Will Smith określanych w dzisiejszych czasach, jako gwarancja sukcesu komercyjnego danego filmu rzadko pojawia się w rolach dramatycznych i bardziej kameralnych. W jego filmografii znajdziemy głównie wielkie przeboje kinowe, który zarobiły olbrzymie pieniądze, np. „Dzień niepodległości” (817,4 mln $ na całym świecie), „Ja, Robot” (347,2 mln $), „Jestem legendą” (585,3 mln $) czy ubiegłoroczny „Hancock” (624,3 mln $). Jednak w 2006 Smith zagrał w filmie „W pogoni za szczęściem”. Spokojny dramat zrealizowany za małe pieniądze przyniósł mu nominację do Oscara, ale mimo wszystko zarobił dużo więcej niż się spodziewano (307,0 mln $). Potwierdziło to tylko stanowisko aktora w Hollywood. Wraz z reżyserem „W pogoni za szczęściem”, Gabrielem Muccino, Smith postanowił znów sprawdzić się w dramacie.
Początek filmu jest niezrozumiały i chaotyczny. Widzimy jak główny bohater, Ben Thomas (Will Smith) próbuje popełnić samobójstwo. Wkrótce dowiadujemy się, kim jest Ben – mężczyzna, który nie może się pogodzić ze śmiercią ukochanej oraz sześciu innych osób w wypadku samochodowym, który on sam przeżył. Dlaczego się tak stało? Ben obarcza się winą za wypadek i śmierć siedmiu osób, postanawia, więc zadośćuczynić siedmiu innym osobom. Jednak największą rolę w jego dotychczasowym życiu odegra kobieta chora na wadę serca, Emily Posa (Rosario Dawson).
„Siedem dusz” zrobiło nam mnie piorunujące wrażenie. Po finale nie mogłem dojść do siebie. Film budowany jest wg prostego schematu: powoli, wolno, szybko, szybciej i z rozpędu w ścianę. Mniej więcej tak można podsumować zakończenie, które wbija w fotel. Co jednak mogę zarzucić obrazowi Muccino to to, że kilka godzin po seansie, po ochłonięciu zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę to było to bardzo dobry, solidny film, ale nie żadne arcydzieło.

Rola Willa Smitha bardzo dobra, jednak nie lepsza od tej w „W pogoni za szczęściem”. Również odnośnie wyników finansowych to producenci nie do końca byli zadowoleni, gdyż film nie zarobił jakichś spektakularnych sum. Nie mniej jednak warto zaznaczyć, że jest to już dwunasty film Smitha (pod rząd!) którego wpływy w Stanach Zjednoczonych przekroczyły pułap 100 milionów dolarów. Natomiast Rosario Dawson, którą ja kojarzę głównie z ról demonicznych kobiet („Sin City”, „Death Proof”) wyglądała w tym filmie bardzo źle – ale nie jest to wada, w końcu grała chorą kobietę i wyszło jej to bardzo dobrze.
Jak już stwierdziłem, film toczy się powoli, jednak zakończenie w pełni mnie usatysfakcjonowało i zrehabilitowało nudny początek. Nie żałuję tych ponad dwóch godzin, polecam film każdemu, dobry na każdą okazję (no może oprócz zakrapianej imprezy ze znajomymi).

