Duet Simon Pegg i Nick Frost to jeden z najzabawniejszych teamów w brytyjskim kinie. Najpierw „Wysyp żywych trupów”, potem „Hot Fuzz” – to był ubaw po pachy! I dlatego z tak wielkim zapałem usiadłem do oglądania nowego filmu z ich udziałem pt. „Paul”. Dodatkowo panowie sami napisali do niego scenariusz.
Graham Willy (Simon Pegg) oraz Clive Gollings (Nick Frost) to dwoje wiernych fanów komiksów i wszystkiego, co z nimi związane. Wybrali się na coroczny zjazd takich ludzi jak oni. Odbywa się on w Ameryce. Panowie wynajmują vana i przemierzają Nevadę w celu odwiedzenia najbardziej znanych miejsc rzekomo nawiedzonych przez UFO. Po drodze natrafią na bardzie nieoczekiwanego rozbitka…
Było zabawnie! Panowie spotykają ufoludka (no to nie jest tajemnicą, chyba?) i pan kosmita jest jeszcze gorszy niż główni bohaterowie! W sensie, Pegg i Frost grają podobne postacie, które pokazali w dwóch wyżej wymienionych filmach. To nadal dwóch, wyluzowanych panów po trzydziestce. A Paul to ich taka krzyżówka z wyjściem na pierwszych plan cech negatywnych. Ale cała ta mieszanka daje nam zabawną, lekko sprośną, chamską i nieokrzesaną komedię.
Baa! Jakby tego było mało, pod koniec filmu mamy tak wielki smaczek i tak ogromne nawiązane do innego, bardzo popularnego obrazu, że choćby, dlatego trzeba obejrzeć „Paula”! W owej scenie, gościnnie pojawia się gwiazda, główna bohaterka tego filmu. Więcej nie zdradzę, bo gdy się okazało, o co chodzi (właściwie to jest zakończenie filmu i rozwiązanie fabuły) to pękałem ze śmiechu. Chociażby za to należą się brawa dla Pegga i Frosta, którzy napisali scenariusz. Za reżyserię nie wziął się Edgar Wright (reżyser dwóch wcześniej wspominanych), a Greg Mottola twórca np. „Supersamca” (który mi się nie podobał).
Podsumowując, obejrzyjcie. Nie ma nudy, cały czas coś się dzieje (Paula ściga rząd), a dodatkowo jest bardzo zabawnie. No i te fenomenalne zakończenie. Jeśli podobały wam się „Wysyp żywych trupów” i „Hot Fuzz”, to ten również przypadnie Wam do gustu.
