Lucy Hill (Renée Zellweger) to piękna, ambitna, odnosząca sukcesy pracownica firmy w Miami. Pewnego razu przyjmuje zadanie od razu, nie dowiadując się, o co chodzi. Będzie tego żałowała. Lucy zostaje wysłana do małego miasteczka w Minnesocie, gdzie ma przeprowadzić reorganizację pewnej firmy. I oczywiście wszystko będzie dla niej niesamowicie trudne. Po pierwsze zamieni gorącą, tętniącą życiem Florydę, na zimną, małą Minnesotę. W dodatku wszyscy ludzie, którzy stają się teraz jej podwładnymi są od razu do niej uprzedzeni i rzucają jej kłody pod nogi. Jednak na rogu pojawi się miłość…
Standard pogania standard, sprawdzone motywy, powielenia, nic nowego – komedia romantyczna, jakich wiele, która na tle tych wszystkich innych nie wyróżnia się niczym nowym. Nawet, jeśli wspomnieć o Renee Zellweger, to lepiej obejrzeć ją w innej komedii romantycznej z jej udziałem – „Dziennik Bridget Jones”.
Czytając to zadasz sobie pytanie – to, po co on to oglądał? To trudne pytanie. Jedyna odpowiedź to chyba fakt, że ja po prostu lubię takie proste, niezobowiązujące filmy. Nawet, jeśli potem mam im wystawić jakieś niskie noty, to w końcu jakieś filmy muszą mieć takie oceny, bo same ósemki i dziewiątki to byłoby nudno. A w takich komediach romantycznych zawsze jest jakaś fajna aktorka, której się wydaje, że robi świetny film i wszyscy będą ją za kochać, a tak naprawdę wszyscy oglądają film, bo chcą po prostu na nią popatrzeć. Tak było w przypadku „Za jakie grzechy”, bo tu mamy Renee. Tak też było w przypadku „Wyznań zakupoholiczki”, gdzie błyszczała Isla Fisher. Poziom obu filmów jednak taki sam (porównuję oba filmy, bo obejrzałem je w krótkim odstępie czasowym, a recenzja „Wyznań zakupoholiczki” to kolejna po tej).

