To był najbardziej oczekiwany przeze mnie film roku 2009. Plejada gwiazd, spośród których Nicole Kidman i Penélope Cruz, które wielbię. Ceniony reżyser, dobry temat. Wydawałoby się, że sukces gwarantowany. A tu klapa – i finansowa, i artystyczna. Co poszło nie tak?
Bohaterem „Nine” (nic mi nie mówicie o polskim tytule) jest Guido Contini (Daniel Day-Lewis), mega popularny reżyser, który ma poważne problemy nad stworzeniem nowego dzieła. Jego myśli nie są skupione na scenariuszu, a na kobietach, które skutecznie mącą mu w głowie: żona, Luisa Contini (Marion Cotillard); muza filmowa, Claudia (Nicole Kidman); duch matki, z którą reżyser rozmawia (Sophia Loren); ponętna kochanka, Carla (Penélope Cruz); projektantka kostiumów do filmów Guido oraz jego odwieczna przyjaciółka, Liliane La Fleur (Judi Dench); ideał kobiety, Saraghina (Stacy „Fergie” Ferguson) oraz dziennikarka, Stephanie (Kate Hudson). Każda z pań chciałaby kawałek Guido dla siebie. Każda z nich skutecznie miesza w jego życiu, przez co myśli on o wszystkim innym tylko nie scenariusz.
Podstawową i najważniejszą wadą filmu Marshalla jest brak ładu i składu. Brak – jak ja to ładnie nazwałem – „kleju” – swoistego spoiwa, która w jakiś sensowny sposób połączyłoby cały ten film, ten zlepek scen. Bo taka jest prawda – oto mamy sześć aktorek i jednego aktora. Nicole Kidman, Fergie oraz Kate Hudson pojawiają się w epizodach, coś tam robią, śpiewają i już ich nie ma. Sophia Loren pojawia się kilkukrotnie, ale też mogłoby jej nie być. Całość toczy się pomiędzy Danielem Day-Lewisem, Marion Cotillard oraz Penélope Cruz. Może gdyby okroić film to tych trzech postaci i na nich skupić całą historią, wyszłoby lepiej?
Sceny z Nicole, Fergie oraz Kate przypominają teledyski na którejś ze stacji muzycznych (w sumie to już nawet nie wiem, która rzeczywiście nadaje głównie teledyski, bo to, co idzie na Vivie czy MTV to… bez komentarza). Owszem, epizod Fergie wbija w fotel, epizod Kate jest udany, a Nicole Kidman jak zawsze genialna i cudowna, nie mniej jednak równie dobrze mogłoby tych scen tutaj nie być. Przechodzą do głównych postaci – Marion Cotillard dwukrotnie śpiewa i dwukrotnie są te prawdopodobnie najlepsze momenty „Nine”. Liczyłem, chociaż na nominację do Oscara, ale była do Złotego Globu. Dalej – Penélope Cruz niesamowicie ponętna i pociągająca. Uwielbiam jej akcent. Miód dla uszu. I na sam koniec… Daniel Day-Lewis jest świetnym aktorem, jednak mógłby nie śpiewać. Zagrał bardzo dobrze, jednak sceny śpiewane nie przekonują i czasem nawet aż bolą. Cała śmietanka aktorska razem pojawia się tym dwukrotnie i nie ma to prawie żadnego związku z filmem – są to sceny symboliczne, taka metafora tego, że owe panie są w życiu Gudio i ‘czegoś’ od niego chcą.
Podsumowując, niestety zawiodłem się. Oglądało się miło, bo zawsze miło jest patrzeć na ulubione twarze, jednak nic nowego ten film nie wniósł, nic nie zdobył i na pewno nie zapadnie w pamięć. Ani mi, ani prawdopodobnie nikomu. Smutne, ale prawdziwe, moje olbrzymie oczekiwania nie zostały zaspokojone. Daleko filmowi Marshalla od „Chicago”, nie wspominając już o „Moulin Rouge!”. Nawet prosta „Mamma Mia!” czy „Lakier do włosów” bardziej mi się spodobały. Co ciekawe, Rob Marshall chyba lekko ‘przejechał się’ na musicalach, ponieważ jego następnym filmem ma być… czwarta część Piratów z Karaibów! 1

