M. Night Shyamalan ostatnimi czasu próbuje i próbuje nakręcić w końcu dobry film i jakoś mu to nie wychodzi. Po bardzo średnim, wręcz nijakim „Zdarzeniu” przyszedł na czas na gwóźdź do trumny w jego karierze, „Ostatni Władca Wiatru”, mieszanka kiczu, patetyczności oraz karykaturalności. No i jeszcze przyszło mi oglądać wersję z polskim dubbingiem. Brak słów.
Opowiastka dzieje się w świecie, gdzie są cztery królestwa – Ognia, Wiatru, Ziemi i Powietrza. Wśród nich żyją magowie, którzy potrafią władać owymi żywiołami. Jest też potężny Awatar (cóż za zbieżność nazw), który potrafi władać wszystkimi żywiołami, umiera on i odradza się na nowo. Bohaterowie filmu, Sokka (Jackson Rathbone) i Katara (Nicola Peltz) odnajdują Awatara w zamrożonej kuli. Nazywa się on Aang (Noah Ringer) i przetrwał tam sto lat, podczas których wiele się zmieniło. Cała trójka będzie musiała stawić czoło królestwo Ognia, które chce przejąć władzę nad całym światem.
Biedny Dev Patel, po świetnej roli w Oscarowym „Slumdog Milionaire” trafił do czegoś tak słabego, i jakby to powiedziała pani Magda Gessler – śmierdzącego trupem. Oprócz niego mamy tu gromadę początkujących aktorów, aktora ze „Zmierzchu” (życie po „Zmierzchu”? Annie Kendrick się udało, jemu nie bardzo) oraz Cliffa Curtisa, który powoli się rozpędza (był już w „Szklanej Pułapce 4.0”, „W stronę słońca” czy „Źródle”). Wszyscy oni próbowali grać, zrobić coś z tym filmem, jednak niestety, scenariusz był tak patetyczny, że wszystkie ich kwestie, które wypowiadali brzmiały po prostu śmiesznie. Szczególe nie przypadła mi do gustu główna rola, czyli Noah Ringer w roli Aanga/Awatara. Takie małe, pucate dziecko, kompletnie nieprzekonywujące. No i jak oni wykonywali te swoje wszystkie tańce, które budziły żywioły to normalnie masakra, nie wiedziałem czy się śmiać, czy płakać.

Wydaje mi się, że gdzieś w połowie przysnąłem, naprawdę koszmarnie nudno było. Efekty specjalne niczego mi nie wynagrodziły, nie było tu zupełnie nic nowego, co mogłoby mnie zachwycić, nic nowatorskiego czy też czegoś, czego już nie było. Wiem, że w taki sposób mogę przyczepić się do wszystkich efektów specjalnych w nowszych filmach, ale Shyamalan i spółka naprawdę poszli na łatwiznę i mieliśmy tu zlepek scen przypominających „Opowieści z Narnii”, „Władcę pierścieni”, jakieś filmy o kung fu i tak dalej. Nie sądzę by celem twórców było doszukiwanie się w filmie właśnie takich analogii.
Jedynym, jasnym punktem tego filmu jest muzyka Jamesa Newtona Howarda, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Niech konkluzją tej recenzji będzie to – ściągnijcie sobie muzykę Howarda do tego filmu, posłuchajcie, a seans sobie darujcie. Nawet kontynuacji pewnie nie będzie, bo zarobił malutko.

Przyznam, że wyczekiwałem na premierę Ostatniego Władcy Wiatru. Miałem pójść na to do kina, ale jak się dowiedziałem, że będzie tylko z dubbingiem to sobie darowałem. Teraz, po już nie jednej podobnej opinii nawet na dvd nie chce mi się czekać… Szkoda.