Jakiś dawny czas temu, jak jeszcze nie było wiadomo, że Tim Burton nakręci „Alicję w Krainie Czarów” to naprawdę sobie pomyślałem, że gdyby on się za to wziął, to powstałoby arcydzieło. Rozmyślałem, że mógłby nakręcić właśnie „Alicję…” albo „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”. Z jego wyobraźnią… no i Burton zabrał się za „Alicję w krainie czarów” oraz „Alicję po drugiej stronie lustra”. Dla Disneya. Arcydzieło nie powstało.
Fabuła filmu to taka hybryda obydwu książek o Alicji. Jest już ona (Mia Wasikowska) dorosła, a rodzice wybrali jej mężczyznę, z którym ma się pobrać. Niestety nie widzi się jej to, podczas szaleńczej ucieczki, będącej jednocześnie pogonią za Białym Królikiem, Alicja wpada do króliczej nory. Przenosi się do krainy, w której kilkanaście lat temu już była. Wtedy to też, źle przeczytała jej nazwę. Krainą rządzi zła Królowa Kier (Helena Bonham Carter). Nie będzie bajecznie.
Zacznę od najlepszego elementu filmu Burtona – od aktorów. Większość spisała się doskonale, a niektórzy prawdopodobnie zagrali swoje najlepsze role w karierze. Absolutnie rozbrajająca i nieziemsko genialna była Helena Bonham Carter w roli Królowej Kier. Nie ma słów by opisać geniusz roli, który wyczarowała nam Carter. Już dla niej samej warto by to obejrzeć, ale to nie koniec. Chyba nikt nie miał wątpliwości, że i Johnny Depp spisze się doskonale? Każda jego rola to perełka i nie było inaczej tym razem. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że jest to pierwszy film, w której Bonham Carter była lepsza od Deppa. Nawet znacznie lepsza.

Osobna bajka jest z Białą Królową – tutaj Anne Hathaway. Jej oderwanie od rzeczywistości oraz zachowanie podobne do tego po zażyciu jakichś narkotyków było świetne. Pochwały tu należą się oczywiście dla Hathaway, była zagrała to naprawdę dobrze. Zaraz za tą trójką są pozostałe role drugoplanowe, każda z nich miała coś w sobie, każda z nich… ahhh! Kot z Cheshire, Biały Królik, Marcowy Zając, Gąsienica Absolem… wymieniać by długo. Do plusów należy dopisać jeszcze znakomitą (jak zawsze) muzykę Danny’ego Elfmana. Majstersztyk!
Przy całych tych zachwytach celowo nie wspominam o Mii Wasikowskiej, która odegrała najważniejszą rolę, czyli Alicję. Nie podobała mi się. Miałem wrażenie, że cały czas grała jedną miną, niezależnie czy miała się akurat cieszyć, bać czy uciekać. Poker Face i już. Tu jednak zdania są podzielone, są ludzie, których rola Wasikowskiej zachwyciła. Mnie nie.

Ale to wszystko nic, ponieważ – z bólem to muszę napisać – ale „Alicja w krainie czarów” to film słaby. Może nawet najsłabszy w jakże kolorowej filmografii Tima Burtona. Ogląda to się dobrze, ale Burton to reżyser, od którego oczekuje się znacznie, znacznie więcej. Owszem, gdyby taki film nakręcił ktoś inny, to można by powiedzieć, że wow, udało się komuś, ale… ale Burton zrobiłby to lepiej. Wszyscy tak myśleli, wszyscy się zawiedli. Ja się zawiodłem, bo brakowało mi tutaj tej „magii” Burtona, tych szalonych, odważnych pomysłów. Za mało Burtona w Burtonie, za dużo Disneya. Tak, zdecydowanie całą winę za spieprzenie* „Alicji…” ponosi Disney, który zapewne chciał zarobić jak najwięcej, przez co te bardziej szalone pomysły Burtona być może były łagodzone lub usuwane. A może sam Burton chciał zrobić lżejszy film? Cóż, udało mu się już raz zrobić coś genialnego a jednocześnie lekkiego i dla wszystkich („Charlie i Fabryka Czekolady”), myślę, że i tego tym razem oczekiwaliśmy.
Niestety, panie Burton, wytwórnio Disney – spieprzyliście*. Powstał film znośny – ogólnie, oraz film słaby – jak na Burtona. Warto obejrzeć jedynie dla genialnych kreacji Heleny Bonham Carter i Johnny’ego Deppa, oraz świetnej Anne Hathaway.
Moja ocena: 6-/10
* - pierwszy raz używam takich słów w recenzji, ale niestety, inaczej nie da się tego określić. „Zepsuć” nie oddaje tego.
Filmlog 2.0, oto on. Jak wrażenia? :D

