Oryginalny tytuł: The Blind Side | Reżyseria: John Lee Hancock Sandra dramatyczna

The Blind Side Ciężko jest pisać o tym filmie w świetle tego wszystkiego, co wydarzyło się w życiu Sandry Bullock po jego premierze. Przypomnę – najpierw dostała Oscara, podczas przemowy dziękowała głównie mężowi. Potem wyszło na jaw, że owy mąż zdradzał ją, niejednokrotnie. Dziś już aktorka jest po rozwodzie, okazało się też, że adoptowała chłopczyka. Tak, więc już jest ok., ale nie sposób o tym wszystkim zapomnieć i nie współczuć jej. Szczęście (w cudzysłowie) też, że kolejność tego wszystkiego była taka a nie inna, bo jakby dostała Oscara po wiadomości o zdradzie, to wszyscy by mówili, że dostała go na pocieszenie. A tak, możemy się tylko zastanawiać, czy aktorsko rzeczywiście była taka dobra. Oto „The Blind Side”, przełomowy film w całej karierze Sandry Bullock.

Historia – która zdarzyła się naprawdę – opowiada Michaelu Oherze (Quinton Aaron), amerykańskiej gwieździe futbolu. Bohater, jako nastolatek zostaje przygarnięty przez Leigh Anne Touhy (Sandra Bullock), która wbrew mężowi oraz znajomym daje czarnoskóremu, bezdomnemu chłopakowi dom, ciepło i rodzinę. Pozwala również na spełnienie swoich marzeń, którymi jest właśnie futbol.

Powiadają, że nie jest to najlepszy film Sandry. Ponoć ciekawsze role zagrała w „Mieście gniewu” czy „Śmiertelnej wyliczance”. Nie oglądałem obydwu, nie mniej jednak, rola Bullock na pewno nie była najlepsza spośród pięciu wyłonionych przez Akademię (Streep za „Julie i Julia”, Mirren za „The Last Station”, Mulligan za „Była sobie dziewczyna” i Sidibe za „Precious”). Najlepsza oczywiście była Meryl Streep, której zdecydowanie należał się trzeci Oscar w karierze. Jednak wspomniana Akademia przy swoich wyborach nie zawsze kieruje się głównie talentem aktorskim, czasem daje nagrody ‘bo wypada’, ale najczęściej daje je tym, którzy są najpopularniejsi, a nie da się ukryć, że 2009 był rokiem Sandry Bullock. Zagrała w trzech filmach, jej filmy zarobiły ponad 300 milionów dolarów (sama zaś zainkasowała 56).

Mi Bullock przypadła do gustu. Jej rola nie była za bardzo wymagająca, jednak tam, gdzie trzeba było pokazać, to zrobiła to. Zdecydowanie wolałbym, aby częściej grała w filmach tego typu, niż prostych komediach romantycznych – z drugiej strony, jeśli mają to być tak świetne komedie jak „Narzeczony mimo woli”, to raz na kilka lat może zagrać i w czymś takim. Nie mniej jednak – niech pokaże więcej talentu aktorskiej, niech się wykaże. Niech zagra alkoholiczkę, narkomankę, psychopatkę… serio, w takiej roli bym chciał ją zobaczyć i czy sobie poradzi. Bo tak się jakoś przyjęło, że właśnie takie role są wymagające i jak ktoś sobie poradzi, to znaczy, że ma talent. Taka Angelina Jolie dostała Oscara za granie psychopatki („Przerwana lekcja muzyki”), Javier Bardem zresztą też („To nie jest kraj dla starych ludzi”), Helen Mirren dostała za granie twardej babki („Królowa”), a Mo’Nique alkoholiczki („Precious”). Role komediowe rzadko są nagrodzone, przypominam sobie głównie Penelope Cruz za frywolną Marię Elenę w „Vicky Cristina Barcelona”. No, ale należało się jej. Ale już dość o tych żółtych, pozłacanych figurkach.

The Blind Side” to ciepła i wzruszająca opowieść (nie płakałem!) pokazująca, że są na świecie jeszcze dobrzy ludzie, którzy potrafią pomóc innym. Takich filmów powinno być trochę więcej. Obraz w reżyserii Johna Lee Hancocka (scenarzysta niesamowitego „Doskonałego świata” Clinta Eastwooda z Kevinem Costnerem w roli głównej, na pewno oglądaliście) nie jest ani nachalny, a nie przesadnie moralizatorski czy przesłodzony. To prosta i wciągająca opowieść o tym, jak to wszystko się zdarzyło. I tu z podkreśleniem tłumaczę – takich, w sensie prostych, nieprzesłodzonych i normalnych filmów. Bo niestety, ale ostatnio dobre historie są rozpieprzane albo złymi aktorami, albo przesadną ilością efektów specjalnych, albo po prostu złym scenariuszem. „The Blind Side” geniuszem nie powala, nie mniej jednak oglądało się bardzo miło. Polecam.

Moja ocena: 7+/10

Autor: Łukasz Mantiuk dodane 04 paź 2010 o 11:56

2 wypowiedzi.

  1. lola king pisze:

    Omówiłeś ten film głównie w kontekście Sandry Bullock i jeśli o nią chodzi, to w zasadzie ze wszystkim się zgadzam. Za jej postać i szczerość na pewno podwyższyłam swoją ocenę, choć ja ten film oceniam bardziej negatywnie. Niestety, ale główna postać grana przez Aarona, jest kompletnie niewiarygodna, a sam aktor do takich ról po prostu się nie nadaje, bo nie potrafi oddać bólu i zagubienia swojej postaci. Co jest niewybaczalnym błędem. Poza tym, film jest do bólu przesłodzony, tu nawet wydarzenia, które z pozoru wyglądają groźnie (jak choćby wypadek samochodowy synka Leigh i Michaela), kończą się, jakby tak naprawdę nic się nie stało. Niestety, ale mnie Hancock nie przekonał do swojego filmu. Uważam, że była to najsłabsza kandydatura do Oscara ze wszystkich filmów nominowanych tego roku. Film aspiruje do miana dobrego dramatu, ale ja miałam wrażenie nieporozumienia. Tylko Sandra broni ten film! Pozdrawiam :)

  2. szymalan pisze:

    Zgadzam się z komentarzem Loli King – mnie też nie przekonuje ta niestety dość błaha psychologicznie bajeczka, utkana w większości z klisz filmów z cyklu „okruchy życia”.

    Bullock faktycznie niezła , ale zgadzam się z Tobą, że Oscar powinien iść w tym roku do Meryl Streep. Tak samo nieporozumieniem jest dla mnie Złota malina dla Sandry za „Wszystko o Stevenie”- ok rola może niskich lotów, ale na pewno nie najgorsza w całym roku.

    A „Miasto gniewu” wspomniane w recce polecam z czystym sumieniem. Amerykańskie kino najwyższej próby.

Skomentuj


*