Ta recenzja jest bardzo stara. Została opublikowana 4 lata 9 miesięcy 12 dni temu, to oznacza, że była pisana w czasie, kiedy dopiero zdobywałem doświadczenie w pisaniu. Moim zdaniem lepsze recenzje zaczęły się dopiero około 2008 roku, po dwóch latach zdobywania doświadczenia.
Graham Hess (Mel Gibson) po śmierci swojej żony zwątpił i przestał być pastorem. Mieszka w domku z dwójką swoich dzieci, Morganem (Rory Culkin, brat Macaulay’a, który grał „Kevina”) i Bo (Abigail Breslin, czyli „Mała Miss”), a także bratem, Merrillem (Joaquin Phoenix). Pewnego razu na ich polu kukurydzy pojawiają się tajemnicze znaki, które zdaniem Grahama i miejscowej policjantki raczej nie były zrobione przez człowieka, gdyż są zbyt precyzyjne. Niedługo po tym z całego świata dochodzą wieści, że u niech również pojawiły się inne, dziwne znaki na polach. Kto je zrobił i po co?
Filmów o kosmitach były już tysiące, naloty kosmitów, ludzi i kosmici na jednej planecie, kosmici na innej planecie, kosmici chcą nas zabić, kosmici chcą nas poznać, kosmici to, kosmici tamto. Były horrory, komedie, thrillery, romanse czy sciene-fiction. Tym razem uraczono nas mrocznym thrillerem. I o ile jest on mroczny do połowy filmu, to potem to wszystko jakoś się rozmywa i robi się coraz mniej ciekawie. A sam koniec to już standardowy happy end, bez jakiegoś elementu zaskoczenia, wzruszenia czy czegokolwiek. Ot tak skończyło się sobie i już. Dla mnie kolejny, denerwujący minus to sama postać ufolka. Czy w każdym filmie musi to być jakiś chudy, podłużny człowieczek, z wielkimi oczami? W „Znakach” jeszcze oddychał, co mnie już w ogóle zabiło. Ja wiem, nigdy nic nie wiadomo, może oni wyglądają jak my, ale zdecydowanie oczekiwałem czegoś ciekawszego, jakiejś innowacji, powiewu świeżości. Przeliczyłem się, ufolki chyba już na zawsze będą zielone i człowiekopodobne. „Znaki” oglądacie na własną odpowiedzialność, nie jest źle, ale bez rewelacji.
