Filmów politycznych staram się unikać. Zawsze istnieje ryzyko, że owy film nie będzie w pełni obiektywny, a między wierszami (kadrami) zostanie pokazany nam nad wyraz dobry i przesłodzony obraz jakiegoś polityka. Co prawda zdarzają się filmy wybitne, które są genialne same w sobie – nawet, jeśli ukazują kogoś ze złej czy dobrej strony – nie mniej jednak „W.” Olivera Stone’a do takich nie należy.
Film opowiada o obecnie już byłym, 43. Prezydencie Stanów Zjednoczonych, George’u W. Bushu (Josh Brolin). Jest to opowieść, która ukazuje nam, w jaki sposób Bush objął stanowisko prezydenta, jakie uczucia towarzyszyły mu podczas najważniejszych decyzji takich jak wojna w Afganistanie, kryzys po atakach z 11 września 2001 czy kampania wyborcza przed objęciem drugiej kadencji. Znajdziemy tutaj także mnóstwo retrospekcji – począwszy od życia studenckiego, poprzez objęcie stanowiska gubernatora stanu Teksas, aż do pierwszej, prezydenckiej kampanii wyborczej. W filmie pojawiają się takie postacie jak ojciec Busha – George H. W. Bush (James Cromwell), matka Barbara Bush (Ellen Burstyn), żona Laura Bush (Elizabeth Banks), oraz gabinet prezydenta – m.in. Colin Powell (Jeffrey Wright), Condoleezza Rice (Thandie Newton), Donald Rumsfeld (Scott Glenn) czy wiceprezydent Richard B. Cheney (Richard Dreyfuss).
Obraz Stone’a nie przypadł mi do gustu. Ukazał Busha ze zbyt pozytywnej i optymistycznej strony. Osobiście za bardzo nie mieszam i nie interesuję się polityką, ale nie wydaje mi się, żeby Bush był aż tak święty, jak ukazuje go ten film. Podobała mi się za to strona realizacyjna – aktorzy świetnie wcielili się w swoje role, a szczególne brawa należą się dla charakteryzatorów, bo większość z nich wyglądała jak swoje prawdziwe odpowiedniki. Najbardziej do gustu przypadły mi dwie panie – Thandie Newton wcielająca się w Condoleezzę Rice oraz Ellen Burstyn, która zagrała matkę głównego bohatera. Z drugiej strony Elizabeth Banks, jako pierwsza dama wypadła bardzo blado. Równie dobrze mogłoby jej w tym filmie nie być i nikt by tego nie zauważył.

Osobny akapit należy się Joshowi Brolinowi, który zagrał główną rolę. To dzięki niemu ten film w ogóle dało się oglądać. Można spekulować, że gdyby aktor trafił na trochę słabszy rok pod względem filmów, to może i zawalczyłby o nominacje do Oscara, bo była to naprawdę świetna rola. Nie mniej jednak i tak w tym roku ją otrzymał za inną, równie dobrą rolę – w „Obywatelu Milku”. Można, więc powiedzieć, że Brolin przeżywa prawdziwy rozkwit swojej kariery (w 2007 świetne role w „To nie jest kraj dla starych ludzi” i „Planet Terror”).
Poważnym błędem reżysera również było to, że tak naprawdę sam do końca nie widział, co chce pokazać. Z jednej strony mamy groteskę ukazującą niemoc i zagubienie prezydenta i całego jego gabinetu podczas podejmowania ważnych decyzji. W tych momentach Stone pokazuje pazura i ujawnia swoje stanowisko. Niestety, takich scen jest za mało, bo przez większość filmu Bush to taka mała, skromna ciotka, która przypadkiem zrobiła coś źle, przypadkiem została prezydentem i w ogóle wszystko przypadkiem. A na koniec jeszcze dorzucono wątek złego ojca, pod którego władzy nasz bohater chce się wyrwać i zrobić mu na złość – całość, zmiksowana i przetasowana nie filmem nijakim, bardzo często nudny i nic niewnoszącym. Nie, nie podobało mi się i nie polecam.

