Bohaterką filmu, o jakże dziwnie zmutowanym polskim tytule „HAPPY-GO-LUCKY, czyli CO NAS USZCZĘŚLIWIA” jest Poppy (Sally Hawkins). Kobieta jest przepełniona optymizmem. Właściwie ona sama to jeden, wielki chodzący optymizm. Nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi i dobrego humoru. Np. gdy ukradziono jej rower, to zamiast się zdenerwować czy donieść na policję, Poppy twierdzi, że nie zdążyła się jeszcze nim pożegnać. No i co by tu więcej nie pisać, na tym właśnie polega cały film.
Przez około dwie godziny oglądamy kilka sceny z życia głównej bohaterki. Jest to niesamowicie nudne, a zdarzeń, która mogą wywołać uśmiech na twarzy jest naprawdę mało. Na dobrą sprawę, jedyny zabawny wątek to nauka jazdy z ekscentrycznym instruktorem.
Film Mike’a Leigha wywołał we mnie uczucie niezadowolenia i niedosytu. Wielokrotnie nagradzany i chwalony obraz nie spełnił moich oczekiwań. Wręcz przeciwnie, miałem wrażenie, że na siłę próbowano zrobić coś oryginalnego i nowatorskiego. Moim zdaniem nie wyszło. Nudziłem się, a takie osoby jak Poppy na pewno istnieją i nie rozumiem wszech ogólnego zachwytu, tak jakby była ona czymś niesamowitym. Czasem nawet jej optymizm był nienaturalny, jakby było wiecznie po jakichś narkotykach.
Rola Sally Hawkins rzeczywiście ciekawa, wymagała od niej trochę zaangażowania, ale na pewno nie jest to kreacja Oscarowa i słusznie aktorka nie otrzymała nawet nominacji do tej nagrody: były lepsze. Inna sprawa natomiast ze Złotym Globem – Sally go dostała, ale wolałbym jednak, aby otrzymała go Penelope Cruz (za rolę w „Vicky Cristina Barcelona”). Dużo lepiej i zabawniej zagrał Eddie Marsan, wcielił się w nieprzewidywalnego instruktora jazdy. Był to najjaśniejszy element filmu.

Podsumowując, „Happy-Go-Lucky” to film nudny, nie wciągnął mnie i nie rozumiem wszech ogólnego zachwytu nad nim. Nie było to oryginalne i nowatorskie. Zwykły, w dodatku słaby, obraz. Jeden z wielu.

