i wciąga. Ogląda się go z ogromną przyjemnością i dlatego też jak najbardziej wam go polecam. Kawał porządnego kina science-fiction z domieszką dramat życiowo-obyczajowego.
Jeśli twoja krótkometrażówka odniesie sukces, wkrótce prawdopodobnie nakręcisz film pełnometrażowy. Taki wniosek mi się nasunął jakiś czas temu (patrz „Dystrykt 9”, „9” i „Galerianki”). Ale nie o tym tutaj miałem pisać. Oto powstał film „Dystrykt 9” w reżyserii Neilla Blomkampa, który wcześniej nakręcił „Alive In Joburg”, krótkometrażówkę na ten sam temat.
Wszystko tutaj jest inaczej, niż mogłoby się wydawać. Oto 28 lat temu na Ziemię przylecieli kosmici. Jednak nie do Stanów Zjednoczonych, a do Johannesburga w Republice Południowej Afryki. Nie są mądrzejsi od ludzi, a wyglądem przypominają krewetki (tak też są nazywani). Zostali wrzuceni do oddzielonej części miasta nazwanej Dystryktem 9, która przypomina getto. Przez te kilkanaście lat krewetki i ludzie nie żyli w zgodzie, handel bronią kosmitów w zamian za jedzenie dla kotów, ‘mafia’ na terenie getta a nawet międzygatunkowa prostytucja to tylko niektóre z problemów. Korporacja zajmująca się Dystryktem 9 postanawia przetransportować wszystkich obcych z dala od ludzi. Jednak, aby wszystko wyglądało dobrze, trzeba zdobyć podpisy wszystkich Krewetek, co by wiedziały o przenosinach. W tym celu Wikus van de Merwe (Sharlto Copley) odwiedza dom po domu i zdobywa podpisy. Niestety, zostaje zarażony jakimś wirusem, który modyfikuje jego DNA…
W tym filmie można by odnaleźć sporo ciekawych rzeczy. A to np. różnice rasowe na przykładzie traktowania kosmitów mogą być odniesieniem do stosunków czarni – biali, Dystrykt 9 mógłby służyć, jako metafora getta, a Żydów stanowiłyby Krewetki. I jeszcze wiele innych odniesień – gdyby tylko reżyser chciał. Niestety, gdzieś w połowie filmu ucieka cała magia i poziom spada łeb na szyję. Bo „Dystrykt 9” to nie jest zły film, baa, jest bardzo ciekawy. Po prostu twórca chyba nie miał za bardzo pomysłu jak doprowadzić go do końca. Cała ta strzelanina pod koniec na nic się nie przydaje i psuje dobre wrażenie.
Bardzo jasny punktem filmu – chyba można rzec, że nawet najlepszym jest Sharlto Copley, nikomu nieznany aktor z RPA. Świetny debiut i dziwi mnie, że kolejne koła krytyków z Ameryki nie zauważają tej roli, podobnie dziennikarze od Złotych Globów i jak się domyślam tak też będzie i z Akademią (doceniana jest tylko reżyseria i scenariusz). A szkoda, bo warto by, chociaż nominacją nagrodzić aktora, bo świetnie odegrał swoją rolę. Ale prawdopodobnie jeszcze nie raz będzie miał okazję się wykazać, bo już został zauważony w Hollywood – w ekranizacji „Drużyny A” zagra Murdocka (w 2010).

Plusem filmu jest też ogólna nieszablonowość. Pomijam końcówkę, patrzę na ogół – w końcu kosmici nie lądują w Ameryce. Nie są inteligentni. Nie są zieloni. Nie chcą nas zniszczyć. Są zagubieni, bezradni. Ale i obrzydliwi, nie współczujemy im. Są jak obcy, którzy wtargnęli na nasz teren, ale zrobili to raczej nieświadomie i nie wiedzą jak teraz opuścić nie swój teren.
To dobry film ze świetną rolą główną. Dobry do połowy, bo potem już się rozjeżdża… Chyba reżyser (dla którego to również debiut w pełnym metrażu) lepiej radzi sobie w krótszych formach. Szkoda, szkoda, bo naprawdę mogłoby z tego wyjść coś świetnego, zamysł był genialny. Podobało mi się, jak na kino science fiction to jest to bardzo dobry film. Polecam.
Na samym początku – zdrowych, ciepłych, szczęśliwych świąt Bożego Narodzenia. Najedzcie się, wypocznijcie. A w nowym roku samych sukcesów w życiu prywatnym i zawodowym. Dzisiaj, specjalnie przeze mnie wybrana – recenzja świąteczna. Bo co roku w kinach mamy kilka nowych filmów ze świętami w tle. Mniej lub bardziej ciekawych. A „Cztery gwiazdki” to propozycja świetna.
