Jak zwykle w pierwszym kwartale roku mamy w kinach trochę komedii romantycznych, trochę horrorów (głównie remaków azjatyckich dzieł) i jakąś animację. Pierwszy typ filmów w tym roku reprezentują „Ślubne wojny” z Kate Hudson oraz Anne Hathaway i jak zwykle, poziom nie jest zbyt wygórowany, ale i nie najgorszy.
Dwie bohaterki, Liv (Kate Hudson) i Emma (Anne Hathaway) to przyjaciółki praktycznie od zawsze. Mimo że ich kariery różnią się znacznie – Liv to zimna i twarda kobieta sukcesu, natomiast Emma stoi raczej w jej cieniu. Obie panie bez przerwy marzą o bajecznie wielkim i wystawnym ślubie. I gdy ich mężczyźni w końcu im się oświadczają, wielka machina ślubna rusza. Pech sprawia, że za błędem jakiejś sekretarki, przyjaciółki dostały tę samą datę ślubu w wymarzonym hotelu Plaza. Przyjaźń się zatraca, rozpoczyna się wojna o to, kto będzie miał lepszy ślub.
Jak już na początku napisałem, „Ślubne wojny” nie jest jakąś nowością w gatunku komedii romantycznych, ale nie jest też strasznie złym filmem. Ogląda to się tak jak większości tego typu filmów – na luzie, czasem z uśmiechem, najlepiej w większym gronie lub z ukochaną osobą. Pozycja idealna na randki.
W filmie główne role powierzono Kate Hudson oraz Anne Hathaway. Pani Hudson od lat gra głównie właśnie w tego typu filmach – pewną odskocznią będzie musical „Nine”, który premierę będzie miał pod koniec bieżącego roku. Odnośnie pani Hathaway to można stwierdzić, że jest to aktorka, która cały czas próbuje różnych gatunków i szuka czegoś najbardziej odpowiedniego dla siebie. Bo w jej filmografii mamy zarówno świetne komedie „Diabeł ubiera się u Prady” i „Dorwać Smarta”, dramaty „Rachel wychodzi za mąż” i „Tajemnica Brockeback Mountain”, pseudo thriller psychologiczny „Ocaleni” oraz dwie części „Pamiętnika dla księżniczki” familijnego obrazu dla najmłodszych. Ja jednak najbardziej czekam na „Alicję w Krainie Czarów” gdzie Hathaway wcieli się w Białą Królową. Reżyserią zajmie się sam Tim Burton – premiera w 2010.
Co ważne – film się nie dłuży. Całość jest tak poprowadzona, że oczywiście wiemy jak się to skończy, jednak sprawna reżyseria (Gary Winick) spowodowała, że ogląda się miło, zgranie i powabnie. Nie powiem wam, czy macie iść i to obejrzeć, bo to już wasza decyzja, jednak ja bawiłem się dobrze. No i na Hudson to mógłbym patrzeć i patrzeć, a w tym filmie prezentowała się wyjątkowo dobrze.

