Tym razem Gotham City spowija lód. Okazuje się, że sfrustrowany doktor Victor Fries (Arnold Schwarzenegger) uległ wypadkowi i zmienił się w Mr. Freeze’a, człowieka, który potrzebuje zimna i lodu, aby przeżyć. Teraz w akcie zemsty chce zamrozić całe Gotham, a następnie cały świat. Niespodziewanie u jego boku pojawia się kobieta, która żyje w niezwykłej symbiozie z fauną i florą. Trujący Bluszcz (Uma Thurman), bo o niej mowa, potrafi uwodzić feromonami a jej pocałunek jest śmiertelny. Do obrony miasta i walki z przestępcami rusza jak zwykle Bruce Wayne, przebrany za Batmana (George Clooney) oraz jego pomocnik, Dick Grayson, czyli Robin (Chris O'Donnell).
Tak jak przy okazji „Batman Forever” pisałem, że można by napisać książkę „Jak ginie legenda” tak na podstawie tego filmu, można by napisać jej kolejną część pod tytułem „Jak kopać leżącego”. Drugi film o przygodach Człowieka Nietoperza w reżyserii Joela Schumachera jest jeszcze gorszy, niż jego poprzednik.
Przede wszystkim zawiódł George Clooney, jako Batman. Po prostu nie pasował mi do tej roli, do tego wyraźnie nudził się, co aż biło z ekranu. Grał od niechcenia. Jednak w tym przypadku jest to raczej wina reżysera, który najwyraźniej nie potrafił dopilnować tego, aby plejada gwiazd, które zaangażował do swojego projektu pokazała, na co ich stać. Bo rzeczywiście, pozostali również niczym ciekawym się nie wykazali.
Arnold Schwarzenegger, jako jeden z moich nielubianych aktorów tutaj również nie pokazał nic nadzwyczajnego, baa, powiedziałbym nawet, że był straszny – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Jest też Uma Thurman, której rola była bardzo nierówna. Raz świetnie opętana, demoniczna, seksowna i namiętna, ale innym razem jej zachowania przypominały pustą i nijaką blondynkę. Ale dwie najbardziej denerwujące postacie tego filmu to Robin i Batwoman. Jeszcze O’Donnella jakoś przetrawiłbym, mimo kolczyka w uchu nie przeszkadzał zbytnio. Ale Alicia? Co to miało być? Głupiutka, przesłodzona i nijaka. Bleh.
„Batman i Robin” odstrasza również zdjęciami i scenografią. Wszystko jest tak kolorowe, że, za przeproszeniem, aż rzygać się chce. Mogliśmy chyba zobaczyć pełną gamę barw i kolorów, bo czego tam nie było. Niebieskości, czerwienie, róże! Taaak, różowego to tu było chyba najwięcej. Aha, i znów były sutki na Batstrojach oraz długie ujęcia idealnie dopasowanych kostiumów na pupach bohaterów.
Podsumowując, „Batman i Robin” jest najgorszą ekranizacją komiksu, najgorszym filmem o Batmanie oraz jednym z najgorszych filmów, jakie kiedykolwiek powstały. Jest to potworek nieznośny i ciężkostrawny. Nie polecam, nawet zagorzałym fanatykom.
Moja ocena: 2/10
| Cykl recenzji filmów o Batmanie | |||||
![]() Batman (1989) |
![]() Powrót Batmana (1992) |
![]() Batman Forever (1995) |
![]() Batman i Robin (1997) |
![]() Batman - Początek (2005) |
![]() Mroczny rycerz (2008) |







