Na „Wolverine’a” wybrałem się do kina z jednego, prostego powodu – uwielbiam całą trylogię „X-men”. Wszystkie trzy filmy były dla mnie bardzo dobre i pewnie jeszcze nie raz je obejrzę. Inaczej natomiast jest z „X-Men Geneza: Wolverine” – filmie opowiadającym o początkach jednego z mutantów, Wolverine’a.
Film zaczyna się od młodości bohatera, Jamesa Howletta, który ‘przypadkiem’ zabija swojego ojca. Ucieka z bratem, Victorem. Razem wstępują do wojska, walczą na wojnie. To tam zauważa ich William Stryker (Danny Houston), który proponuje im wstąpienie do Drużyny X, w której również są inni mutanci obdarzeni niezwykłymi zdolnościami. Jednak podczas jeden z akcji, James (Hugh Jackman) zauważa prawdziwą naturę swojego brata (Liev Schreiber), a jednocześnie zawiedziony jest działaniem Drużyny X. Postanawia uciec. Rozpoczyna nowe życie u boki pięknej Kayli (Lynn Collins). Jednak nie wszystko będzie takie kolorowe…
Podchodziłem do tego filmu ostrożnie. Nie miałem żadnych oczekiwań, żeby potem się nie zawieść. Co się i tak stało, bo film ten to 100 minut nudnej fabuły plus kilka efektów specjalnych, które wcale wrażenie nie robią, ponieważ do takich już dawno zdążyłem się przyzwyczaić. Od samego początku nie podobał mi się reżyser – Gavin Hood ma na swoim koncie m.in. dobre „W pustyni i w puszczy” czy niezły „Transfer”. Są to jednak gatunkowo zupełnie inne filmy niż „Wolverine” i było dokładnie tak jak się spodziewałem – pan Hood powinien wrócić do reżyserowania czegoś innego niż filmy science-fiction – może komedie romantyczne? Dramaty?
„X-men Geneza: Wolverine” ma wiele minusów. Po pierwsze za dużo bohaterów-mutantów. Było ich tak dużo, że zanim ktokolwiek się pojawił na ekranie to już znikał. Samej akcji, gdzie byłoby, na co popatrzeć też za dużo się nie naliczyłem, więcej było gadania i planowania. Kolejnym – ale to już moim prywatnym minusem jest fakt, że nigdy nie lubiłem Logana. Dużo chętniej zobaczyłbym historię Ororo Munroe (Storm) bądź Jean Grey (Dark Phoenix). A już w ogóle to kompletnie mi się nie podoba pomysł tworzenia oddzielnego filmu dla każdego mutanta – w ten sposób takich filmów może powstać z tysiąc, a to, że kręcą już „X-men Geneza: Wolverine 2” jest przegięciem, bo jak tak każdy film o mutancie będą ‘trylogiować’ to… sami wiecie. Wolałbym poczekać (nawet dłużej) na albo „X-men 4” albo wspólną historię początków wszystkich X-menów (były takie plany, ale chyba już z nich zrezygnowano).
Podsumowując, „Wolverine” to film słaby, momentami nudny, który obejrzeć można, ale zachwytu nie będzie. Rozczarowałem się, mimo że kompletnie nic sobie nie obiecywałem. Pocieszam się faktem, że część druga (ponoć trwają przygotowania do rozpoczęcia zdjęć w Japonii) nie ma jeszcze reżysera. Panie Singer, nie chciałby pan?
Moja ocena: 3-/10
P.S.: Na Filmlogu nastąpi krótka (mam nadzieję) przerwa spowodowana awarią komputera.
