Film opowiada o czwórce sierot, które mieszkają w tym samym sierocińcu, wszyscy oni są z grudnia, dlatego też razem wyjeżdżają na wakacje nad morze. Tam mieszkają u miłej rodziny, jednak to nie ona będzie dla nich najważniejsza. Chłopcy dowiedzą się, że sąsiedzi owej rodziny nie mogą mieć dzieci i chcieliby zaadoptować kogoś. Od tej pory pomiędzy czwórką przyjaciół zacznie się rywalizacja, każdy z nich chciałbym wyrwać się z sierocińca i mieć prawdziwy dom. Ich przyjaźń zostanie wystawiona na ciężką próbę. Do tego dojdzie jeszcze dorastanie i dojrzewanie najstarszego z nich, Mapsa (Daniel Radcliffe).
Film zwrócił moją uwagę nie tematem, ale obsadą – często tak bywa. Mowa tu oczywiście o Danielu Radcliffe’ie, którego do tej pory mogłem oglądać tylko, jako Harrego Pottera we wszystkich pięciu częściach. Tam grał dobrze, ale cały czas byłem ciekaw jak sprawdziłby się w innych rolach. I tu właśnie pojawił się film „December Boys”.
Opowiedziana nam historia jest ciekawa, ale nie wciąga. Nie przywiązujemy się do bohaterów, po prostu to oglądamy. Radcliffe gra poprawnie, ale nie ma jakichś zbytnich zachwytów i tym podobnych. Tak jak w Harrym. Kilka fajnych ujęć, fajna scenografia, ogólnie pozytywnie, ale jak już wspomniałem – szału nie ma. Obejrzeć można, choćby właśnie z tego samego powodu, co ja – zobaczyć Pottera w innej roli.
