3 lata po premierze „Lwa, czarownicy i starej szafy”, czyli części pierwszej cyklu Opowieści z Narnii, do kin trafiła kolejna ekranizacja książki C. S. Lewisa. Tym razem jest to „Książę Kaspian”, drugim tom z siedmioczęściowej sagi. I o ile pierwszy film był piękną, bajkową produkcją familijną, o tyle drugi jest podobny, jednak znacząco inny.
Minął rok od wydarzeń z poprzedniej części. Rodzeństwo Pevensie wciąż rozmyśla i rozmawia o bajkowej krainie. A tam minęło już tysiąc lat, Telmarowie władają nią w trochę despotyczny sposób. Kiedy królowi Mirazowi (Sergio Castellitto) rodzi się potomek, Książę Kaspian (Ben Barnes), który miał objąć tron musi uciekać, bo wie, że Miraz zrobi wszystko, aby rządzić Narnią, wydał również rozkaz zabicia wszystkich mitycznych stworzeń żyjących w lasach. Kaspian będąc w kłopotach poprzez róg Zuzanny wzywa całą czwórkę pradawnych rządzących. Tak wzmożone siły – Kaspian, Pevensiowie i pozostali Narnijczycy zbiorą się i wspólnie stawią czoło Mirazowi i jego armii. Do kompletu brakuje im tylko Aslana…
Część pierwsza podobała mi się bardzo, dlatego też z niecierpliwością wyczekiwałem kolejnego filmu. Moje odczucia odnośnie „Księcia Kaspiana” są mieszane. Z jednej strony to, co obejrzałem było w jakimś stopniu zadawalające, jednak z drugiej strony to już nie to, spodziewałem się czegoś innego. „Czarownica, lew i stara szafa” był filmem bardzo magicznym, bajkowym i po prostu familijnym. Taką Narnię pokochałem. Kolejna część poszła trochę dalej, postanowiono zrobić film dla trochę starszych widzów, całą magię i bajkowość zastąpiono efektownością, scenami walk i akcją. A takich filmów jest jak na pęczki…
Chciałem właśnie obejrzeć film tak magiczny i uroczy jak część pierwsza, niestety, reżyser Andrew Adamson zrobił coś bardzo niedobrego. „Książę Kaspian” przypomina ocenzurowaną wersję „Władcy Pierścieni”. Walki są podobne, czasem nawet aż za bardzo – niestety Adamson zapomniał, że „Władca…” prócz niesamowitej strony wizualnej ma jeszcze genialny scenariusz. Tutaj jego film poległ, ponieważ tym razem historia, którą nam opowiedziano już nie była tak ciekawa i pasjonująca. Oglądało się znośnie, ale nie mogę powiedzieć, że jakoś wybitnie mnie wciągnęło, że było coś, co zapamiętam na zawsze.
Denerwowało mnie również aktorstwo – szczególnie młodych aktorów. Jednak chyba gwoździem do trumny był tytułowym Książę Kaspian. Przypominał mi jakieś słabe Emo, jakoś inaczej sobie wyobrażałem tego bohatera. Również krótkie nakreślenie pewnych uczyć między nim, a Zuzanną było kompletnie nietrafione.
Cały czas tak narzekam na ten film, ale to nie jest tak, że kompletnie mi się nie podobało. Ten film był znośny i jak wcześniej napisałem – w pewnym stopniu podobało mi się. Nie żebym żałował seansu, piękne krajobrazy oraz sama Narnia, którą przecież tak lubię trochę zrekompensowały mi słaby scenariusz. Jednak nie mogę powiedzieć już, że „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian” to film familijny, to bardziej kino akcji z motywem familijnym, niestety.