Oto mamy Kate (Reese Winterspoon) i Brada (Vince Vaughn), parę z trzyletnim stażem, która nie myśli o ślubie czy dziecku. Są szczęśliwi, bogaci, wiodą piękne życie. Od trzech lat omijają ich święta, bo planują je na jakichś ciepłych wyspach. Swoim bliskim mówią, że pomagają biednym bądź tym podobne sprawy. I w tym roku byłoby podobnie, gdyby ich samolot na Fidżi nie został odwołany. Połowa biedy – mogliby zaszyć się w zaciszu własnego mieszkania. Ale pech sprawił, że reporterka relacjonująca sprawy na lotnisku (odwołali wszystkie samoloty, temat nr. 1) o krótki komentarz poprosiła właśnie Kate i Brada, a wszystko w telewizji zobaczyły ich rodziny. Aż cztery rodziny. W ten sposób, zakochani będą musieli w jeden dzień odwiedzić każdego ze swoich rodziców, którzy żyją osobno. Razem mamy cztery gwiazdki…
Ubiegłoroczna premiera, całkiem spory sukces (120 mln $) i bardzo dobra komedia. Ubawiłem się, mimo, że tak naprawdę był to odgrzewany kotlet w nowym wydaniu. Ale to jest właśnie urok świąt, że tu wszystko smakuje inaczej. Zdaje sobie sprawę z tego, że jest to jeszcze „świeży” film, ale miło by było go zobaczyć kiedyś w telewizji – już niekoniecznie zamiast „Kevina” (u nas brak Kevina to jak brak karpia), ale np. zamiast oklepanej nie-świątecznej „Szklanej Pułapki”.
Reese kwietnie, przeurocza, śliczna aktorka – uzdolniona przede wszystkim, bo to nie tak, że gra w samych komedyjkach, jest przecież laureatką Oscara („Spacer po linie”). Trochę gryzł mi się tu Vince Vaughn, ale ten film chyba potrzebował takiego misia, a nie jakiegoś lalusiowatego pana. Absolutną perełką jest tutaj Kristin Chenoweth, która od „Gdzie pachną stokrotki” jest dla mnie fenomenem. Cudownie głupia i głupio genialna – w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu! Gdy ona pojawia się na ekranie nie widać nikogo poza nią. Widziałem – a może inaczej – podziwiałem ją już we wspomnianym „Gdzie pachną stokrotki” (serial, Emmy dla najlepszego aktorki za tę rolę), później w tegorocznym, serialowym odkryciu „Glee”, a teraz błysnęła w „Czterech gwiazdkach”. Panie i panowie, oto rodzi się nam gwiazda!

Jeśli szukacie jakiegoś świątecznego filmu, który chcielibyście obejrzeć (sami bądź z rodziną) to „Cztery gwiazdki” będą idealne. Kilka gwiazd, świetnie poprowadzona fabuła, dobry humor, udana zabawa. Polecam i do przeczytania w Nowym Roku!
Przeżyjmy to po raz czwarty. Na „Oszukać przeznaczenie 4” czekałem z utęsknieniem, bo mimo niskiego poziomu i wszelakich głupot, to serię tę lubię bardzo. Jakież wielkie rozczarowanie mnie spotkało, gdy pojawiły się napisy końcowe.
Tym razem akcja filmu dzieje się podczas wyścigów samochodowych. Rozpędzone samochody wpadają na publiczność, latają części aut i ludzi, a na sam koniec cały stadion wali się. Po chwili bohater, Nick (Bobby Campo) dochodzi do wniosku, że to wszystko była zaledwie wizja, która za chwilę ma się spełnić. Pospiesznie ucieka z miejsca przyszłej katastrofy z przyjaciółmi i grupką innych ludzi. I rzeczywiście, po chwili mamy wielkie boom.
Jakiś czas temu pisałem, jak bardzo nie lubię tego marnego efektu 3D, którego doświadczamy teraz… (wciąż wierzę, że wszystko zmieni Cameron). W tym przypadku nie było lepiej, owa trójwymiarowość znacząco wpłynęła na moją ocenę filmu. Całość była stanowczo zbyt ciemna, a 3D zdemaskowało całą sztuczność efektów specjalnych. Były one płaski i niejakie.
„Oszukać przeznaczenie 4” nie wywołało we mnie strachu, nie bawiłem się dobrze. Przez cały seans bardziej towarzyszył mi znikomy uśmieszek politowania i zażenowania tym, co widzę. Było znacznie gorzej niż w części trzeciej, która już nie do końca przypadła mi do gustu. Miernie, pusto, nijak.
