O „Zmierzchu” było bardzo głośno. Ekranizacja bestsellerowej książki Stephenie Meyer weszła do kin z podobnym szumem jak kilka lat temu pierwsza część Harrego Pottera. Podchodziłem do filmu bardzo sceptycznie – jak się okazało niesłuszne.
Matka bohaterki, Belli (Kristen Stewart) postanawia podróżować po kraju ze swoim kochankiem. W takim przypadku Bella musi zamieszkać z ojcem w stanie Waszyngton. Jak to zwykle bywa przeprowadzka nie jest prosta. Bohaterka musi przystosować się do nowego domu, okolicy oraz szkoły. To właśnie tam poznaje tajemniczego Edwarda (Robert Pattison). Po pewnym czasie dziewczyna dowiaduje się, że Edward jest wampirem.
Olbrzymie zaskoczenie! Ja naprawdę myślałem, że będzie to film poziomem podobnym do którejś tam części „High School Musical”. Było to bardzo niesprawiedliwe, bo jest to bardzo dobry i wciągający thriller. Przez pierwszą połowę – nim Bella pozna prawdę – jest niesamowicie. Tajemniczo, ciekawie, enigmatycznie. Miałem obawy, że gdy w końcu dojdziemy do momentu, w którym bohaterka dowie się, że ma do czynienia z wampirem czar pryśnie. Że całość zmieni się w nijaki, pusty film. Nic bardziej mylącego – potem jest równie dobrze. Co prawda wprowadzani są nowi bohaterowie, a główni bohaterowie musza zmagać się z przeciwnościami losu, to jednak nadal jest to bardzo emocjonujący film.

Co może wydać się śmieszne, ale właśnie ten film kierowany głównie do nastolatków świetnie ukazuje miłość zakazaną i niemożliwą. Bella cały czas czuje strach i lęk – w końcu w każdej chwili może stać się obiadem Edwarda. Jednak to właśnie jego miłość do bohaterki powstrzymuje go przed tym czynem. Związek ten musi opierać się na bezgranicznym zaufaniu. I tak właśnie jest, wprost wyczuwalne jest to przez ekran.
Dużo mówiło się też, czy aktorzy, którym powierzono tak ważne role poradzą sobie z nimi. Jak najbardziej tak – kolejne zaskoczenie. Zarówno Kristen Stewart jak i Robert Pattison tworzą kreacje bardzo autentyczne i prawdziwe. To dzięki nim tak dobrze odbiera się ten film.
Cały film otoczony jest posępną, mroczną aurą, co dodatkowo potęguje efekt. Zachwycają zdjęcia. Jednak oprócz oczywiście samej historii, jednym z najlepszych i najjaśniejszych punktów „Zmierzchu” była niesamowita muzyka autorstwa Cartera Burwella, nadwornego kompozytora braci Coen. To dzięki niej jeszcze bardziej wczuwamy się w klimat filmu i zapominamy o bożym świecie.

Kończąc, „Zmierzch” to naprawdę dobrze zrobiony film, głównie o miłości, lecz trzeba pamiętać, że nie jest to horror i nie z takim nastawieniem powinniśmy do niego zasiadać. Najważniejsza jest tutaj miłość niemożliwa i zakazana. Już w tym roku do kin wejdzie druga część przygód Belli i Edwarda pod tytułem „Księżyc w nowiu”. I znów jak w przypadku Harrego Pottera zmienił się reżyser, jednak mam nadzieję, że nie wpłynie to znacząco na poziom filmu. Podsumowując jednak, polecam ten obraz, bo wciąga i pochłania. W pełni.
Moja ocena: 9/10
Ah, spodziewam się żywej dyskusji ;>

