Bardzo często bywa tak, ze wielka gwiazda grająca w danym filmie – poprzez swoje występki w życiu publicznym opisywane przez tabloidy – może zaszkodzić. Takie obawy pojawiły się przed seansem „Oszukanej”. Jednak Angelina Jolie dała radę. W przypadku „Walkirii” Tom Cruise poległ na całej linii.
„Walkiria” opowiada o zamachu na Hitlera. Pułkownik Klaus von Stauffenberg (Tom Cruise) wraca z pola walki i przystępuje do tajnej organizacji, która owy zamach przygotowuje. Do zdarzenia ma dojść w bunkrze w Wilczym Szańcu, nie opodal Kętrzyna…
Jeszcze kilka lat temu Cruise był aktorem, który pomagał filmom. Nie sposób tu nie wspomnieć o takich wspaniałych obrazach jak „Vanilla Sky”, ocenione przeze mnie na 10, czy „Raport mniejszości” z dziewiątką. Później Cruise’a widywaliśmy jedynie na okładkach gazet i w kolejnych wywiadach. Jego małżeństwo z Katie Holmes oraz ekscesy scjentologiczne znacząco wpłynęły na opinię o nim samym. „Walkiria” miała być wielkim powrotem do łask. Film skrojony idealnie pod Oscary – mamy dopracowaną scenografię, ładne zdjęcia czy patetyczną muzykę. Główna rola również mogłaby ubiegać się o nominację. Nie tym razem.

Niestety dla Cruise’a – nie wyszło. Mimo ładnej oprawy technicznej – byli lepsi. Scenariusz kuleje od samego początku, a wszystko momentami ciągnie się i jest nudne. Jednak największym mankamentem jest sam Tom Cruise. Wszystkie miny i starania aktora w autentycznym ukazaniu swojej roli są patetyczne i niejakie. Momentami naprawdę mogą wywołać śmiech. Szczególnie motyw ze sztucznym okiem. Przykro mi to mówić, ale Cruise przez to całe zamieszanie ze scejontologią przestał być wiarygodnym aktorem, a bardziej karykaturą samego siebie. Jego rola była sztuczna i nijaka. A już na pewno nieprzekonywująca. Tom liczył na nominację do Oscara (ma już 3), ale nic z tego. Jeśli nic się nie zmieni, to kolejne role aktora będą coraz gorsze, równie komiczne i karykaturalne.
Podsumowując, „Walkiria” to film słaby z okropną rolą Toma Cruise’a. Obejrzałem, ale polecać nie będę. Oczekiwałem dużo więcej, ale się przeliczyłem. Mocno się zastanówcie, zanim sięgniecie po tę produkcję Bryana Singera – reżysera dobrego („X-Men”, „X-Men 2”) ale ostatnio trochę błądzącego („Superman – Powrót”, „Walkiria”).