Jedyną ciekawostką, zbiegiem okoliczności, który szczerze mnie rozbawił, to fakt, że w filmie mamy scenę, gdzie w kinie ludzie oglądają film w 3D, a za ścianą jest remont, po czym jest wybuch i masakra. Podobnie było w Olsztyńskim Heliosie – oglądaliśmy film w 3D, a za ścianą trwało rozbudowywanie kina. Na szczęście nic nie wybuchło. Żyję.
Tym razem śmierć nie miała zbyt oryginalnych pomysłów na uśmiercenie swoich wybrańców. Nie miał ich także scenarzysta, reżyser się nie postarał. Bardzo marny film, który najlepiej żeby nie powstał. Nie oglądajcie go. Lepiej po raz kolejny obejrzeć drugą część, najlepszą. I nie kręćcie piątki!
Rok 2012 dla Polaków oznacza jedno – Euro. To czy będzie to katastrofa czy nie, to dopiero się okażę, a każdy ma swoje zdanie na ten temat. W USA rok ten kojarzony jest głównie z przepowiednią Majów, jako iż 21 grudnia 2012 nastąpi koniec świata. Temat podchwycił Roland Emmerich – Master of Disaster.
Scenarzyści (Emmerich & Harald Kloser) obmyślili, że nowym powodem do masowej zagłady będą niejakie neutriny, czyli coś w rodzaju rozbłysków wysłanych przez nasze ukochane słońce. Spowodują one roztopienie warstwy tuż pod skorupą ziemską, która działa trochę jak taki klej – gdy nie będzie, kontynenty będą dryfować jak góry lodowe po oceanach, a w dalszej konsekwencji to spowoduje trzęsienia ziemi, tornada… i sami wiecie co jeszcze.
Jest widowiskowo – temu nie da się zaprzeczyć. Reżyser takich hitów jak „Dzień niepodległości” czy moje ukochane „Pojutrze” po raz kolejny w pełni wykorzystuje możliwości komputerów. I mimo, że w większości wypadków można powiedzieć ‘ale to już było’, nigdzie wcześniej wszystkiego tego ‘co już było’ nie mieliśmy w jednym miejscu. Sceny trzymają w napięciu i zabawa jest przednia. Moja ulubiona scena, to jak ze spokojnego Yellowstone robi się wybuchowy wulkan.

Oczywiście film Emmericha musiał zawierać w sobie wszystkie niepotrzebne rzeczy, które katastroficzne potworki powielają zawsze, takie jak patos, mnóstwo niezwykłych zbiegów okoliczności, nieśmiertelność głównych bohaterów i olbrzymie szczęście u tychże. Co pół godziny ktoś ze śmiertelną miną przemawia, Jackson „Zbawca Świata” z rodziną może odwiedzić walące się Las Vegas czy wybuchające Yellowstone, brak paliwa w samolocie też mu nie straszny. Jest tego jeszcze więcej, ale nie będę wam psuł seansu. Co też niezmienne – aktorstwo nie jest na najwyższym poziomie, za to muzyka jest bardzo dobra.
„2012” trzyma ciekawy poziom do pewnego momentu – mniej więcej do czasu, gdy na ekranie widzimy już wielkie Arki, która uratują wybrańców. Gdyby sceny na nich były inne – i nie chodzi mi o samo zakończenie, bo te było dobre – bardziej o to, że wspomniany wcześniej przeze mnie Jackson, nikomu nieznany człowiek nagle zaczyna obchodzić całą ludzkość zgromadzoną na statkach. A gdy zniknie nam z oczy na kilka sekund… płacz i zgrzytanie zębów… potem pojawia się i tadam! Brawa, okrzyki, szampan! I to nie wśród rodziny bohatera, ale wśród głów państw itp. – no dla mnie to normalnie nie jest i gdyby nie to, było by 8. Mocne i zdecydowane 8. A tak? Tu pan Emmerich przegiął maksymalnie i stracił punkcik.
Kolejną wadą, którą tak pod koniec już wymienię – jeszcze przed premierą filmu ogłoszono, że powstanie serial „2013”, który opowie o wydarzeniach po filmie „2012”. Po co taka wiadomość zanim obraz trafił do kin? Ja np. brałem pod uwagę możliwość, że nikt nie przeżyje i nawet byłbym zainteresowany takim zakończeniem. A tak, widziałem, że ktoś na pewno przeżyje. Taki trochę spoiler na siłę.

