Harry Potter (Daniel Radcliffe) wychował u swojego wujostwa, w rodzinie Dursley’ów. Nie był lubiany, traktowano go jak służbę w domu. Jednak przychodzą jego 11 urodziny i do domu Dursley’ów przychodzi list. Niestety, wujek Pottera nie pozwala mu go przeczytać. Niedługo po tym przychodzą następne, i następne, i następne, i następne… Dursley’owie wiedzą, o co chodzi, przeprowadzają się gdzieś daleko. Ale tam znajduje ich olbrzymi człowiek, który przedstawia się, jako Rubeus Hagrid (Robbie Coltrane) i oznajmia Harry’emu, że jest on czarodziejem i idzie do szkoły zwanej Hogwart. Tam poznaje nowych znajomych Rona Weasley'a (Rupert Grint) i Hermionę Granger (Emma Watson), nauczycieli, sztuki magii, dziwną grę Quidditch, a także swoją przeszłość oraz związanego z nią potężnego Voldemorta. Harry będzie musiał się z nim zmierzyć, a także dopilnować, aby w jego ręce nie wpadł tytułowy Kamień Filozoficzny.
J.K. Rowling napisała książkę. Książka zdobyła olbrzymią sławę, sprzedała się w milionach egzemplarzy, przetłumaczona ja na dziesiątki języków. Dlaczego więc, nie miałby powstać film na jej podstawie? Autorka zgodziła się. Znaleziono aktorów i tak właśnie powstał „Kamień Filozoficzny” pierwsza ekranizacja 7-częściowej, bestsellerowej serii o małym, a potem już dużym czarodzieju.
Pierwsza wprowadziła nas w czarodziejski świat i muszę przyznać, że podobało mi się bardzo. Obok poznawania wszystkich nowych postaci, całej szkoły i tak dalej mamy jeszcze historię Kamienia Filozoficznego i na koniec spotkanie z Tym-Którego-Imienia-Wymawiać-Nie-Wolno. A i jeszcze moja ulubiona scena – olbrzymie, żywe szachy… mniam. Myślę, że przekonywać czy zachęcać do tego filmu nikogo nie trzeba, bo większość już go po prostu widziała, a ci, co nie to powinni to nadrobić, chyba, że stanowczo nie przepadają za tym gatunkiem. Film znajduje się również na czwartej pozycji najlepiej zarabiających filmów wszech czasów na całym świecie.







