Postapokaliptyczny świat, ludzie jak zwierzęta, zniszczona natura, zdemolowane domy i całe miasta… czyli co by było, gdyby… lubię takie filmy. Oto „księga ocalonych”, gdzie cała akcja kręci się wokół jednej książki.
Bohaterem jest Eli (Denzel Washington) który (na początku nie wiadomo dlaczego) ale idzie na zachód. Podróżuje przez wyżej przeze mnie opisany świat – zniszczony, brudny, zdegradowany. I oczywiście na początku nie wiemy nic, lecz z czasem wyjaśnia się, co nie co – aczkolwiek nadal są to informacje szczątkowe. Eli niesie książkę, która jest bardzo ważna dla ludzkości. Niestety, trafia na prowizoryczne miasto, gdzie jego boss (Gary Oldman) stwierdził, że chce tę książkę.
Zdjęcia powalają. Wszystko jest naprawdę mocno zniszczone i za każdym razem robi wielkie wrażenie. Szczególnie nad niebem musieli dużo napracować się w komputerze, bo jest bardzo realistyczny, przerażające i żywe. Przez większość filmu Eli podróżuje przez pustynię, ale gdy już trafia do miasta… Cóż, mogło być odrobinę lepiej, bo czasami praca komputera za bardzo rzuca się w oczy.
Przyczepiłbym się do fabuły – jest bardzo naiwna i rozdmuchana. Szczególnie, gdy już dowiadujemy się, o jaką książkę chodzi. Eli jest niezniszczalny, dużo pić nie musi, o jedzeniu nie wspominając. Już nie powiem nic na temat, że całe Stany przemierza na piechotę, a bandę uzbrojonych złoczyńców pokona jednym paluszkiem. Być może to taka konwencja, a pomaga mu książka, ale ja tego nie łykam. Śmieszyło mnie to, film mnie nie wciągnął. Nie oczekiwałem niczego, zachęciły mnie zdjęcia i zapowiedź, która była bardzo klimatyczny. Ale nic bardziej mylącego, klimatu nie było, a zamiast tego momentami była nuda.
Denzel Washington zagrał bardzo fajnie, może dzięki niemu te patetyczne i nadmuchane teksty nie były aż tak śmieszne, nie mniej jednak to nie dla niego film… Miło też patrzyło się na Milę Kunis. W sumie stracone prawie dwie godziny, nie polecam – mogło być lepiej.
