Przeżyjmy to po raz czwarty. Na „Oszukać przeznaczenie 4” czekałem z utęsknieniem, bo mimo niskiego poziomu i wszelakich głupot, to serię tę lubię bardzo. Jakież wielkie rozczarowanie mnie spotkało, gdy pojawiły się napisy końcowe.
Tym razem akcja filmu dzieje się podczas wyścigów samochodowych. Rozpędzone samochody wpadają na publiczność, latają części aut i ludzi, a na sam koniec cały stadion wali się. Po chwili bohater, Nick (Bobby Campo) dochodzi do wniosku, że to wszystko była zaledwie wizja, która za chwilę ma się spełnić. Pospiesznie ucieka z miejsca przyszłej katastrofy z przyjaciółmi i grupką innych ludzi. I rzeczywiście, po chwili mamy wielkie boom.
Jakiś czas temu pisałem, jak bardzo nie lubię tego marnego efektu 3D, którego doświadczamy teraz… (wciąż wierzę, że wszystko zmieni Cameron). W tym przypadku nie było lepiej, owa trójwymiarowość znacząco wpłynęła na moją ocenę filmu. Całość była stanowczo zbyt ciemna, a 3D zdemaskowało całą sztuczność efektów specjalnych. Były one płaski i niejakie.
„Oszukać przeznaczenie 4” nie wywołało we mnie strachu, nie bawiłem się dobrze. Przez cały seans bardziej towarzyszył mi znikomy uśmieszek politowania i zażenowania tym, co widzę. Było znacznie gorzej niż w części trzeciej, która już nie do końca przypadła mi do gustu. Miernie, pusto, nijak.
Jedyną ciekawostką, zbiegiem okoliczności, który szczerze mnie rozbawił, to fakt, że w filmie mamy scenę, gdzie w kinie ludzie oglądają film w 3D, a za ścianą jest remont, po czym jest wybuch i masakra. Podobnie było w Olsztyńskim Heliosie – oglądaliśmy film w 3D, a za ścianą trwało rozbudowywanie kina. Na szczęście nic nie wybuchło. Żyję.
Tym razem śmierć nie miała zbyt oryginalnych pomysłów na uśmiercenie swoich wybrańców. Nie miał ich także scenarzysta, reżyser się nie postarał. Bardzo marny film, który najlepiej żeby nie powstał. Nie oglądajcie go. Lepiej po raz kolejny obejrzeć drugą część, najlepszą. I nie kręćcie piątki!

