Co roku musi powstać przynajmniej jeden film, w którym Amerykanie będą masowo niszczyć swoje miasta. Problem jest zawsze taki, że dobro wygrywa, miasta zostają zniszczone, ale zawsze ktoś przeżyje, odbudują się i takie tam. Jeszcze chyba nie było filmu, w którym by zniszczyli wszystko do końca, ładnie to pokazali i koniec filmu. Oto „Inwazja: Bitwa o Los Angeles”, ostrzejsze podejście do tematu.
Bo o to w Ziemię uderzają meteoryty, ale gdy zbliżają się do powierzchni, trochę zwalniają… w końcu wychodzi na jaw, że Ziemię nawiedzili kosmici, którzy wcale nie chcą rozmawiać, nas poznać i tym podobne. Ich cel jest jeden – pozabijać nas wszystkich i skolonizować naszą planetę. Film to jeden wycinek tej wojny, ukazuje nam jak amerykańskie (a jakże) wojsko będzie walczyć o jedno ze swoich ważniejszych miast – Los Angeles.
Jeśli jeszcze nie oglądaliście, a zamierzacie, to nie czytajcie – krótki zdaniem: podobało mi się średnio.
A teraz idę dalej. Bo owszem, dobre efekty specjalne, sposób podejścia do tematu, też całkiem interesujący (…jak mogłoby się wydawać). Informacje są szczątkowe, tak naprawdę wiemy tylko to, co wiedzą żołnierze. Podążamy za nimi i ich oczami widzimy całą tragedię. Napięcie jest, emocje są, jednak gdzieś mniej więcej po 20-30 minutach zdajemy sobie sprawę, że nic nowego w tym filmie nie będzie. Domyślamy się już zakończenia, wiemy, że wszyscy nie przeżyją. Czyli standardowy, amerykański film katastroficzny. Jest patos, jest patetyczna muzyka, są poświęcenia bohaterów, zwątpienie i ponowne przywrócenie wiary („Zwyciężymy!”).

Ja lubię oglądać takie filmy, głównie po to, by pooglądać sobie ciekawe efekty, zagładę i niszczone miasta, tutaj tego typu scen za dużo nie było. Bardziej można by to uznać za film wojenny, z takim drobnym szczegółem, że najeźdźcami są tutaj kosmici. O nich też tak naprawdę nie wiemy nic – nie wiemy do końca jak wyglądają (tylko oddalone sceny, sylwetki); widzimy ich bronie, pojazdy… momentami przypominało mi to obcych z „Dystryktu 9”, szczególnie Centrum Dowodzenia. Zganić muszę również stronę techniczną – fatalny montaż, trzęsąca się kamera to coś, czego nienawidzę. Owszem, jeśli ten typ montażu jest użyty z rozwagą i ma logiczne wyjaśnienia to tak, ale w tym przypadku po prostu wszystko się trzęsło, aż głowa bolała.
Temat był dobry, można by z tego filmu zrobić naprawdę coś interesującego, problem w tym, że reżyser Jonathan Liebesman nie jest jakiś szczególnie uzdolniony, nie wykazał się jeszcze niczym szczególnym. Nazwałbym go raczej dobrym rzemieślnikiem. Scenarzysta Christopher Bertolini również jeszcze za bardzo się nie napracował. Wszystko to prowadzi do tego, że mieliśmy ładny film, pusty scenariusz i oklepane motywy. Oglądacie na własną odpowiedzialności.

Film straszny. Fabuła poprowadzona tak jakby to był wątek poboczny jakiegoś innego filmu. No i ten patos na każdym kroku, co drugie zdanie.
Nie zawsze: The Road.
Takie średnio udane połączenie Helikoptera w ogniu z Duke Nukem 3D ;)
Też lubię bardzo takie filmy. Co do kamery to efekt „wstrząsów” z tego co wiem był tu zamierzony. Miało to upodobnić film trochę do gry komputerowej..
Wg. mnie wszystko z nim byłoby ok gdyby nie bardzo kiepskie dialogi. W sumie w przypadku tego filmu naprawdę kiepskie..
Ładny film? Ładny film to byłby w 2001, dzisiaj jest to po prostu zwykły film. Film o krewetkach z kosmosu.