Oryginalny tytuł: A Nightmare on Elm Street | Reżyseria: Samuel Bayer Jak zaśniesz, to cię zabiję

Koszmar Po odgrzaniu “Piątku 13-tego”, “Piranii” i wielu innych horrorów sprzed iluś tam lat, przyszła kolej na “Koszmar z ulicy wiązów”. Do dnia dzisiejszego, seria ta liczy siedem filmów z Freddym, jeden crossover “Freddy kontra Jason”, gdzie Freddy spotyka Jasona z “Piątku 13-tego”, oraz oglądniety właśnie przeze mnie reebot całej serii z bieżącego roku.

Film od razu zaczyna się jazdą bez trzymanki. Nieznany nam mężczyzna podżyna sobie sam gardło, bo twierdzi, że ktoś mu kazał. Niedługo po tym już wiemy, że Freddy Krueger pojawia się w snach, a jak umrzesz w snach, to i umrzesz w rzeczywistości. Nasi bohaterowie będą próbowali nie spać, chociaż będzie to bardzo trudne.

Podobała mi się teoria (albo i prawda, nie wiem jak jest do końca), że po trzech dniach nasz mózg ucina sobie drobne drzemki i nie wiemy do końca, czy śnimy czy jesteśmy na jawie. Ciekawe i bardzo dobrze wykorzystane. Ogólnie rzecz biorąc, film mi się podobał. Nie był nachalnie tryskający krwią, były momenty grozy, były przestoje (ale to już standard…). Odczucia mam podobne jak przy oglądaniu wspomnianego już tutaj “Piątku 13-tego”. Ogląda się dobrze, ale po co? Oryginału nie widziałem, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że pewnie jest lepszy.

Po filmie nie miałem żadnych lęków czy obaw przed pójściem spać czy tym podobne – a były już takie horrory, które skutecznie na mnie (i nie tylko) oddziaływały. Chociażby “Klątwa” (amerykańska) czy “Egzorcyzmy Emilii Roose”. Ten ostatni to ostro mną zachwiał i przez około tydzień nie wiedziałem, co mam z sobą zrobić. Jak nie widzieliście to polecam, ale nie o tym filmie już piszę, znów mam problemy z trzymaniem się jednego wątku.

Gdyby kilka scen wyciąć, takich zwalniaczy to pewnie byłoby jeszcze bardziej dynamicznie, ale i tak nie jest źle. Twórcy nie bali się pojechać po bandzie i pod koniec jest już jazda bez trzymanki. Bardzo podobało mi się zakończenie – ale nie już ostatnia scena (która oczywiście musiała być taka, a nie inne, aby była możliwość nakręcenia kolejnej części – bardziej mi chodzi o roztrzygnięcie i finał całej intrygi. Było ciekawie, intensywnie i z pomysłem – tak jak lubię.

Podsumowując, jeśli chodzi o kategorię horrorów, ten remake plasuje się tak po środku, jest lepszy niż “Piątek 13-tego”, ale takiej wspomnianej już “Klątwie” czy chociażby “Ringowi” nie dorasta do pięt. Dobrze ogląda się ze znajomymi.

Moja ocena: 6/10

* * *

Niesamowitą jakość obrazu i wspaniały dźwięk zapewnił mi telewizor Philips 46PFL9705H. Najnowsza notka o obrazie i dźwięku na moim prywatnym blogu.

Autor: Łukasz Mantiuk dodane 15 gru 2010 o 12:17

4 wypowiedzi.

  1. Wildente pisze:

    Nie oglądałam tego, ale klasyczna seria to cudowna komedia, która rozweselała mnie przez całą młodość. I chyba Freddy bez Englunda to nie to samo, tak przynajmniej ze zdjęć wynika. I jakiś taki chyba bardziej niekomediowy jest, nie?

  2. Scanner pisze:

    Jazda bez trzymanki na początku, jazda bez trzymanki na końcu, czyli „film trzymający poziom”.

    Pierwowzór w wersji książkowej czytałem chyba z -dziesiat razy – filmowej nieco mniej. Mam obawy przed odgrzewaniem klasyka.

  3. maks pisze:

    Pierwsza część jest kapitalna. Niezły ubaw miałem odnajdując odniesienia do postaci Freddiego Kruegera w innych produkcjach – np. kapelusz, charakterystyczna rękawica i pasiaste wdzianko wiszące w jednej z lokacji gry Blood I.

    Natomiast w temacie klasyków u mnie zdecydowanie prowadzi seria o lalkarzu Andre Toulonie czyli Puppet Master.

  4. Vincent Sharpe pisze:

    Oglądałem i powiem,Ze film mnie powalił tym ,że multum w nim podtekstów sexualnych okraszonych niesamowitym głowsem aktora. Uważam,że nowy Freddy jest leprzy od pierwowzoru i nie chodzi o to , że sie drży jak liść na wietrze bo Freddy wyskoczy z pudełka jak pajac. On nie bawi się swymi ofiarami z uśmiechem na tważy jest poprostu wściekly na to co mu zrobiono i pragnie zemsty.

    Ostatnia scena z Nancy majstersztyk nie mówie tu o scenie z lustrem.

Skomentuj


*