Podsumowując jednak, „2012” to porządna rozp….ucha, którą zobaczyć warto i to najlepiej w kinie. Pamiętajcie tez, aby nie iść do kina z nastawieniem, ze idziecie na jakiś nowatorski i fantastyczny film. To po prostu udana superprodukcja, do jakich nas Roland Emmerich przyzwyczaił. Jeśli to wiecie, to nie powinniście być zawiedzeni. Ja nie jestem i z czystym sumieniem wystawiam siódemkę.
W czasie, kiedy wszystko jest remake’owane, sequel’owane, reebotowane czy ostatnio przerabiane na 3D trudno jest znaleźć film, który jest jedynym z powyższych, zachowuje poziom i ogląda się go miło. „Transformers 2” strasznie mnie zawiódł, „Oszukać przeznaczenie 4” znużyło, „Harry Potter VI” podobał się, jednak jest to ‘ale’. Przyszedł też czas, aby twórcy sięgnęli po sagę Star Trek – olbrzymi – można już nawet powiedzieć- kult, który liczy 10 filmów kinowych (z tym 11), kilkaset odcinków seriali, książki, komiksy… I chyba wstyd jest się przyznać, że nic z tego, o czym mówię nie widziałem. Na „Star Treka” z 2009 wybrałem się, bo stworzył go J. J. Abrams, pan, który ma na koncie serial „Zagubieni” czy film „Projekt: Monster”. Tak więc, jest to recenzja zupełnego laika w świecie Star Treka.
Akcja filmu rozgrywa się przed wszystkimi wydarzeniami, które poznaliśmy w 10 filmach kinowych i kilku seriach seriali. Poznajemy młodego Jamesa Kirka (Chris Pine), który zaciąga się na statek kosmiczny U. S. S. Enterprise. Tam na pokładzie jest już Spock (Zachary Quinto), pół-Wolkanin, pół-człowiek, który został wychowany bez emocji, a także inni, młodzi, rządni przygód ludzie. Ich zadaniem będzie pokonanie złego Nero (Eric Bana). Historia jest mocno pogmatwana, a filmie mamy podróże w czasie, alternatywne wersje zdarzeń czy widowiskowe pościgi międzyplanetarne.

Mój opis jedenastego „Star Treka” jest trochę koślawy, jednak w tym filmie dzieje się tak dużo, że nie sposób tego skrócić kilka zdań. Mocno zaskoczył mnie ten obraz sci-fi. Abrams przeszedł sam siebie, stworzył dziełko, jakiego pozazdrościć mogą mu najlepsi. Oglądając, czas leci bardzo szybko, historia wciąga, a po seansie czujemy satysfakcję. Świetne efekty specjalne, dobrze dobrana obsada, urokliwa muzyka, luz i lekkość filmu. Znów odniosę się do innego filmu widowiskowego z bieżącego roku – takie „Transformers 2”, mimo, że ma dużo więcej efektów, jest niesamowicie ciężkie i męczące w odbierze – nic takiego nie ma miejsca w „Star Treku”. Twórcy idealnie wyważyli ilość efektów, dialogów i akcji. Całość mija w oka mgnieniu.
Co prawda nie interesowałem się wcześniej sagą „Star Treka”, ale po obejrzeniu filmu Abramsa mam ochotę nadrobić zaległości i obejrzeć całą serię filmów kinowych. Czytałem, że z każdym filmem było coraz gorzej i mam niesamowitą chrapkę, aby samemu to ocenić. Również chciałbym się dowiedzieć i stwierdzić, czy jedenasty „Star Trek” mocno odbiega od poprzednich filmów i jak się to ma do osób (takich jak ja), które w ogóle nie miały do czynienia z tą sagą – dla mnie film był zrozumiały, wciągający i bardzo dobry – ciekaw jestem, jakby wyglądało moje zdanie, gdybym pozostałe 10 filmów widział przed seansem tegoż.

Na konto obrazu Abramsa spłynęło mnóstwo pieniędzy, to też kolejna część jest prawdopodobnie już tylko formalnością (chociaż, o dziwo, cisza na ten temat w mediach). Ja z przyjemnością obejrzałbym jeszcze z dwa tego filmy, o ile wyreżyseruje je J. J. Abrams i nie będzie przebierał w środkach, stworzy filmy dobre, godne kontynuacje i nie takie pustaki jak „Transformers 2” (ależ żem się przyczepił do tego filmu :F). Tak, więc, moim drodzy, jeśli jeszcze nie widzieliście nowego „Star Treka” to gorąco was zachęcam do jego obejrzenia.